Strona:Głodne kamienie.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A wtedy odzywa się zwykle któryś z gości:
— Niech pan już da spokój, Thakur Dada. Proszę, niech pan już nie szuka. Ten tytuń, który palimy, jest bardzo dobry. Tamten byłby może za mocny.
Thakur Dada z westchnieniem ulgi siada znowu na swojem miejscu i rozmowa toczyła się dalej.
Kiedy się goście zaczynali żegnać. Thakur Dada wprowadzał ich zwykle aż do drzwi, a w progu mówił:
— A propos, kiedy panowie wszyscy przyjdziecie do mnie na obiad?
To ten, to ów odpowiadał na to:
— Wątpię, aby to było możliwe w najbliższym czasie, Thakur Dada. Kiedyś później wspólnie ustanowimy dzień.
— Doskonale! — brzmiała odpowiedź — Bardzo dobrze. Będzie nawet lepiej, jeśli odłożymy to do pory deszczowej. Tak obfity obiad, jaki ja mam zamiar panom dać, mógłby przy tej pogodzie nie wyjść na zdrowie.
Ale kiedy przychodziła pora deszczowa, unikano starannie przypomnienia mu jego obietnicy. Nawet gdy się o tem zgadało, któryś z przyjaciół dobrodusznie zwracał uwagę, iż wychodzenie z domu podczas tak ulewnego deszczu jest przecie rzeczą bardzo niewygodną i że byłoby znacznie lepiej poczekać, póki pora deszczowa nie minie. I tak szła zabawa dalej.