Przejdź do zawartości

Strona:Głodne kamienie.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
IV.

Od tego czasu minęły trzy dni. Następnego dnia zajście miał rozpatrywać sędzia pokoju. Bipin Babu wezwany był na świadka. Nigdy jeszcze właściciel Dżikrakoty nie stawał jako świadek, ale Bipin niewiele sobie z tego robił.
Następnego dnia o oznaczonej godzinie, otoczony wielkim dworem, Bipin Babu w lektyce stanął przed gmachem sądowym. Miał na głowie turban, zaś z piersi jego zwisał złoty łańcuszek od zegarka. Sędzia pokoju poprosił go, aby usiadł, wskazawszy mu miejsce na podwyższeniu koło siebie. Sala była przepełniona. Takiej sensacji nie miano tu już oddawna.
Właśnie kiedy rozprawa miała się rozpocząć, wszedł policjant i szepnął coś Bipinowi do ucha. Bipin, nadzwyczaj zmieszany, wstał i wyszedł, poprosiwszy sędziego, aby parę minut poczekał.
Wyszedłszy, ujrzał w pewnej odległości stojącego pod drzewem figowem swego ojca. Ojciec był bosy i otulony namabali[1]; w rękach trzymał różaniec. Jego wychudła postać opromieniona była łagodnym blaskiem, a z twarzy jego biła cicha litość.

Bipin dotknął czołem stóp ojca, przyczem obszerna suknia paradna i ciasne spodnie nadzwyczaj go krępowały. Kiedy się pochylił, turban zleciał mu

  1. Używany do nabożeństwa szal, cały zadrukowany imieniem Kriszny.