Strona:Głodne kamienie.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Biedny, zdumiony Nabin mówił:
— Ach, tak, oczywiście, rozumie się — a potem po chwili namysłu: — Oczywiście, masz słuszność.
Jak to już powiedziałem, moja własna miłość była pełna tak pokornej i wstydliwej czci, że obawiałem się skalać ją słowy. Jednakże mając Nabina za parawan, mogłem już bez przeszkody dać swemu pióru wszelką wolność, przez co żar szczerego uczucia spłynął w te pisane dla niego wiersze.
W swych jasnych chwilach Nabin wołał:
— Ależ to są twoje własne wiersze! Pozwól mi je ogłosić pod twem nazwiskiem!
— Nonsens — odpowiadałem. — Wiersze są twoje, mój kochany, a ja tylko je gdzieniegdzie zaokrągliłem!
Zwolna sam Nabin istotnie zaczął w to wierzyć.
Nie chcę przeczyć, że nieraz w tym czasie kierowałem wzrok swój ku oknu sąsiedniego domu z uczuciem, jakie musi mieć astronom, wpatrujący się w gwiaździste niebo. Te moje ukradkowe spojrzenia spotykały się też od czasu do czasu z nagrodą. A ile razy trafił mnie choćby tylko przelotny promień tego czystego oblicza, wszystko, co w namiętności mojej było burzliwego i mętnego, w jednej chwili uspokajało się i stawało się czystem.
Ale jednego dnia przeraziłem się. Czyż mogłem wierzyć własnym oczom? Było gorące, letnie popołudnie. Groziła jedna z tych rozpętanych, nagle wy-