Strona:Głodne kamienie.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A nagle pad na mnie taki jakiś dziwny urok, że to nieuchwytne, nieokreślone i nierzeczywiste zjawisko wydało mi się jedyną rzeczywistością na świecie, przy której wszystko inne było tylko snem. To, że ja, Sridżut Takiataki, najstarszy syn ś. p. Takiatakiego, urzęduję tu jako poborca podatkowy z czterystu pięćdziesięciu rupjami pracy miesięcznej, ten sam, który dzień w dzień w marynarce i letnim kapeluszu zajeżdża wózkiem zaprzęgniętym w kucyki przed swoje biuro, wydało mi się tak niesłychanie śmiesznem, że, stojąc w ciemnościach tej wielkiej, milczącej hali, wybuchnąłem głośnym śmiechem.
W tej chwili wszedł mój służący z zapaloną lampą w ręce. Nie wiem, czy myślał, że postradałem zmysły, ale naraz stało mi się zupełnie jasnem, że istotnie jestem Sridżut Takiataki, syn ś. p. Takiatakiego. I gdy jedynie nasi poeci mogą powiedzieć, czy gdzie pod ziemią lub nad ziemią jest jakaś sfera, w której bezustannie szemrzą niewidzialne wodotryski i w której dłonie niewidzialnych wróżek wydzwaniają na gitarze wieczne akordy, jedno było w każdym razie pewne, mianowicie: że ja jestem poborcą podatkowym na rynku w Baricz z płacą czterystu pięćdziesięciu rupij miesięcznie. Siedząc przy świetle lampy z gazetą w ręce za swym stołem polowym, śmiałem się serdecznie ze swych przywidzeń.
Przeczytawszy gazety i skończywszy swe Moghlai, zgasiłem lampę i położyłem się do łóżka w małej,