Strona:Głodne kamienie.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


alkowie. Promienista gwiazda spoglądała bez drgnienia przez otwarte okno z ponad obramowanych czarnym lasem gór Awalli, ze swej miljony i miljony mil liczącej wysokości na pana poborcę podatkowego, wyciągniętego na swem skromnem łóżku. Myśl ta wydała mi się dziwną i dziwaczną zarazem i nie wiem kiedy zasnąłem, ani jak długo spałem; a naraz zerwałem się ze snu, mimo że nic nie słyszałem, ani żadnego intruza nie widziałem — tylko jasna gwiazda nad wierzchołkiem góry zaszła a blade światło zachodzącego księżyca ukradkiem wdzierało się przez otwarte okno, jak gdyby wstydząc się własnego natręctwa.
Nie widziałem nikogo, miałem jednakże wrażenie, że ktoś mnie zlekka trąca. Kiedy się zbudziłem, nie odezwała się do mnie ani słowem, a tylko swą zdobną w pierścienie ręką skinęła, abym szedł ostrożnie za nią. Wstałem pocichu i mimo, iż w licznych komnatach pałacu z jego drzemiącemi odgłosami i czujnem echem nikogo, oprócz mnie, nie było, bałem się za każdym krokiem, że ktoś może się zbudzić. Większa część komnat pałacu była zawsze zamknięta i ja nigdy do nich nie wchodziłem.
Wstrzymując oddech, szedłem cichemi krokami za swą przewodniczką — dokąd, tego dziś powiedzieć nie mogę. Przez ile prowadzono mnie nieskończonych, ciemnych i ciasnych krużganków, ile długich korytarzy, ile cichych, uroczystych sal posłuchania, i ile małych, zacisznych alkierzyków!