Strona:Głodne kamienie.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.




Moja mała, pięcioletnia córeczka nie może żyć bez paplania. Jestem głęboko przekonany, że w całem swojem życiu ani minuty nie strwoniła na milczenie. Matka się o to nieraz gniewa i chciałaby jej szczebiotaniu koniec położyć, ale ja nie. Dla mnie widok Mini milczącej jest nienaturalny i długo znieść go nie mogę. To też zwykle bardzo żywo z sobą rozmawiamy.
Naprzykład pewnego dnia, kiedy byłem w połowie siedemnastego rozdziału swej nowej powieści, Mini wśliznęła się ukradkiem do mego pokoju i, wziąwszy mnie za rękę, oświadczyła mi:
— Ojcze, odźwierny Ramdajal mówi na wronę, że to kruk! Ale on się na tem nie zna, prawda?
Zanim mogłem jej wytłumaczyć rozmaitość zwyczajów wyrażania się, już żeglowała po wodach innych tematów:
— Co na to powiesz, ojcze? Bhola mówi, że na niebie w chmurach jest słoń i ten słoń wyrzuca wodę ze swej trąby i wtedy deszcz pada!
Zaś gdy ja w zamyśleniu szukałem stosownej Odpowiedzi, ona wystrzeliła nowem pytaniem:
— Słuchaj, ojcze, czy matka jest twoją krewną?