Strona:Głodne kamienie.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jest siostrą mej duszy — szepnąłem mimowoli, a potem zrobiłem poważną minę i rzekłem:
— A teraz idź i baw się z Bholą, Mini! Ja jestem zajęty!
Okno mego pokoju wychodzi na ulicę. Mała usiadła mi u nóg na ziemi koło mego biurka i bawiła się pocichutku, bębniąc sobie po kolankach. Ja pracowałem pilnie nad swym siedemnastym rozdziałem, w którym bohater, Protap Singh, właśnie trzyma w ramionach bohaterkę i zamierza uciec z nią, wyskakując przez okno trzeciego piętra, gdy naraz Mini przestała się bawić, podbiegła do okna i zawołała:
— Kabuliwala! Kabuliwala!
Istotnie, ulicą szedł powoli Kabuliwala. Ubrany był w przestronne suknie swego narodu z wielkim turbanem; na plecach niósł worek, a w rękach miał skrzynki z owocami.
Nie wiem, co się mojej córeczce stało, ale naraz zaczęła go głośno wołać.
— Ach! — pomyślałem sobie — Ten mi tu teraz wejdzie i ja nigdy tego siedemnastego rozdziału nie skończę!
W tej chwili Kabuliwala się obejrzał i ujrzał dziecko. Jak tylko Mini to zauważyła, zlękła się nagle i uciekła do matki. Miała widać przesądne wyobrażenie, że ten wysoki mężczyzna niesie może w swym worku na plecach dwoje czy troje dzieci takich jak ona. A tymczasem