Strona:Głodne kamienie.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wyobrażał sobie, że Mini wciąż jeszcze jest taką samą, jak była, że natychmiast wybiegnie do niego z okrzykiem: „Oh, Kabuliwala! Kabuliwala!“, myślał też pewnie, jak to oni będą się znów śmiać i żartować, jak za dawnych czasów, a nawet przyniósł na pamiątkę tych minionych dni starannie zawiniętą w papier garść migdałów, rodzynków i winogron, wyproszonych zapewne u któregoś z rodaków, bo on sam nie miał już nic do darowania.
Rzekłem znowu:
— Święto jest w domu. Nie będziesz się mógł z nikim zobaczyć.
Wyraz wielkiego rozczarowania rozlał się po jego twarzy. Przez chwilę patrzył na mnie, jakby zastanawiając się nad czemś, potem powiedział „Do widzenia“ i wyszedł.
Było mi go tak żal, że chciałem go przecie zawołać, gdy naraz on sam wrócił. Podszedł do mnie, podał mi swój podarunek i rzekł:
— Przyniosłem malutkiej tych parę drobiazgów. Czy zechce je pan dać jej ode mnie?
Wziąłem torebkę i chciałem mu zapłacić, ale on chwycił mnie za rękę, mówiąc:
— Bardzo pan jest dobry, drogi panie! Niech pan o mnie nie zapomina, ale niech pan zostawi pieniądze. Pan ma córeczkę, ja w domu mam też takie maleństwo. O niej myślę, przynosząc pańskiej córeczce owoce — a nie, żeby przytem coś zarobić.