Strona:Głodne kamienie.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Labanja wykrzyknęła z udanem zdziwieniem:
— Któryż z twoich przyjaciół mógł to pisać? Może konduktor, może kuśnierz — a kto wie, czy nie tambourmajor z fortu?
— Mnie się zdaje, że na to powinieneś odpowiedzieć — odezwał się Nilratan.
— Czy to konieczne? — rzekł Nabendu wyniośle — Czy mam odpowiadać na każdą drobnostkę, jaką przeciw mnie wyciągną?
Śmiech Labanji zalał pokój.
Nabendu zmieszał się trochę i spytał:
— O cóż właściwie idzie?
Ale ona śmiała się dalej, nie mogąc się powstrzymać, przyczem jej smukła, młodzieńcza postać gięła się, jak gdyby wiatr nią kołysał. Ten wybuch wesoości najzupełniej już wyprowadził z równowagi Nabendu.
— Czy sądzisz może, że ja boję się na to odpowiedzieć? — zapytał nie bez pewnego smętku w głosie.
— Ale skądże! —-— odpowiedziała Labanja — Pomyślałam sobie tylko, że przecie nie wyrzekłeś się jeszcze nadziei uratowania swego tak obiecującego toru wyścigowego. Tak, nadzieja — to wszystko!
— Ty naprawdę myślisz, że ja się o to obawiam? Dobrze, przekonasz się! — odpowiedział Nabendu zrozpaczony i natychmiast zaczął pisać odpowiedź. Skończywszy, podał ją Labanji i Nilratanowi ale ci orzekli, że jest za słaba.