Strona:Głodne kamienie.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Asimuddin przegrywał jeden proces za drugim. Im bardziej przegrywał, tem bardziej się robił zacięty. Aby swe wszystko odzyskać, stawiał wszystko, co miał, na jedną kartę.
Pewnego popołudnia zerwała Mirza Bibi parę owoców i trochę jarzyn w swym ogrodzie i, nic nie mówiąc synowi, udała się do Bipina Babu. Patrząc nań z iście macierzyńską czułością, rzekła:
— Niech cię Bóg błogosławi, mój synu. Nie niszcz Asima, bo popełnisz wielką niesprawiedliwość. Oddaję go pod twoją opiekę. Patrz na niego, jak na kogoś, komu pomóc jest twym obowiązkiem — uważaj go za nicponia młodszego brata. Twój majątek jest tak wielki — nie zazdrość-że mu jego malutkiej cząstki, mój synu.
Ta zuchwała poufałość gadatliwej starowiny w wysokim stopniu Bipina zirytowała.
— Co wy się na tych sprawach rozumienie, dobra kobieto! — odpowiedział. — Jeśli macie do mnie jaki interes, przyślijcie swego syna.
Mirza Bibi, usłyszawszy już drugi raz, że nic a nic się na tych rzeczach nie rozumie, udała się z powrotem do domu, przez całą drogę obcierając fartuchem oczy i zasyłając ciche modlitwy do Ałłacha.

III.

Proces wlókł się od trybunału kryminalnego do sądu cywilnego i znowu do trybunału apelacyjnego,