To i owo/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł To i owo
Podtytuł właściwie zaś:
ani to ani owo
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
BOLESŁAW PRUS
(ALEKSANDER GŁOWACKI)
TO I OWO
WŁAŚCIWIE ZAŚ:
ANI TO ANI OWO
CZYLI
48 POWIASTEK DLA PEŁNOLETNICH DZIECI
Gebethner i Wolff - logo.jpg

NAKŁAD
GEBETHNERA I WOLFFA
WARSZAWA


OKŁADKĘ PROJEKTOWAŁ EDWARD MANTEUFFEL[1]


DRUKARNIA NARODOWA W KRAKOWIE
1935





Z fotografji rysował St. Witkiewicz, 1885

Prus - To i owo page 0010b.jpg

Koniec zeszłego wieku był okresem świetnego rozkwitu prozy polskiej. Tworzyli wtedy współcześnie — że wymienimy kilka tylko nazwisk — Sienkiewicz, Prus, Orzeszkowa, Dygasiński; jarzyła się już młoda sława Żeromskiego i Reymonta. Co nazwisko — to snop blasków; co dzieło — to promień chwały narodowej.

Wszyscy ci twórcy weszli już w poczet klasyków naszej literatury. Nie znać ich jest wstydem dla Polaka. A oto trudne czasy, jakie przeżywamy, sprawiły, że książek niejednego z tych pisarzy brak po bibljotekach i czytelniach.
Aby temu złu zaradzić, firma Gebethnera i Wolffa podejmuje teraz nowe wydania dzieł klasyków pod znakiem Polskiej Akademji Literatury. Przyjęliśmy ten zaszczytny protektorat najchętniej, w jasnem zrozumieniu, że ci prawdziwie nieśmiertelni pisarze już za życia ziemskiego stanowili akademję literatury polskiej, a i dziś są obecni w zespole naszym i w każdym z nas zosobna. Korzystamy więc z tej pożytecznej dla narodu sposobności, żeby złożyć pokłon owym świetnym duchom, okazać im cześć naszą najwyższą i miłość najserdeczniejszą, jaka pokolenia pracowników ze sobą wiązać może i wiązać powinna.
Na czele podejmowanego wydawnictwa stają dzieła Bolesława Prusa. Znowu będziemy się cieszyli ogromnym genjuszem tego pisarza, jego niewyczerpaną dobrocią, nieposzlakowaną prawością i uśmiechem bez goryczy. Bolesław Prus — to przepyszny konar z samego pnia polskości: najsłuszniej też cały naród otacza jego pamięć czcią i wdzięcznością.

POLSKA

AKADEMJA LITERATURY


BOLESŁAW PRUS

Ukazuje się — dzięki niezmordowanej, pełnej zapału i umiejętnej pracy Zygmunta Szweykowskiego — pierwsze krytyczne, bo ani nie okaleczone przez cenzurę rosyjską, ani nie zeszpecone przez niedopatrzenia dawnych wydawców, wydanie wszystkich utworów powieściowych Prusa. Ich aktualność jest dzisiaj, w lat przeszło dwadzieścia po jego śmierci — i pomimo że się dzięki odzyskaniu niepodległości warunki naszego bytu narodowego tak bardzo zmieniły — nie mniejsza, aniżeli była za życia ich autora.
Bo Prus to nietylko największy — obok Sienkiewicza — nasz powieściopisarz, nietylko talent genjalny: to także — przez wielki rozum, przez rozległą wiedzę, przez nadzwyczajne zdolności pedagogiczne, przez siłę i głębokość, czystość i szlachetność miłości bliźniego i narodu — wielki człowiek i, co za tem idzie, jeden z największych nauczycieli narodowych, jakich literatura polska wydała, a w epoce, w której żył i pisał, bodaj czy nie największy.
W jego duszy wiązały się w przedziwną harmonję różnorodne, jeśli nie zasadniczo sprzeczne, to jednak najczęściej rozbieżne pierwiastki.
Skłonność do mistycyzmu, płynąca nietylko z intuicyjnej pewności istnienia świata nadzmysłowego, ale i z żywiołowej ciekawości intelektualnej, nie osłabiała w nim ani dziwnie zdrowego rozsądku, ani niepospolitej ścisłości umysłu. Najszlachetniejsze ziarna romantyzmu, jakie w młodości padły na jego polskie serce, nie przeszkodziły jego umysłowi do wchłonięcia w siebie tego wszystkiego, co tylko było mądrego i dla narodu pożytecznego w pozytywizmie. Miłość i wdzięczność dla poezji romantycznej, która się tak walnie przyczyniła do ocalenia naszych sił narodowych w niewoli, nie przeszkodziła mu do tego, że zarówno w utworach powieściowych, jak w pismach publicystycznych i filozoficznych, był zawsze heroldem „pracy organicznej“ wogóle, a w szczególności nauki, w tem przeświadczeniu, że, jak się wyraził w swoich Najogólniejszych ideałach życiowych, „stosunek literatury pięknej do naukowej, filozoficznej i społecznej u nas porównaćby można do gospodarki wielkiego pana, a zarazem bankruta, który nie posiada lasu, drzew owocowych, nawet jarzyn, lecz natomiast — ma pyszny ogród kwiatowy, pełen swojskich i przewiezionych okazów.“
Wysoce rozwinięty zmysł rzeczywistości i olbrzymi talent realistyczny jej odtwarzania i przetwarzania łączył się w jego duszy z romantycznym idealizmem, a czasem nawet z marzycielstwem, albowiem bolesna świadomość istnienia złego na świecie nie zabiła w nim mocnej i radosnej wiary, że jednak to „złe jest w gruncie rzeczy dobrem“, bo pobudza nas, a przynajmniej pobudzać powinno, do osiągnięcia dobra; tak rzadka u nas, którzy się w dziedzinie życia religijnego tak bardzo boimy ufać własnej myśli i własnemu sercu, „wolność w duchu“ nie miała nic wspólnego z tanią, chełpliwą i teatralną wolnomyślnością i była nie tamą, tylko, przeciwnie, dźwignią jego głębokiej i w całem znaczeniu tego wyrazu własnej religijności; miłość postępu i niezachwiana — od młodości do grobu — wierność jego sztandarowi łączyła się z szacunkiem dla tradycji, dla dokonanej w przeszłości pracy nad kulturą w stopniowym pochodzie dziejów ludzkich ku lepszemu; dlategoto postęp w pismach Prusa jest nie burzycielski, tylko twórczy; świadomość ujemnych stron społeczeństwa nie pociągała za sobą niechęci, a cóż dopiero nienawiści ku niemu; przeciwnie — jeszcze potęgowała jego miłość, która się w twórczości objawiła w humorze, często ironicznym, ale najczęściej pełnym łagodnego, choć nieraz smutnego, uśmiechu i wielkiej, iście filozoficznej pobłażliwości.
Gorący, a jednocześnie rozumny, bez źdźbła szowinizmu, patrjotyzm był w wielkiej duszy Prusa w tak cudownej zgodzie z humanitaryzmem, z miłością człowieka bez względu na jego narodowość, ród, stan, zajęcie, jak u żadnego ze współczesnych pisarzy. Naprawdę, że do słów Mickiewicza:

...ta miłość moja na świecie,
Ta miłość nie na jednym spoczęła człowieku...
Nie na jednej rodzinie, nie na jednym wieku,
Ja kocham — cały naród, —

mógłby Prus, gdyby nie był tak cichy i skromny, jakim był, śmiało dodać: „...i wszystkich ludzi“. Tak.
A cóż było tą cudowną siłą w jego duszy, która te wszystkie różnorodne pierwiastki łączyła w harmonję? Czy tylko głowa myśląca, czy tylko umysł filozoficzny? Ależ cudu tego nawet najpotężniejsza myśl, nawet genjusz myśli nie zdołałby dokonać bez pomocy tego genjuszu, który on w jednej ze swych powieści nazwał „genjuszem uczucia“. Ale bo też, może sam o tem nie wiedząc, on sam był tym genjuszem — genjuszem polskiego serca.
A kochało to serce nietylko wykołysane przez się ideały: miłość ideałów, to znaczy nierzeczywistości, to miłość bardzo łatwa. Lecz to serce ukochało i rzeczywistość: ukochało ludzi takich, jakimi oni są naprawdę, grzesznych, ułomnych i — nieszczęśliwych; ukochało nietylko ludzi dorosłych i starych, ale także maleństwa i... duże, obałamucone Dzieci; ukochało ojczyznę, nietylko przeszłą, opromienioną aureolą potęgi i chwały, i nietylko przyszłą, wyśnioną przez poetów, ale także ojczyznę, na którą patrzał, ojczyznę rozbitą, słabą, biedną, pełną win i grzechów politycznych, społecznych i „domowych“.
Z tej to miłości Prusa płynęła jego bezstronność, wręcz w podziw wprawiająca, wręcz bezprzykładna — zwłaszcza u nas, którzy, jak się raz on sam wyraził, „zawsze kogoś musimy posądzać o szelmostwa“.
W całym swoim blasku zajaśniała ta bezstronność w ostatnich latach jego życia, po wojnie rosyjsko-japońskiej, w epoce zrazu wielkich radości, a potem większych jeszcze zawodów i — bratnich kłótni, swarów, gniewów, żalów. Kto z nas nie unosił się wówczas stronniczością? kto z nas, jeśli nie złorzeczył, to przynajmniej nie miał żalu do tego lub owego stronnictwa? kto z nas nie grzeszył niesprawiedliwością uczucia czy sądu wobec inaczej myślących i postępujących? Kto pamięta te czasy (ach! jak bardzo przypominające dzień dzisiejszy), ten, jeśli położy rękę na sercu i jeśli ma w niem sumienie, odpowie sobie w cichości ducha: taki człowiek był wówczas tylko jeden — Bolesław Prus.

Ignacy Chrzanowski.




TO I OWO

WŁAŚCIWIE ZAŚ:

ANI TO ANI OWO
CZYLI
48 POWIASTEK DLA PEŁNOLETNICH DZIECI


„Dobry humor jest jak oset, który chętnie wyrasta na zwaliskach, kaleczy dobrze uformowaną gębę, a cieszy niewymownie osłów.“


Bezpłodnym nasionom, padającym na opokę, — męczennikom, po wszystkie czasy skazanym na przelewanie z pustego w próżne, — robotnikom winnicy pańskiej, przeszkadzającym sobie nawzajem w pracy, — słowem:

CZELADZI LITERACKIEJ

wszelkich gatunków i odmian, ten kielich goryczy, nudów, przywidzeń i lichych konceptów
na pamiątkę poświęca

AUTOR.



DZIAŁ I

okazujący, że rymo-
twórstwo nie należy do
najtrudniejszych zajęć.


POEZJA PRZYSZŁOŚCI.

Gdy się upiększyć chcę garniturem,
Miewam paroksyzm natchnienia...
Gdy mi wierzyciel zawraca głowę,
Myślę, układam i piszę...
Lecz, jeśli pierzchną troski życiowe,
Jeżeli pełna kieszenia,
Wołam: pal djabli literaturę,
Adio, bracia hołysze!...



AGAPIT DO AGATY.
(SIELANKA).

Próżnom ci wonne kwiecie ofiarował,
I na kiermaszu pierścionki kupował,
Próżnom cię gonił... Tyś uciekła żytem
Przed Agapitem!
I odtąd zimna jesteś w dawnej mierze;
Więcej cię inni obchodzą pasterze
Od tego, który wziął (za ciebie przecie)
Kijem po grzbiecie...
Rzucam cię zdala śmiercionośna broni!
Niechaj mi stado dziki zwierz rozgoni!...
Bo nacóż owce, naco mi baranki,
Bez mej kochanki?
Dotąd muzyką pieściłem twe uszy,
Dziś!... płakać idę pośród leśnej głuszy...
Porzucę gęśl mą... rżnę o słup dębowy
Flet bukszpanowy!...
Odtąd ci mego nie pożyczę kotła...
Odtąd już sama będziesz serki gniotła...
Nie dam ci jagód, gdy nadejdzie lato...
Zimna Agato!...
Lecz... jeśli kiedy znudzi cię samotność,
Albo Filona zawiedzie przewrotność, —
Wtedy zawołasz: przychodź Agapicie...
O moje życie!...
Zawołaj teraz, pókim jeszcze żywy,
Bo już niedługo umrę nieszczęśliwy...
Oj umrę! umrę!... będę leżał w grobie
Z żalu po tobie!...



PRZYPOWIEŚĆ

O GOSPODARZU IGNACU, GOSPODYNI IGNACOWEJ

I O WOJTKU PAROBKU.

Czego się to tak Ignacy
W łeb pięściami bije!...
Nie dziwta się, ma on chudziak
Wielką turbacyję!...
Nie wie, kogo z wozem posłać
Do boru po łaty;
Nie wie, kogo ma zostawić
Do patrzenia chaty ...
Pośle Wojtka?... to mu w drodze
Zamrze gdzie szkapina...
Pośle żonę?... to się nanic
Zmacha kobiecina!...
I tak źle i tak niedobrze,
O mój wielki Boże!
Żadnej sobie rady Ignac
Wymyślić nie może!...
............
............

Wolno bo jest mieć człekowi,
A więc też i Ignacowi
Rozumienie swoje;
Aleć zawdy czy poradzić,
Czy interes poprowadzić
Jakoś lżej we dwoje...
Za stodołą, za Maćkową,
Zdybał Wojtek Ignacową
I wespół z nią biada...
Powzdychali, pogadali,

Rozeszli się, poszli dalej,
Już gotowa rada!...
............

A Ignac precz medytuje,
Ledwo się nie wścieknie!...
Aż-ci tu Wojtek znienacka
Tak onemu rzeknie:
„Albo mnie i gospodyni
„Wóz do boru dajta,
„A sami dla bezpieczności
„Izby doglądajta;
„Albo wy jedźta do lasu,
„A my, przy chałupie,
„Z gospodynią, z Ignacową,
„Zostaniemy w kupie...“
Ucieszył się na to słowo
Ignac z całej mocy ...
O, bodaj to mieć parobka
Wojtka do pomocy!...



CAPRICCIO.

Tam, gdzie szybki małe,
Gdzie firanki białe
W okienkach,
Jadziulka siedziała
Coś sobie dłubała
W krosienkach.
A z boku kochanek
Kancelista Janek
Panience
Do ucha pytlował,
Rzęsiście całował,
Jej ręce.
Gdy im przy romansie
Kwadrans po kwadransie
Ubiegał,
Dziaduś, pokryjomu,
Co się dzieje w domu,
Dostrzegał.
I po pewnym czasie
Do młodych zbliża się
Ostrożnie...
I patrzy na Janka,
(Swej wnuczki kochanka),
Oj! groźnie...
Aż gdy Jasio, ręce
Całując panience,
Był w raju,
Jak... palnie cybuchem...
Jak wrzaśnie nad uchem:
„Hultaju!...

„Chcesz tu romansować,
„Dziewczynę mi psować,
Goljacie!...
„Oj! za te kochanie,
„Oj! za te cmoktanie,
„Dam ja cię!. ..
„Masz całej pensyi
„Dla konsolacyi
„Rubli sześć.
„Gdzie żonę podziejesz?
„W co bębny odziejesz?
„Co dasz jeść?...“
I tak dziaduś stękał,
Aż cybuch popękał,
Nieboże!...
Aż ludzie stawali,
„Co to jest?“ pytali
Na dworze...



O UTRAPIENIACH ŻYCIOWYCH.

LAMENTACYJ CZWORO.

I.

Poeta mniema, że dolegliwa starość nie przeszkadza rymów składać, choćby na żałosną nutę, — dodaje sobie otuchy i ładuje instrument.

Choć ku schyłkowi idzie moje lato,
I dusza w ciągłem utęsknieniu żywie,
Nie mamże zadąć, bodajby płaczliwie,
W kobzę pękatą?...
Każdy coś śpiewa i z czemsić się zwierza,
Pisze, i czyta, i gada coś innym...
Za cóżbym ja zaś nie miał zmaczać pierza
W inkauście płynnym?
Przetoż o bliźni! choć marny i chudy
Wieszcz ze mnie, jednak (jako innych wiele),
Przed oblicznością waszą stanę śmiele
Z mojemi dudy!...


II.

Boleje poeta nad długością dni swoich i nad zepsuciem ogólnem, a osobliwie nad herbowną bracią, która w moc żydowską wpadła.

Tylu przede mną wiek do trumny złożył:
Zdrowych, i pięknych, i silnych, i możnych;
A ja ubogi, chory, pocom dożył
Czasów tak zdrożnych?
Zmarniały grunta, klimat się popsował,
Kredytu nie masz, grosza wszystkim braknie,
I ten co niegdy zamłodu balował,
Dziś chleba łaknie!...
............
............


III.

Opiewa tryb życia młodzi dawnej i gromi surowo dzisiejszych; lamentuje nad płochością niewiast i przeklina szpetne nowatorstwa.

Dawniej inaczej pędził życie swoje
Młodzian: czcił starce, niewiast się wystrzegał,
Nieraz od książki do stajni wybiegał,
Chodził we zbroje,
Dzisiaj... rozumu chce cię uczyć chłystek!...
W łbie rozczochranym wiercą mu rozprawy!...
Milszy durniowi od męskiej zabawy
Jakiś tam świstek!...
Rzecz niesłychana, że w tym sprośnym wieku,
Nawet niewieście już trudno dogodzić:
Niedość, że płocha, jeszcze ciebie człeku
Chce za nos wodzić!...
A nam sto djabłów po tych inowacjach:
Darwinach, Millach, ogonach i kokach,
Turniurach, Comte’ach, Gambettach i fiokach,
Emancypacjach?...


IV.

Upamiętawszy się, medytuje nad swojem opuszczeniem i podeszłością wieku i sarka na płeć białą, nieszanującą siwego włosa. Zdybawszy jedną dziewkę, upomina ją, aby posłuchała pieśni, i grozi popsuciem kobzy; przedstawia jej swoje utęsknienie, a wreszcie wyrzeka się sztuki rymotwórczej i opłakuje starość swoją.

Ach! na tym świecie źle mi coraz bardziéj,
Bom już od swoich został opuszczony;
I płeć nadobna dzisiaj mną już gardzi,
Żem jest skulony!
Dziewko! jedno ty nie gardź mną... bo wreszcie
Samo mi życie stanie się niemiłem!...

Stój!... ja choć stary, przecz zawżdy lubiłem
Wdzięki niewieście...
Pójdź ino do mię! znajdę serce młode
I w starych żyłach trochę krwie gorącej...
Jeśli odejdziesz, wnet... miechy przebodę
W kobzie beczącej!...
Jeśli odejdziesz!... po odejściu twojem,
Pustka zasiądzie w szczupłym domku moim...
I po twym gwarze jedno mi zostanie
Ciężkie wzdychanie!...
Bogdajcie... poszłaś!... Już was rzucam, śpiewki!...
Biada człekowi, gdy się zestarzeje!...
Świat go nie bawi, słońce go nie grzeje,
A nie chcą dziewki!...



O ROZKOSZY ŻYCIA WIEJSKIEGO.

SIELANKA W PIĘCIORGU PlEŚNIACH.

I.

(Poeta opiewa żywot człowieka sprawiedliwego i dowodzi, jako należy na wieś jechać, chcąc pokus uniknąć).

Jeśli-ć Opatrzność dzierży w swojej pieczy,
Nie ginąć tobie jako innym, marnie;
Bo tyś do pańskiej zaliczon owczarnie
Synu człowieczy!
Wszelako, kto chcesz taką łaskę zatrzy-
mać sobie, żyj więc tak jako się patrzy
I serce, pośród ogólnej zarazy,
Chowaj bez zmazy!
Lecz nato potrza wyrzec się marności
Świata, a miejskie cisnąwszy zdrożności,
Balów, koncertów, teatrów zaniechać
I na wieś jechać.


II.

(Mówi przyjacielowi o taniości mieszkań, o prostocie obyczajów i względem gospodarstwa podaje użyteczne wskazówki).

Zdala od grzechów miejskich i hałasu,
Znajdziesz śród pola, albo bliżej lasu,
Za dwieście tynfów z niewielkim zachodem
Domek z ogrodem.
Tam, krówkę sobie wyhodujesz snadnie, —
I parę świnek byle co jedzących;
Przytem ci kilka utrzymać wypadnie
Ptaków grzebiących.
Zboża i jarzyn zasiejesz potrochu:
Wyki i owsa, kapusty i grochu,
Abyś i ty miał i twe inwentarze,
Jak słuszność każe.

Wolny od ludzi, cicho i swobodnie,
Bez ceremonji pędzić będziesz życie:
Tam gruby kitel starczy na okrycie
I grube spodnie.


III.

(Opiewa piękności wiejskiej przechadzki w porze wiosennej).

Spacer tam zimą zły, — ale ku wiośnie
Gdy wyjdziesz na świat — serce ci urośnie:
Tyle wesela ujrzysz wkoło siebie,
Jakbyś był w niebie.
Nad głową twoją lecą ptaków stada,
Gdzieś zboku igra bydlątek gromada,
A i pod nogą skacze rój swawolnych
Koników polnych.
Wszędy zaś hałas i wszędy śpiewanie:
W lesie i krzakach, na łące, ugorze...
Jakież to miłe, o mój mocny Boże!
Spacerowanie!...


IV.

(Radzi zawsze i wszędzie zachować ostrożność i uczy przyjaciela jako ten ma z psy obcować).

Zawsze się przyda roztropność i męstwo,
Czy wieś kto, czyli też gród zamieszkuje,
Bo i tu i tam człeka napastuje
Niebezpieczeństwo.
Bacznego jednak łacniej ono mija;
Taki już ład jest na świecie odwieczny...
Więc i ty, jeśli żądasz być bezpieczny,
Nie chodź bez kija.

Złodziei nie brak tam i zwierza, — tudzież
Psów gniewnych; lecz gdy-ć który kiedy utnie,
Nie pierzchaj, jedno stojąc rezolutnie
Wołaj: a pódziesz!...


V.

(Upomina, aby przyjaciel wystrzegał się miłosnych afektów; opiewa przymioty niewiast wiejskich, moralność ludu i przygody niedoświadczonych młodzików zbyt skwapliwych do sprawy miłosnej).

Lecz gdy napotkasz gdzie wiejską kobitę,
Nie wdawaj się z nią w żadne całowanie;
Prowincjonalne mają bowiem panie
Ręce niemyte.
Julijej niemasz między wiejskim ludkiem:
Są jeno dziewki czerwone a zdrowe,
Słoniną sobie namaszczają głowę
I pachną dudkiem.
Zresztą zaś — wszyscy żyją tam przykładnie:
Są oględziny i... wesele zatem;
Miejski więc fircyk dostać może snadnie
Po... plecach batem.



NA ŚMIERĆ FILTUSIA.

CZWORO TRENÓW.

I.

Dziwi się poeta smutkowi natury i własnemu — i odgaduje, że powodem jest skon Filtusia. Rozpamiętywa jego przychylność i postanawia uwiecznić go przez sztukę rymotwórczą.

Czego tak wicher zawodzi w komnatach,
I sechną liście na rozkosznych kwiatach?...
Czego tak krwawo zachodzisz na niebie,
Złocisty Febie?...
I mnie samemu z jakowej przyczyny,
Łzami zaciemnił oczy smutek srogi?...
Ach! to po tobie, piesku mój jedyny,
Z krzywemi nogi...
Mam li rzec prawdę? ze znajomych wiela,
Któryż od ciebie kochał mnie goręcej?...
Dziś ostatniegom stracił przyjaciela,
Niemasz cię więcej!
Lecz chocieś zmarniał, czyny wiekopomne
Nierychło zginą!... i wieki potomne,
Powtórzą kiedyś w bolejącym rymie,
Filtusia imię!...


II.

Opiewa poeta przodków, tudzież postać i rozliczne cnoty Filtusia, zastanawia się nad usługami jego w gospodarstwie i popada w głęboki smutek.

Wielkich talentów fortunać nie dała,
Wychowan byłeś jak inni, poprostu;
A przecz cię miła Żolka pokochała,
Dla twego wzrostu.

Przytem i ojciec twój nie był z ulicy...
I urodzonyś nie z podłej macierze...
I wszystką postać miałeś w takiej mierze,
Jako jamnicy.
Ach! wspomną ciebie nie w jednej godzinie,
Chłopcy, pastuchy, owczarze i łowce;
Boś zwierza imał, — targał uszy świniej,
I zganiał owce.
Więc zazdrościły mi ciebie sąsiady,
Żeś był tak sprawny jak innych niewiele...
Nie weszły przez cię do alkierza dziady,
Też izraele!...
Bez ciebie trzodom nie poradzą płoty;
Wilki na ścierniach me owce policzą;
Gdy marzec przyjdzie, głowę mi rozkrzyczą
Wrzaskliwe koty.
Ach! płyną z oczu moich słone zdroje!
Trawi się w ciężkiej, niezmiernej żałobie,
Osierocone, biedne serce moje...
Wszystko po tobie!...


III.

Przyczynę wszelkich nieszczęść na tym świecie dopatruje poeta w miłości i surowo strofuje Filtusia, że oddał gardło dla tak błahego uczucia.

Wojny trojańskiej kto wzniecił zawiłość?
Kto Ilijonu zburzył mury święte?
Kto Achilesa strzałą trafił w piętę?...
Zdradziecka miłość!...
Kto budzi w człeku nieprzystojne chucie?
Przez co łzy gorzkie leje Dydo smutna?...
Ach! to przez ciebie miłości okrutna,
Płoche uczucie!...

Gdybyś, o Filtuś! jak Kruczek owczarski,
Miłosnym szeptom nie poddawał ucha,
Nie byłby tobie rozpruł zębem brzucha
Pies arendarski!...


IV.

Poeta po raz wtóry puszcza wodze boleści swej, utyskując na strzykanie w kościach i idąc spać rozmyśla nad losem Filtusia, który podczas dżdżu w polu leżyć musi.

Za nierozsądek swój ciężkoś zapłacił!...
A ja?... Bodajbym lepiej oczy stracił,
Niżem cię ujrzał tak szpetnie rozdartym,
Z pyskiem otwartym!...
Napróżno czeka za piecem posłanie,
Kędyś bez przerwy sypiał rok już trzeci,
Napróżno słucham... czy mnie nie doleci,
Twoje szczekanie!
............
Brzydko... deszcz pada... coś mię strzyka w kościach...
Trza iść do łóżka po tych okropnościach...
Jak to być musi źle na takiej słocie,
Leżąc przy płocie...





DZIAŁ II

z którego widać, że autor
jest pesymistą, a mógłby
być kaznodzieją.


DLA NUDZĄCYCH SIĘ W PODRÓŻY.

MŁODY A. A, jak się masz?... już powróciłeś, chwała Bogu! Ale musiałeś się djabelnie znudzić w drodze, bo to przecież 21 godzin jazdy?
MŁODY B. Owszem... nie!... Zeszedł nam czas bardzo przyjemnie.
MŁODY A. Patrzaj!... co to znaczy powracać z domu. Musiał cię stary dobrze na wyjeździe opłakać?
DOROŻKARZ (do młodego B.). Proszę łaski pana... bo mi pilno!...
MŁODY B. (do młodego A.). Mój kochany, pożycz mi pół rubla...
MŁODY A. (zdziwiony). Bój się Boga! więc ci stary nic nie dał?

MŁODY B. (zmartwiony). Owszem dał, — ale całą noc rżnęliśmy w djabełka i wszystko przegrałem.


Z NOTATEK HRECZKOSIEJA.

W bieżącym roku pańskim 1873 około Ś-go Jana przypada jarmark na wełnę w mieście Warszawie. Aby z tego źródła jak najwięcej korzyści wynieść, jak najwięcej dobrego ludziom zrobić, a wszelkiej lekkomyślności uniknąć, ja, Kalasanty Fasolnicki, wypisuję sobie na wyżej wspomniany jarmark plan czynności i wydatków, do czego obowiązuję się zastosować jak najskrupulatniej.

Plan.
Nr. porządkowy.
1.

2.
3.
4.
5.
6.
7.
8.
9.
10



Owce moje i baranki moje umyję i ostrzygę

Wełnę zapakuję.
Do Warszawy z takową pojadę.
Za wełnę wezmę nie mniej jak
Utrzymanie moje w Warszawie przez tydzień
Utrzymanie ludzi i koni
Na cele dobroczynne wydam
Na książki pożyteczne
Na ulepszenia gospodarskie
Na spłatę długów
Razem wydam
Że zaś za wełnę wezmę
Więc na czysto zyskam




Rsr.






Rsr.

Rsr.




2560
21
40
10
20
300
1000
1391
2560
1169


Po jarmarku.
Nr. porządkowy.
1.

2.
3.
4.
5.
6.
7.
8.
9.



Owce moje i baranki moje ostrzygłem.

Wełnę zapakowałem.
Do Warszawy z takową pojechałem.
Utrzymanie moje w Warszawie przez 20 dni
Utrzymanie ludzi i koni
Przegrałem do hr. X.
Sprawunki do domu
Na przyjęcie sąsiadów i warszawiaków
Trzem ubogim dziewczynom na kupienie maszyn do szycia
Razem wydałem
Że zaś za wełnę wziąłem
Więc od Mordki musiałem pożyczyć




Rsr.





Rsr.

Rsr.




200
120
800
50
400
300
1870
1200
670


DO SERCU NASZEMU NAJMILEJSZYCH BRACI LITERATÓW Z „KURJERA WARSZAWSKIEGO“ I „CODZIENNEGO“, „NIWY“,
„PRZEGLĄDU TYGODNIOWEGO“, „OPIEKUNA DOMOWEGO“, „TYGODNIKA ILUSTROWANEGO“ I „KŁOSÓW“.

„Łacniej językiem wybudować miasto, aniżeli rękami ulepić garnczek,“ woła mędrzec, a słowa te, o najmilsi bracia! najzupełniej mogą być przystosowane do spraw waszych. Co tydzień, co dzień i co godzinę, aż do niestrawności opychacie prostaczków nowemi wymysłami, gniewacie się i gnębicie maluczkich, że nie spełniają rad waszych, a tymczasem sami w rzeczach, które was najwięcej obchodzić powinny, składacie dowody wielkiego roztrzepania i jeszcze większego nygusostwa.
Oto, niedalej jak w roku zeszłym, spłodziliście miły dla ubogich literatów pomysł: ufundowania publiczno-prywatnej bibljoteki i naukowo-literackiego towarzystwa, — wniebogłosy krzyczeliście o niem aż „do oschłości gardła,“ zabazgraliście stosy papieru, a dziś, ach! najmilsi bracia, porzuciliście „to pomyślenie swoje,“ „jako kokosz porzuca dorosłe pisklęta“!! Cóż więc się stanie z maluczkimi, jeżeli wy, duzi, macie już błoto „po przepasanie bioder waszych“?
Przeto tedy, nie pomiatając innymi za to, że głosu waszego nie słuchają, i sami nie ociągając się zbytecznie, „imajcie się ze skwapliwością i gorącością serca“ do spełnienia i wykonania tego, co się stać może: „rosą“ dla spieczonych mózgów waszych, — „zbudowaniem“ dla owieczek waszych i „uradowaniem“ dla wierzycieli waszych. Postępując bowiem inaczej, będziecie jak dotąd tak i nadal „brnąć w ciemnościach głupstwa i tonąć w kale nieprawości.“

Przeto więc, „nie udawając głuchych i z przyrodzenia ślepych,“ rozczytajcie się pilnie w słowach naszych, a zdjąwszy „z warg swych nawiązkę“ odpowiedzcie skwapliwie:
co się dzieje z publiczno-prywatną bibljoteką i naukowo-literackiem towarzystwem,
o które już po trzykroć zapytujemy was. A gdy i tym razem jeszcze nie weźmiecie się „do pracy około zalepienia i zamazania dziur domu waszego,“ — wówczas nie miejcie w sercu swem złości do nas, jeżeli staniemy się jako nóż balwierski dla literackich włosów waszych, jako lód dla literackich głów waszych, jako chrzan i gorczyca dla literackich pięt waszych, jako wędzidło i uzda dla literackich szczęk waszych i jako dobrze wyprawiony bykowiec dla literackich grzbietów i bioder waszych. Co niech się stanie.


MÓJ SĄSIAD.

„Przetoż przypatrzcie mi się teraz, a obaczcie
jeżeli kłamam przed obliczem waszem?“

Ś. p. rodzicielka mego sąsiada na całą okolicę słynęła z niepospolitej energji i osobliwego poglądu na wartość grzechów ludzkich. Energja jej manifestowała się batożeniem sług, służebnic, pisarzy, ekonomów, guwernerów i t. d., oryginalność zaś poglądów na grzechy polegała na tem, że każdy grzech jednakową karę pociągał za sobą.
Jeżeli wół wlazł w szkodę, wówczas pastuch dostawał 30 batów, jeżeli sługa rozlała śmietankę, — dostawała 30 rózeg; jeżeli guwerner w imię ludzkości występował przeciw metodzie batożenia, — dostawał również 30 batów i t. d.
Ś. p. rodzic mego sąsiada odznaczał się brakiem głosu w sprawach domowych. Szklarz, który na rozkaz jegomości wprawił szyby, nie dostał pieniędzy za robotę, albowiem jegomość nie miał grosika przy duszy, a jejmość „nie płaciła za to, co kto inny zrobić rozkazał.“ Oprócz tego pan mieszkał w oficynie, a pani we dworze, pan jeździł na koziołku, a pani w powozie.
Gdy sąsiad mój przyszedł na świat, zdziwił się pan i rozgniewała pani. Mimo to, uwolniono chłopów w dzień chrzcin od pańszczyzny i ofiarowano młodemu dziedzicowi tłuste koźlątko, aby się miał czem bawić, gdy urośnie.
Nad dębową, malowaną, wyrzynaną, haftowaną, szychowaną kolebką mego sąsiada czuwały bony Francuski, Niemki i Angielki. Następnie przeszedł pod władzę guwernerów, a wreszcie do szkół.
W szkołach miał cienki mundurek, glansowane rękawiczki, złocone kajeciki i książki w safjan oprawne. Miał lokaja i guwernera i pilnie tańcować się uczył. Potem dla ogłady zagranicę wyjechał.
Z zagranicy powróciwszy, ś. p. rodzicielki swej już nie zastał we dworze, ani ś. p. rodzica w oficynie. Jął się przeto sam do gospodarki i wkrótce w dom swój dozgonną towarzyszkę wprowadził.
Że jednak był muzykalny i w djabełka co wieczór setki rubli przegrywał, że był towarzyski i co miesiąc bale na setki osób wydawał, dostał się przeto „w moc synów Judy“, a także jako figurant w ogłoszeniach T. K. Z, występować począł.
Ponieważ był roztargniony i niejednokrotnie zboże i okowitę wielu kupcom odrazu sprzedawał, najeżdżały go więc często osoby prywatne, jako też władze cywilne i wojskowe; że zaś cenił swą godność osobistą i był przytem impetykiem, więc też parę razy prochownię zamieszkiwać musiał.
Pod koniec karjery gospodarskiej, gdy go rządca o oddanie zaległej pensji nękać począł, rozgniewany, sprzedał ostatnie kilkadziesiąt korcy pszenicy za psi pieniądz i aby pokazać swemu słudze, jak mało ceni marny kruszec, sturublowy papierek w oczach onego podarł i na podłogę rzucił.
Lubił przytem wesołe i niewinne żarty. Gdy pewnego dnia przyjechali do niego dwaj brodaci wierzyciele, uczęstował ich herbatą z emetykiem, zlepił ich brody klejem i tak związanych do wieczora pozostawił. Oj! uśmieli się też, uśmieli jego sąsiedzi!...
Skutkiem podróży za granice nabył zasad wielce liberalnych. Tańcował z kmiotkami po szynkach, nawiedzał kryte słomą chaty i chętnie drobne upominki od gospodarzy przyjmował. Raz tylko za niezdjęcie czapki kazał dać baty furmanowi, nie dlatego jednak, aby nie szanował w nim godności człowieka, ale dlatego, aby mu zasady etykiety towarzyskiej dobrze w pamięci utrwalił.
Przesądów nienawidził, ze strachów się śmiał, w powrót dusz wiernych zmarłych z tamtego świata nie wierzył; mimo to, dla zabezpieczenia gospodarstwa od ognia i gradu, pewne praktyki czarnoksięskie odprawował, mówiąc: „Niewiele to kosztuje, a nuż się przyda?!“
Cześć dla zasad honoru do bałwochwalstwa posuwał. Pod koniec życia zawsze woził ze sobą parę pistoletów w szkatule, frak w zawiniątku i świadków w bryczce, głośno mawiając: człowiek, ceniący swój honor nigdy bez tych rzeczy ruszać się nie powinien, albowiem niewiadomo co i kiedy spotkać go może.
Mimo to krwiożerczym nie był i gdy go raz spoliczkowano na jarmarku, rzekł: „Warjat mnie uderzył, mamże go więc ścigać! Gdyby był przy zdrowych zmysłach, nie targnąłby się na mnie, wiedząc, kto jestem i jakie mam o honorze pojęcie.“
Pochowawszy żonę swą, niewiastę wielkich cnót i świątobliwości, dobra swoje do dyspozycji T. K. Z. oddał i z nieodstępnymi świadkami jako też i pistoletami od domu do domu jeździł, pilnie zważając, czy ktoś z gospodarzy honorowi jego podczas odwiedzin tych nie uchybił.

Wkońcu do Warszawy zjechał i tu ze szczupłej pensyjki, którą mu W. T. D. udzielało, przy życiu się utrzymywał. Gdy umarł, ciało jego znaleziono w kałuży nad Wisłą, albowiem: „człowiek z mułu ziemi powstał, mułem jest i po śmierci w muł się przewraca.“


DO PANÓW
RZEMIĘŚNIKÓW WARSIASKICH.

Moje panowie bracia czeladzie jako i terminatory!

Ja tam dużo gęby psuć nie będę, bo co gęba to nie cholewa, ino tylko jest taki interes, że w Warsiawie jest jedno takie pismo, nie wytykając palcem „Gazeta Przemysłowo-rzemieślnicza,“ co to niby dla nas, a nie dla nas. A że ja o niem trochie słyszałem i wszystko zrozumiałem, bo ja nie chwalący się, mam tyż swój rozum, — więc takim sposobem mogię panom braciom coś o niem bąknąć i to i owo jedno przy drugiem, ażeby ludzie wiedzieli, że my nie bez żadne łobuzostwo, ino tylko bez swój własny, rzemięśnicki ferśtand i honor takiego pisma czytać nie mogiemy.
To jest naprzód rzec pirsza, że „Gazeta Przemysłowo-rzemieślnicza,“ chociaż z ogródką, ale nam wymyśla od śmirusów i kuflodojów jako i, z przeproszeniem, od durniów, że my się nie uczymy i nie czytamy i tego i owego. A ja mówię tak: pókim terminował, pótym brał basałygi i uczył się, ale do czytania to już nie, bo ja nie żaden dochtór ino tylko rzemięśnik.
A po drugie, poco to „Gazeta“ gada ludziom ni z jakiego fachu a nie nam, takie rzecy jak o nowych maszynach i robotach, i jeszcze chwali potem zagranicznych, że lepszy mają rozum od naszego brata? To nie śtuka, że oni robią to wszystko, bo im wszystko „Gazeta“ wypaple, a oni wyczytawszy sekret, zaraz biorą się za ten interes, fajt majt i już skończone dzieło.
Jeszcze mówi „Gazeta,“ że rzemięśnik, byle chciał i płacił, dajmy na to 19 rubli na rok, to po śmierci może żonie wyrobić 1000 rs. zapomogi, choćby zaraz po pirszy racie wziął i umarł? To już chyba łgarstwo! a zreśtą poco takie rzecy gadać, kto poprzód umrze? nieraz właśnie tyż majstrowa przód schodzi, a majster zostaje?... A kto komu życzy śmierci, to niech jego wpirw ona spotka!...
I jeszcze dużo innych rzecy gada, ale to wszystko nanic; są tyż i obrazy, ale nie takie porządne jak w „Musie.“
No, więc takim sposobem powiedziałem już wszystko rychtyg nawet lepiej jak tam jest, ale jeszcze powiem trochę, bom ja w pysku twardy i honoru moim braciom czeladziom psuć nie dam.
Gazeta“ jest za droga, bo kośtuje aż 4 ruble na rok, i jeszcze nadręczy i namęczy człowieka, — a tu, panie, za „Muchie“ takie porządne pismo, co to i rozsądne i do rzeczy, płaci się tylko 20 groszy na tydzień. To jest nanic! bo człowiek nie poto cały fercentag haruje, ażeby potem płakał, ale po to, żeby za boki się brał. A więc takim sposobem ja wszystkim radzę tak: kto chce, może sobie kupować i czytać „Gazetę Przemysłowo-rzemieślniczą,“ a kto nie, to nie, i ja tyż nie. Może tam ona do czyjej głowy lepiej dopasuje, bo do mojej wcale nie pasuje, bo ja tam nie chce zostać żadnym frantem, ani mechanikiem, ale tem, czem mnie Pan Bóg stworzył raz na wieki wieków amen.

Adiu.


ZAŚCIANKOWI POLITYCY.

„Wielką bowiem czułem gorzkość w sercu mojem, patrzając na te rzeczy...“

Choroba politykomanji dotyka niekiedy ludzi młodych — najczęściej jednakże ofiarami jej są ludzie starzy. Eks-urzędnicy, kapitaliści, eks-szlagony, podeszli właściciele kamienic — oto grunt, na którym najlepiej wschodzą nasiona tak szczodrze przez „Gazetę Polską“ i „Gazetę Warszawską“ rozsypywane.
Zaściankowi politycy w młodym wieku nie odznaczają się niczem; grają w karty, wielbią płeć piękną, jedzą, piją i... próżnują, jak wszyscy śmiertelni. Dopiero ku schyłkowi życia, gdy puls wolniej uderza, a ciało więdnieje, gdy od czasu do czasu figlarna Wenus odezwie się to w tej to w owej kosteczce, człowiek-gąsienica przemienia się w pasorzyta-polityka; kładzie wówczas w uszy bawełnę, na nogi buty filcowe, na grzbiet watowany szlafrok, na głowę czapkę z kutasem i poczyna przeżuwać gazety.
— Panie sędzio! panie sędzio!... — woła kancelista — niech się pan chwilkę zatrzyma, bo świadkowie przyszli.
— Niech idą do djabła! nie mam czasu, bo już wpół do czwartej i poczta nadejdzie.
— Ależ oni o trzy mile mieszkają.
— Daj mi acan pokój!... czy nie słyszysz, że już trąbi?
I drałuje sędzia, aż błoto bryzga na ulicy, aż mu stawy w nogach skrzypią! Dokąd? Na pocztę, na pocztę!... kędy rój polityków ze wszystkich stron miasteczka podąża.
— Panie aptekarzu!... panie aptekarzu!... niechże się pan ulituje nade mną!... taż mi dziecina umrze bez lekarstwa!
— Zatrzymaj się pani godzinkę.... pół godzinki.... Ja za chwilę wrócę, ale teraz nie mogę.
— Mężu! — wołają z drugiej strony na otyłego właściciela posesji — przyszedł Mosiek kończyć interes o siano, ugódźże się z nim, bo odjedzie, a tu grosika niema w domu!
— Niech zaczeka, nic pilnego!... Ja teraz nie mam czasu.
I tak jeden za drugim biegną politycy jak wyścigowe konie, — bo kto się spóźni, ten może gazety nie dostać, oni zaś, nie mając swoich gazet, czytają je o tyle, o ile pocztmajster pozwoli.
— Panie majorze dobrodzieju! — woła eks-radca do eksmajora — weź gazetę do domu, to przeczytamy razem!
— Chodź radca na pocztę, bo mi przecież do domu nie dadzą.
— Jakże mogę iść na pocztę, kiedym się z tym cymbałem pokłócił?
— Ha! ja temu nie winien — odpowiada eks-major.
A na poczcie?... Och! na poczcie, a raczej przed pocztą tłumy jakby na odpuście.
— Panie naczelniku — wołają na pocztmistrza — daj „Gazetkę“ rybeńko, choćby „Kurjerka...“
— Ależ panowie, gazet jeszcze niema!
— Jakto niema, kiedy słyszeliśmy trąbkę?
— To ekstrapoczta!
— A... a... a!.. oh!... Bodaj cię piorun trząsł!... A nie słyszeliście tam co nowego?
— Owszem — mówił pasażer — że Strassburg wzięli.
— Bój się ran boskich!... to być nie może!... Przecież ten Ulryk...
— Co tam Ulryk?... wzięli i basta!
— No!... a cóż Macmachon na to wszystko?
— Cóż Macmachon? to samo, co i inni, — dostał w .... i interes skończony!
— A Bazajne?
— To samo, co i inni!
— Kirje elejson!... o Chryste!... No!... a gazety prędko przyjdą?
— Niedługo!... niedługo!...
Na tem się kończy gwarliwa rozprawa z naczelnikiem, tłum rozbija się na pojedyncze kupki, brodzące i radzące na błocie.
— Aj! durnie, durnie te Francuzy — mówi eks-porucznik — ot mnieby tam... jaby im pokazał!...
— Co ty tam kapitanie barłożysz!... znasz się na polityce jak kogut na ewangelji.
— No! prawda, ale wojna to jedna rzecz, a polityka to druga rzecz. Na wojnie to tylko bij jego w łeb i ot co jest!
— To też oni ich będą bili, będą... tylko cierpliwości!... ślepyby namacał, że chcą Niemców wciągnąć w głąb kraju jak gęsi w kojec, ażeby później karki im poskręcać!
— No!... może to być — odpowiada eks-porucznik.
— Chodź-no sędzia do mnie — mówi eks-major do sędziego — nim gazety przyjdą urżniemy partyjkę szachów i coś ci pokażę, tylko mi dasz wprzód słowo honoru, że zachowasz sekret.
— Cóż to takiego, kochany majorze?
— Zobaczysz sam, ale daj pierwej słowo!
— Najświętsze słowo honoru, że nikomu nie powiem! — mówi sędzia, a eks-major, obejrzawszy się na wszystkie strony, wprowadza gościa do domu. Tam zamykają jedne drzwi na klucz, drugie na zasuwkę i stają naprzeciw pieca.
— No!... a co, sędzio, jakże ci się mój pomysł podoba? — pyta eks-major gościa, wskazując na piec.
— Nic nie widzę, majorze!... niech mnie Bóg skarze!...
— Jakto nic nie widzisz, nie widzisz tych pudełek na piecu?
— No widzę!... cóż to, więc taką masę zapałek pan kupiłeś? poco?
— Ależ tam niema zapałek, to są puściuteńkie pudełka!... I jeszcze się pan niczego nie domyślasz?...
— Niczego, jak pragnę zbawienia duszy!
— Patrzże się, gapiu: w górnym rzędzie stoją same pudła szafirowe.
— Aha!...
— Pod niemi same amarantowe.
— Aha... ha!...
— Wiesz już, co to znaczy?
— Dalibóg nic jeszcze nie wiem!...
— Bójże się Boga!... toż to francuskie barwy!
— E hee!... A gdzież kolor biały?
— Jakto gdzie? przecież piec jest biały!
— Oto! hooo!...
Pod oknami domu majora przechodzi w tej chwili eksprezydent z pocztmajstrem — obaj smutnie zwiesili głowy.
— No!... bierz djabli tymczasem politykę — mówi eksprezydent — jakże naczelnik stoisz z hreczką?
— A cóż!... gnije w polu.
— Fiu! fiu!... — a z kartoflami?
— Pi!... może dla świń wystarczy!
— Tra la la!... a po jakiemuż to prowadzicie gospodarkę, naczelniku?
— At, mój radco!... w takich interesach to człowiek i głowę traci... Tu przegrana, tu przegrana i tu znowu przegrana!... klęska po klęsce, a człowiek myśli o wszystkiem i truje się wszystkiem, więc też djabli biorą hreczkę i kartofle. A cóż, czy radca odebrałeś już emeryturę?
— Djabła tam!... miałem onegdaj kwit posłać, alem się zgryzł tym Bazajnem i na śmierć zapomniałem!...

Oto co się dzieje w małych miasteczkach podczas wojny; ludzie tak gorliwie zajmują się strategją, że im hreczka marnieje i emerytura w kasach miejsce zawala.
A w czasie pokoju?...
W czasie pokoju toż samo, tylko na inne kopyto: zamiast planów bitew, układa się programy wojen na wiosnę i oblicza się szanse wygranych.

O Europo! Europo! Europo!... ileż to głów pracuje nad tem, aby twój pokój zakłócić!...


OGNISKO RODZINNE.

PANI. Tak więc dziś na spacer musimy koniecznie wziąść ojca.
PANNY. Ojca?... a to poco?...
PANI. Nierównie przyzwoiciej jest chodzić w towarzystwie starszego mężczyzny, niż samym. A przytem dziś ojciec musi tego Cymbałkiewicza zaprosić do domu.
PAN. Ależ...
PANI. Mój Franiu, nie odzywaj się, bo powiesz głupstwo.
ZOSIA. Ależ mamo, czy to ojciec potrafi go zręcznie zaprosić?... Jak Bozię kocham, będziemy skompromitowane!
PANI. Nie będziemy i basta! Już najlepiej mnie to zostawcie... Kiedy Zosia zauważy, że wełniarz idzie za nami, wówczas upuści chustkę, — a kiedy szlagon podniesie ją, wtedy zaczniemy z nim rozmowę, przy końcu której ojciec zaprosi go do naszego domu.
PAN. A jeżeli...
PANI. Proszę cię, Franiu, milcz...
ZOSIA. Ach! jaka szkoda, że już Fujarkowski nie pokazuje się u nas.
KLOCIA. Wyborna sobie jesteś! Od czasu jak się zjawił szlagon, nie chciałaś z Fujarkowskim gadać, więc zabrał się i poszedł; a zresztą gdyby nawet i bywał u nas, cóżby ci z niego przyszło?
ZOSIA. Jakto co?... Poszedłby z nami na spacer, kręciłby się koło mnie, prawiłby komplimenta, a ja miałabym sposobność prowadzić ożywioną rozmowę, śmiać się, a może nawet pobiegać.
PANI. Biegać nie wypada, chociaż z drugiej strony należy się zawsze starać o okazanie gracji, żywości i szykowności ruchów. To jest ozdobą młodej panienki.
KLOCIA. Przecież to samo możesz robić, idąc ze mną...
ZOSIA. Z tobą? ty w domu zostaniesz!
KLOCIA. Ciekawam dlaczego? Cóż to, boisz się, żebym ci tego grubasa nie odbiła?... cha!... cha!...
PANI. Klocia zostanie w domu, ponieważ ma jedną tylko dobrą sukienkę, a tę odda Zosi.
KLOCIA. Zosi? sukienkę?... o nigdy!...
ZOSIA. Musisz dać, bo ja codzień w jednej chodzić nie będę, — ja muszę się urozmaicać.
KLOCIA. Otóż nie! nie dam ci sukienki, choćbym ją miała w kawałki podrzeć...
PANI. Klociu, bądź grzeczna! Jeżeli jednak istotnie nie możesz dać Zosi sukienki, to przynajmniej daj jej kok i trzewiki, a ja ci za to kupię coś.
KLOCIA. Zrobię to tylko dla mamy, że dam tej jaszczurce kok i trzewiki, chociaż co do owego kupna, to niebardzo mi się chce wierzyć...
ZOSIA. Och, ty poczwaro!... (Do mamy). Ale z kimże ja pójdę, mateczko? bo przecież idąc sama, nie mogę się krygować...
PANI. Pójdziesz z Władziem... Ladislas!... gdzie on jest?...
KLOCIA. Władek śpi, nie kazał się budzić, bo całą noc grał w karty.
PANI. No, to niech się tam trochę prześpi, a tymczasem poszlij, Zosiu, kogo do Szapsiowej z karteczką, ażeby nam pożyczyła sukienki...
ZOSIA. Gdzie ona tam pożyczy!... Ona się i tak upomina o salopę...
PANI. Pożyczy, powiadam ci. Damy jej z tatkiem nasze obrączki i jeszcze co, no, a na pierwszego tatko odbiera pensją.
PAN. Ależ...
PANI. Proszę cię, Franiu, nie zawracaj mi głowy. Ladislas! Ladislas!.. chodź-no tu, że wu pri...
WŁADZIO. (wychodzi z drugiego pokoju, przeciągając się). Cóż to u djabła za krzyki w domu?...
PANI. Mą szer pójdziesz z nami na spacer i dasz ojcu swoje stare rękawiczki.
WŁADZIO. Co? co?... Ani na spacer nie pójdę, ani rękawiczek nie dam, bo sam iść muszę do miasta. Przytem potrzeba mi trzech rubli.
PANI. Nie mam...
WŁADZIO. Ehe... he!!... Nie mam, nie mam... łatwo się to gada!... Ja muszę zapłacić dług honorowy, bom wczoraj był przegrany, a mama nie ma pieniędzy... eheee!
PANI. Na honor, że nie mam!
WŁADZIO. Co?... nie macie w domu pieniędzy, a chce wam się włóczyć po spacerach?... i to ze mną?... Dobranoc paniom... a jutro przyszlę wam Moszka! (wychodzi).
ZOSIA[2] Maman!... co ten warjat robi?... on wyszedł, a z kimże ja pójdę na spacer?... oh!...
PANI. Pójdziesz sama, będziesz zamyślona i w przechodzie rzucisz smutne wejrzenie na wełniarza. Kiedy zachrząknę, upuścisz chustkę.
ZOSIA. No, więc ja już idę się ubierać. Ojciec także dobrzeby zrobił, ogarnąwszy się trochę przyzwoiciej.
PAN. Ależ...
PANI. Mój mężu, nie gadaj tak dużo. (do Zosi) Nie zapomnij, moja droga, o oczach, trzeba je trochę przyćmić.

ZOSIA. Rozumie się!...


Z ŻYCIA POETY.

„Przetoż mi żywot omierzł: bo mi się nie podoba żadna rzecz, która się dzieje pod słońcem; albowiem wszystkie są marnością i utrapieniem ducha.“

Przypuśćmy, czytelniku, że jesteś gimnazjalistą, który dzięki zbiegowi nieprzewidzianych okoliczności, przeszedł z klasy drugiej do trzeciej.
Przypuśćmy, że akcja zaczyna się na początku roku szkolnego, i że ty, dzięki małemu wzrostowi, usiadłeś w ławce pierwszej.
Przypuśćmy, że lekcje rozpoczęły się, odczytano przepisy, spisano imienną listę, kilku twoich przyjaciół klęczało, kilku odsiadywało kozę, słowem, szkoła funkcjonuje już na dobre, gdy wtem...
Do klasy wprowadzają nowego kandydata!... Przypatrujesz mu się uważnie. Na jego gładko uczesanych włosach lśni pomada, na jego szyi świeci blado-różowy krawacik, na jego szczupłych rączkach widzisz ze zdumieniem nowe rękawiczki, a na baraniej fizjognomji lekkie pomieszanie. Sadzają go około ciebie i przekonywasz się, że chłopaczek ten jest djabelnie chudy, ale to tak chudy, że mu się aż żebra zarysowują na eleganckim tużureczku; twarz jego przypomina sztokfisz, figura i zapach — butelkę po kolońskiej wódce. Sądząc z ubrania, odgadujesz, że rodzice jego muszą być majętni, wstążeczki u glansowanych kajecików zawiadamiają cię o tem, że jest otoczony płcią piękną; ponieważ milczy jak ryba, posądzisz go więc o głupotę...
Powoli jednak rozjaśnia się tajemnica: twój kolega jest to jakiś Ildefons, Artur, Eugenjusz, lub też coś podobnego do tamtych. Jego wujaszek jest wielkim artystą, jego ciocia jest wielką powieściopisarką, jego mamę zamłodu uwielbiał jakiś poeta, zmarły na wyschnięcie mlecza pacierzowego i t. d. i t. d. Pewnego dnia inny za wami siedzący kolega, chłopiec niesforny, z włosami przypominającemi szczotkę od mycia podłóg, dał mocnego byka w ucho blademu. Blady zemdlał, ty go wyprowadzasz na korytarz, kropisz wodą... On otwiera oczy, uśmiecha się melancholicznie, zlekka ciśnie twoją rękę i ofiaruje ci przyjaźń dozgonną wraz z zaprosinami na wieczory do siebie. Przez ten czas wasz zdemoralizowany kolega o najeżonych włosach dostaje silne upomnienie, wymierzone ku tej stronie jego indywidualności, która z ławką szkolną miewa najczęstsze stosunki.
Wkrótce blady wprowadza cię do siebie. Poznajesz jego mamę, która ze łzami w oczach dziękuje ci za współczucie okazane niewinnie prześladowanej istocie, — poznajesz jego pokoik pełen książek, kwiatów, firanek, woni i melodji...
Mama oddala się i przysyła wam przekąskę, blady zbliża się i otwiera przed tobą swe serce. Słuchasz, słuchasz i słuchasz jego długiej i tkliwej historji, oto ona:
Blady urodził się według zasad w medycynie przewidzianych, lecz ponieważ był słabowitym, więc kąpano go do 10-go roku życia w baranich nóżkach. Stąd rozwinęły się w nim instynkta poetyczne. W dalszym biegu życia uczył się pięknych wierszyków, salonowego obejścia i gry fortepianowej. Potem pokochał swą kuzynkę, pannę z zadartym noskiem i na jej cześć napisał sonet. Potem na imieniny mamy napisał powinszowanie. Potem z okazji czyjejś śmierci, pożaru, powodzi lub kradzieży, napisał odę. Później zakochał się po raz drugi i odtąd sypią się z niego wiersze jak sieczka z dziurawej torby. Wszystkie te wiersze odczytuje ci blady bez względu na to, że już trzy godziny upłynęło po przekąsce, że się rumienisz, kręcisz na stołku i t. d., słowem, że radbyś go, z powodów od ciebie niezależnych, jak najrychlej pożegnać. Wreszcie żegnasz się z całym domem i wychodzisz przekonany, że blady jest poetą!...
Odtąd jesteście ze sobą tak, jak bat z biczyskiem. Ty bywasz u niego, on u ciebie... aż do ukończenia szkół.
W ciągu tych lat kilku blady kochał wiersze i uczył się ich napamięć, lubił literaturę i historją i uczył się ich napamięć, znosił łacinę i geografją i uczył się ich napamięć, nienawidził matematyki i nauk przyrodzonych i znowu uczył się ich napamięć.
Po ukończeniu szkół, on wyjechał w świat, a ty opłakałeś go, już sądząc, że umarł. Pewnego dnia jednak czytasz w „Tygodniku Ilustrowanym“ co następuje:
„Panu X. X. wiersze p. n. „Do trumny,“ „Łabędzi śpiew zdruzgotanego serca,“ „Do...“ i t. d., nie kwalifikują się do druku.“
Odtąd odpowiedzi podobnych znajdujesz coraz więcej, aż wreszcie, po upływie kilku lat czytasz jakiś sonet przez X. X. w jednem z pism ilustrowanych. Stopniowo wierszy takich pojawia się coraz więcej; — po kilku miesiącach twój dawny przyjaciel zostaje pochwalony przez któryś z „Kurjerów“ i zbesztany przez którąś z „Gazet.“ Recenzje pojawiają się coraz częściej, aż wreszcie... blady puszcza jakąś wierszową ramotę, na zasadzie której jedna połowa prasy warszawskiej ogłasza go za genjusza, druga za idjotę.
Po pierwszej ramocie wychodzi kilka innych, obejmujących sonety, ody, tragedje i t. d. Twój przyjaciel na głębokiej prowincji robi furorę, w Warszawie tworzy nową szkołę poezji, a wreszcie... umiera.

Tygodnik“ i „Kłosy“ umieszczają jego wizerunek, wydawcy procesują się o jego dzieła, a cała prasa pisze nekrologi, zaczynające się od słów: „W dniu tym a tym, jeden z największych poetów przeszedł do nieśmiertelności....“


LITERACI.

„Tacy bowiem i owacy patrzali na mnie, stojąc naprzeciw. Jedni w gniewie i złośliwości, inni śmiejąc się, a drudzy płacząc....“
„Ale nie widzieli, że na piersiach moich wężowie siedzą, a i serce gorzkością jest napełnione....“

W owej epoce, kiedy ludzie poznali się już na szatańskich figlach i kiedy interesowi djabelskiemu na ziemi zagrażało kompletne bankructwo, Lucyper, za poradą pewnego farmaka, zrobił następującą miksturę, nazwaną przezeń eliksirem literatów:
Sto wiader żółci rozebrał w 1000 wiadrach octu siedmiu złodziei, dodał do tego 200 pudów makulatury, 50 pudów atramentu i piór stalowych, 100 pudów tureckiego pieprzu, 100 pudów opjum, 100 pudów starej garderoby z Pociejowa, tudzież 100 pudów pozwów i niezapłaconych weksli. Wszystko to przez 1000 lat warzył na ogniu piekielnym, przelał w olbrzymi aparat Bergera i zawiesił nad ziemią. Po 40.000 lat fermentacji aparat pękł i mikstura się rozlała głównie po całej Europie i Ameryce Północnej; przytem parę kropel jej padło na Chiny, Japonją i Indje Wschodnie, ani jedna zaś kropelka nie trafiła do Laponji, Patagonji, Środkowej Afryki i Australji.
Współcześnie z ową eksplozją, na ziemi pojawiła się literatura perjodyczna.

Odezwa nowego organu. Świetna publiczności! Pragnąc wzmocnić siły tutejszokrajowej inteligencji, umyśliliśmy wydawać dziennik, tygodnik lub dwutygodnik: naukowo - literacko - artystyczno - społeczno - humorystyczno - ilustrowano - specjalny. Każda gałąź wiedzy ludzkiej znajdzie w nim obszerne uwzględnienie, każdy fakt, obchodzący ogół, zostanie zanotowany. Dalecy od prywat i zawiści, miotających naszymi kolegami, podnosić będziemy wszelką zasługę i gnębić wszelki występek. Aby dać pole do wyrobienia się domorosłym genjuszom, umieszczać będziemy prace przeważnie oryginalne. Słowem będziemy was uczyć, bawić, moralizować, naprowadzać na nowe drogi i t. d. po cenach umiarkowanych.
Działy pisma są następujące:
I. Artykuły wstępne, obejmujące trafne uwagi i ogólne poglądy na wszystko, co się dzieje na niebie i ziemi.
II. Polityka, oparta na wiadomościach nadsyłanych przez woźnych ministerjalnych, lokajów członków parlamentu, dorożkarzy, przewożących dokumenta dyplomatyczne i t. d.
III. Dział nauk socjalnych, jak np. gospodarstwo według zasad, uznanych jeszcze przez Adama i Ewę; budownictwo przez tych, którzy wznieśli wieżę Babel; nautyka przez Noego, pedagogika układana przez dyrektorów stadnin prywatnych i t. d.
IV. Powieści głównie moralne, jak „Izabela,“ „Eugenja,“ dzieła Pawła z Kocka i t. d.
Mamy nadzieję, że świetna publiczność oceni nasze dobre chęci i pośpieszy się z wniesieniem przedpłaty, gdyż po 3 miesiącach cena pisma z powodu natłoku prenumeratorów niezawodnie podniesioną zostanie...

I. LITERAT. Przyniosłem tutaj... to jest do uznania szanownego pana, parę... to jest kilka utworów literackich...
REDAKTOR. A... ha!... dobrze. Pokażno pan, zaraz zobaczymy... Cóżto, wiersze? nam wierszy nie potrzeba, my tu mamy nadwornego poetę.
I. LITERAT. To jest... chciałem powiedzieć, z przeproszeniem humorystyka...
REDAKTOR. O panie! z humorystami rady sobie dać nie możemy, włażą nam przez drzwi i okna... Gdybyś pan coś specjalnego mógł napisać, pan musisz być przecie specjalistą, hę?...
I. LITERAT. Tak, jestem z powołania muzykiem, ale mogę coś i nie w muzykalnym tonie stworzyć.
REDAKTOR. Jeżeli tak, to wybornie. Siądź pan z łaski swojej. Potrzebujemy właśnie rozprawy z medycyny, tak, dajmy na to, coś o kołtunie, czybyś pan nie mógł?
I. LITERAT. Owszem, owszem. Niech tylko pan dobrodziej dostarczy mi podręczników.
REDAKTOR. Widzisz pan... ten... tego... mamy tu coś z pięćset dzieł, traktujących o tym przedmiocie, ale... są zapakowanie... Zresztą, ja sądzę, że najlepiej pan zrobisz, pisząc z natury, coś z własnych spostrzeżeń... tak... Nie zapomnij pan przymieszać trochę soli atyckiej, parę wierszyków, a wkońcu przypomnieć publiczności o obowiązkach ogółu dla oświaty i o potrzebie prenumerowania pism krajowych. A teraz żegnam!
I. LITERAT. Czy mogę pana zapytać, jakie praktykuje się honorarjum?
REDAKTOR. Honorarjum? Sądzę, że możemy o tem później pogadać, pan występujesz dopiero po raz pierwszy.
I. LITERAT. Ach! tak... Żegnam szanownego pana!... (wychodzi).
REDAKTOR (każe wprowadzić II-go literata). Aaa!!... pan dobrodziej zapewne z jakąś pracą?
II. LITERAT. Tak jest, szanowny panie, przyniosłem, do jego uznania, kilka rozpraw naukowych i społecznych.
REDAKTOR. Bardzo mi przyjemnie... Jakież tytuły?
II. LITERAT (czyta). „O zetknięciu się ziemi z kometą i możliwości końca świata.“
REDAKTOR. Wspaniale!...
II. LITERAT. „O emancypacji kobiet.“ „O księgosuszu u bydła.“
REDAKTOR. To już coś z weterynarji?
II. LITERAT. Tak jest. „O wpływie odpadków miejskich na rozwój cywilizacji.“
REDAKTOR. Bardzo interesujące...
II. LITERAT. „O fotografji,“ „O teorji Darwina“ i wreszcie „O wygubieniu nagniotków.“
REDAKTOR (zachwycony). Pan jesteś skarbem nieoszacowanym, panie!... pan możesz pisywać artykuły wstępne!... my właśnie takiego człowieka potrzebujemy.
II. LITERAT. To jest moja specjalność i jeżeli mi pan łaskawie zakomunikujesz honorarjum od wiersza, w takim razie...
REDAKTOR. My, panie, płacimy od mendla... po kopiejce.
II. LITERAT. Ależ, panie, to jest za tanio!...
REDAKTOR. Nie zapominaj pan jednak, że mamy maszynę pomocniczą do pisania artykułów wstępnych.
II. LITERAT. Czy być może? Jakaż to jest maszyna?
REDAKTOR. Bardzo prosta. Jest to zwykły kalejdoskop, do którego wsypuje się wszystkie wyrazy słownika i następnie notuje się zdania i ustępy z tego, co tam widać. Autor więc potrzebuje dodawać tylko znaki pisarskie, w czem go najczęściej zecer wyręcza i przydawać wyrazom odmiennym odpowiednie końcówki.
II. LITERAT. Ja sądziłem, że to tylko poeci podobnych maszyn używają.
REDAKTOR. Nie, panie! Poeci mają daleko tańszy przyrząd, do którego zamiast 100 tysięcy wyrazów sypie się trochę kropek, wykrzykników, pytajników i cały alfabet łaciński!
II. LITERAT. Aha! No, ale jeżeli panowie istotnie posiadacie taką maszynę, to na cenę zgadzam się i żegnam! (wychodzi).
REDAKTOR (do III-go literata). Mój kochany panie, zrąb też z łaski swojej tego cymbała X., on już od tygodnia żadnego z nas na śniadanie nie zaprosił...
III. LITERAT. Ależ, panie... ja u niego niedawno byłem z wizytą, a nawet jutro ma mi dziecko do chrztu trzymać!
REDAKTOR. No, to się pan nie podpiszesz... jeżeli zaś dobrze mu pan dojedziesz, to mogę ofiarować półtorej kopiejki od mendla.
III. LITERAT. A, to co innego, w tej chwili napiszę!
REDAKTOR. Wykaż mu pan plagjaty, wspomnij o procesie o oszustwo i wogóle staraj się dać poznać, że to człowiek niebezpieczny...
III. LITERAT. Nie bój się pan, dam ja mu bobu!
INTERESANT (wpada zadyszany). Panie redaktorze, cóż wy u djabła wyrabiacie ze swojem pismem? toż mi tu ze wsi donoszą, żeście jeszcze ani jednego numeru nie wysłali?
REDAKTOR. To zapewne z winy poczty... my wszystko jak najsumienniej i najpunktualniej wypełniamy.
INTERESANT. No tak, zapewne!... Ale cóżeście wy za głupstwa popisali w rubryce zoologji? Donosicie o wężu morskim, a tu nikt nie wierzy w jego istnienie.
REDAKTOR. Mylisz się pan! Wąż morski istnieje, właśnie donoszono nam o tem przed kilku dniami wprost z akademji paryskiej.
INTERESANT. A kiedy tak, to co innego! Więc to aż tak wysoko macie korespondentów?

REDAKTOR. Tak jest, panie, i słono im płacimy, po 10 kopiejek od wiersza, panie, a to wszystko dla dobra ogółu, dla użytku publicznego... O, bo my postępujemy wcale inaczej niż nasi koledzy!


U PANI PIOTROWEJ.

PANI. (skromnie ubrana). Czy nie zastałam pana Fajtłapowicza?
PAN (ładnej tuszy). Tu niema żadnego Fajtłapowicza, nigdy się nie stołował, nie znamy takiego!
PANI (do otyłego mężczyzny). A a a... to pan! a ja patrzyłam na kogo innego.
PAN (zmieszany). A a a... ja myślałem, że się pani pyta o mego młodszego brata! (na stronie). Niepokoi mnie ta kobieta... czego ona chce?
PANI. Czy nie byłby pan łaskaw powiedzieć mi, gdzie mieszka pan Rzodkwiński?
PAN (rozpromieniony). O, z największą chęcią... Pan Hilderyk Rzodkwiński mieszka na tej samej ulicy co i pani Piotrowa, pod Nr. 15 na drugiem piętrze. Stąd nawet widać jego okna.
PANI. Bardzo dziękuję panu! (chce odejść).
PAN. Ale! ale! jak pani będzie wchodzić do mieszkania, to niech pani trzy razy poruszy dzwonkiem, potem zaczeka i znowu raz poruszy, bo pan Rzodkwiński otwiera tylko znajomym.
PANI. Ślicznie dziękuję!... (wychodzi).
PAN (dobrze zbudowany do otyłego). A to spłatałeś figla Rzodkwińskiemu!
PAN (otyły). Bój się Boga!... a któż to był?
PAN (dobrze zbudowany). Jakto kto? żona krawca, która go szuka już od pół roku.
PAN (otyły, zafrasowany). Bodajże ją djabli wzięli!... ale któżby się tego spodziewał... przecież i ja jestem niejednemu krawcowi dłużny, a żaden mi żony nie nasyła.
PAN (dobrze zbudowany). A tylko jak?
PAN (otyły). A sam przychodzi.
PANI PIOTROWA (w kuchni). A a a! nasz kochany, dawno niewidziany pan Rzodkwiński!...
PAN RZODKWIŃSKI. Witam panią, jakże zdrowie, a co tam mamy na zupkę?...
PANI PIOTROWA. Cytrynowa i rosół...
PAN (otyły do Rzodkwińskiego). Mój drogi, przepraszam cię bardzo, ale niechcący powiedziałem twój adres jakiejś krawcowej.
RZODKWIŃSKI (zafrasowany). Taaak!... A to i ja tobie podobnego figla niechcący zrobiłem, bom powiedział Moszkowi, gdzie mieszkasz.
PAN (otyły). Taaak?... Eh! cóż tam, ja się go już nie boję, będę miał pieniądze!
RZODKWIŃSKI. Winszuję ci, jeżeli tak, bo to żyd djabelnie uparty.
FAJTŁAPOWICZ (do mężczyzny dobrze zbudowanego). Czy nie mógłbyś mi pożyczyć kilku rubli?
PAN (dobrze zbudowany). Ani grosika nie mam!
FAJTŁAPOWICZ. Taaak... a to nieszczęście... To pozwólże mi przynajmniej kilka nocy przespać u ciebie...
PAN (dobrze zbudowany). O o o! z największą chęcią, ponieważ ja właśnie z domu na parę dni wynoszę się.
FAJTŁAPOWICZ. Dlaczegóż to?...

PAN (dobrze zbudowany). Eh! nic... unikam tylko gospodarza, który chce, ażebym się wyprowadził z mieszkania.


NA SMOLIKOWSZCZYZNIE.[3]

STASIO (wstając z łóżka). Mój Karolu, uważajno też na handlarza, a jeżeli się który zjawi na podwórzu, to go zawołaj.
KAROLEK (zdumiony). A cóż ty masz do sprzedania?
STASIO (zakłopotany). Eh! wiesz przecie, że tylko zegarek!... Potrzebuję nagwałt sześciu rubli.
KAROLEK. Dałbyś też pokój, cóż ci tak pilnego...
STASIO. Ale ba! już ja wiem i muszę mieć sześć rubli na trzecią, bobym inaczej djabelnie wyszedł!...
GŁOS Z PODWÓRZA. Handel! handel! handel!...
KAROLEK. Nie radzę ci, ale zresztą rób, jak chcesz. (woła przez okno). Handel! tu!... (do Stasia). Nie śpieszże się przynajmniej z opuszczeniem ceny, a może uda się go naciągnąć. Jeżeli handel będzie uparty, to powiem, że ja kupię zegarek za sześć rubli, a wtedy może co postąpi.
STAŚ. I tak grać można...
LAJBUŚ (wchodzi). Aaa! wielmożny pan Karol!... to pan tu tera mięszka? Awa! co my się z sobą nahandlowali... ja myślałem, że pan już nic nie będzie miał do sprzedania.
KAROLEK. Głupiś, Żydzie! ja już nic nie potrzebuję sprzedawać, tylko ten pan.
LAJBUŚ. Wszystko jedno. Nu! co pan dobrodziej ma?
STASIO (zadąsany). Może sobie kupisz ten zegarek?
LAJBUŚ. Naco mnie to? Może pan ma stare garderoby, stare koszule, stare buty, ja wszystko kupuję... A co pan chce za ten zygar?
STASIO. Sześć rubli.
LAJBUŚ. To nie dla mnie! Może pan ma kołdrę, poszewki? Jabym panu dał za te sztuke trzy ruble, a więcej nie mogę.
KAROLEK. Eh! wynoś się z takiemi pieniędzmi! (do Stasia). Poco się spieszysz, ja ci sam dam sześć rubli.
LAJBUŚ. Pan da?... No to niech pan da!
KAROLEK. Co ty sobie, durniu, myślisz, że nie mam pieniędzy, hę?...
LAJBUŚ. Bez urazy wielmożnego pana nic nie myślę, ja tylko sobie mówię, że taki pan jak pan, toby z takim klekotem wstydził się chodzić po ulice.
STAŚ (zniecierpliwiony). No kupuj, Żydzie, albo się wynoś!
LAJBUŚ. Niech pan co opuści, ja przecież chcę zarobić. Mnie nawet trafia się kupiec na taki zygar, to możebym utargował z parę złotych...
KAROLEK. Cóż to za kupiec?
LAJBUŚ. Iiii... to jeden łapserdak, lokaj od furmana pana Zamojskiego!... Ja państwu powiem słowo; niech państwo co opuszczą, a ja postąpię.
STAŚ. No, ile postąpisz?...
LAJBUŚ. Co to dużo gadacz, postąpię... pięć kopiejek...
FRANIO (wpada zadyszany). Jak się macie!... hej, Karolu! jakiś facet przywiózł ci pieniądze, stoi w Europejskim hotelu. Biegnij prędko, bo wyjedzie!
KAROLEK (zachwycony). O nieba!... Stasiu, nie sprzedawaj zegarka, ja kupuję! (kładzie zegarek do kamizelki).
LAJBUŚ. Z przeproszeniem... postąpię pół rubelka!
STAŚ i KAROLEK (razem). Nie! dawaj sześć rubli!... jużeśmy ci powiedzieli ostatnie słowo!
LAJBUŚ. Co to słowo, czy to królewskie słowo? przecie to handel! No, dam cztery rubelki...
KAROLEK (chwyta za czapkę). Nie, nie!... dasz sześć rubli i weźmiesz!... No, bądźcie zdrowi, za pół godziny przychodzę! (wybiega).
STASIO. Karol! zostaw zegarek!... Co to za warjat... (do Lajbusia). Nie masz tu co czekać, przyjdź później, to może ci już tamten pan sprzeda.
LAJBUŚ. Państwo wszystkie takie prędkie... Może jabym dał sześć rubli, a tak tom sobie tylko czas zmarnował... Aj waj!
FRANIO. O cóż ci chodzi, przyjdziesz za godzinę i kupisz.
LAJBUŚ. Nu, może ja tak i zrobię, tylko się pójdę dowiem... Adiu państwu!... (wychodzi).

(W godzinę potem).

LAJBUŚ. Coś tamtego pana nie widać, a ja się śpieszę.
STASIO. Zaczekaj jeszcze chwilkę... Ot! słyszysz? ktoś idzie po schodach, to pewnie on!
KAROLEK (wpada zafrasowany). Niech ich djabli wezmą, tylko się pokazałem z pieniędzmi, zaraz wszystkie musiałem oddać.
STASIO. Jakto wszystkie?
KAROLEK. Tak jakby wszystkie. Dałem w cukierni trzy ruble, krawcowi trzy, to razem sześć. Rządcy sześć, to razem dwanaście, a że dostałem piętnaście, więc mam tylko trzy.
LAJBUŚ. Nu, to ja państwu dodam sześć rubli za zegarek i będzie razem dziewięć, tylko niech się państwo z łaski swojej pośpieszą.
KAROLEK (przerażony). Bodajże cię miljon djabłów wzięło... Zgubiłem zegarek...
STASIO. Bój się Boga!... a cóż się ze mną stanie?
KAROLEK (zdesperowany). Ha cóż! dam ci ostatnie trzy ruble tymczasem... Ale co się ze mną stanie?
LAJBUŚ (zgryziony). A wa! i państwo stracili i ja straciułem, a to wszystko bez prędkość. Może państwo mają jeszcze co na handel?...

(Wielka pantomina).


PRZED KOPERNIKIEM.

HIPOCHONDRYK. A co, czy byłeś?
FLEGMATYK. Hę?...
HIPOCHONDRYK. Czy byłeś na wystawie?
FLEGMATYK. A na jakiej?
HIPOCHONDRYK. No, rozumie się, że na wystawie obrazu Matejki, obok której mieści się i druga wystawa.
FLEGMATYK. Jakaż tam znowu?...
HIPOCHONDRYK. Wystawa głupoty ludzkiej! Może pójdziemy ją obejrzeć?
FLEGMATYK. Można!

(Na sali).

(Grupa I). SZCZEBIOTKA. Moja mamo! czy ten Kopernik to ma sobole na kołnierzu, czy popielice?
MAMA. Sobole, moje dziecko...
SZCZEBIOTKA. Więc to był jakiś bogaty człowiek, moja mamo!
MAMA. Pochodził z klasy średniej, ale widzisz, wynalazł astronomją, i dostał za to dużo pieniędzy!
(Grupa II). KAPITALISTA. Proszę pana mego, co to te ramy musiały kosztować, jeżeli je na obstalunek zrobiono!
EMERYT. Wątpię!... Musiał mieć komitet ramy gotowe, a Matejko do nich obraz domalował.
(Grupa III). PODLOTEK. Przyznam się, że to nie bardzo przyjemnie spędzać zimowe noce na ganku!
CIOCIA. Widzisz, moja Klociu, na co się to ludzie nieżonaci narażają! Bez żony dom pusty, rad nie rad więc każdy z niego ucieka.
HIPOCHONDRYK. Szczególniejszy pogląd... ja zawsze słyszałem, że to właśnie ludzie żonaci najczęściej z domu uciekają!
CIOCIA (przerażona). Klociu... uchodźmy stąd!...
(Grupa IV). RUMIANA PANIENKA. Moja mamo, już wyjdźmy stąd!... mnie tak się przykrzy...
MAMA. Daj pokój, moje dziecko, — gotowi powiedzieć, że się nie znamy na arcydziele.
ELEGANT (do mamy). W każdym razie pozwoli sobie pani powiedzieć, że 50 groszy od osoby to trochę za drogo.
MAMA (do eleganta). Tak... jest to prawda... Ale ponieważ dochód przeznaczony na niezamożnych studentów...
RUMIANA PANIENKA. Czy i pan Bałabasiewicz co z tego dostanie?
MAMA. Oh! już Bałabasiewicz mógłby nie żądać nic z tego!... wszak bierze za Jasia po 7 rubli na miesiąc.
(Grupa V). ZNAWCA. Co za włosy!... jaki wyraz twarzy!... jakie akcesorja!... Weźmy naprzykład pod uwagę tę latarnię, jaki kolor światła... cudowne!... Zaraz odgadujesz, że rzecz działa się w epoce, kiedy nie znano gazu oświetlającego i kiedy świeczki łojowe djabelnie kopciły!
KOCZKODAN. Wie pan co, że mi się nie podobał!... takie długie włosy to wcale nie dla astronoma... Przytem twarz jakby martwa! Ja się trochę znam na tem.
ZNAWCA. Taaak! nie można powiedzieć, aby obraz był bez zarzutu, z tem wszystkiem jednak nie jest i bez pewnych zalet!
(Grupa VI). POETA. Nie powiem, aby natchnienie w taki sposób miało się objawiać... Ja nieraz w chwili natchnienia siadam przed lustrem i uważam, że zupełnie mam inną fizjognomją od tej!
CZŁOWIEK MYŚLĄCY. No, widzisz pan, to jest rzecz temperamentu... Pan masz natchnienie poetyczne, a Kopernik i my miewamy natchnienia z dziedziny nauk ścisłych.
POETA, Co to może znaczyć ten kawałek drewna, podobny do ramy starej okiennicy?
CZŁOWIEK MYŚLĄCY. Tu... na tej zawiasie musi być mikroskop... do patrzenia, a to, co leży, to metr, miara używana przez astronomów.
(Grupa VII). CZŁOWIEK POTULNY. Wiesz, aspan, co, że siedziałbym cały dzień i noc przed tym obrazem, ale wszystkie krzesła zajęte, a na nogi nie zdużam.
CZŁOWIEK REZOLUTNY. Ach! wielki kłopot!... wyciągnąłbym babie tej, co siedzi na dwu stołkach, jeden, — albo siadłbym na pace!
CZŁOWIEK POTULNY. Daj też, aspan, pokój, ja awantur nie lubię... a na pace siedzieć nie mogę, bo mam nowe paleto i żonisko głowęby mi zmyła.
(Grupa VIII). LITERATKA. Wszystko rozumiem... i to, że siedzi na ganku, i to, że jest w futrze, i to, że trzyma cyrkiel... Ale dlaczego on tak głowę podniósł do góry i ręce wyciągnął... tego już pojąć nie mogę!
HIPOCHONDRYK. Modli się, pani dobrodziejko, modli!... i mówi: „Panie, odpuść im, bo nie wiedzą co czynią!...“

(Przy wyjściu).
SŁUŻĄCY (mruczy). Już ja od tych państwa, co siedzą dłużej niż pół godziny, to brałbym za drugi kurs!


FILANTROPOWIE.

Obraz I. MĄŻ. Kochana Peciu, na miłość boską, częściej zaglądaj do domu, bo obawiam się nieszczęścia! Ja cały dzień siedzieć muszę w biurze, ty wiekuiście gdzieś wychodzisz, a dom i dzieci bez najmniejszej opieki!
ŻONA (z gniewem). Czy już skończyłeś?...
MĄŻ (zmieszany). Taaak!...
ŻONA. Cieszę się, że tak interesujesz się sobą i tem, co do ciebie należy; — radziłabym ci jednak posłuchać czasem ojca Pacyfika, w jaki to sposób on zapatruje się na ludzi podobnie myślących!... Cóżto? czy tylko o siebie dbać powinniśmy? Czy dokoła nas nie wyciągają rąk miljony nędzarzy?! Nasze dzieci mają dom i służbę, mają co jeść i w co się ubrać, a ileż jest tak nieszczęśliwych istot, że nietylko wygód i służby, ale nawet chleba i rodziców są pozbawione!!
MĄŻ. Ależ najdroższa!...
ŻONA (w zapale). Proszę cię, nie przerywaj mi! Wiem, co chcesz powiedzieć!... Chcesz powiedzieć, abym dawała jałmużnę nieszczęśliwym?.... Ależ ojciec Pacyfik mówi, że oni nietylko chleba, lecz i dłoni przyjaznej i serca potrzebują!
MĄŻ. Pozwól!...
ŻONA. Nie mam czasu na słuchanie twoich egoistycznych bredni. Muszę iść zaraz na sesją, a pojutrze na kwestę, — potrzebuję więc nowego czarnego kapelusza, czarnej jedwabnej sukni, czarnych paryskich rękawiczek i czarnej parasolki. Ponieważ zaś wiesz, że umiem być oszczędną, najlepiej więc zrobisz, dając mi odrazu 100 rubli!
MĄŻ (przerażony). O nieba! nie wyobrażałem sobie dotąd, aby miłość bliźniego wymagała tak straszliwych ofiar!
DAMA OBCA (wchodzi). Witam państwa! Spieszże się, najdroższa Peciu, bo już od godziny oczekuje na ciebie całe kółko!
ŻONA. W tej chwili służę ci!... Spieszże się, najdroższy Ferdziu!
MĄŻ (oddaje pugilares). Służę ci, najdroższa Peciu!... (na stronie). Przeczuwam, że niedługo sam będę musiał prosić o wsparcie!

(W kilka dni później).

ŻONA. Teraz będziemy się mogli obrachować; oto co wydałam (czyta). Suknia 40 rubli, kapelusz 6 rubli, rękawiczki 2 ruble, parasolka 4 ruble, wynajęcie powozu 5 rubli, na składkę 2 ruble... razem 60 rubli. Resztę jeszcze zachowam na nieprzewidziane wydatki.
MĄŻ (zdesperowany). Ach! na nieprzewidziane wydatki... przyda się!
ŻONA. Nie przerywaj mi! Zebraliśmy gotówką rubli srebrem 15 i 30 kopiejek, oprócz tego...
MĄŻ (błagalnie). Ależ, żono, wysłuchajże mnie teraz!
ŻONA (rozgniewana). Proszę cię, nie rób takich min!... Oprócz tego książę X. obiecał dać 10 rubli, hrabia Y. obiecał 25 rubli.
MĄŻ (w rozpaczy). Nasz syn umiera!
ŻONA (przerażona). Cóż się stało?... och!
MĄŻ. Kiedyś dziś wyszła na ową przeklętą kwestę, Dzidzio spadł ze schodów i okropnie się potłukł!
ŻONA. O nieba! gdzie mój syn?... Och! już po wszystkiem!... może nawet nie będę mogła pójść na zebranie ogólne!...
(Obraz II). LITERATKA. Ja właśnie podałam projekt utworzenia towarzystwa dam, któreby się poświęciły kształceniu... (z zakłopotaniem) kobiet upadłych...
OBECNI. Co za szczytny pomysł!... pani jesteś aniołem!
LITERAT I. Ja... przygotowałem artykuł wstępny o potrzebie kształcenia kryminalistów i właśnie szukam ludzi z poświęceniem.
OBECNI. Co za szlachetność!...
LITERAT II. Mój projekt jest bez porównania skromniejszy... Ja chcę kształcić warjatów i miejscowych idjotów.
OBECNI. O! to przechodzi wszelkie pojęcie!!...
LITERAT III. Pozwólcie, państwo, zwrócić waszą uwagę na to, że mamy bliższe obowiązki... Proponuję zatem, aby kilkunastu z nas wyjechało na prowincją i zostało nauczycielami wiejskimi.
OBECNI. Niezła myśl!...
LOKAJ (który to słyszał). Chwała Bogu, że państwo tak chcą uczyć ludzi biednych... może się i nam, miejscowym, coś z tego okroi!... Ja, z przeproszeniem, i moja żona, bez urazy, mamy wisusa chłopaka i dwie dziewczyny; — możeby się też które z państwa zlitowało nad temi robakami, chociaż to małe, niegłupie i coprawda nie kradło... ale zawsze jeszcze nauczyć się może i tego i owego...

LITERAT I. (zakłopotany). Pomoglibyśmy ci z chęcią, mój przyjacielu, ale... widzisz... my mamy inne obowiązki!


PRZYSZŁOŚĆ PRELEGENTÓW.

(Obraz I. Rzecz się dzieje w r. 1950 w warszawskim klubie prelegentów)

PREZES KLUBU. No, niema co, moi panowie!... jeden z nas musi jechać do Lublina i wypowiedzieć tam odczyt na cel dobroczynny.
I. PRELEGENT. Nie!... to się na djabła nie zdało... tam nikt nie przyjdzie...
II. PRELEGENT. Chybaby wysłać jakiego fryca na próbę... Ot, naprzykład pan Fikalski mógłby jechać... ma głos i powierzchowność!
FIKALSKI. Ehe! nie głupim... na dobroczynność?
PREZES (surowo). Jakto, panie Fikalski, więc nie czujesz w sobie zdolności do ofiar?
FIKALSKI (zmieszany). Owszem, czuję... ale się to nie opłaci!
PREZES. Jakto nie opłaci?... A opłaci się siedzieć w Warszawie i przemawiać za Żelazną Bramą do przekupek, albo szczęśliwszym prelegentom szyby wybijać? Pojedziesz pan!... Właśnie pisał do mnie redaktor „Tygodnika Ilustrowanego Lubelskiego“ i podał bardzo dobre warunki.
FIKALSKI. Czy nie mógłbym?...
PREZES. Na podróż tam i napowrót trzecią klasą przysłał 5 rubli, że zaś pan pojedziesz wagonem bydlęcym, więc zyskasz na czysto 10 złotych. Oprócz tego Towarzystwo Dobroczynności da panu jedno łóżko w sali ogólnej na nocleg...
PRELEGENT. A wikt?...
PREZES. Prawdopodobne jest, że pana ktoś do siebie zaprosi na obiad, a ktoś drugi na kolację. Więc niema co, tylko pan jedź!
FIKALSKI. Jadę i proszę o 5 rubli na drogę!

PREZES. Fiu! fiu!... mądryś, ptaszku!... Idź pan na Pragę, zamelduj się konduktorowi, a on pana umieści. Resztę zaś 10 złotych dostaniesz pan dopiero w Lublinie po prelekcji!

(Obraz II. Na banhofie w Lublinie).

CZŁOWIEK Z GMINU. Czego oni się tu zeszli z muzyką i z baldachimem?
ŚLEDZIARKA. Jakiś tu z Warszawy jedzie, co ich będzie uczył.
DAMA DOBREGO TONU. Czego się tak uwija redaktor „Tygodnika Ilustrowanego?“
MĘŻCZYZNA DOBREGO TONU. Ma racją, pani dobrodziejko!... Inteligencja warszawska przysyła nam jednego z najznakomitszych swych przedstawicieli! (słychać świst).
GŁOSY Z TŁUMU. Jedzie! jedzie!...
DAMA OTYŁA. Bój się Boga, mężu, zaproś go na obiad... To jakiś wielki człowiek, możeby się ożenił z Kością...
MĄŻ. Daj pokój!... tu już krociowe panny do niego wzdychają! (Pociąg zajeżdża).
TŁUM. Hura! hura!...
GŁOS Z WAGONU I. KLASY. Konduktor!... zjadłeś trzysta djabłów... otwieraj!...
REDAKTOR „TYGOD. ILUSTR. LUBELSK.“ Konduktor! konduktor!...
GŁOSY Z TŁUMU. Ten, co krzyczał z wagonu, to pewno prelegent... jaki ma ładny głos! (Z wagonu wysiada grubas).
REDAKTOR. Orkiestra... rżnij fanfarę!... (muzyka gra).
GRUBAS. A co to znaczy?.. hę?...
REDAKTOR. Witamy cię, szanowny prelegencie!...
GRUBAS. Co? co?... ja?... prelegent?... ja handluję świńmi, panie!... ja nie żaden prelegent!
FIKALSKI. Panowie! ja jestem prelegent!...
TŁUM. Hura! hura! (muzyka gra; Fikalskiego stawiają pod baldachimem; z obu stron ma redaktorów).
MĄŻ (do żony). Jaki gruby w karku!... akurat pasowałby do naszej Kości!
REDAKTOR. Mieszkańcy miasta Lublina!... Oto pan Damazy Fikalski!... kawaler, liczący lat 23 i pół, wzrostu 6 stóp i 4 cale, wagi funtów 180 łutów 12... przenośna studnia mądrości!... uniwersalny siewnik wiedzy... zdrów jak ryba!... ma świadectwa...
TŁUM[4] Niech żyje! niech żyje!...
GŁOS Z TŁUMU. Puśćcie mnie do niego! chcę go widzieć i dotknąć!
REDAKTOR (do Fikalskiego). Jakiś starzec chce pana widzieć... czy to nie wierzyciel?...
FIKALSKI (do redaktora). Puść go pan, będzie jakaś rzewna scena. (Głośno do tłumu). Szanowni słuchacze, puśćcie tego starca!... (Tłum się rozstępuje).
STARZEC (od Fikalskiego). Jakimże ja szczęśliwy, żeś pan tak zmądrzał!... bo to przecież i ja pana edukowałem!
FIKALSKI. Kto jesteś, czcigodny starcze?
STARZEC. Oho! pan mnie już zapomniał? Przecież ja jestem szkolny pedel i nierazem panu... ten tego... własną ręką...
FIKALSKI (zmieszany). Nie pamiętam cię, starcze!... milcz już.!..
STARZEC. Oho! ho!... jest tu i Stanisław, co pana przytrzymywał za nogi!...
FIKALSKI. Milcz, nędzniku!
REDAKTOR. Oto pan Damazy Fikalski!... przenośna studnia mądrości!... (Fanfara).
TŁUM. Niech gada!... niech gada!...
FIKALSKI. Szanowni słuchacze!... Potrzeba wszechstronnego ukształcenia jest tak ważna!... Ponieważ gdziekolwiek spojrzymy, widzimy ludzi więcej i mniej ukształconych, widoczne więc jest, że bez ukształcenia człowiek ani jednej chwili istnieć nie może!
TŁUM. Niech żyje!... (muzyka gra fanfarę).
FIKALSKI. Czy podniesiemy oczy na ten błękit niebieski!... czy też spojrzymy na minerały, rośliny i zwierzęta!... czy wreszcie wstąpimy w otchłań ponurą naszego ducha!...
TŁUM. A! a! a! a!...
FIKALSKI. Czy też zajrzymy w głąb naszego serca, przepełnionego miłością!...
KILKA DAM. Ach! ach!... (mdleją).
REDAKTOR. Szanowni lublinianie!... proponuję, abyśmy się udali do Dobroczynności, gdzie czcigodny prelegent dokończy tak szczytnie rozpoczętej mówki. Wejście po 2 kopiejek od osoby!
DAMA (z tłumu). Dam dwa ruble za miejsce siedzące!
MĘŻCZYZNA. Ja dwanaście rubli!
TŁUM. Do Dobroczynności! do Dobroczynności!... (Fanfara).

(Obraz III. W Warszawie w klubie prelegentów).

PREZES. Panowie! W tej chwili odebrałem od Fikalskiego telegram. Prelekcja świetna! Trzynaście krociowych panien oświadczyło się przez swych rodziców Fikalskiemu! On wybrał jedną i założył w Lublinie sklep korzenny!... Dwanaście pozostałych panien w rozpaczy!... Lublin domaga się jeszcze dwunastu prelegentów!...

PRELEGENCI. Do Lublina!... Do Lublina!...


NA UJAZDOWIE.

W knajpie.

P. MACIEJ. Garson!... numerowy!... jeszcze likieru!... Panowie bracia... nasze kawalerskie!...
P. MACIEJOWA. Oj! tyś taki kawaler, jak i ja panna. Przypomniało mu się!...
P. MAURYCY. Panowie zapominają o damach!
P. TEKLA. Panowie zawsze takie niegrzeczne. Kiedy potrzeba, to do dam jak w dym, ale potem!...
P. MAURYCY. Proszę pani, człowiek z edukacją zna się na rzeczy. Panowie — ja funduję, ale za zdrowie dam!
P. TEKLA. Pan jest bardzo grzeczny...
P. JACENTY. Czy za zdrowie dam, czy za nie dam, to jeden djabeł, aby tylko było co w gardło wlać.
P. MAURYCY. To jest panie grubjańskość i nieukształconość, i dlatego nim pan wypijesz, musisz damy przeprosić, bo to ja funduję!
P. MACIEJ. Małgoś!... Małgosiu!... pij, kochanie!... to Mawrycy fonduje.. Mawrycy, daj pyska, bo pięknie gadasz i jesteś chłop niegłupi...
P. TEKLA. A ja podziękuję panom za wszystkie damy i wypiję na intencją mężczyznów.
P. MACIEJOWA. Jeszczeby też... albo to co im brakuje przez tego...
P. JACENTY. No, dajcie spokój... nie swarzcie się!... Oto lepiej powiem wam zagadkę.
P. MACIEJ. Gadaj!... gadaj!... ja pasjami lubię zagadki.
P. JACENTY. Co to jest za jedna taka rzecz, co jest i na chlebie i na kużdem bydlęciu i można i nie można z niej zrobić butów?
P. MAURYCY (do panny Tekli). Jakaś głupia zagadka!... (rozmawiają pocichu).
P. MACIEJOWA. Ja wiem! to jest masło.
P. JACENTY. Bójże się pani Boga...
P. MACIEJ. Ja wiem!... to jest... Eh!... kiedy mi uciekło z pamięci...
P. JACENTY. A to dopiero!... No przecież... skóra! bo jest i na chlebie i na bydlętach i można i nie można z niej zrobić butów!
P. MACIEJ. Ja to zara zgadłem!...
P. MACIEJOWA. A pan Maurycy nie zgaduje zagadek?
P. MAURYCY. Nie, pani!... ja tylko zgaduję szarady i rebusy!
P. JACENTY. No, moje państwo!... a możebysmy się trochę przeszli po placu?
P. MACIEJOWA. Oj, to, to! chodźmy, żeby wam prędzej z głów wywietrzało, boście się potruli!
P. TEKLA. Tylko nie pan Maurycy!... (wychodzą).

Na placu.

Pan CHUDY. Więc pan gadasz, że z prawej?...
Pan NISKI. A z prawej!...
P. CHUDY. To, panie, tylko durnie z prawej strony na konia siadają!
P. NISKI. Co to durnie!... a na którą nogę pan pierwej but kładziesz?
P. CHUDY. A na lewą!
P. NISKI. No! co tam... ale zawsze prawa ręka jest lepsza.
P. CHUDY. Koń nie ma ręków!...
TŁUM. Ho! ho!... lazie!.. widzita go?...
P. MACIEJ. Małgosiu, patrzaj no go... jak włazi!... pewnie wezmą go do majtków.
P. JACENTY. Co się to mydła na te głupstwo zepsuje!... Na cały rokby było do razury!
P. TEKLA. Jabym nigdy nie lazła na słup... a pan Maurycyby wlazł?
P. MAURYCY. Jakbym chciał, tobym wlazł... ale nie chcę, bo to tylko ordynaty włażą!
GŁOS. Na karozele, panowie!... na karozele!...
P. MACIEJ. Maurycy!... Teklusiu!... możebyście się trochę przejechali... choć kapeczkę!...
P. TEKLA. Ech!... ja i pan Maurycy wstydzilibyśmy się jeździć!
P. MACIEJ. No, to się wstydźcie, a ja jadę!... Panieneczko, ustąp się, bo jadę!
NIEZNAJOMA. Mój panie!... proszę bardzo nie szkubać mnie, bo ja jeżdem ż magażynu!
NIEZNAJOMY. Któż to pannę skubie?...
NIEZNAJOMA. A kto?... jużci ten grubasz, czo się na karożele gramoli!
GŁOS. Na karozele, panowie!... na karozele!... bo już zaczynamy się ruchać!
NIEZNAJOMY. Niech panna Klara siądzie na tej kanapie, a ja na koniu... będę obrączki łapał!
P. MACIEJ. Ustąp się pan, to mój koń!... ja przód jestem, pan siadaj na kozę!
NIEZNAJOMY (siadając na konia). To pan sobie jedź na kozie!... Ja nie pastuch, żebym na kozę siadał!!...
P. MACIEJ. Dam ja ci!...
GŁOS. Panowie, ruch!... graj tam hej! hej! (katarynka gra, goście jadą).
PAN I. Haładrała!... (łapie obrączkę).
P. MACIEJ. Rrrum... jamajka!... (chybia).
NIEZNAJOMY. U... skórrrka na buty!... (łapie).
PAN IV. Dziób go!... (chybia).
P. MACIEJ. Pyf go!... (chybia). O do stu baranich ogonów!...
P. MAURYCY (stoją z panną Teklą). Kto to widział się tak pospolitować!
P. TEKLA. Ojcze!... tatku!... niech tatko da pokój!...
GŁOS. Hola!... hola, panowie!... dość tego dobrego!... wysiadać tam, hej...
P. MACIEJ (stając na ziemi). I i i... dobrze mi zrobiło!... trochem był nie swój, ale jak mnie wiater owiał, to jakby ręką odjął!... Możeby jeszcze raz!...
P. MAURYCY. Niech pan da pokój!
GŁOS DRUGI (zdaleka). Do młyna panowie!... do młyna!...
NIEZNAJOMA. Panie Kosztanty!... możebyśmy do djabelszkiego młyna poszli?...
NIEZNAJOMY. A dobrze, jeżeli panna Klara chce!...
P. MACIEJ. Jacuś! chodźmy na młyn... Jacuniu!...
P. JACENTY. I i i... kiedy bom się objadł i opił jak koń i niedobrze mi...
P. MACIEJ. To właśnie lekarstwo! Chodź, Jacuniu, przewieziemy się trochę, wiater cię owieje i będziesz zdrów!
P. JACENTY. Ha! to i chodźmy!... (idą wszyscy ku młynowi).

Na młynie.

GŁOS. Panowie, jeszcze dwa miejsca wolne!... śpieszta się!...
NIEZNAJOMA (siedząc na młynie). Prawda, panie Kosztanty, jak to dobrze, żeśmy się nie szpóźnili?...
NIEZNAJOMY. Oho! widzi panna?... ten grubas siądzie nad nami, ten, co to chciał na konia!
P. MACIEJ. Jacuś!... siądź ty nad tą landrygą, a ja nad tym łobuzem, to mu dam w łeb za to, że mnie zaczepił... (pan Maciej i pan Jacenty siadają).
P. JACENTY. Adiu!... pani Maciejowa, już jedziemy do piekła!
P. MACIEJOWA. Szczęśliwej drogi! (młyn rusza).
P. MACIEJ. U ha! ha!... skórka na buty!...
P. JACENTY. Stój! stój!... bo mię mdli... hej tam!...
NIEZNAJOMY. Jedź dalej, jedź dalej!...
P. MACIEJ. Ty chamie, poczkaj! dam ja tobie...
P. JACENTY. Ooo... aaa!... a pfu!... ooaaa!...
NIEZNAJOMA. Gwałtu! gwałtu!... czo się to żnaczy?... moja głowa!... moja szuknia!...
TŁUM. Stójcie tam! hej!... pasażer cholery dostał...
P. TEKLA i p. MACIEJOWA. O la Boga!... o la Boga!... (młyn staje; sprowadzają pana Jacentego).
P. MAURYCY. Co panu jest? panie Jacenty!...
P. JACENTY. Już nic... nic... jakoś mi tera lżej!...
NIEZNAJOMA. Panie Kosztanty!... każ pan temu pijakowi żapłacić 12 żłotych ża moją szuknię... ża moje włoszy!...
NIEZNAJOMY. Płać, pijaku, pannie Klarze!... pocoś siadał na młyn!
P. MACIEJ. A ty, chłystku jakiś... dam ja ci tu 12 kijów!...
NIEZNAJOMY. Tyś sam chłystek!... płaćcie za suknię!...
P. TEKLA. Panie Maurycy!... niech pan ratuje ojca!
MAURYCY (do Nieznajomego). Komu pan tu tykasz?... chcesz pan w mordę?... co?...
NIEZNAJOMY. Co? co?... w mordę? ja?
MAURYCY. Tak!... aż ci wszystkie zęby wylecą!
NIEZNAJOMY. O wa!... jaki siłacz!... Nie wylecieli mi do tej pory, to mi i teraz nie wylecą.
MAURYCY. Pan jesteś bez edukacji!... żebyś pan przy damach takie rzeczy wyrabiał?
NIEZNAJOMY. Co to bez edukacji! kto... ja bez edukacji?... toś pan bez edukacji!... coś pan za jeden?...
MAURYCY. A pan coś za jeden?... mnie znają wszyscy, co znaczę!
NIEZNAJOMY. Pocięglarz!
MAURYCY. Pocięglarz, albo i nie pocięglarz!... gadaj pan, coś za jeden?
NIEZNAJOMY. Gadaj pan pierwej!
MAURYCY. No, to trzeba panu wiedzieć, że ja jestem... fryzjer!... Czy nie prawda, państwo?
P. MACIEJ. Prawda! słowo honoru daję, że prawda!
P. MAURYCY (do Nieznajomego). Ale pan toś niezawodnie szewc...
NIEZNAJOMY. Fiu!... fiu!...
P. MAURYCY. No, więc coś pan za jeden?
NIEZNAJOMY. Ja się tam chwalić nie lubię, niech panna Klara powie, co ja jestem!
NIEZNAJOMA. Pan Kosztanty jest ż resztauraczji, a ja jeżdem ż magażynu...
P. MAURYCY. Więc jeżeli tak, tośmy się nie powinni kłócić na ulicy!
P. JACENTY. Tak jest!... tak jest!... jedność, zgoda... przedewszystkiem!
NIEZNAJOMA. A ż moją szukniom czo będzie?

NIEZNAJOMY. Ehe!... głupstwo! Daj, panna, to ja sam pannie wytrę i basta!... Byle się tylko nie kłócić z ludźmi porządnemi!


NA PROWINCJI.

W pokoju dziecinnym.

NAUCZYCIEL. A nu-że!... a do książki, osły. Ha!... Co z was będzie, jeżeli całe życie spędzicie na próżniactwie? Ja, kiedym był w Warszawie, to czytałem, pracowałem po całych dniach i nocach! — a wszystko o chlebie i wodzie!
DZIECKO. Aaa... hum!... Pytanie... hum, pytanie... Jakie są najprzedniejsze stworzenia boskie... jakie są... a hum!... jakie są najprzedniejsze...
DZIECKO II. Nominatywus... cykonja... Genitywus... cykonje... ehe... ehe... Datywus cykonje...
DZIECKO III. Pierwszy przypadek... kto? co? zielony pies... drugi przypadek, kogo? czego? zielone... zielonego psa... trzeci przypadek... trzeci... komu? czemu? zielonemu psowi...
OJCIEC (wchodząc). Oto tak to lubię!... Dobrze, moje dzieci... dobrze!... uczcie się, bo inaczej będziecie świnie paść, jak mi Bóg miły... Ja na was kraść nie będę, a tu słyszę w Warszawie to dziś nawet cham stróż może edukować swoich wisusów... Więc ten tego zatem niema co... tylko się trzeba brać do roboty!
DZIECKO I. Najprzedniejsze stworzenia boskie... najprzedniejsze stworzenia boskie... No, Waciu!...
DZIECKO II. Nie kłóć się, Kociu, bo przeszkadzasz!... Akuzatywus... akuzatywus... cy... cykonjam... cykonjam... Wokatywus cykonja...
DZIECKO III. Zielony, zieleniejszy, najzieleniejszy... stopień równy... wyższy...
MATKA (wchodząc). Aaa!... bardzo pięknie, moje dziateczki... Uczcie się, bo żebyście wiedzieli, jak się to w Warszawie i starzy i młodzi zabierają do nauki, to... to... A po lekcji przyjdźcie do śpiżarni, to wam dam suszonych śliweczek.
DZIECKO I. Cykonja koaksat... nie, nie tak... Rana koaksat... żaba skrzeczy... Planta... plan... planta floret... roślina kwitnie...
DZIECKO II. Ró... ró... różowate... rośliny różowate... Podkrzewy, krzewy, a... a... a nawet... a nawet wyniosłe drzewa... wyniosłe drze... Mają liście... mają liście...
DZIECKO III. Czteeery razy pięć... dwadzieścia!... Pięć razy pięć... a, dwadzieścia pięć!...
DZIADEK (wchodząc). Ehem! ehem!... uczcie się, robaczki... ehem! ehem!... bo to teraz w Warszawie to nawet pastuchy biorą się do książek i do seksternów... ehem!... ehem!... a wy możecie zostać pucybutami!
DZIEWCZYNA (wbiega). Prosę łaski starsego pana, cy nima młodsego państwa?
DZIADEK. A bo co się stało... hę?...
DZIEWCZYNA. A bo prosę łaski starsego pana, jakiś we fraku z Warsiawy psyjechał...
DZIADEK. Bójcie się ran boskich!... aż z Warszawy?... we fraku?...
NAUCZYCIEL. Szukajcie waszych rodziców... ktoś z Warszawy przyjechał!
DZIECI. Ktoś z Warszawy!... Jakiś pan z Warszawy!
MATKA (wbiega). Jezus! Marja!... co się to stało?...
DZIADEK. Ehe... hem... z War...
NAUCZYCIEL. Jakiś znakomity gość przyjechał z Warszawy!
OJCIEC (wbiega). To niepodobna!... Jagusiu!... wody na miednicę!... brzytwy!... mój frak!...
MATKA. Petronelo... ubierz dzieci!... daj im nankinowe majteczki i aksamitne surduciki, te, co to Lejbuś na Wielkanoc im zrobił... Mój kok!...

DZIADEK. Ehem!... Bogdajże was... ty... ty... jak ci tam?... Jagna!... Jaguś!... ehem!...

W salonie.

DZIADEK. Więc to pan mój najszanowniejszy aż z Warszawy?... Bardzo jesteśmy szczęśliwi!... Niechże pan dobrodziej z łaski swej raczy odpocząć... ehem!... ehem!... po podróży... ehem!... Zaraz tu młodzi służyć nie omieszkają... ehem!...
GOŚĆ. Proszę jaś... proszę pana...
DZIADEK. Ehem!... nic... nic... tylko bez ceremonji... pan dobrodziej z wielkiego świata!... ehem!... Oto moja synowa....
MATKA. Aaa... bardzo nam przyjemnie, że pan tak łaskaw... pan dobrodziej zapewne w celach naukowych podróżuje?... aż z Warszawy!
GOŚĆ. Właśnie onegdaj przyjechaliśmy z Warszawy...
MATKA. Pan dobrodziej zapewne uczęszczał na prelekcje...
GOŚĆ. Taaak!...
MATKA. Jakże się panu dobrodziejowi podobają wykłady?
GOŚĆ. Taaak!...
MATKA. Pan dobrodziej zapewne całe dnie spędzał w towarzystwach artystycznych i literackich?
GOŚĆ. Taaak!
OJCIEC (wchodząc). Uważam się za najszczęśliwszego człowieka, że mam honor szanownego pana przyjmować w domu moim!
GOŚĆ. I ja też... (ukłony).
MATKA. Właśnie rozmawialiśmy przed chwilą... pan jest literatem... poświęca się nauce...
OJCIEC. O jakiż dla nas honor!... Czy pan dobrodziej pracujesz przy którem z pism perjodycznych?
GOŚĆ. Ja przyjechałem...
MATKA. Może pan zapewne przy któremś z pism specjalnych?
PAROBEK (wchodząc). Z pseproseniem jaśnie państwa, ale pono tu je pon z Warsiawy... to mozeby mi co z łaski swoi porodził!...
OJCIEC (do Gościa). Otóż właśnie!... Może szanowny pan zechcesz wyegzaminować tego biedaka. Już od pół roku choruje.
GOŚĆ. Cóż ci to, mój przyjacielu?
PAROBEK. A jakości nie domogom!...
GOŚĆ. Aha!... to potrzeba do doktora.
MATKA (do Ojca). A widzisz?... czy nie mówiłam!
OJCIEC. Któżby się spodziewał!... No, ale widzisz, moja duszko, bez porady nie można było decydować się na krok tak ważny!... (do Gościa). Szanowny panie!... czy nie mógłbym zasięgnąć jego światłej opinji, co do zdrowia mojej klaczy arabskiej... Biedactwo... zakulała mi... Ot tutaj stoi pod oknem, może pan raczysz na nią spojrzeć!
GOŚĆ. Owszem... owszem... ale...
OJCIEC (do furmana), Hej!.. przeprowadźno ją parę razy!... Oto uważa pan mój, utyka na przednią nogę... nie wiem, na honor, co począć!
GOŚĆ. Aaa... to trzeba do konowała!
DZIADEK. Ehem!... a nie mówiłem, hę!
MATKA. Ach, moi panowie, radzicie się o konie i parobków, a zapominacie o dzieciach. Możeby pan nam był łaskaw udzielić swej opinji... co my mamy robić z naszymi synkami?...
OJCIEC. Trzech, panie dobrodzieju!... jak ulał!... Aż nam głowa puchnie!
GOŚĆ. A to trzeba do klas!
OJCIEC (otwierając drzwi). Hej!... chłopcy!... (dzieci wbiegają). Oto pan... literat z Warszawy, radzi, aby was do szkół odwieźć... Pojedziecie ze mną za dwa tygodnie do Lublina!
MATKA. Ja to już dawno mówiłam!
GOŚĆ. Chciałem tu oddać państwu jeden list...
OJCIEC. Co, list?... z Warszawy?...
MATKA i DZIADEK (razem). List?... z Warszawy?...
GOŚĆ. Nie... to z Wólki.
OJCIEC. Z Wólki?... Od kogóż to?
GOŚĆ. A to od mego pana... bo my razem przyjechali z Warszawy.
MATKA. Więc to nie literat?
OJCIEC. Więc pan... tego ten... czy w obowiązku?
GOŚĆ. A tak... ja usługuję panu Karolowi... bo pan Karol mnie w Warszawie zgodził.
MATKA. To lokaj... Och!...
DZIADEK. Ehem!... coś mi się wydawało!...
OJCIEC (do gościa). To wyjdźże, mój przyjacielu, do kredensu, ja ci dam odpowiedź... (woła przez okno). Hej tam!... Bartek!...
PAROBEK. Słucham jaśnie pana...
OJCIEC. Już nie pojedziesz do doktora!
PAROBEK. A kiedy ten pan z Warsiawy kazał.
OJCIEC. Głupiś... to nie pan, to lokaj!... (woła znowu przez okno). Wojciechu!... hej!...
FURMAN. Słucham jaśnie pana!
OJCIEC. A już tam nie prowadź kobyłki do weterynarza!
FURMAN. A kiedy ten pan kazał.
OJCIEC. Jaki tam pan?... to dureń taki, jak i ty!... (mówi do dzieci). Ho! paupry!... już nie pojedziecie do Lublina!... bo to nie był literat z Warszawy, ale lokaj z Wólki!...
MATKA. Jaka kompromitacja!

DZIADEK. Ehem!... lokaj!...


NA DWORCU KOLEI.

W przysionku.

P. SĘDZIA. A niechże was djabli z tą Warszawą... Hałas, tartas, nikt nie ustępuje z drogi... Tfy... paskudztwo!... aż mnie ręka swędzi, ażeby którego palnąć przez ucho.
P. RADCA. Wielkie miasto! wielkie miasto! sędzio dobrodzieju.
P. SĘDZIA. Na bok, Żydzie!... nie zawalaj ludziom drogi.
MOSZEK. Co to na bok?... a wa... jakie państwo!...
P. SĘDZIA. Milcz, djabelski kołtunie!
MOSZEK. Co to milć, z psieprosieniem laski pański? Tu każden dobry bile płaciul (umyka).
P. RADCA. Zlituj się, sędzio dobrodzieju!...
P. SĘDZIA. Twoje szczęście, parchu, żeś mi umknął... (po chwili). O saperment, coś mi Władka nie widać (do konduktora). Hola tam!... czyś acan tutejszy?
KONDUKTOR. Albo co?...
P. SĘDZIA. A czy nie przyszedł jeszcze pan Władysław Gwizdalski?
KONDUKTOR. A kto go tam wie!
P. SĘDZIA. Jak to kto?... a od czego tu acan stoisz?
P. RADCA. Zlituj się, sędzio dobrodzieju!...
KONDUKTOR. Ja sobie stoję dla fantazji, ale ten stróż to stoi od tego, żeby hałaburdów za drzwi wyrzucał (pierzcha).
P. SĘDZIA (oburzony). O saperment!...
P. RADCA (przestraszony). Będę już musiał szanownego pana pożegnać... czas do biura!...
P. SĘDZIA. Jakże radca masz serce mnie samego tutaj zostawiać?... Toż ja tu sobie rady nie dam, a ten Władek jak nie przyszedł, tak nie przychodzi... Jeszcze go do stu djabłów kolej odjedzie!
P. RADCA. A może pan Władysław nie ma zamiaru dziś jechać?
P. SĘDZIA. Ale jakżeż znów... przecież kazał mi przyjść na pożegnanie! Ja tu mam jeszcze kupę interesów na mieście, konie na mnie czekają w hotelu, więcby mi zawodu nie robił.
P. RADCA. W każdym razie żegnam pana sędziego dobrodzieja... śpieszę się do biura (odchodzi).
P. SĘDZIA. Szczęśliwej drogi... (po chwili do ulicznika). A czyj ty chłopak?
ULICZNIK. A z „Muchy,“ proszę pana... może pan sobie „Muchę“ kupi? bardzo ciekawa!...
P. SĘDZIA. Nie wiesz ty, kochanku, gdziebym się mógł zobaczyć z panem Władysławem Gwizdalskim? bo jedzie nieborak do Wiednia i chciałbym go pożegnać?
ULICZNIK. Uuu!... a ja myślałem, że to pan jedzie?
P. SĘDZIA. No! i ja jadę, ale aż za Sandomierz i dopiero jutro.
ULICZNIK. Taaak?... A ten pan Władysław, którą klasą jedzie?
P. SĘDZIA. Pierwszą, moje dziecko! pierwszą!... To bogaty obywatel, mój sąsiad!
ULICZNIK. A jeżeli tak, to niech pan siądzie do wagonu pierwszej klasy i czeka!
P. SĘDZIA. Masz racją, kochanku!... zaraz sobie nawet odpocznę!... Weź, mój przyjacielu, tę oto złotówczynę, boś lepszy od innych!... (daje chłopcu złotówkę, poczem obaj wychodzą).

Przy kasie.

DAMA (do kasjera). Przepraszam! czy mogę panu dobrodziejowi przerwać?
KASJER. Służę pani!
DAMA. Ale bo może panu czas zabieram?
KASJER. O, to nic nie szkodzi!
DAMA. Kto też, proszę pana, jedzie dziś do Częstochowy? bo może znajomy...
KASJER. Każdy jedzie, kto płaci, pani dobrodziejko, co zaś do nazwisk, o te się nie pytamy.
DAMA. Ach! przepraszam... (odchodzi).
PAN I. Bilet do Wiednia na wystawę! trzecią klasą...
KASJER. 13 rubli 50 kopiejek! (Pan I. odchodzi).
MOSZEK. Z psieprosieniem... cy tędy sze jedzie do Wydnie?
KASJER. Tędy.
MOSZEK. Cy to i do Bryslau tędy?
KASJER. Tędy... nie zawracaj mi pan głowy!...
MOSZEK. Barzo psieprasam, ale cy to i do Kocka tędy?
KASJER. Nie tędy!... daj mi pan spokój...
MOSZEK. Bez urazy... a do Skierniewice tędy?
KASJER. Mój panie, kupuj bilet, bo ja czasu nie mam!...
MOSZEK. Z psieproseniem... ale ja nie jadę, ino sze tak pitam! (odchodzi).
BARTEK. Proszę łaski pana, a którandy tu zajechać do masyny?
KASJER. A to poco?
BARTEK. A bo to mój pon jadzie masyną i mnie kazał z kuńmi do dom wracać...
KASJER. Więc i cóż z tego?
BARTEK. Więc to jo chciołem, zeby kunie śli ztyłu, to prandzy pódą... Wóz za wozem zawdy lepi!...
KASJER. Wynośże się, mój kochany!...
P. WŁADYSŁAW. Cóż to u djabła, jakoś sędziego nie widać?
PAN OBCY. Radca mi mówił, że był sędzia na banhofie... Widocznie znudził się i wrócił do hotelu.

P. WŁADYSŁAW. Ha, trudno!... nie pożegnamy się (słychać świst), chodżmyż prędzej, bo nas zostawią (wychodzą).

W wagonie klasy I.

P. SĘDZIA. Apfu!... jakżem się znudził, a tu Władka nie widać! Pani dobrodziejka do Wiednia?
DAMA CHUDERLAWA. Nie, ja do Neapolu!... Czy pan do Wiednia?...
P. SĘDZIA. Nie, ja aż za Sandomierz, ale żegnam tu mego sąsiada, który ma jechać do Wiednia!
DAMA CHUDERLAWA. Na Boga!... wysiądź więc pan prędzej, bo już dali sygnał do odjazdu!
P. SĘDZIA (strwożony). Co? do odjazdu? Więc oni mnie mogą zawieźć do Wiednia?...
DAMA CHUDERLAWA. Ależ tak!... wysiadaj pan prędzej!...
P. SĘDZIA. Hola!... ludzie!... (pociąg rusza). Tpru! tpru! stój... stój... ja do Sandomierza!... ja nie chcę do Wiednia!...
ULICZNIK. Szczęśliwej podróży wielmożnemu panu!...

PAN SĘDZIA. O hultaju!... (pociąg znika).


W SASKIM OGRODZIE.

Przy bramie.

PESYMISTA I. Gdyby mię zapytano, czem naprawdę jest Saski Ogród? odpowiedziałbym, że jest to kurnik w kurniku!
PESYMISTA II. Nazwijże go lepiej cielętnikiem, boć tu podobno najwięcej wypijają krowiego mleka.
PROWINCJONALISTA. Ciekawy jestem, poco wybudowali altankę z sodową wodą, kiedy jest tak dobra studzienna.
WARSZAWIAK. Tak, zapewne!... możeby i wystarczyła studnia, gdyby nie to, że mamy dwie partje.
PROWINCJONALISTA. Niezupełnie rozumiem...
WARSZAWIAK. Widzisz, jest to tak, że klasycy i konserwatyści piją wodę studzienną, dla progresystów zaś i romantyków potrzebna sodowa.

W ogrodzie.

(Grupa I). PANNA (w zielonej sukni). Budzę pana!
ELEGANT. W kolorze?...
PANNA. W zielonym!...
ELEGANT. Tylko lubię... ale nie mogę powiedzieć, ażebym kochał nad życie.
PANNA. Spodziewałam się, że pan lubisz... trawę!
ELEGANT. Ja myślałem, że pani mówisz o swej sukni.
PANNA. Fe! przecież sukni zjeść nie można!
(Grupa II). PODLOTEK. Według mnie mężczyzna najlepiej wygląda w ułańskim mundurze i dlatego przepadam za ułanami!
KAWALER. Będziesz więc pani miała ułana.
PODLOTEK. Ach! czy być może?... i jakimże to sposobem?
KAWALER. Kupię go dla pani u Lessera!
(Grupa III). LWICA. Jakiż to brutal ten jegomość!...
BLAGIER. Przebóg! cóż się stało?
LWICA. Przeszedł koło mnie tak blisko, że omało mi sukni nie oberwał!
BLAGIER. Nędznik! jaka szkoda, żem nie uważał... byłbym go na pojedynek wyzwał!
LWICA. Nie wiedziałam, żeś pan tak energiczny!
BLAGIER. Byłby to już drugi pojedynek dla płci pięknej!
LWICA. No, proszę?...
BLAGIER. Kiedym mieszkał u mojego dziadka w Mordotłukach, jakiś awanturnik obraził moją znajomą pannę, Filomenę Dyndalską...
LWICA. I cóż?...
BLAGIER. Wyzwałem go na pistolety!
LWICA. I jakżeż się skończyło?
BLAGIER. Nadzwyczaj zabawnie!... W dzień bitwy pojechałem na plac, wziąwszy kilka funtów prochu i dwie kopy jaj...
LWICA. To szczególne!
BLAGIER. Następnie, czekając na mego przeciwnika, bawiłem się strzelaniem do jaj w powietrzu... Gdym w ten sposób wystrzelał już kopę, przyjechał mój przeciwnik i widząc, co się święci, prosił mnie o przebaczenie.
LWICA. A pan?...
BLAGIER. Ja zaś rzekłem: nie, mój panie!... taka zniewaga krwi wymaga... Musimy się bić!
LWICA. A on?...
BLAGIER. Strzelił do mnie 10 razy i chybił.
LWICA. A pan?...
BLAGIER. Ja strzeliłem raz, zdjąłem mu z nosa wielką brodawkę, która go ogromnie szpeciła i rzekłem: mam zwyczaj dobrze robić nawet moim nieprzyjaciołom!
LWICA. Nie wiedziałam, że pan tak dobrze strzela!
BLAGIER. Toż samo mówiła mi panna Filomena Dyndalska, z którą byłem u mego dziadka w Mordotłukach... no! i otrzymała ode mnie nauczkę!
LWICA. Opowiedz pan...
BLAGIER. Pewnego dnia zjechało do nas liczne sąsiedztwo, złożone z zapalonych strzelców. Każdy opowiadał przykłady swej celności...
LWICA. Czelności?...
BLAGIER. Celności... i ja też. Gdy mi panna Filomena zaprzeczyła, zrobiliśmy zakład i wyszli wszyscy na pole dla sprawdzenia.
LWICA. No, i cóż?...
BLAGIER. Strzeliłem 101 razy i na ścianie chlewka wypisałem kulami: Filomeno, kocham cię!...
LWICA. Zadziwiasz mnie pan tak, że aż chcę go prosić, abyś mi w tej oto strzelnicy dał dowody swojej zręczności!
BLAGIER. Kiedy... bo... tam muszą mieć bardzo liche pistolety.
LWICA. Przeciwnie... wyborne!...
BLAGIER. Przytem... godzina jest niewłaściwa...
LWICA. Owszem, najwłaściwsza. Teraz właśnie arystokracja strzela... No, chodźmyż, mój panie!
BLAGIER. Od rana... musiały się już pistolety ogromnie zanieczyścić...
LWICA. No, nie lękaj się pan, znajdziemy na to sposób!
BLAGIER. Zresztą, muszę się pani przyznać, że po ostatniej chorobie... a mianowicie po tyfusie... zupełnie straciłem rękę i prawdopodobnie ani razu nie trafię!
LWICA. Ach! już rozumiem!... Więc to zapewne podczas gorączki tyfusowej odbyłeś pan ów sławny pojedynek i wypisałeś kulami imię jakiejś panny Filomeny.

BLAGIER. O nie, pani... Fakta te rzeczywiście miały miejsce, kiedym był u mego dziadka w Mordotłukach!


PROGRESYŚCI.
(RZECZ DZIEJE SIĘ W KNAJPIE).

„Wyrwij mnie, Panie! ze zgrai niesprawiedliwych i z tłuszczy niezbożnych...“

PAN I. Szanowni panowie! wnoszę toast na cześć postępu...
BIESIADNICY. Brawo!... niech żyje!...
PAN I. Na cześć postępu, opierającego się na naukach ścisłych, które my tu obecni tak energicznie popieramy!
PAN II. (półgłosem). Nie sądzę, ażeby znajomość deklinacyj łacińskich dawała prawo do protegowania nauk ścisłych...
PAN I. Przy tej sposobności ośmielę się przedstawić panom mały plan, tyczący się oświaty.
BIESIADNICY. Słuchamy! słuchamy!...
PAN I. Mam zamiar wydać rozprawkę o potrzebie wprowadzenia nowego znaku pisarskiego, któryby malował najwyższy stopień ironji.
BIESIADNICY. O... o... och!...
PAN III. Sądzę, że nierównie korzystniejszą dla oświaty byłaby moja rozprawa o sposobach strzyżenia włosów u starożytnych.
PAN IV. Ciekawy jestem, co na to powie moja praca, na którą oddawna szukam nakładcy, a która nosi tytuł: „O chorobach przewodu pokarmowego u wymóczków.“
PAN V. Na miłość boską, panowie! to są temata nie obchodzące ogółu, nie dotykające kwestyj społecznych... Byłbym zdania, ażeby zamiast drukować te wszystkie aczkolwiek piękne, lecz nieużyteczne rozprawy, wydać jakiś popularny podręcznik ekonomiczny.
BIESIADNICY. Racja! racja!...
PAN V. Ogół nasz choruje na brak oszczędności i umiejętności używania kapitałów.
PAN I. Masz słuszność!... przedewszystkiem dobro ogólne!... Czas już wykazać, do czego prowadzą konie, powozy, lokaje!...
PAN III. Wyjazdy zagranicę...
PAN IV. Gry hazardowe...
PAN II. Polowania i baliki połączone z pijatyką...
CHÓR BIESIADNIKÓW. Niech żyje ekonomja polityczna!
PAN V. Ciekawy jestem, dlaczego nie mielibyśmy wypić zdrowia ekonomistów? Hola... a dajcie tam wina!
SŁUŻĄCY. Proszę pana, kiedy zabrakło...
PAN I. Uu hu!...
PAN II. Poślijcież u djabła po wino!...
PAN V. Kiedy... bo... nie mam drobnych!
PAN II. Głupstwo... to weźcie na kredyt. Czyżby już literaci kredytu w mieście nie mieli?
PAN III. Ej!... pamiętajcie o oszczędności.
PAN I. Bagatela!... trafi się tam raz w rok, jak ślepej kurze ziarno!... No chłopak! ruszaj po wino!
PAN IV. Hej! hej! cudze widzisz pod lasem a swojego pod nosem!...
PAN I. Racja... my zupełnie tak robimy, jak „Przegląd Pacanowski,“ co to innych beszta za głupstwa, a sam głupstwa pisze.
PAN II. Ale, ale!... Na honor, czasby skończyć te nieustanne kłótnie, które szarpią i ośmieszają naszą prasę perjodyczną!
PAN III. Słuszna uwaga! Co weźmiesz pismo do ręki, same skandale! Idealiści suchej nitki nie zostawiają na pozytywistach, pozytywiści na idealistach, dzienniki na tygodnikach, tygodniki na dziennikach...
PAN I. Okropność!
PAN II. Czepiają się osobistości!
PAN III. Korzystają z błędów drukarskich!
PAN IV. Zarzucają sobie nawzajem blagę i głupotę!
CHÓR. Trzeba już raz skończyć!
PAN II. Najwięcej zaś odznacza się ten recenzent z „Gazety Smorgońskiej...“ Uu!... to zawzięta sztuka!
PAN III. Ja też utrę mu nosa!... właśnie napisałem dziś recenzją jego ostatniego artykułu, i jeżeli panowie pozwolicie...
CHÓR. Słuchamy!... czytaj! czytaj!
PAN III. (czyta). „W numerze 780 „Gazety Smorgońskiej“ znajdujemy następujący frazes: w tych dniach na wystawę wiedeńską zjechało się bardzo wiele kośći... frazes napisany przez znanego ze złośliwości recenzenta, który uwziął się chwytać wszystkich za słówka i wykazywać im nieznajomość przedmiotu. Gardzimy metodą używaną przez pana X., z tem wszystkiem jednak nie możemy nie zapytać, co znaczą owe kośći!... czyto mają być goście? Szanowny recenzent widocznie stracił zmysły, a co gorsza zamiast mózgu musi mieć sieczkę w głowie, człowiek bowiem przytomny nie napisałby nic podobnego... Jakkolwiek więc nie mamy zwyczaju krytykować błędów cudzych i szanujemy nietykalność osoby, mimo to jednak musimy przypomnieć recenzentowi, że go wypędzono z trzeciej klasy i że tylko ludzie bezczelni tak jak on postępują...“ A co, panowie, czy nie energicznie odpisałem?
CHÓR. Wybornie!... bez uniesień!... z poczuciem własnej godności!
PAN I. Zdrowie tej krytyki, która surowość umie pogodzić z wyrozumiałością! Inaczej bowiem prasa nasza stanie się podobną do zgrai psów, gryzących się o ochłapy, rzucone im przez prenumeratorów!
CHÓR. Ohe... hura!... niech żyje tutejszokrajowy Demostenes!... hura!...
RZĄDCA DOMU (wchodząc). Panowie!... na miłość boską, uspokójcie się!...
PAN I. Oszalałeś pan, czy co?... Więc nam nie wolno bawić się we własnem mieszkaniu?
RZĄDCA DOMU. Djable ładna zabawa... tupiecie panowie tak, że aż na dole żerandol zerwał się z sufitu!
CHÓR. Wynoś się pan!... co to!... nie wolno się zabawić?
RZĄDCA (uciekając). Słowo honoru, że pójdę po policją!... Dam ja wam, hołysze!...
PAN I. Panowie!... proponuję zamknięcie sesji!
PAN II. O biedna ludzkości!... twoich kierowników rządcy rozpędzają!
CHÓR. Okropność!... Uchodźmy stąd... (uciekają).

Na schodach.

PAN IV. Wiesz co, że myślę założyć towarzystwo, którego członkowie będą się zajmować nietyle poprawą innych, ile siebie... Może zechcesz należyć?

PAN V. A dajże mi pokój! ja tam mam czas myśleć o poprawieniu samego siebie... A któżby za mnie pisywał artykuły wstępne, oceny dzieł, recenzje teatralne i t. d. Masę mam roboty dla dobra ogółu i o sobie wcale nie mogę myśleć!


REKLAMY.

(Rzecz się dzieje w roku 1900 w mieszkaniu pisarza reklam).

KUPIEC (wchodząc). Czy zastałem pana Luis Blaguer?
PISARZ. Ja nim jestem, do usług... Aha! to pana już uwolnili? co za szczęście dla jego żony, jego firmy, społeczeństwa!...
KUPIEC. Uuu, do djabła! więceś pan już słyszał o moim przypadku?
PISARZ. A, panie! całe miasto o tem tylko mówiło, że pana jakiś łotr na Leszno...
KUPIEC. Ciszej! na miłość boską!... Taka to, mój dobry panie, sprawiedliwość między ludźmi! Trzy miesiące — jak pieprzu za grosz.
PISARZ. Czemże mogę panu służyć?
KUPIEC. Mam straszny kłopot, mój chlebodawco, i chętniebym coś ofiarował, a nawet coś... coś grubo...
PISARZ. Mój panie! nie z takich kłopotów wydobywamy ludzi! No, ale chciałbym wiedzieć o co chodzi?
KUPIEC. Powiem krótko, oto kupcy prowincjonalni zwrócili mi masę wziętych ode mnie towarów, pod pozorem, że im sprzedałem fałszowane...
PISARZ. Łotry! i jakież to towary?
KUPIEC. Szampańskiego wina 1000 butelek...
PISARZ. A a a... to pewnie to, któreś pan z kwaszonych ogórków?...
KUPIEC. Psyt! Pieprzu 700 funtów...
PISARZ. Znam go! jest w nim pół-na-pół grochu polnego.
KUPIEC. 200 funtów herbaty...
PISARZ. To ta z wiśniowych liści?
KUPIEC. Dajże pan pokój!
PISARZ. No... no... nie lękaj się pan! A co dostanę?
KUPIEC. Dziesięć rubli gotówką i piąty procent od rzeczy sprzedanych.
PISARZ. Dziesiąty procent...
KUPIEC. Mniejsza o to, tylko pan pisz!
PISARZ. Pańskie szczęście, żeś trafił na specjalistę od interesów handlowych!... (pisze i czyta). „Z prawdziwą rozkoszą donosimy szanownej publiczności, że pan Hermenegild O’Schuster, właściciel handlu i korzeni...“ (do kupca). Jak długo siedziałeś pan na Lesznie?
KUPIEC. Trzy miesiące i dwa dni...
PISARZ (pisze i czyta) ...po trzymiesięcznym pobycie w różnych częściach świata, wrócił już do nas z wyborem wszelkiego rodzaju towarów. Szczególniejszą uwagę publiczności zwracamy na herbatę, pieprz turecki i wino szampańskie, artykuły te bowiem odznaczają się oryginalnością, taniością i dobrocią, i o ile nam wiadomo, gwałtownie są rozkupywane. Amatorom osobliwości tem więcej zalecamy handel pana O’Schuster, że w nim znajduje się czerwony pies, przywieziony przez właściciela z przylądka Dobrej Nadziei.
KUPIEC. O nieba! a skądże ja wezmę czerwonego psa?
PISARZ. Ufarbujemy!...
KUPIEC. Ależ ludzie poznają się na tem!
PISARZ. Mądry do pana nie zajrzy, a głupców łatwo zadowolnić.
KUPIEC. Ha! w pańskim ręku moja niepokalana uczciwość... Oto honorarjum! (płaci i wychodzi).
PISARZ. Panie! panie! a nie zapominaj pan o rabatach dla więcej kupujących i o premjach dla stałych kundmanów!
KUPIEC (za drzwiami). Chybaby warjaci stale u mnie kupowali!
STARUSZEK (wchodząc). Czy to tutaj pisują nekrologi?
PISARZ. Tutaj panie! a ja jestem właśnie specjalistą... posiadam patent i zajmuję się wyłącznie pisaniem nekrologów!
STARUSZEK. Chciałbym ogłosić o śmierci mego synowca, bo hultaj długów narobił i teraz wierzyciele spokojności mi nie dają.
PISARZ. Czy umarł rzeczywiście?
STARUSZEK. Na suchoty, panie! niedawno wypuścili go z kozy, gdzie biedak pokutował za przerysowanie papierka rublowego.
PISARZ. Więc miał talent? szkoda chłopca.
STARUSZEK. Szkoda to tam niewielka, zawsze jednak lepiejby zrobił umierając wcześniej, bom miał z nim dużo zgryzoty!
PISARZ. Żonaty? dzietny?...
STARUSZEK. A niechże Bóg broni!
PISARZ. Szkoda!... może choć rodziców zostawił?
STARUSZEK. I to nie!
PISARZ. Szkoda! najrzewniejsze ustępy będę musiał opuścić!
STARUSZEK. No, pisz pan jakkolwiek, byle tylko tanio i byle wiedzieli, że umarł.
PISARZ. Nazwisko i wiek?
STARUSZEK. Longin Paliwoda, lat 23.
PISARZ (pisze i czyta). „W dniu... pożegnał ten padół płaczu, w 23 wiośnie życia Longin Paliwoda, pełen nadziei artysta...“
STARUSZEK. Fiu! fiu!...
PISARZ. „Okrutna śmierć wydarła go z łona nieutulonego w żalu stryja...“
STARUSZEK. To prawda!
PISARZ (pisze i czyta). „Uspokój się, czcigodny starcze...“
STARUSZEK. Naturalnie, żem się już uspokoił jak tylko umarł!
PISARZ (czyta i pisze). „mamy bowiem nadzieję, że się niedługo połączycie!...“
STARUSZEK. Niechże pana piorun trzaśnie za taki prognostyk!
PISARZ. A czterowiersz na końcu dorobić?
STARUSZEK. A czy się za to co płaci?
PISARZ. Rozumie się!
STARUSZEK. Eh! to się obejdzie! Oto są pieniądze (płaci i wychodzi).
PISARZ. Bardzo proszę na drugi raz!...
OBCY (wchodząc). Czy tu kantor?
PISARZ. Tak jest panie, tu i tylko tu!
OBCY. Szukam korzystnej roboty.
PISARZ. A pieniądze są?
OBCY. Mam trochę.
PISARZ. To już skończone! Co pan umiesz?
OBCY. Jakiś czas pracowałem w fabryce pudretów.
PISARZ (przeglądając książkę). Hum, nie mam!... Ale przy jednej z ulic wakuje miejsce na cukiernią: możebyś pan cukiernią założył?
OBCY. Taak! nie byłoby to złe, ale któż u mnie będzie kupował, kiedy nie mam znajomych, możeby coś innego?
PISARZ. A jakże się pan nazywasz?
OBCY. Nikolo Jalapa.
PISARZ. Sądząc z nazwiska, to najlepiej wyszedłbyś pan na aptece, — no, ale jako Włoch, to możesz pan zrobić interes i na fabryce makaronu.
OBCY. Mnie to najwięcej do gustu przypada, ale nie mam stosunków!
PISARZ. Bagatela!... ja panu wyrobię stosunki.
OBCY. Jakim sposobem?
PISARZ. Naprzód, w imieniu jakiegoś emeryta lub obywatela z prowincji napiszę panu pochwałę.
OBCY. Aha!
PISARZ. Potem w imieniu jakiegoś makaroniarza zbesztam pana... albo zresztą zostawimy to pańskim kundmanom.
OBCY. Tak, to będzie taniej...
PISARZ. Potem w imieniu pańskiem odpowiem i tak dalej!
OBCY. Rozumiem już! pan znasz się na tych rzeczach!

PISARZ. Bagatela! nowinę mi powiedział!


ŚWIAT I POETA.

W Saskim Ogrodzie.

POETA (monologuje). Ten lazur niebios, zaciągnięty chmur welonem!... (depcze Nieznajomego). Ach!... przepraszam!...
NIEZNAJOMY (gniewnie). Nie wiedziałem, że nawet osłów puszczają do miejsc publicznych!
POETA (monologuje). Ta cudna zieleń drzew!... upajająca kwiatów woń!... (wpada na psa).
PIES. Aj! aj! oj! oj!...
POETA (stojąc naprzeciw emeryta). Nieba!... cóżem uczynił?... o biedne zwierzę!
EMERYT (zirytowany). Mój panie! widzę, że jesteś gburem, którego należy w „Kurjerze Warszawskim“ opisać... Zwierzętami ludzi nazywa!... Patrzcie go!...
POETA (zwracając się do młodej damy). Wybacz, czcigodny starcze!... ale...
DAMA. Ależ, panie Ildefonsie, zastanów się, co wyrabiasz!...
POETA. O Mar... o, to ty pani?... Takem się zadumał!...
DAMA. Sądzę, że najwłaściwiej byłoby dumać we własnem mieszkaniu.
POETA. Cały świat jest mojem mieszkaniem!...
DAMA. Aaach!...
POETA. Ale... ale... jakże szczęśliwy traf, żem panią spotkał! Właśnie miałem zamiar złożyć jej dziś wizytę i zakomunikować bardzo a bardzo ważną wiadomość!
DAMA. Słucham pana!...
POETA. Wiadomość, którą... wiadomość, dla której... wiadomość, od której zależy byt i spokojność...
DAMA. Miejże pan litość!...
POETA. Jakto?... więc posądzasz mnie pani o brak litości?... o zaparcie się uczuć?...
DAMA. Panie Ildefonsie, wiadomość!... jaką wiadomość miałeś mi pan zakomunikować?
POETA. Wiadomość?... ja?... wiadomość?...
DAMA. Miałeś mi pan coś bardzo ważnego powiedzieć.
POETA. Ważnego?... Ach... prawda... Miałem pani donieść, że dziś po raz pierwszy usłyszałem głos... dzięcioła...
DAMA. Tylko to?... Żegnam pana!... (odchodzi z wielką pantominą).
POETA. O Marrrjo!... panno Marjo!...
PRZYJACIEL (zbliżając się). Zmiłuj się, wyjdź z ogrodu... wszyscy na ciebie zwracają oczy!...
POETA. Zwracać na siebie uwagę bezmyślnej czerni, jest przeznaczeniem ludzi niepospolitych!

Zrana w mieszkaniu poety.

GŁOS I. (za ścianą). Mężu! mężu!...
POETA (leżąc w łóżku, marzy). Mężu, którego czoło rozbija się o niebios sklepienie!...
GŁOS I. (za ścianą). Mężu, wstawaj!...
POETA (przez sen). O tak!... powstanę do dzieł wielkich, aż świat się zdumieje.
GŁOS II. (za ścianą). Do miljona set djabłów... nie budźże mnie!...
POETA (przez sen). O nie budź go, wichrze jesienny!...
GŁOS I. (za ścianą). Widzisz go!... a nie pamiętasz, że masz na dziś skończyć parę butów, co ten pan obstalował?
GŁOS II. (za ścianą). A bodajcie!... prawda jest...
POETA (zrywa się zbudzony). Ja żadnych butów nie obstalowałem!... (słychać pukanie do drzwi). A kto tam?
GŁOS III. Czy pan już wstał?
POETA. Aaa!... to pan? na honor jeszcze dziś nie mam!...
GŁOS III. (gniewnie). A dokądże tam tego będzie?... Obiecałeś pan na 15-go, a dziś już 20-ty!
POETA. Parę dni cierpliwości!... na honor, oddam pojutrze!... Dziś właśnie kończę mój wielki liryczny dramat...
GŁOS III. To się psu na budę nie zdało, trza iść do komornika! (słychać kroki odchodzącego).
POETA. O świecie, przesiąkły materją!... Ha! trudno... muszę siadać do dramatu... (ubiera się w szlafrok, siada, pisze i mówi). „Hilderyk sam... Jakież uczucia dziwne opanowały moją duszę?... serce mi drży... głowa pęka... Co czynić?...“
GŁOS IV. (z podwórza). Drutować!... Drutować!...
POETA (pisze i mówi). „Lecz gdy ciebie spotkam, o moja Elfrydo!... wówczas pierzchną troski, wówczas pełnemi piersiami zawołam...“
GŁOS V. (z podwórza). Handel starzyzną!... handel!... handel!...
POETA (pisze i mówi). „Słuchaj!... zabiłaś mnie okrutna!... O, przez litość! więc już zapominasz, coś mi przed kilkoma dniami przysięgła?... Elfryda do Hilderyka... Ty mylisz się, mój luby, ja ci nic nie przysięgłam, tylkom mówiła...“
GŁOS VI (z podwórza). Kości kupuję, kuchareczki!... kości!... kości!...
POETA (rzuca pióro). Piekło!... i czy ja mogę coś stworzyć wobec takiego wrzasku!... czy ja mogę opłacić komorne?...

U Jana Bożego.

POETA (w natchnieniu). O Elfrydo!... umrzeć chcę z twojem imieniem na ustach!... A teraz!... Czego ty chcesz ode mnie, widmo ponure?...
GŁOS Z PRAWEJ. Ja jestem szatan i przychodzę po twoją grzeszną i głupią duszę!
POETA. Dusza moja należy do Elfrydy!
GŁOS Z LEWEJ. Cha! cha! cha!...
POETA. Ha!... zwyciężyłeś!... Czuję już twoje straszliwe szpony... Stój!... gdzie mnie unosisz?...
GŁOS Z GÓRY. Od nieba do ziemi jest tak daleko, jak od ziemi do nieba!...
POETA. Litości! litości!... O moja Elfrydo, żegnam cię!...
CHÓR. Cha! cha!... hejże... ha!... huzia go ha!...
DOKTÓR (wchodząc z obcym). Jakże się miewa kochany pan Ildefons?... cóż porabiamy obecnie?...
POETA. Kończę mój dramat liryczny, pod napisem: „Hilderyk i Elfryda...“ Cudowny pomysł!
NIEZNAJOMY. Widocznie poeta. Szkoda go!...

DOKTÓR. Powiedz pan lepiej: szczęśliwy! ponieważ doszedł już tam, gdzie podobni mu dążą nieustannie, choć niezawsze dochodzą.


NA MAJÓWCE.

PANKRACY. Uuf!... aż mi lżej na sercu po tych wszystkich przyjemnościach, — bo to, panie tego, piwo wyborne, mleko kwaśne ditto, panie tego, pieczęta kurczone... bodajcie, panie tego!... chciałem powiedzieć kurczęta pieczone ze sałatką...
PANKRACOWA. Czy i pan Filip także jest kontent z majówki?
FILIP. Ehem!...
PANKRACÓWNA. Pan Filip ciągle zamyślony... Oj! coś w tem być musi...
FILIP. He! he! he!...
WUJASZEK (pocichu). Filipek!... gamoniu jakiś... mosterdziu!... Cóż to, zapomniałeś języka w gębie, a o pannę się starasz?
FILIP. Ehem!... panna Filomena na mnie zawsze taka... taka łaskawa!
WUJASZEK (pocichu). Bodajżeś djabła zjadł!...
PANKRACOWA. Niema to jak osoby starsze!... Mój mąż zawsze facecjonista, choć już szóstego krzyżyka dobiega... a młodzież dzisiejsza to tylko dużo myśli, lecz kobiet zabawić nie potrafi... Mężulku! opowiedz nam co, kochanie...
PANKRACY. No! jeżeli koniecznie chcecie się brać za boki, to posłuchajcie... Pamiętam, kiedym jeszcze był sekwestratorem, jakoś w dziesiątym roku naszego pożycia.... A... fu!...
PANKRACÓWNA. Co tatkowi?...
PANKRACY. Eh nic!... Odejdę tylko na momencik, a jak wrócę, to wam dokończę historyjki... pękniecie ze śmiechu!... (odchodzi).
WUJASZEK (pocichu). Filipuś!... odezwijże się do panny, tylko rozsądnie!
FILIP. Panno Filomeno!...
PANKRACÓWNA. Słucham pana!
WUJASZEK (pocichu). Dobrze, chłopcze!... tylko śmiało...
FILIP. A coby pani robiła w tym przypadku?
PANKRACÓWNA. Cieszyłabym się...
FILIP. Ehem!...
PANKRACÓWNA. W jakim przypadku, panie Filipie?...
FILIP. Hum!... hum!...
PANKRACOWA. Kończże, pan!... bo umieram z ciekawości... (do Pankracówny pocichu). Pewnie ci się oświadczy!...
FILIP. A gdyby żadnego przypadku nie było?
PANKRACOWA. Ooch!...
PANKRACÓWNA. Aach!...
PANKRACY (wracając). Więc tego, panie... posłuchajcież mojej historyjki.
CHÓR. Słuchamy! słuchamy!...
PANKRACY. Więc kiedym był jeszcze tego sekwestratorem, pojechałem do jednego szlachcica za podatkami... A... fu!...
PANKRACOWA. Co ci jest, mężu?
PANKRACY. Nic mi, nic!... Muszę tylko odejść na chwilę, ale jak wrócę, to wam zaraz dokończę!... (odchodzi).
WUJASZEK (pocichu). Filipciu!... odezwijże się do panny, tylko ostro!
FILIP. Panno Filomeno!...
PANKRACÓWNA. Słucham pana!
WUJASZEK (pocichu). Dobrze... tylko śmiało!...
FILIP. Bo to ja się chciałem panny Filomeny zapytać...
PANKRACOWA (pocichu). Filomenciu, uważaj!... niezawodnie ci się oświadczy...
PANKRACÓWNA. Z prawdziwą przyjemnością wysłucham każdego pańskiego pytania, panie Filipie!
WUJASZEK (pocichu). Ostro chłopcze!... bo już jesteś na dobrej drodze.
PANKRACOWA. Słuchamy! słuchamy!...
FILIP. Bo to ja... chciałbym się panny Filomeny zapytać... czy panna Filomena lubi syr?
PANKRACOWA. Ooch!...
PANKRACÓWNA. Aach!
WUJASZEK (pocichu). O, głupia pało!...
PANKRACY (wracając). Więc uważacie tedy, panie tego, com wam powiedział?
CHÓR. Uważamy! uważamy!...
PANKRACY! Otóż tedy, panie tego, kiedym jeszcze był sekwestratorem, pojechałem tego, swojemi własnemi sankami, do jednego szlachcica... A... fu!...
FILIP. Co to panu, panie Pankracy?
PANKRACY. Iii nic!... Zaraz ja tu wrócę, to wam dokończę historyjki... Za boki będziecie się brali!... (odchodzi).
FILIP. Panie Pankracy!... niech pan trochę zaczeka, to i ja z panem Pankracym pójdę!
WUJASZEK (groźnie). Filipek!... zostań mi tu!

FILIP. A kiedy muszę iść... bo mam bardzo pilny interes!...


PODRÓŻNI.

Na stacji.

PISARZ. A co tam, hej!... czy już wszystko gotowe?
POSŁUGACZ. Już!... proszę pana sekretarza.
PISARZ. A ile sztuk?
POSŁUGACZ. Szesnaście tłumoki i dziesięć osobów.
PISARZ. Pocztyljon... sygnał!...
POCZTYLJON I. Tra la la la tra la!...
POCZTYLJON II. (zbliżając się do dyliżansu). Może państwo będą łaskawe... coś niecoś na piwko... Dobrzem jechał... trąbiłem!... (w dyliżansie milczenie).
POCZTYLJON I. Uu!... to muszą same Żydy jechać?
POCZTYLJON II. Jeszcze gorsze Żydów!... (do dyliżansu). Może państwo będą łaskawe!... takem jechał, a takem zmarzł!... Wielmożny panie dobrodzieju, co łaska!...
GŁOS I. (z dyliżansu). Czy nie widzisz, łotrze jakiś, że śpiemy?... Idź precz!...
GŁOS II. Dziękuj Bogu, zuchwalcze, że cię nie oskarżyłem przed władzą za twoją jazdę!
PISARZ. Ruszaj, pocztyljon!
POCZTYLJON I. Wi ha ho!... maluśkie!... heta... wi!...
CHÓR (w dyliżansie). Oooch!.
POCZTYLJON II. (grożąc dyliżansowi). Bodajeście ręce i nogi połamali... bestyje!

W dyliżansie.

PAN I. (do młokosa). Co to?... kawaler śpisz?...
MŁOKOS. Ja nie potrzebuję spać... Jestem wytrzymały!
PAN I. Kawaler widzę z klas?
MŁOKOS. Więc i cóż stąd?...
PAN I. Nie wiedziałem, że w tym roku kawalerów tak wcześnie rozpuścili?
MŁOKOS. To ja się sam tak wcześnie rozpuściłem!
PAN I. Pewnieś kawaler niepromowany?
MŁOKOS. Nie rozumiem, co to kogo obchodzi... Dobranoc panu!...
PAN I. (do pana chudego). Jestem Gęgalski z Gęgał, właściciel dóbr i chciałbym wiedzieć, z kim jadę?
CHUDY. Jestem Atramentowicz... literat!
PANI I. Liiiteerat!... A z których Atramentowiczów?
CHUDY. Z tych... co to z Warszawy...
PAN I. Z Warszawy!... A cóż aspan w tych stronach porabiasz?
CHUDY. Jadę tu z drugim.
PANI I. Z drugim?... także literatem?...
DAMA I. (przez sen). No!... czy to ty, mężu?...
MĄŻ. Czego chcesz, duszko?
PAN I. (do siebie). Djabli! czy co?... Niedawnom spotkał dwu kataryniarzy... ci szli na prowincją grać. Mniejsza!... Później spotkałem budę z małpami, która jechała także z Warszawy na prowincją. Tfy!... żeby jakiego nieszczęścia w drodze nie było (zasypia).
PAN III. No!... któż mnie tam w rękę całuje?... cóż to znowu!...
MŁOKOS. Oj! oj! oj!... puść mnie, pan!... bo mi pan uszy oberwiesz!...
MĄŻ (drżącym głosem). A ty, chłystku jakiś!
PODRÓŻNI. Co to jest?... O nieba!...
DAMA I. Ach!... to ten, co mnie w rękę całował.
PAN III. Ehe!... to i mnie tu ktoś parę razy cmoknął... filut!...
MĄŻ. Smarkaczu!... będziesz się do kobiet uczciwych umizgał!
MŁOKOS. Jak Boga kocham... tak nie daruję panu!... (dyliżans staje).
CHÓR. Co to jest?... co się stało?...
DAMA II. (do pocztyljona). Cóż to, mój przyjacielu... jeszcze bierzesz pakunek?
POCZTYLJON. To nie żaden pakunek... to mięso!
PAN V. Jakto... więc bierzesz na kozioł jeszcze jedną osobę?
POCZTYLJON. To nie osoba... to siostra mojej żony! (dyliżans rusza).
PAN II. O! za pozwoleniem... przecież i ja chcę siedzieć!
CHUDY. Ależ, panie... to jest moje miejsce!
PAN II. Nic o tem nie wiem... Jesteś pan literat, możesz więc napisać, jakie to teraz są omnibusy i karety, — ale ja nie ustąpię, bo mi nogi zdrętwiały!
CHUDY. Owszem... owszem!... Gotów jestem ustąpić, ale... odtąd... będę miał o panu inne wyobrażenie!
PAN II[5] Miejże pan sobie inne wyobrażenie, a ja będę miał miejsce!
CHUDY. Ha!... to okropność...
DAMA II. Panowie nie szanujecie kobiet... dość już tego!
CHÓR. Co pani mówisz?...
DAMA II. Już od pół godziny czuję, że mnie panowie szczypiecie!... To jest nikczemnie!
MĄŻ. Pewnie znowu ten młokos!
MŁOKOS. Dajże mi pan pokój!... Ja nic nie winien!...
PAN I. To pewno literaci!... Aż dwu jedzie... miejcie na nich oko!
CHUDY. Jak Boga kocham ja nie!
DRUGI LITERAT. I ja!... słowo honoru!
DAMA II. O nieba! coś mnie kąsa!... ratunku!...
CHÓR. Gdzie?!... co!... jak?... Stójcie! stójcie!
MĄŻ. Panowie... znalazłem pijawkę... pijawki są w karecie!...
CHÓR. Nie może być?...
GŁOS Z KĄTA. Aaa... do djabła!... Pewnie mi się rozwiązał butel z pijawkami.
PAN I. Kto tu pijawki wozi?
GŁOS Z KĄTA. To ja... chirurg!
DAMA II. Aach!... (mdleje).
DAMA I. Mężu!... i mnie coś kąsa!...
CHÓR. Pocztyljon, stój!... uciekajmy!... uciekajmy!...
CHUDY. Dla Boga... uduszą mnie!...
PAN II. Moja noga!...
PAN III. Mój kapelusz!...
MĄŻ. Jeszcze ci dam raz bobu, ty ośle... nie zaczepiaj kobiet uczciwych!...
MŁOKOS. Dajże mi pan pokój!... Dajże mi pan pokój!
DAMA. Mężu, puść go!... On mnie tylko chciał pocałować, a pijawka kąsa!

MĄŻ. Niech kąsa... ale niech nie całuje!


DORADCY.

(Obraz I). WUJASZEK. Bój się Boga, Klimciu, masz już 30 lat skończonych, trzeba nagwałt coś o sobie pomyśleć!
CIOCIA. Tak, tak, moje dziecko, czas leci, a ty, nieboraku, jakoś nic i nic!...
WUJASZEK. Bo niezdecydowany!... Trzeba się raz przecie zdecydować!
CIOCIA. Zdecydować, koniecznie zdecydować.
KLIMCIO. Już jestem zdecydowany na wszystko... raz kozie śmierć!...
BABCIA. Moje robaczki, mówcie głośniej, bo nie dosłyszę...
WUJASZEK. Namawiamy Klimcia, żeby coś ze sobą zrobił!
BABCIA. Aha!...
WUJASZEK. Żeby coś przedsięwziął!
BABCIA. Aha!... No tak!...
CIOCIA. Ja zawsze to samo mówiłam!
KLIMCIO. Oj! moja babciu, wziąć ja bym się wziął i nie do jednego, ale mi idzie jak z kamienia!
BABCIA. Kamienica... kamienica!... To tylko za bogatą panną dostać można kamienicę!
CIOCIA. Ach!... doskonale... Że też to ja na tę myśl nie wpadłam... Bodaj babcię!... A żeńże się, Klimciu, to będziesz miał i kamienicę i zajęcie, no!... i możesz się także decydować.
WUJASZEK. Dobra myśl, żeń się chłopak!
KLIMCIO. Ha! trudno, ożenię się, ale z kim?
CIOCIA. Jakto z kim? przecieżeś ty kiedyś chodził do biura, to żeń się z jaką prezesówną, naprzykład z Petronelą.
WUJASZEK. To nie dla niego!... On miał być u kupca, więc lepiej z jaką kupcówną, naprzykład z Gertrudą.
CIOCIA. Co?... z kupcówną?... Przecie on miał być w wojsku i mógłby się ożenić nawet z majorówną Urszulą.
WUJASZEK. Och! arystokracja wam w głowie!... Ja, będąc na jego miejscu, wolałbym się żenić z szewcówną Agnieszką.
KLIMCIO. Panna Urszula jędrna panienka... uf!...
CIOCIA. No, widzisz, że masz do niej pociąg.
WUJASZEK. Jeżeli chcesz gwałtem Urszuli, to się żeń z Urszulą, ja jednakże inaczejbym zrobił!
(Obraz II). KLIMCIO. Mój Moszku, jak myślisz, czy warto ożenić się z panną Urszulą?
MOSZEK. Zaco nie warto? ona ma pyniędzy!...
KLIMCIO. To prawda, ale... ale... jakby się do tego interesu zabrać?
MOSZEK. Jak zwykle! Pan te pannę co da, naprzód jedno, potem drugie... nu! a potem się z nią ożeni!
KLIMCIO. Djabła ja jej co dam, kiedym goły!
MOSZEK. Co to z tego?... Ja panu kredyt wyrobię... Mam tu jednego kupca znajomego, to wun panu da kawe, cukru i co pan zechce. Teraz właśnie jedna pani szlachcianka sprzedaję salopę, to ja wezmę, a pan mnie potem odda... Nu! i pierścionki, zygary to tyż mam!...
KLIMCIO. O poczciwy Moszku!
MOSZEK. Nu! nu!... Ja pana co więcej zrobię, ja znam majora i powim jemu, żeby wun pana wziął.
KLIMCIO. Aaach!...
(Obraz III). KLIMCIO. Panie mecenasie dobrodzieju, ratuj!...
DORADCA. Cóż się to stało?
KLIMCIO. Wyobraź pan sobie, że mi ten łotr Moszek przejść nie daje na ulicy, robi mi niesłychane impertynencje!
DORADCA. A to chwała Bogu!... ponieważ wytoczymy mu proces o obelgi... Za cóż on pana tak prześladuje?
KLIMCIO. A wyrobił mi, uważa pan, kredyta na jakieś tam drobiazgi, bo to widzi pan, miałem się żenić z panną Urszulą, no — i teraz łotr chce, żebym mu lichwę zapłacił.
DORADCA. Wybornie... będziemy mu mogli wytoczyć proces o lichwę. No, a jakże z panną Urszulą?
KLIMCIO. Niech ją djabli porwą!... Zrujnowałem się dla niej. Dałem jej dwie głowy cukru, salopę, kolczyki, a ona prezenta brała i wkońcu puściła mnie w trąbę.
DORADCA. Doskonale!... wytoczymy jej proces o zwrot cudzej własności. Cóż jednakże było powodem zerwania między państwem?
KLIMCIO. Trochę ciotka, a trochę wuj. Ciotka miała mi zapisać swój wiatrak, co to go ma na Rudzie, ale wkońcu rozmyśliła się... No — a wuj ciągle sprzeciwiał się mojej żeniaczce.
DORADCA. Wytoczymy ciotce proces o złamanie obietnic, a wujowi o intrygi! Dziś zacznę kroki, zostaw mi pan tylko pieniądze na koszta przedwstępne.
KLIMCIO. Kiedy bo... nic nie mam!

DORADCA. Eh! to głupstwo! Przecież możesz pan wziąć trochę od ciotki, nie mówiąc na co, — w najgorszym zaś razie pożyczyć od Moszka. On da, byle pewny zastaw!


PRZYSZŁOŚĆ LITERATURY.

Część I.

LUCYPER. Czegóżeś taki smutny do stu... literatów!...
HUMORYSTA. Niestety! tego właśnie, że mnie losy wbrew przewidywaniom całej familji i naprzekór własnym pragnieniom postawiły między literatami!
LUCYPER. Fe! cóż znowu?... Jesteś więc niezadowolony z tego, o co się ludzie przez całe życie ubiegają?... Miałżebyś za mało sławy, czy dochodów, czy też materjałów do zapychania szpalt w organach tutejszokrajowego dowcipu?
HUMORYSTA. Wszystko za mało, oprócz zniechęcenia i nudów!...
LUCYPER. Brawo!... Oto mi materjał na prawdziwego humorystę... Poczekaj! dam ci tu krople dowcipu, będziesz ich używał po kieliszku rano i wieczór, a za miesiąc... zobaczysz!
HUMORYSTA. Za miesiąc?... Za miesiąc już nie będę literatem, a przynajmniej humorystą.
LUCYPER. Jakto, więc wyrzekasz się opinji badacza chorób społecznych?
HUMORYSTA. Nigdy mi nie nadawano takiego nazwiska.
LUCYPER. Dobrowolnie tracisz prawo do umieszczenia, po najdłuższem życiu, twej biografji z wizerunkiem w jakiemś ilustrowanem piśmie?
HUMORYSTA. Pal ich djabli!...
LUCYPER. Odstępujesz braci w Minerwie i Apolinie?...
HUMORYSTA. Ach! chciałbym jednej chwili!...
LUCYPER. Hum! jeżeli tak, wyprawże im przynajmniej bankiet na pożegnanie.
HUMORYSTA. Z całego serca, ale nic nie mam pod ręką.
LUCYPER (wydobywając gazetę). Ja ci dam... czytaj!...
HUMORYSTA. Cóż to jest? „Gazeta Pacanowska“ w roku 1973?
LUCYPER. To! to! to!... Obejrzyjno „Kronikę Czasopism“, jak też ci się podoba?
HUMORYSTA. Same cytaty?... Nic nie rozumiem!...
LUCYPER. Nic nie rozumiesz? a to tak łatwo rozumieć! Przecież jest to jeden ze sposobów zapełniania szpalt w waszych pismach.
HUMORYSTA. O tem nie wiedziałem!
LUCYPER. No, to się dowiedz, — ale czytaj prędzej, bo nie mam czasu, a chciałbym ci jeszcze coś więcej w tym guście pokazać.
HUMORYSTA. Aha! (czyta).
Gazeta pacanowska“ Nr. 112, Pacanów dnia... „Robiąc sumienny przegląd działalności naszej prasy, nie możemy się powstrzymać od bolesnej uwagi, że niekiedy najpiękniejsze siły umysłowe marnują się bezpożytecznie na błahostkach, które milczeniem pominąćby należało. Czytając te elukubracje, pisane na temat cudzych błędów, z całego serca pragnęlibyśmy wykrzyknąć: panowie!... do czego nas to doprowadzi?... ale wykrzyknik ten byłby głosem wołającego na puszczy. To też nie łudząc się bynajmniej nadzieją nawrócenia kogoś i tylko czyniąc zadość obowiązkowi sprawozdawcy, przepisujemy dla wiadomości ogólnej to, co znaleźliśmy w Nr. 111 „Tygodnika Ryczywolskiego.“ Oto co pisze:
„Wyznać należy (mówi „Tygodnik“), że niektóre z naszych pism perjodycznych śmieszne przedstawiają widowisko, osłaniając niechęci osobiste szatą pozornie bezstronnej krytyki. W takim wypadku znalazł się „Przegląd Pińczowski,“ który od lat kilku stanąwszy, niby to, na straży nauki, korzysta z najmniejszej sposobności, aby przypiąć łatkę swoim współzawodnikom. Czytelnicy nasi najlepiej sami osądzą tendencje tego pisma, które w 110 numerze wypowiada następujące uwagi na temat sentymentalizmu:
„Aby dać przykład (pisze „Przegląd“) bezczelności, do jakiej posuwa się idjotyczny sentymentalizm naszej prasy, ogłupionej ideologicznemi teorjami, przytaczamy monolog jednego z pism najbardziej poczytnych. Nie spodziewamy się, aby ta nauczka odniosła pożądany skutek, organ bowiem, o którym mowa, zanadto zaawansował w swej manji; pragniemy tylko ostrzec czytelników, aby przez nieuwagę nie wpadli w sieci czczej frazeologji, jaką przesycony jest ów świstek. Oto przeczytajmy, co pisze „Snopek Nadbzurski“ w Nr. 109:
„Są wypadki (słowa „Snopka“), wobec których duch nasz staje niby zbłąkany wędrowiec na krzyżujących się drogach!... Są chwile, w których tysiące najsprzeczniejszych kwestyj wdziera się do umysłu badacza... Są zagadnienia, przed któremi napróżno zamykalibyśmy oczy!... Napróżno!... Napróżno staramy się przekonać, że już wszystko poznane, że już wszystkie zasłony zdarte... napróżno!... Takie myśli mimowoli nasunęły się nam przy odczytywaniu w Nr. 108 „Kurjera Cogodzinnego“ artykułu, który w całości przytaczamy:
„Dziwne czasem figle (pisze „Kurjer“) płata matka natura!... Na głowę jednych zlewa skarby piękności i siły, bogate zasoby instynktu i mnóstwo przymiotów, decydujących w walce o byt, — inne zaś osobniki dotyka niedołęstwem, głupotą i potwornością. Dlaczego?... trudno odgadnąć!... To też wstrzymując się od dalszych uwag, zacytujemy czytelnikom następujący fakt z wiarogodnego poczerpnięty źródła. Oto, co w Nr. 107 pisze „Bibljoteka Smorgońska“:
„W dniu 2 lipca (słowa „Bibljoteki“) na folwarku Górka Dolna przyszło na świat prosię z dwoma ogonami. Niektórzy sądzą, że prosię zamiast dwu ogonów oddzielnych ma tylko jeden rozdwojony.“
LUCYPER. Czy już skończyłeś?... I jakże ci się podoba literatura z roku 1973?
HUMORYSTA. Och!... ludzie...
LUCYPER. Zaczekaj! jeszcze nie koniec, pokażę ci coś więcej!
HUMORYSTA. Głupi świat!... i ja na nim.
LUCYPER. Dlaczegóż ty?...
HUMORYSTA. Dlatego, że... rzucam groch na ścianę!...

Część II.

LUCYPER. No! no! odłóż, przyjacielu, swoje lamentacje na później, a tymczasem staraj się poznać drugi sposób zapełniania szpalt w pismach perjodycznych.
HUMORYSTA. Na czemże on polega?
LUCYPER. Na tak zwanej polemice dziennikarskiej, która z początku jest walką na pióra, później zaś staje się walką na kamienie i kije.
HUMORYSTA. Cóż na to mówi publiczność?
LUCYPER. Ha, cóż?... zwyczajnie jak publiczność!... Z początku dziwiła się, później zabawiła. Dziś, ludzie rozsądni nie czytają polemik, ale zato czerń nie czyta dzienników, które nie polemizują ze sobą. Literaci przyzwyczaili motłoch do swoich kłótni, podobnie jak cezarowie przyzwyczaili go do walk cyrkowych, a inkwizycja do auto-da-fe.
HUMORYSTA. A pokażże mi prędzej to widowisko!
LUCYPER. Masz oto dwa dzienniki i czytaj!
HUMORYSTA (czyta).
Dziennik rozpraw“ Nr. 15, rok 1973... Czuwając pilnie nad wszystkiem, co publiczne bezpieczeństwo obchodzi, nie możemy pominąć milczeniem faktu, dowodzącego, jak dalece jednostki zapominają o prawach innych ludzi i jakie opłakane wynikają z tego następstwa. Pan X., mieszkaniec ulicy Smoczej, na 5-tem piętrze swego domu hoduje gołębie, które bardzo często na gzemsach i rynnach tuż nad chodnikiem siadają. Otóż wczoraj redaktor niniejszego pisma, przechodząc około wspomnianego domu, zaatakowany został przez jednego z opisanych gołębi, w sposób tak bezczelny i ludzką godność obrażający, że w tej samej chwili rzucić musiał w rynsztok swój nowy jedwabny kapelusz... Resztę zostawiamy domyślności i sądowi czytelników w nadziei, że podobne lekceważenie ogółu, jakiego się pan X. z ulicy Smoczej nieustannie dopuszcza, zasługuje na to, aby je pod pręgierz opinji publicznej zaciągnąć i piętnem powszechnej wzgardy naznaczyć!
Dziennik Muranowski“ Nr. 16. Czytając w Nr. 15 „Dziennika Rozpraw“ artykuł, którego autor za niewinny figiel gołębia obrzuca obelgami jego właściciela, nie wiemy doprawdy, czy się dziwić czy smucić. Jakto, więc szanowny redaktor wymaga, aby wbrew powszechnie uznanej zasadzie samopomocy, kto inny pilnował jego kapelusza? Jakto, więc szanowny redaktor, który tak czułym jest na obrazę, wyrządzoną mu przez niewinnego gołębia, nie waha się obrazić człowieka, który mu nic nigdy złego nie zrobił?... Składamy pióro. Poczucie osobistej godności nie pozwala nam polemizować z człowiekiem, którego umysł czy też sumienie wyłamują się z pod reguł, nakreślonych przez logikę i moralność. Głos publiczny i historja osądzą nas!...
Dziennik Rozpraw“ Nr. 17. Panu A. B. na Pociejowie. Nie dziw się pan artykułowi, wymierzonemu przeciwko nam w Nr. 16 „Dziennika Muranowskiego.“ Autor, jako krewny gospodarza ze Smoczej ulicy, jest zbyt interesowany w tej sprawie i zbyt mało przytem ma ambicji, abyśmy mogli lub potrzebowali rachować się z jego słowami... Na tego rodzaju nędzników kij jest jedynym argumentem!
HUMORYSTA. Tego to już chyba za wiele!... Ciekawy jestem bardzo jak się polemika zakończy?
LUCYPER. Mam władzę nad przyszłością i okażę ci ją... patrz!... (słychać grzmoty; w głębi pokoju humorysty ukazuje się żywy obraz p. n. „W mieszkaniu redaktora“).
(Obraz V). PAN I. (wchodząc). Czy zastaliśmy redaktora?
PAN II. Redaktora „Dziennika Rozpraw“?
REDAKTOR. Ja nim jestem!
PAN I. W numerze 17 pańskiego pisma znajduje się artykuł, który redaktor „Dziennika Muranowskiego“ uważa za osobistą obelgę dla siebie.
REDAKTOR. Więc i cóż stąd?...
PAN II. Otóż redaktor żąda, abyś pan raczył w następnym numerze swego pisma artykuł ten odwołać.
REDAKTOR. Redaktor „Dziennika Muranowskiego“ jest zanadto wielkim hultajem, ażebym miał odwoływać to, co raz na niego napisałem!
PAN I. W takim razie dasz mu pan honorową satysfakcją.
REDAKTOR. Jakto... ja?... za artykuł polemiczny?... Panowie! to być nie może...
PAN II. W takim razie pan odwołasz.
REDAKTOR. Ależ...
PAN I. Żadnego ależ!... pojedynek, albo odwołanie.
REDAKTOR. Panowie!... bądźcie łaskawi spocząć... Ja... ja nie miałem zamiaru obrażać waszego szanownego przyjaciela, dla którego czuję najżywszą sympatją...
PAN II. Więc o cóż chodzi, — odwołaj pan... Oto formuła, którą pan zamieścisz w swojem piśmie.
REDAKTOR (czytając). Zbyt ciężkie warunki... nie mogę ich przyjąć.
PAN I. Więc przyjmujesz pan pojedynek?
REDAKTOR. O nie... nie, panowie!... Zostawcie mi ten papier, przedrukuję go!... (obraz znika).
HUMORYSTA. Czy nie mógłbyś mi pokazać formuły odwołania?
LUCYPER. Czytaj!...
HUMORYSTA (czyta):
Dziennik Rozpraw“ Nr. 18. W dniu wczorajszym mieliśmy nieszczęście zastosować kilka przykrych wyrażeń do czcigodnego redaktora „Dziennika Muranowskiego“. Czujemy się w obowiązku odwołać te wyrażenia i wyznać, że ze szlachetnym przeciwnikiem naszym postąpiliśmy nikczemnie.

HUMORYSTA (rzucając Lucyperowi gazetą w oczy). Idź precz, szatanie... duchu przewrotny i kłamliwy!... I toż to nazywasz przyszłością literatury?... Apage nędzniku!...
LUCYPER. Cha! cha!... cha!... (zmiata).

Część III.
(W redakcji dziennika politycznego).

REDAKTOR. Więc pan dobrodziej chcesz założyć pismo polityczne zagranicą?
MŁODZIENIEC. Tak jest, szanowny panie!
REDAKTOR. I twierdzisz, że organ twój naszym interesom najzupełniej nie będzie przeszkadzał?
MŁODZIENIEC. Owszem panie, przeciwnie... będzie pomagał z całego serca!
REDAKTOR. Doskonale! Na takich warunkach, ja starszy i doświadczony mogę przed panem uchylić zasłonę okrywającą mechanizm prasy politycznej. Ale tajemnica... pamiętaj pan.
MŁODZIENIEC. Będę milczał jak grób!...
REDAKTOR (dzwoni). Hola! woźny, — zawołać mi tu pana Machiawelskiego. (do młodzieńca) Jest to człowiek najzdolniejszy w naszem biurze.
MACHIAWELSKI (wchodząc). Godzinę już czekam na pana redaktora, w interesie tych 10 rubli, które miałem dostać.
REDAKTOR. Co za nieszczęście, kasa pusta!
MACHIAWELSKI. Na honor! będę sobie musiał wkrótce w łeb strzelić. Wierzyciele mnie prześladują, w domu tysiące kłopotów... ach!...
REDAKTOR (na stronie). Wybornie! (głośno) No, może pomyślemy o tem później, a teraz jakie wiadomości, tak naprzykład z Francji?...
MACHIAWELSKI. Jak najgorsze! Ten kraj od 100 lat podobny jest do wulkanu...
REDAKTOR (na stronie). Kochany Machiawelsio!... (głośno) A cóż pan myślisz o Anglji?
MACHIAWELSKI. Anglja?... Anglja... to trup, to upiór Kartaginy, to... to potwór egoizmu, który połknąwszy złoto, węgiel i żelazo całego globu, struje się wkońcu własnemi wnętrznościami!
REDAKTOR (na stronie). Uściskałbym go! (głośno) A jakże tam Turcja?
MACHIAWELSKI. To spróchniały gmach, do którego lada chwila tysiące pochodni przyłożą.
REDAKTOR (na stronie). Na dzisiejszym numerze zrobię interes! (głośno). No, niema o czem mówić, poglądy są pyszne, — chciałbym tylko wiedzieć, jaki ostateczny wniosek wyprowadzasz pan z nich?
MACHIAWELSKI. Wojna, upadek starego świata, cofnięcie się ludzkości do epoki barbarzyństwa...
REDAKTOR. A bójże się pan Boga, tak nie idzie! trzeba dać jakąś inną końcówkę. Po napisaniu artykułu będę mógł panu zaforszusować parę rubli.
MACHIAWELSKI. Taak? a więc wojna, triumf radykalizmu, chwilowy zastój interesów... no i w przyszłości może jakaś tam nadzieja!
REDAKTOR. Około sześciu rubli będę mógł panu zaaplikować...
MACHIAWELSKI. W takim razie mogę napisać, że obecne przesilenie jest tylko dużą chmurą, z której ani jedna kropla deszczu na Europę nie spadnie.
REDAKTOR. Hum!... O ile sobie przypominam, mam tylko cztery ruble.
MACHIAWELSKI. Ach, do djabła!... Powiadam, że będzie powszechna wojna, a co po niej nastąpi... niewiadomo!...
REDAKTOR. W tym tonie można zakończyć. Żegnam pana!...
MACHIAWELSKI. Moje uszanowanie! (wychodzi).
MŁODZIENIEC. Pozwól pan się zapytać, co to znaczy?
REDAKTOR. Jakto, co to znaczy? Ten człowiek pisuje ogólne poglądy na politykę, a że obecnie mamy lato i szlachta niechętnie czytuje gazety, musimy więc zaciekawiać ich groźnemi przepowiedniami. Otóż Machiawelski, jako pesymista, najlepiej się do tego nadaje, ale tylko wówczas, kiedy nie ma pieniędzy. Gdybym mu dał żądane 10 rubli, napisałby z pewnością, że Europa jest co najmniej przedsionkiem raju, — no, a takie poglądy nie zgadzają się z interesami pisma! (dzwoni). Poprosić pana Letkiewicza.
MŁODZIENIEC. Któż to jest?
REDAKTOR. Jest to autor, zastanawiający się nad naszem społeczeństwem.
LETKIEWICZ (wchodząc). Moje uszanowanie panu redaktorowi! Jaki cudowny mamy dzień... cała Warszawa spaceruje, mnóstwo pięknych kobiet... Na honor jestem zachwycony!
REDAKTOR. Chwała Bogu! Ale jakże tam stoją interesa miejscowe?
LETKIEWICZ. Jak najlepiej! Rolnictwo, przemysł i handel rozwijają się.
REDAKTOR. Ze szlachtą jednak zawsze kiepsko?
LETKIEWICZ. Ależ, panie! Szlachta już wejrzała w siebie: uczy się, oszczędza, pracuje.
REDAKTOR. A chłopi?
LETKIEWICZ. Fiu!... chłopi? Ach, panie, co to za materjał!... Wyrzekają się przesądów, pijaństwa, niechlujstwa, — budzi się w nich poczucie własnej godności!
REDAKTOR. Jakiż pan ostateczny wyprowadzisz stąd wniosek?
LETKIEWICZ. Wniosek?... bardzo prosty: będzie wszystko dobrze i basta!
REDAKTOR. Hum! to trochę za słabo... A propos... widziałem dziś pannę Hermenegildę, zasyła panu najpiękniejszy ukłon i uśmiech.
LETKIEWICZ (zachwycony). Cudowna kobieta!... Co zaś do wniosku ostatecznego, to możemy nawet pisać śmiało, że już jest wybornie, że społeczeństwo nasze wkrótce przodować zacznie cywilizacji.
REDAKTOR. Tak będzie lepiej!... A więc czekam na artykuł.
LETKIEWICZ. Żegnam pana!... (za drzwiami śpiewa) Hermenegildo!... kocham, ach kocham cię!...
REDAKTOR (do młodzieńca). Ten, widzisz pan, jest optymistą i pisuje, jak to już mówiłem, uwagi nad naszem społeczeństwem. Jest przytem kobieciarz... ach, panie!... nie widziałem jeszcze takiego. To też każdy jego artykuł przesiąkły jest wiarą, nadzieją i miłością.
BAZGRALSKI (wpada do pokoju). Panie redaktorze, co tu robić... nie mamy świeżych wiadomości z Paryża, a w gazecie wakuje miejsce.
REDAKTOR. A jakaż jest wiadomość dawniejsza?
BAZGRALSKI. Wiadomość ostatnia jest taka: (czyta). „Lewica ma interpelować rząd w kwestji noty, wystosowanej do Rzymu...“
REDAKTOR. Teraz pan napisz tak: „Rząd francuski ma być interpelowany przez lewicę o notę, którą wysłał do Rzymu“.
BAZGRALSKI. To już napisałem w wiadomościach politycznych.
REDAKTOR. W takim razie napisz pan: „Ostatnia nota wysłana do Rzymu spowodowała interpelacją lewicy.“
BAZGRALSKI. I to napisałem w ostatnich wiadomościach.
REDAKTOR. Aj do djabła! To w takim razie trzeba rozszerzyć dział wiadomości naukowych.
BAZGRALSKI. Kiedy niema materjału!
REDAKTOR (groźnie). Jakto niema? Przecież niedawno kupiłem „Zoologję“ Pisulewskiego! Wreszcie przepisz pan coś z „Kurjera,“ np. o grzmotach w gubernji lubelskiej, lub o trzęsieniu ziemi w Ameryce środkowej... Nie umieją sobie radzić!
BAZGRALSKI. Już napiszę! (wychodzi).
MŁODZIENIEC. Pan redaktor ma istotnie olbrzymią pracę!

REDAKTOR. Co pan chcesz? taki to już los mężów stanu!... A może myślisz pan, że Bismark ma mniej zajęcia?...




DZIAŁ III

LISTY ZE STAREGO OBOZU.

LISTY ZE STAREGO OBOZU.

Kochany Michale!

Pewnie się zdziwisz, że wuj, — którego dotąd uważałeś co najmniej za oryginała, jeżeli nie za egoistę i skąpca, posyła ci pieniądze i list, zakrawający na kazanie albo artykuł wstępny. Coprawda, do chwili obecnej byliśmy ze sobą zdaleka; przyznasz jednak, że nie z mojej winy. Pisywałeś do mnie rzadko, odwiedzałeś jeszcze rzadziej; — ja też, nie widząc gwałtownej potrzeby, nie narzucałem się. Dziś, sądząc, że nadszedł czas wprowadzenia cię między ludzi i uzupełnienia twej edukacji, śpieszę z pomocą i radą. Do ciebie należy i jedno i drugie zużytkować w sposób najwłaściwszy.
Po tym wstępie łatwo odgadniesz, że mam twój ostatni list, jaki napisałeś do matki. Cieszę się, że tak otwarcie mówisz jej o swem położeniu, zrobię ci jednak uwagę, że mogłeś powiedzieć to samo w sposób mniej jaskrawy. Sam pomyśl, czy przyjemnie jest dla matki, gdy w liście jej syna, który przed rokiem skończył uniwersytet, znajdzie się naprzykład ustęp:
„Nie trwoniłem pieniędzy, unikałem towarzystw, pracowałem po całych dniach i wieczorach i pomimo to, dziś jestem bez sposobu do życia, w długach po uszy, mieszkam pod strychem i nie mam się w co ubrać...“
Albo taki:
„Czuję, że brak mi zdolności, charakteru, energji, — że kilka lat zmarnowałem, że nie potrafię dać sobie rady między ludźmi...“ Gdybym ciebie i twoich stosunków nie znał lepiej niż się domyślasz, posądziłbym cię o zamiar wyzyskiwania matki. Dzięku Bogu nie jest tak źle, choć z drugiej strony nie jest i dobrze. W liście twym nie znać cienia obłudy, znać jednak chorobę ciała i duszy. Chorobą ciała jest brak pieniędzy i złe odżywianie, — chorobą duszy jest zniechęcenie, które zawsze następuje po uniesieniach, jak zawrót głowy po opilstwie. Mam jednak nadzieję, że się wyleczysz.
Zacznijmy od ciała.
Ponieważ szkaradnie jest chodzić bez ubrania i nie płacić długów, pożyczam ci więc złotych 2,000, które mi zwrócisz w ciągu lat trzech z procentem po 5%. Będziesz mnie spłacał ratami miesięcznemi, których wysokość, jako matematyk łatwo obliczysz. Że zaś potrzeba czasu na wynalezienie posady i uregulowanie interesów, pierwszą więc ratę nadeślesz mi dopiero za kwartał, za który procentu możesz nie liczyć.
Przy pieniądzach załączam dwa listy: jeden do inżyniera F., drugi do kolegi mego M. Obu tych panów proszę, aby cię przyjmowali w swych domach i pomogli do wyszukania posady. Jeżeli chcesz być u nich dobrze widzianym, mów jak najmniej o ludzkości, postępie, emancypacji kobiet, posłannictwie młodych i zacofaniu starych; również nie narzucaj się z usługami i nie obiecuj wdzięczności. Zresztą sam poznasz, co ci robić wypadnie. Teraz powiem kilka słów o rękopiśmie, który posyłam ci jako lekarstwo przeciw chorobie twej duszy.
Przed kilkoma laty, będąc w mym domu i widząc mnie zajętego pisaniem, spytałeś, co robię? Odpowiedziałem ci, że piszę filozofją życia codziennego. Uśmiechnąłeś się. Myślę jednak, że postrzeżenia, jakie zebrałem i uwagi, jakie nad niemi porobiłem, mogą ci się przydać, — rzucą one bowiem choć słabe światło na ciężką niemoc, której ulegasz ty i twoi rówieśnicy, a która nazywa się nieznajomością życia.
Jeżeli niektóre z moich zdań wydadzą ci się oklepanemi, pomyśl wówczas, że o rzeczach najbardziej oklepanych najmniej wiemy. Jeżeli cię coś oburzy, nie zniechęcaj się, pamiętając, że autorem jest człowiek, który wiele widział i wiele cierpiał. Jeżeli ci się wyda coś fałszywem, sprawdź, — lecz nie zapomocą rozumowań ogólnych, ale w życiu. Jeżeli chcesz praktyczną korzyść z mych uwag odnieść, czytaj je powoli, wśród ciszy, najlepiej wieczorem, a jeszcze lepiej wówczas, gdy, czyto skutkiem własnych błędów, czy skutkiem zbiegu okoliczności, doznasz niepowodzenia i poczniesz się zastanawiać nad życiem.
Dziś dla społeczeństwa wybiła godzina refleksji i reform, — dowody tego znajdziesz w życiu i literaturze, choć dotychczas rozsądek publiczny nie trafił jeszcze na właściwą drogę. Każdy zastanawia się nad grzechami innych i całe społeczeństwo chce zreformować do gruntu, zamiast zastanowić się nad sobą samym i siebie zreformować przynajmniej do pewnego stopnia. Najruchliwsi i najkrzykliwsi przyczynę złego widzą tylko w nieprzyjęciu wielkich nowych prawd, odkrytych w laboratorjach i zoologicznych ogrodach, choć złe w części tylko leży tam, a cała jego siła tkwi w zapomnieniu prawd małych, starych jak świat, a ukrytych w duszy ludzkiej i stosunkach życia codziennego.
Ty więc, jeżeli nie chcesz ulegać złudzeniom, zastanawiaj się naprzód nad sobą samym i zacznij od zreformowania siebie; — lecz abyś nie potrzebował błądzić poomacku, weź za przewodnika starsze od twego doświadczenie. Tym sposobem posuniesz robotę naprzód, postęp bowiem polega na zaczynaniu przez młodych pracy tam, gdzie starzy ją ukończyli. Każda zaś inna metoda jest albo cofnięciem się, albo nużącemi i bezpożytecznemi harcami na cudzem polu.
O bodajbyście tego nigdy nie spuszczali z uwagi!

Kochający cię wuj.


I.
O ZŁUDZENIACH W ŻYCIU.

De profundis clamavi...

Bardzo dziś u nas łatwo usłyszeć młodzieńca, który z właściwym wiekowi zapałem rozprawia o wieczności siły i materji, nietrwałości słonecznego systemu, przemianie gatunków i innych tym podobnych kwestjach, o jakich nie śniło się dawnym filozofom. Niektórzy sarkają na to, ponieważ za naszych czasów tylko psy i konie interesowały młodzież; ja, cieszyłbym się, gdybym w tych rozprawach mógł dostrzec coś więcej niż djalektyczne ćwiczenia na temat uniwersyteckich lekcyj. Smucę się więc razem z innymi, wprawdzie nie tem, że jesteście od nas mądrzejsi, że z zimną krwią dowcipkujecie o rzeczach, które my przywykliśmy szanować, — ale tem, że dla teorji poświęcacie praktykę i że lekkomyślnie szastacie się z wielkiemi zdobyczami nowszej wiedzy, zamiast je do życia stosować.
My, starzy, mówiąc o wypadkach życia codziennego, przypisujemy je woli bożej, albo też kapryśnemu losowi; zamłodu — wierzyliśmy tak samo. Niemniej jednak każdy z nas rozglądał się po świecie, badał ludzi i wypadki i myślał o tem, jakby z nich korzyść dla siebie wyciągnąć. Coprawda, nie mieliśmy też nic lepszego do roboty, bo natłok dzisiejszych teoryj, jeszcze nam głów nie zaprzątał.
Wy, młodzi, utrzymujecie głośno, że światem, społeczeństwem i jednostką rządzą nieugięte prawa; wołacie, że tylko pozytywne myślenie, że tylko postrzeganie, doświadczenie i krytyka mogą ludzkość uchronić od błędów; — lecz jakże żyjecie sami? Nasze błędy dadzą się jeszcze na upartego wytłumaczyć ogólną wiarą w przypadkowość, niskim stanem oświaty w kraju, — lecz cóż wytłumaczy was, którzy nibyto od kolebki pozbywacie się złudzeń i połowę życia spędzacie nad nauką?
Mógłbym ci zacytować mnóstwo dowodów ludzkiej niepraktyczności, nieznajomości życia. Ograniczę się jednak na kilku z tego względu bardziej uderzających przykładach, że bohaterami są ludzie teoretycznie wysoko ukształceni, a którzy (o zgrozo!) we właściwym czasie najjaskrawszemi farbami malowali prawo walki o byt w naturze.
Paweł, kandydat nauk przyrodzonych, starał się w naszej okolicy o rękę panny Jadwigi. Bywał u niej nieczęsto, tłumacząc się nawałem pracy; nie przywoził podarunków, nie czytywał książek, nie mówił o swej miłości, ponieważ według niego w tej starożytnej metodzie zdobywania serc niewieścich jest dużo blagi. Wzamian za to mówił jej o prawie powszechnego ciążenia brył materjalnych, — uczył, że miłość jest zjawiskiem, a raczej prawem, obowiązującem nietylko ludzi, lecz osły, raki, żaby i tym podobne klasy istot żyjących, że człowiek jest przyrodnim bratem, nie zaś synem małpy, jak to mylnie utrzymują studenci niższych kursów. Na pociechę dodawał, że wszystkie nasze kobiety są źle wychowanemi lalkami i radził pannie, aby rzadziej się modliła, a częściej odczytywała „Przegląd Tygodniowy.“
Po półrocznych w tym sposobie zalotach, oświadczył się stanowczo i dostał jeszcze bardziej stanowczego arbuza. Nadto, ojciec panny (człek zresztą dość naiwny), dał mu do zrozumienia, że oddawna już chciał go prosić o przerwanie stosunków. Dziś Paweł zapuścił desperacką brodę i kompozytorskie włosy, ma minę rozbójnika i opinją człowieka wyrachowanego, bezbożnego, egoisty i t. d., choć znając go bliżej, wiem na pewno, że mógłby wszystkim pannom i paniom w okolicy dawać lekcje uczciwości, a naodwrót od nich wszystkich brać lekcje rachunków.
Stefan, filolog, ożenił się przed trzema laty z córką kapitalisty, który młodej parze na miodowe miesiące kupił folwark w mojem sąsiedztwie. Jak się tam rządzili, nie wspomnę, — dość, że tego roku na ś-ty Jan wpadł do mnie młody dziedzic, prosząc nagwałt o pieniądze, ponieważ go chcą licytować.
— Dlaczego nie piszesz do teścia? — zapytałem.
— Widzisz, sąsiedzie dobrodzieju — mówi ów — teść dał, ale musiałem żonę wysłać do Warszawy i pieniądze się rozeszły.
— Trzebaż było do mnie wcześniej zgłosić się — powiadam — bo obecnie termin za krótki i nie zbiorę całej sumy.
— Widzisz, szanowny sąsiedzie, zwłóczyłem, rachując na teścia.
— Ano, to jedźże prędzej do teścia.
— Wczoraj już jechałem, panie dobrodzieju, alem pomyślał, że mi bez żony stary nie da i zawróciłem z drogi.
A niechże was kaczki zdepczą z takiem gospodarstwem. I to człowiek, który był w uniwersytecie!
Przed dwoma laty spotkałem Romana, magistra nauk matematycznych. Przy poznaniu się, jak zwykle, gadaliśmy o tem i owem, a głównie o biedzie między młodzieżą. Roman cytował dużo przykładów na dowód, jak trudno o chleb w Warszawie, a między innemi przytoczył i swoją historją.
Starał się on o posadę między bankierami, nie widząc innej przed sobą karjery. Włożył tedy frak, białe rękawiczki i chodził z patentem od kantoru do kantoru, szukając miejsca. Naturalnie, że nie dostał żadnego i zniechęcony wyjechał na guwernerkę.
Kiedym go zapytał, czy wie, w jaki sposób ludzie szukają posady, — szeroko otworzył na mnie oczy, a kiedym wspomniał o protekcji, o układach, o pośrednictwie kobiet, oburzył się.
— A jeżeli na innej drodze nie można dostać posady — rzekłem mu — a zaś mając posadę, nie można awansować — cóż pan na to?
— To wolę pójść do szewca niż do kantoru — odmruknął.
Pożegnałem go. Jaka szkoda, że ten dzielny chłopiec dawniej nie dowiedział się o sposobach szukania posady!...
Kiedy myślę o wypadkach podobnych, mimowoli pytam, co u tych ludzi zastępuje miejsce znajomości życia? boć skoro są wrażenia z tej dziedziny zjawisk, muszą być również i jakieś kombinacje tych wrażeń. I rzeczywiście, są kombinacje. Ciągle obijają się nam o uszy wyrazy: szczęście, nieszczęście, moje plany, moje cele, moja osoba, zdolności, środki, stosunki i t. d.; również często słyszeć można wcale przyzwoite poglądy na temat życia codziennego, — lecz na tem koniec. Jeżeli chłodno zechcesz zbadać, co się ukrywa poza temi wyrazami i zdaniami, na czem są oparte owe poglądy, przekonasz się, że miejsce pozytywnych wiadomości zajmują złudzenia, oparte na złudzeniach i prowadzące do złudzeń, jeżeli nie do zguby. Ogromna większość wszystkich klas społecznych łudzi się co do swych pojęć o szczęściu i nieszczęściu, co do swych planów, swych osób, zdolności i środków, a wreszcie i co do swych obowiązków. Jest to ogólna i w skutkach straszliwa niedoskonałość ludzkiego umysłu, wszyscy jej bowiem w rozmaitym stopniu ulegamy; lecz przekonać o niej ogół jest tak trudno, jak trudno dowieść prostakowi, że powietrze jest ciężkie i że ugniata każdego z nas z siłą 25,000 funtów.
Ale przejdźmy do dalszego ciągu.
Przed 15 laty dla dopilnowania interesów zamieszkałem w Lublinie, gdzie podówczas, znany ci Jan chodził do 5-tej klasy gimnazjum. Chłopiec często mnie odwiedzał i odtąd zawiązała się bliższa między nami znajomość. Ja, już w owej epoce człek zachodzący w lata, mówiłem mu o dawnych czasach, — on powierzał mi swoje pragnienia i zamiary, których miał zawsze pełno.
Jednego dnia powiedział mi, że bardzo lubi czekoladę i że wtedy tylko będzie zupełnie szczęśliwym, kiedy będzie mógł wypijać tyle czekolady, ile mu się podoba.
— Ileżbyś jej teraz wypił? — spytałem.
— Z dziesięć szklanek! — odpowiedział bez namysłu.
Wziąłem go do cukierni i prosiłem, aby sobie dysponował, ile zechce. Chwilkę się wymawiał, rumienił, zapewniał o swoim szacunku, — wreszcie kazał podawać. Pierwszą filiżankę wypił z zachwytem, przy końcu drugiej spoważniał, trzeciej nie dokończył i odtąd nie lubi czekolady.
Nauka ta jednak nie wpłynęła na jego charakter, był to bowiem chłopiec okrutnie egzaltowany w pojęciach o naturze szczęścia, choć nieustannie rozczarowywał się i obiecywał poprawę. Opowiem ci wypadek, w którym młodzian ów przeszedł samego siebie.
Już po ukończeniu szkół i po wypróbowaniu tysiąca rodzajów zajęć, — w 20-tym roku życia zakochał się on w pannie Katarzynie, dzisiejszej swej żonie. I jego i panny rodzice, widząc, że był letkiewicz, niebardzo nakłaniali się do tego związku; lecz gdy chłopak posmutniał, zmizerniał i obiecał ojcu, że sobie w łeb strzeli, — pozwolono mu się ożenić. Co wyrabiał wówczas, jak padał do nóg wszystkim, jak płakał i obiecywał swoją Kasię admirować do śmierci, próżnobym silił się opisać. Dość, że koniec końców nadeszło i wesele.
Zjechaliśmy się wszyscy, kto żył z sąsiadów i powinowatych. Mieścili się też, jak mogli; a że ja do tańca nieskory, usłano mi więc w altanie, abym mógł spać, nie oglądając się na gody. Jakoż około północka odszedłem do siebie, nie najpierwszy wprawdzie, bo już i państwa młodych nie było.
Muszę ci jeszcze powiedzieć, że w czasie największych miłosnych paroksyzmów, przybiegał Jaś do mnie i narzekał na okrucieństwo rodziców. Wtedy, rozumie się, pocieszałem go, jakem umiał, kończąc zawsze mniej więcej tym frazesem: „Czy pamiętasz czekoladę?... Otóż powiadam ci, że tak bywa ze wszystkiem; — wszystko, co nas zdaleka wprawia w zachwycenie, przejada się bardzo prędko, a czasem i niesmak zostawia.“ On mi zaś na to: — „Mój panie! poznałem już, co mi do szczęścia potrzeba i wiem, że żyć bez Kasi nie mogę.“
Otóż, mówię ci, że w dniu wesela nocowałem zdaleka od dworu w altanie. Trochem zaspał i gdy na drugi dzień, zbudziwszy się około 8-ej, spojrzałem w okno, zobaczyłem Jasia, spacerującego po ogrodzie.
Dostrzegł i on mnie zaraz, przybiegł blady, rozczochrany, z podsiniałemi oczyma i wogóle z miną desperacką. Pokręcił się po izdebce i wzdychając, usiadł.
— Cóż ci to, mówię, choryś, czy co?...
— Zdrów jestem, ale...
— No i cóż?
— Niech mnie pan tylko nie wyda z sekretu, ale — no, powiem zresztą, bo lepiej jest zawsze przed kimś serce otworzyć...
Drgnąłem ze strachu i już zirytowany trochę, krzyknąłem:
— A cóż u stu fur beczek bataljonów!... gadaj zaraz...
— Widzi pan, niema nic złego. Ja tylko chciałem powiedzieć, że... bodaj czy pan nie miał racji, mówiąc, że wszystko jest zdaleka ładniejsze i prędko się przejada.
O małom go nie wyrzucił za drzwi. Dziś żyje zdrów i kontent. Utył, ma dwoje dzieci, kocha żonę i opowiada jej niekiedy historją, jaką ci opisałem. U mnie bywa często i mówi, że jest szczęśliwy, choć zawsze dodaje, że wszystko ładniejsze zdaleka.
Przykład ten okazuje ci jeden rodzaj złudzeń w pojmowaniu szczęścia. Kiedy niedoświadczony pragnie czegoś, nie widzi granicy swych pragnień i nie domyśla się, aby zaspokojenie mogło wywołać przesyt. To też pobudzany nieustannie przez wyobraźnią, zapomina o tem, że są inne, liczne potrzeby natury ludzkiej, obraca wszystkie siły na osiągnięcie jednego tylko celu, zaniedbuje wszystko, co leży poza jego obrębem i wkońcu rozczarowywa się: naprzód skutkiem przesytu, a powtóre skutkiem tego, że inne na jakiś czas stłumione pragnienia z nową występują siłą.
Ponieważ potrzeby ciała są najsilniejsze u ogółu ludzi, więc też i złudzenia, odnoszące się do nich i błędy, wypływające z nich, są najczęstsze. Jeden pamięta o podniebieniu, a zapomina o podeszwach i w cukierni traci pieniądz, za który należałoby sobie kupić obuwie. Inny pielęgnuje ciało, zaniedbawszy potrzeby ducha — i wpada w nudy i tęsknotę. Inny jeszcze, nie rachuje się z nałogami i wspomnieniami, które chwilowo uśpione budzą się w razie zadania im gwałtu i nieraz na całe życie robią człowieka nieszczęśliwym. Inny wreszcie, łudząc się, że kapitał decyduje o szczęściu, goni za pieniędzmi, krzywdzi swych bliźnich, aż wkońcu odepchnięty przez nich, wlecze osamotnione i pełne utrapień życie, nierychło poznawszy, że nie wyłączne dogadzanie jednej namiętności, ale harmonijne rozwijanie i umiarkowane zaspakajanie wszystkich potrzeb ciała i duszy powinno być celem człowieka.
Aby lepiej okazać, jak zgubną bywa jednostronność w pojmowaniu szczęścia, opowiem ci historją twego stryjecznego brata Leona, jednego z najzacniejszych i najwytrwalszych ludzi, jakich znałem. Smutna to historja, lecz wielką dla was młodych mieści w sobie naukę.
Jak wiesz, ubogi on był i chorowity od dziecka. W klasach niższych odznaczał się spokojem i cierpliwością, w wyższych wytrwałą pracą; zdolności rozwijały się w nim bardzo powoli.
Między jego nauczycielami był S.... uczeń Lelewela, zapamiętały w swym przedmiocie i umiejący doń młodzież zachęcić. Leon też najwięcej pracował nad historją, najczęściej, bo po całych dniach, siadywał u S. i tyle skorzystał, że ukończywszy gimnazjum postanowił napisać taką „historją polską, jakiej nikt jeszcze nie napisał.“ Są to jego słowa.
Szczerze ja chciałem posłać go do uniwersytetu, ale sam wówczas byłem w bardzo złem położeniu. Pojechał więc biedaczysko na lichą guwernerkę na lat trzy i zebrawszy coś około 2,000 złotych, ruszył do Kijowa. Ten kapitalik rychło poszedł na książki; że zaś w chłopcu dawny pociąg do nauk zmienił się już w namiętność, nie chcąc zatem tracić czasu, nie starał się o korepetycje i wskutek tego bardzo nędzne życie prowadził.
W wilgotnej izbie na poddaszu, o głodzie i chłodzie czytał i notował po całych dniach i nocach; skończył wreszcie uniwersytet z odznaczeniem i wrócił do kraju z suchotami.
Poprawiły się już wtedy moje interesa, mogłem więc i chciałem ratować chłopca, ale on psuł wszystko nadmierną pracą; pracował bowiem od 16—18 godzin na dobę. Chowałem mu papiery i książki, ale wtedy kładł się w łóżko i nic jeść nie chciał; sprowadzałem młodzież, ale wtedy uciekał do lasu. Tylko towarzystwo kobiet robiło na nim niejakie wrażenie; przy nich odkładał książki, śmiał się i rozmawiał.
Jedna osobliwie panienka wpadła mu w oko, nawet jej asystował przez dni kilka; lecz gdy pewnego razu napomknąłem mu o małżeństwie, zamyślił się, mruknął: „już za późno“ i zaczął czytać na nowo. Od tej pory unikał kobiet a nawet rozmowy o nich, — dziwaczał coraz bardziej, aż wreszcie i do łóżka się położył na dobre.
Straszliwie postępująca choroba nie zmieniła trybu jego życia. Wiedział o niej, ale mówił, że nie ruszając się z łóżka i dobrze jedząc, pożyje jeszcze lat kilka i swoją pracę dokończy.
— Niedługo już — mówił — musi mi wuj sprowadzić pisarza; ja mu zacznę dyktować z notatek i wydam choć jakąś część mojej pracy.
Tymczasem notatki rosły i rosły, a śmierć już kołatała do drzwi. Aż i sam wreszcie przestał czytać, ciągle się jednak łudząc, że za dni parę przejdzie osłabienie i on na nowo weźmie się do roboty!
Dnie i noce spędzałem w jego pokoju, czuwając, rychło ducha wyzionie. On kaszlał, pluł, śmiał się chrapliwym głosem ze swoich, jak mówił, wakacyj i w ciągłej gorączce marzył o historji, na nowych zasadach opartej.
Jednej nocy, drzemiąc w fotelu naprzeciw jego łóżka, usłyszałem jakiś głos i ocknąłem się strwożony.
— Wuju! wuju! — zawołał — z tego już nic nie będzie!...
— Co ci jest, Leonie? — spytałem, myśląc, że mówi przez sen.
— Nic już nie będzie z mojej historji, bo ja umieram!...
O gdybyś słyszał głos, jakim wymówiono te słowa! Gorzkom zapłakał pierwszy raz od lat trzydziestu.
Od owej chwili począł konać, przytomnie, z największą rozpaczą; wówczas bowiem dopiero poznał, że całe jego życie marnie zostało stracone.
Rozpamiętywając te rzeczy, często pytałem: takaż to jest śmierć sprawiedliwego? późniejsza jednak rozwaga inne mi nasunęła myśli.
Życie tego człowieka było wielkiem bezprawiem, buntem przeciw naturze. Stargał on prawo harmonijnego rozwoju wszystkich władz istoty ludzkiej, zniszczył ciało na korzyść potęgi ducha i dlatego zginął. Inni życie swoje przekazują potomstwu, on już nic nie mógł przekazać. Inni mniejszy zapas wiedzy udzielają społeczeństwu i żyją w jego wspomnieniach, on ze swej kolosalnej pracy ani źdźbła ludziom nie pozostawił i rozproszył się jak mgła. Powiadam, że znikł bez śladu, ponieważ mając ogromną pamięć, robił bardzo poskracane wyciągi, a swoje poglądy pisał jakimś tajnym alfabetem, widocznie lękając się, aby mu kto myśli nie wykradł.
A teraz sam powiedz, czy wyłącznie duchowe szczęście nie jest złudzeniem?
Widziałeś dotąd manjaków, pomieszanych na punkcie trwałości i wyłączności szczęścia; mieli oni upodobanie do jednej jakiejś rzeczy, nią się czas dłuższy lub krótszy wyłącznie zajmowali, o wszystkich innych potrzebach natury ludzkiej zapominali, sądząc, że zaspokojenie jednego pragnienia zupełnie im wystarczy. Obecnie pokażę ci inny typ ludzi, którzy łudzą się tem, że życie może i powinno być nieprzerwanem pasmem przyjemności, a przynajmniej być wolnem od przykrości.
Żyje i lamentuje po dziś dzień w jakiejś podlaskiej wioszczynie Karol, eks-wojskowy, eks-laik i eks-gospodarz, istna chorągiewka na dachu, która nieustannie skrzypiąc, zwraca się na wszystkie strony, a nigdzie nie może znaleźć wytchnienia. Z niczego nie kontent w teraźniejszości, wiecznie wzdychający za przeszłością, pełen nadziei na przyszłość, — wszędzie był, wszystkiem się naprzód zachwycał i wszystko następnie rzucał, tłumacząc każdemu, że on nie chce rzeczy wielkich, nie łudzi się co do doskonałości ziemskiego szczęścia, ale tylko szuka chleba i stałego pokoju.
Już w szóstej klasie doczekał się wąsów i biegał za dziewczętami, — wygnano go więc ze szkół. Po tem wydarzeniu zjechał na gospodarkę do ojca, ale że stary był prędki i bawił go rzemieniem, uciekł z domu i wstąpił do wojska. W miesiąc niespełna pisał stamtąd, błagając w imię ran boskich rodziców i krewnych, aby go wydobyli; jakoż wysłuchano go, i po dwu latach znowu do gospodarstwa powrócił. Że był pobożny i mieszkał blisko miasta, regularnie więc na majowe nabożeństwo biegał i tak upodobał sobie klasztor oo. kapucynów, że już na początku czerwca był laikiem. Ale i tam popasał niedługo, gdyż po dwu tygodniach wypędzili go ojcowie.
Wówczas to poznałem go osobiście; mówił mi, że klasztor to więzienie, a wojsko to ananas.
— Dlaczegóż nie zostałeś w wojsku? — pytam.
— A bom był głupi! — odrzekł mi.
Niedługo znalazł sobie jakąś wdowę, coś o lat 10 starszą od niego i ożenił się wbrew woli ojca. Stary z początku huczał, ale, w duchu może kontent, że się pozbywa zawalidrogi, przebaczył mu i dał błogosławieństwo, odebrawszy wzamian najuroczystsze zapewnienie, że syn odtąd poprawi się i ustatkuje.
Jakoż ustatkował się, bo niespełna w pół roku piechotą przyleciał do domu. Gadają, ale nie twierdzę napewno, że zemknął, bo jejmość za nim sprzętami ciskała; pewniejszem jest, że mu ojciec za tę sztukę imieniny wyprawił. Dziś, pono już trzecim nawrotem bawi u jejmości, ale okrutnie robak smutny i niedługie mu życie wróżą.
Spotkałem go raz na jarmarku; o mało mi głowy nie rozklekotał swojemi skargami. Wysłuchawszy go, rzekłem:
— Człowieku, wejrzyj w siebie! boć jeżeli wszędzie ci źle było, to widocznie w tobie samym jest przyczyna złego.
— Ach, panie mój — odpowiedział — wszystko wytrzymam — wojskową musztrę, szkolne wykłady, klasztorne godzinki, tylko kobiecej gadatliwości wytrzymać nie mogę, takie już dziwne są moje nerwy.
Pożegnałem go. Oj, te nerwy! o których nie słyszano dawniej — te nerwy i w grobie nie dadzą wam spokoju!
Streszczając moją gawędę o złudzeniach w pojmowaniu szczęścia, powiem ci, co następuje:
Naprzód, nie wierz temu, aby jakiekolwiek pragnienie ludzkie nie miało granic; każde ją ma, a granicę tę stanowi przesyt. Znajdziesz więc przesyt w jedzeniu i piciu, w patrzeniu i słuchaniu, w ruchu fizycznym, w marzeniu i w rozumowaniu — wreszcie w stosunkach z ludźmi i w miłości.
Powtóre, nie wierz temu, abyś zaspakajając jakieś pragnienie, zaspokoił je na długo, albo zagłuszył inne. Gdzie tam! Dziś się najadłeś, jutro głodny będziesz, — dziś się zabawiłeś, a jutro znowu bawić się zechcesz. Z drugiej znowu strony, zaspokojenie oka nie zaspokoi ucha, zadowolenie rozumu nie zadowolni serca.
Po trzecie, nie wierz temu, aby jakakolwiek rzecz była na świecie doskonałą; każda bowiem ma swoje dobre i złe strony. Książka jest ciekawa i nauczająca, lecz kosztuje pieniądze, zabiera czas i niezawsze skierowywa myśli tam, gdzie potrzeba. Marzenie pobudza i rozwesela, lecz znowu zabiera czas i osłabia energją umysłu. Kobieta jest piękna, tkliwa i t. d., lecz i jej nie brakuje ułomności, o których wolę zamilczeć.
Nakoniec po czwarte, nie wierz temu, aby życie ludzkie mogło być choć przez tydzień pasmem spokoju i zadowolenia, — jest ono bowiem plątaniną radości i smutków, zapałów i zniechęceń, dostatków i braków. Nie o tem więc myśl, aby usunąć wszystko złe, ale o tem, aby złe sprowadzić do jak można najmniejszej ilości, aby usunąć to, co dla nas jest lub może być najprzykrzejsze, a mężnem sercem przyjąć to, czego usunąć nie możemy.
Zkolei powiem ci o ludziach, którzy nie goniąc za urojonem szczęściem, obierają sobie cele praktyczne i wogóle możliwe, lecz łudzą się co do warunków, przy jakich cele owe mogą być osiągniętemi.
Podobnie jak chcąc wymierzyć pole, potrzeba wyuczyć się matematyki, rysunków, miernictwa i umiejętnie w danej chwili posługiwać się nabytemi wiadomościami, tak również chcąc dojść do jakiegoś celu w życiu codziennem, należy znać dokładnie wszystkie warunki, potrzebne dla jego osiągnięcia, i warunki te wytwarzać we właściwej porze, zapomocą sił i środków, będących w naszem posiadaniu. Zwykle jednak poprzestajemy tylko na nakreśleniu jakiegoś planu odległego często na lat kilka i kilkanaście i zamiast robić wszystko to w teraźniejszości, co jest niezbędne dla rezultatów przyszłych, robimy właściwie to, czego chcą nasze nałogi lub upodobanie chwilowe. Co zaś jest najzabawniejszem, że wówczas właśnie sądzimy, jakoby postępowanie nasze najdokładniej odpowiadało planom.
Krewny nasz, Stanisław, umyślił zostać inżynierem i pojechał do jakiejś niemieckiej szkoły politechnicznej. Szczęście wogóle sprzyjało mu, lecz on sam robił bardzo niewiele. Gdy inni słuchali wykładów, on słuchał ogródkowej muzyki, gdy inni rysowali, on tańcował — gdy inni chodzili na studja, on chodził na majówki. Z pierwszego kursu przeszedł, na drugim został, aż wkońcu wrócił do domu na gospodarkę, złorzecząc Niemcom, że pracy jego nie umieli ocenić. Dziś, ożenił się bardzo szczęśliwie i w swojej okolicy robi efekt, jest to bowiem chłopak w gruncie dobry, wygadany i niegłupi; zbiera zatem owoce swego wykształcenia, lecz nie jako inżynier, ale jako światowiec. Niemniej jednak Stanisław sądzi, że mógł być znakomitym inżynierem, tylko że mu los nie dopisał.
Łatwo poznasz, z jakich źródeł tego rodzaju złudzenia pochodzą, oto naprzód ze zbytecznej wiary w siebie, powtóre z wiary w opiekę losu, po trzecie z nieznajomości praw, kierujących życiem codziennem.
Inny, podobny Stanisławowi facet, niejaki Adam, dziwił się niewymownie temu, że on, który miał w szkołach opinją najzdolniejszego, nie ukończył uniwersytetu, zaś jeden z jego kolegów powszechnie „mułem“ nazywany ukończył z odznaczeniem.
— Za cóż to nazywaliście biedaka mułem? — pytam Adama.
— A za to, uważa pan mój, że bez względu na niedzielę, święta i wakacje, po całych dniach robił.
— Ileż też godzin pracował dziennie? — pytam znowu.
— Najmniej po 10 — odpowiada.
— A ty ile robiłeś?
— Ja nie robiłem codzień, — nie potrzebowałem robić codzień! Dla mnie było dosyć na miesiąc przed egzaminami zabrać się do czytania. Coprawda — dodał — pracowałem wówczas średnio po godzin 16!
— Ot widzisz — rzekłem mu — dlaczego mimo zdolności nie skończyłeś uniwersytetu! Muł uczył się w ciągu roku godzin 3,650, ty zaś według własnego świadectwa, tylko 480, pracował zatem 7 razy więcej i zapewne umiał też 7 razy więcej od ciebie.
— Ale — oburzył się Adam — pan nie bierzesz w rachubę zdolności!...
— Przypuśćmy, odpowiedziałem, że byłeś 3 razy zdolniejszy od niego, to znaczy tylko, że twoje 480 godzin pracy warte są tyle, co jego 1440, a i wtedy jeszcze wypadłoby, że muł musi blisko 3 razy więcej umieć niż ty!
Oj młodzi, młodzi! jak często wy zapominacie o słowach pewnego wielkiego człowieka, „że cierpliwość jest genjuszem,“ i że nie łatwość zapamiętania, ale wytrwałość cechuje ludzi znakomitych!
Poznawszy indywidua, łudzące się co do swej osobistej wartości, zobacz teraz ludzi nieograniczenie ufających w opiekę losu.
W jednem z naszych miasteczek żyje po dziś dzień pani M., wdowa emerytka, która od dwunastu lat większą połowę swego dochodu obraca na loterją. Radzono jej, aby oddawszy dzieciom swój grosz emerytalny, zamieszkała u nich, przez co i im dopomoże i sama mieć będzie wygody; ale uparta staruszka ani chce słyszeć o tem, co pół roku bowiem spodziewa się, że wygra 100 tysięcy. Wprawdzie od czasu do czasu wraca jej się stawka, lecz jejmość zamiast grosz obracać na potrzeby domu, dokupuje na nowo bilety i coraz większe do loterji zakłada pretensje.
Ile to ona dobrego ludziom zrobi, jak wygra, ilu ubogich wspomoże, ile kościołów wyrestauruje, ile da posagu najmłodszej córce swojej, — tego wszystkiego nie spisałbym na wołowej skórze. Dziś tymczasem, ubodzy odchodzą od jej progu z gołemi rękami, na dworku dach zacieka, córka oddawna została starą panną, a jej matka często chodzi bez trzewików i wyglądając lepszych czasów, żywi się kartoflami, które miłosierny sąsiad na swym ogrodzie sadzić jej pozwala.
Muszę ci w tem miejscu powiedzieć, że życie nasze ma w sobie wiele podobieństwa do gry loteryjnej i że nasze plany, które wyobraźnia przedstawia nam jako pewne, są wogóle dość wątpliwe, a nawet dość nieprawdopodobne. Nietylko zatem owa emerytka łudzi się opieką losu; znaleźlibyśmy bowiem łatwo ludzi młodych i ukształconych, którzy również oddają się podobnym złudzeniem.
Mówiłem ci, że twój stryjeczny brat Leon jechał do uniwersytetu w nadziei, że zostanie znakomitym historykiem. Ty sam ukończywszy gimnazjum, obiecywałeś sobie zostać wielkim matematykiem, a we dwa lata po tobie, Kazimierz miał zamiar zostać wielkim lekarzem. Co zaś do krewniaka naszego Stanisława, to ten, wyjeżdżając zagranicę, wszem wobec i każdemu zosobna dowodził, że powróci stamtąd największym inżynierem naszych czasów. I otóż z pomiędzy czterech osób, mających plany podobne, ani jeden nie został tem, czem chciał być, dwu bowiem stanęło w połowie drogi, jeden się zmarnował, a jeden rozczarował! A dlaczego tak się stało? Dlatego, że jak w loterji, tak i w życiu tylko na pewien procent biletów przypadają większe wygrane. Z tysiąca matematyków kilkunastu zaledwie zyskują jaki taki rozgłos, a może jeden opinją genjusza. Z tysiąca bankierów, kilkunastu zaledwie przekazują rodzinom znaczniejsze majątki, a jeden tylko trafi się między nimi Rotszyld. Tymczasem prawie wszystkie młode kupczyki obiecują sobie zostać miljonerami, i prawie wszyscy studenci, przynajmniej z dwu niższych kursów, chorują na uczoność. A ileż to podobnych pretensyj sprzeciwia się nawet prawom natury! Iluż to utracjuszów ma nadzieję pozyskać majątek, ilu brzydalów szuka romansowej miłości, ilu jąkatych chce zostać tenorami, ilu garbusów wybiera się na baletmistrzów!...
Z tego wszystkiego, co ci od początku aż do chwili obecnej mówiłem, łatwo już poznasz, dlaczego nas spotykają zawody: oto między innemi dlatego, że się nazbyt często łudzimy. Łudzimy się w pojmowaniu natury szczęścia, w pojmowaniu praw, kierujących życiem, a wreszcie w pojmowaniu naszej osobistej wartości. Jeżeli zaś zapytasz, co jest przyczyną tych złudzeń, odpowiem, że jest nią nieznajomość życia codziennego.
Widzisz zatem, jak ważną jest sztuka życia, trzeba się jej uczyć, jak uczymy się grać, tańcować, czytać i t. d. Lecz wy, młodzi, nie zastanawiacie się nad życiem, zbadanie jego odkładacie na później, ufni w to, że czas zrobi swoje, a przymioty waszego rozumu i serca dopełnią reszty. Tymczasem zaś i ta ufność opiera się na złudzeniu, jak to przykład następujący okaże.
Kolegował ze mną w uniwersytecie niejaki Tomasz, którego nazywano Katonem, ponieważ surowo potępiał błędy innych i często mawiał: „Wolałbym się zabić, niż stracić u ludzi szacunek.“
Będąc już na trzecim kursie, stracił on ojca, człowieka szanownego, po którym zostało nieco grosza, sprzętów i kosztowności. Syn odziedziczył to wszystko, a wypłakawszy się i wymodliwszy, począł używać pieniędzy, które za życia ojca bardzo nieczęsto widywał.
Jednocześnie z pieniędzmi zjawili się i towarzysze do zabaw; byli to różni paniczykowie, młode oficerki, bogatsi koledzy i t. p. Tomasz odwiedzał ich, oni jego — podejmował ich, oni jego — pożyczał od nich, oni od niego, słowem — hulał całą gębą.
Widząc, że zanadto wydaje, ostrzegaliśmy go, radziliśmy, aby długów nie zaciągał i aby zerwał stosunki, które do niczego dobrego nie prowadzą; lecz on, przybrawszy surową postać, rzekł nam:
— Cóżto, lękacie się, abym nie został podłym? Dajcie pokój, wiem ja, co znaczy honor, i nigdy go nie splamię!
Powoli jednak nikły pieniądze, a z nimi i honorowość Tomasza; brnął w długi, nie oddawał na termin, jednych wierzycieli za drzwi wypychał, przed innymi sam uciekał, krótko mówiąc — rozłobuzował się chłopak.
Znowu poczęliśmy go strofować, a on usprawiedliwiał się przed nami; w jaki sposób robił to, już dobrze nie pamiętam, dość że wkońcu każdej rozmowy okazywało się, iż honor jego jest i pozostanie bez plamy. Taką on miał przynajmniej opinją o tej rzeczy.
Tymczasem jednak mimo nasze upomnienia, mimo własne dobre chęci i piękne teorje, nurzał się Tomasz coraz głębiej w rozpuście i nieprawościach, aż wreszcie zostawszy jakimś urzędnikiem, poważył się wyciągnąć rękę do publicznego grosza.
Traf zdarzył, że obrony jego w tej brzydkiej sprawie podjął się jeden z naszych kolegów, podówczas będący adwokatem. Ten, w rozmowie, począł wyrzucać Tomaszowi złe postępki i przypomniał mu zdanie jego własne: „wolałbym się zabić, niż stracić szacunek u ludzi.“ Lecz cóż powiesz? Serce Tomasza było już tak zepsute, że wtedy jeszcze chciał się uniewinniać i dowodzić czystości swego honoru!...
Oto widzisz, do czego prowadzi zbyteczna ufność w siebie, zamykanie oczu na grzechy niby to drobne, a wreszcie odkładanie poprawy na jutro. Wiem ja na pewno, że i Tomaszowi nieraz sumienie robiło wyrzuty, że chciał się pohamować, lecz na nieszczęście wszystko do jutra odkładał!

Teraz wiesz już zapewne, dlaczego jesteś rozczarowanym, niezadowolonym i ubogim? Oto dlatego, że zamiast rozmyślać nad życiem — łudziłeś się, a zamiast pracować nad zaspokojeniem wszystkich potrzeb natury ludzkiej, zaspakajałeś tylko popęd do wiedzy, zapomniawszy o innych.
Przyczyny tego rodzaju błędów tkwią w niepraktycznem wychowaniu; wasi bowiem rodzice i nauczyciele zamiast od dzieciństwa zaznajamiać was z życiem, zamiast uczyć obserwować siebie i swoje otoczenie, — zachęcali was tylko do książek, myśli wasze skierowywali do teorji, jeżeli nie do urojeń i tym sposobem zbudzili w was obojętność, a nawet pogardę dla życia codziennego.
Skutkiem tak przewrotnego wychowania, staliście się dziwolągami; wasze zabawy są rozpustą fizyczną, a wasza nauka rozpustą duchową. Skutkiem też tego, więcej zajmują was mrówki i wymoczki, niż ludzkie społeczeństwo, drobiazgowiej badacie roślinę albo kamień, aniżeli własnego ducha i lepiej znacie prawa natury, niż obowiązki człowieka. I mimo to, chcecie kierować społeczeństwem, chcecie ślepym wskazywać nowe drogi — wy, lunatycy!
Widzisz zatem, że chcąc, o ile można, być szczęśliwym i użytecznym, musisz zmienić dotychczasowy tryb postępowania. Dotychczas marzyłeś, odtąd musisz badać siebie i swoje otoczenie. Dotychczas celem twym było urzeczywistnienie idei, Bóg wie na jakim gruncie wyrosłych, odtąd celem twoim musi być zaspakajanie potrzeb własnych i społeczeństwa, pośród którego żyjesz. Dotychczas myślami twemi kierowały ślepe nałogi, a otoczeniem wypadki, odtąd i myślami i otoczeniem kierować musi twoja wola, oparta na pozytywnej wiedzy.

Bierz się więc niezwłocznie i po męsku do tej ciężkiej lecz użytecznej pracy, do której wskazówki podam ci w następnym liście.


II.

O BADANIU ŻYCIA CODZIENNEGO.

Najlepszą filozofją życia jest połączenie
wesołego żartu z pobłażliwą wzgardą.
Chamfort.

W poprzednim rozdziale okazałem ci, że jedną z przyczyn ludzkich niepowodzeń są złudzenia, pochodzące stąd, że mało znamy życie. Obecnie wypada mi zastanowić się nad naturą i ważnością badań życia codziennego, badań, które ci tak gorąco zalecałem i zalecam.
Aby poznać swój przedmiot, chemik potrzebuje retort, odczynników, ważek i tygielków, — astronom teleskopów, zegarów i mnóstwa innych narzędzi; dla człowieka chcącego zbadać życie codzienne, wystarczą zmysły, trochę uwagi i pamięci i szczypta zdrowego rozsądku. Szukając materjału dla siebie, naturalista wdrapuje się na szczyty gór, zstępuje do głębi kopalń, zwiedza pustynie i oceany; człowiek praktyczny przedmiot swój ma pod ręką, a im lepiej chce takowy poznać, tem rzadziej myśl jego wybiegać musi za obręb codziennych stosunków.
Jeżeli więc chcesz być człowiekiem praktycznym, obserwuj przedewszystkiem to, co się dzieje w tobie i koło ciebie, niczego nie lekceważąc. Dopiero na tej drodze poznasz masę faktów i fakcików, stosunków i stosuneczków, stanowiących życie codzienne. Jeżeli zaś zniechęcisz się kiedy i spytasz: naco mi się to przyda? przypomnij sobie następującą historją:
— Naco mi się to przyda!... — wołał z płaczem Wojtuś, którego ojciec, organista, batogiem zapędzał do organów i kantyczek. Tępo też szły studja i pierwej Wojtuś został Wojtkiem nim grać się nauczył; śpiewał tylko jako tako z podartej książeczki. Niedługo stary zmarł, a proboszcz głupiego Wojtka wygnał z plebanji i nowego przyjął organistę. Dziś chodzi nieborak ode wsi do wsi, z odpustu na odpust, śpiewając przez nos wedle reguły ojcowskiej i często sobie powtarzając: „Oj! pocom ja biedny sierota grać się nie nauczył!...“
Wynika stąd bardzo piękna sentencja, ta mianowicie, że wszystko się przydaje na tym bożym świecie, nawet to, do czego niekiedy najmniej mamy ochoty.
„Sercem ukochany wnuku mój — pisała pewna babka — ucz się, albowiem lepiej być ślepym niż głupim, pilnuj swoich rzeczy, bo kijem tego, co nie pilnuje swego i zwracaj baczną uwagę na wydatki, albowiem jest napisano: pamiętaj rozchodzie żyć z przychodem w zgodzie. Z uwagą też ludziom się przypatruj, bo mówi przysłowie: zjesz pierwej beczkę soli, nim poznasz człowieka, — a nadewszystko zdrowia nie zaniedbuj, bo niejeden już powtarzał razem z poetą:

Szlachetne zdrowie!
Nikt się nie dowie
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz...

„Gdy rozmawiasz, bacz na słowa twoje, bo znać z mowy, jakiej kto głowy. Unikaj złych zebrań, bo z kim się wdajesz, takim się stajesz, ale bywając w jakiemś towarzystwie, poznaj je i stosuj się do niego, albowiem wszedłszy między wrony, krakaj jak i ony.
„Różnych ludzi napotkasz w świecie i ciebie samego różne napotkają przygody, nigdy jednak nic i nikogo nie chwal i nie gań zbyt prędko, bo mówi przysłowie: łacno błądzi, kto skwapliwie sądzi. Nie zważaj również na drobne ludzkie ułomności, albowiem każdy dudek ma swój czubek.
„Dbaj o czystość ciała i ubioru, bo jak cię widzą, tak cię piszą — i staraj się być dla każdego uprzejmym, bo pokorne cielę dwie matki ssie; inaczej postępując, zniechęcisz ludzi do siebie, a przecież ręka rękę myje, noga nogę podpiera!
„Nigdy nie zaniedbuj spraw drobnych, bo ziarnko do ziarnka, zbierze się miarka, nie porzucaj małych korzyści dla wielkich nadziei, bo lepszy zając w miechu, od niedźwiedzia w puszczy — i nie zakładaj sobie zbyt obszernych planów, aby nie powiedziano: chciał Kuba zostać panem i został gałganem.
„Gdy spać idziesz, zwiń sobie papiloty, albowiem białogłowy k’sobie nęci, komu się włos kręci, (ja sama nawet dla kręconych włosów poszłam za twego nieboszczyka dziadka); staraj się też o łaskę płci naszej, pamiętając, że gdzie djabeł nie może, tam babę pośle. Po pacierzu zaś przypominaj sobie zawsze wypadki z dnia całego, bo ten w drodze nie szwankuje, kto dobrze woza pilnuje.
„U nas nic nowego — słoty tylko i słoty, zwyczajnie w marcu jak w garcu; palimy też sobie na kominku i przypominamy lepsze czasy: przypomniała sobie babka, kiedy panną była. Roboty jest dosyć, bo każda Teresa ma swoje interesa, a że siły nie starczą, ponieważ i dąb na starość skrzypi, więc i kłopotów coniemiara, albowiem kto nie domierzy okiem, dopełni workiem. Ciocia Basia posyła ci sakiewkę: dobry mieszek za grosz, gdy w nim dukat siedzi; ciocia Rózia książkę do nabożeństwa: kto z Bogiem, Bóg z nim; ciocia Femcia placki i makagigi: dobra psu i mucha; ciocia Zosia trzy pary wełnianych skarpetek: lepiej dmuchać niż chuchać, — ja zaś daję ci moje błogosławieństwo i cztery czepki nocne i zaklinam, abyś zawsze w nich sypiał: kto nie słucha ojca, matki, — ten słucha psiej skóry. Pamiętaj tedy o tem, moje dziecko, i przyjeżdżaj na święta choć droga fatalna, albowiem niema złej drogi do mojej niebogi.“
Chciałem ci posłać wyjątki z listu poczciwej kobieciny, alem się rozpędził i cały przepisałem; mniejsza o to, nic nie stracisz, odczytawszy go uważnie, list ten bowiem jest typem owych ustnych i piśmiennych kazań, jakie wam wszystkim rodzice, ciotki, babki i wujowie wypowiadają przy każdej sposobności. „Pilnuj siebie i swego mienia, zwracaj uwagę na ludzi i wypadki, szanuj zdrowie i t. d.“ Oto są rady zbawienne, które jednem uchem przyjmujecie, drugiem wypuszczacie; a przecież na tych drobiazgach opiera się spokój i szczęście człowieka, jak ci tego następująca historja dowiedzie.
Krewny nasz, Franciszek, jeszcze w uniwersytecie będąc, z niedbalstwa i nieuwagi słynął. Jeżeli pożyczał od kogo pieniędzy (a trafiało mu się to bardzo często), naznaczał termin zwrotu prawie co do godziny i minuty, lecz nie pomyślał, skąd weźmie funduszów w dniu owym. Jeżeli wybierał się do kogoś z odwiedzinami, zawiadamiał o nich na kilka tygodni przedtem, lecz często obiecywał być w jednym czasie u osób w różnych punktach mieszkających, a najczęściej do żadnej nie poszedł. Miał wielu znajomych, o których nazwisku ani położeniu towarzyskiem nie wiedział, a trafiało się również, że swoich kolegów i krewnych, a nawet rodzonej matki na ulicy nie poznawał. Słowem, był roztargniony jak niewielu.
Kto chodził w jego koszulach, czyjemi chustkami on sam nos ucierał, o tem ani jemu, ani nikomu wiadomo nie było. Cóż dopiero mówić o jego zniszczonym i poplamionym surducie, poczochranej głowie, niesymetrycznych butach i spodniach, które ząb czasu dezelował we wszystkich kierunkach!
To też sarkał ciągle biedak na świat i złe losy, czemu się nie dziwię, ponieważ z powodu niedbalstwa i nieznajomości stosunków ludzkich, nieustannie doznawał zawodów, a z drugiej strony nie badając życia, nie umiał wykryć prawdziwej przyczyny złego.
Raz np. nastręczono mu dobrą korepetycją w pewnym bardzo dystyngowanym domu. Skakał Franuś z radości, bo był goły jak węgorz, — skakali przyjaciele i powinowaci, bo był im winien kupę grosza. Trzy dni trwało wesele, rosły projekta, rozchodziły się pieniądze na rachunek przyszłych zbiorów, — czwartego dnia złożył Franuś owym państwu wizytę, po której struty do domu wrócił, milcząc jak ryba i nawet nie imając się fajki, zwykłej pocieszycielki utrapionych.
— Co ci to Franuś? — mówi jeden.
— Czy cię puścili w trąbę? — pyta drugi.
— Możeś się zakochał? — dodaje trzeci.
— No! — woła czwarty — odpowiadaj, czyś zgłupiał?
— Wszystko jest marność! — westchnął Franciszek i legł na łóżko z miną człowieka, któremu to tylko pozostaje do zrobienia. — Los mnie prześladuje — szepnął po chwili i oczy zamrużył.
— Cóż się więc stało? — pytają chórem koledzy i razem wierzyciele.
— Ha, cóż — odpowiada nasz kuzyn — nie mam lekcji, bo ci państwo już korepetytora nie chcą!...
Jaki taki ze słuchaczy w głowę się poskrobał, ale rady nie było. Tymczasem rzecz miała się, jak opisano niżej:
Zaledwie Franuś wszedł w progi swoich domniemanych chlebodawców, wnet do interesu przystąpił i układy o lekcją rozpoczął, — i z kim? oto z lokajem. Ów rozweselony mocno, wiedzie Frania do państwa, u których było parę osób z wizytą. Franuś, nie tracąc miny, kłania się tak, jakgdyby chciał wytrzeć obuwie o posadzkę, rzuca czapkę na stół między sztuczne kwiaty i szklane fatałaszki, siada na krześle w sposób, który odrazu wykrył wszelkie niedokładności jego garnituru i zaczyna rozmowę w ten sens:
— Słyszałem, że państwo potrzebujecie tu korepetytora?...
A gospodarz na to:
— Najmocniej przepraszamy łaskawego pana za zawód, ponieważ prawie w tej chwili zdecydowaliśmy się korepetytora nie przyjmować.
— No! więc już nie jestem potrzebny — rzekł nasz kuzyn, biorąc do ręki czapkę.
— Z prawdziwą przykrością... — bełkotał gospodarz i odprowadził do drzwi Franusia, który wielką swoją finansową klęskę przypisał zawziętości losu, zamiast obwiniać o nią lichą garderobę, paskudny ukłon i całe swoje ordynaryjne obejście się z ludźmi.
Tak regulował swoje interesa ten fenomenalny, a skądinąd poczciwy i pracowity chłopiec i było mu źle przez cały ciąg uniwersyteckich studjów. Lecz, że wszystko mija na tym świecie, skończyły się więc i jego nauki, a z niemi razem i życie knajpiarskie; wkrótce też dostał nasz kuzyn posadę nauczyciela przy gimnazjum w X., dokąd niebawem wyjechał i skąd ani jednego listu już do mnie nie napisał.
Upłynęło lat sześć.
W owej epoce spadł mi na kark proces familijny, mający się rozegrać w trybunale miasta X. Niewiele tedy zwłócząc, zebrałem trochę grosza i jechałem na sądy, pomny, że nierychło do dom powrócę. W drodze myślałem o tym i owym, a między innymi i o Franciszku, który jako miejscowy, według mego zdania, wielce mógłby mi ułatwić popychanie sprawy. Projekt ten klinem utkwił mi w głowie, zaledwiem więc przybył do hotelu w X. i trochę się ogarnął, wnet wyszedłem na miasto zachwycić języka o naszym krewniaku.
Traf zdarzył, że zdybaliśmy się w cukierni.
„Jak się masz“ — „jak się masz“ — „co robisz?“ — „co robisz?“ — daliśmy sobie trochę buzi, wypili i przegryźli niemało cukierniczego paskudztwa, pogadali o znajomych, westchnęli za nieboszczyków i uradzili na końcu, abym ja u Franciszka zamieszkał. Słowo się rzekło; nie tracąc zatem czasu, wpadliśmy do hotelu, łachy pod pachy i marsz do kwatery.
Tylkom wszedł, złapałem się za łeb: „O Chryste, ratuj grzesznika! — jęknąłem w duszy. — Czyste zburzenie Jerozolimy.“
Było cztery pokoje, dwa zamieszkałe, dwa puściuteńkie, aż cię strach zbierał, człowieku, kiedyś do nich wszedł. Podłoga jak święta ziemia, ściany i szyby haniebne, a jeżeliś stąpnął głośniej, echo gadało po kątach!
Gdzie Franuś popasał, było nieco ludniej i brudniej. Więc w jednej komnacie łóżko nakształt karawana, stół, na którym znalazłeś tytoń i cukier, książki i świecę. Na tem krzesełku ręcznik, na owem kamizelka, — na oknie samowar i para szklanek, na stołku miska. Obok pieca pod prześcieradłem na ścianie wisiało coś; przekonałem się później, że to cała garderoba naszego kuzyna.
W pokoju drugim był kufer, paka, deską nakryta, i papierzysków jak w śmietniku; w całym zaś lokalu myszy po podłogach, a pluskwy i pająki po ścianach wielkie czyniły procesje.
Myślę sobie: „A tom wpadł!... jak Daniel do lwiej jamy, albo Jonasz do wielorybich wnętrzności“ — i zrobiło mi się bardzo nijako.
Wkrótce przecież rozwaga wzięła górę i zamiast desperować, jąłem się porządkować. Więc pluskwy wyparzyłem, lokaja wyczubiłem, podłogę wyskrobałem, dziury pozalepiałem, oknam poodnawiał, sprzętów ponastawiał i w tydzień u siebie było mi jak w niebie. Rzekłem więc w duchu: teraz się już biedzie nie dam, a może potrafię z niej i Franusia wykaraskać.
A na taką rzecz był czas niemały, bo któregośkolwiek zmysłu użył dla zebrania o tym mizeraku wiadomości, zawsześ znalazł tylko jedno i jedno, oto: wielkie zaniedbanie w gospodarstwie, upadek na duchu, konfuzją w stosunkach z ludźmi.
Póki gadał o historji naturalnej, a ty zamrużone oczy miałeś — rosło ci serce z radości, tak płynnie i rozumnie odzywał się. Mówisz tedy: „Ej! to chłop niczego, ma głowę nie do pozłoty i język jak ś-ty Jan Złotousty!!“ Ale jakeś oczy otworzył, wszystko ginęło, bo nie mogłeś przypuścić, żeby na takiej głowie rosły takie nieczesane włosy jak u niego, żeby taki piramidalny język obracał się w takiej chudej i rzadko mytej gębie. Surdut wisiał na nim jak ścierka na gwoździu, a spodnie? ach! biada rodzajowi męskiemu... Nosił przytem Franio kołnierzyki przedhistorycznej formy i wątpliwego koloru, i chustkę na szyi obwiązywał jak delikwent, którego (niech nie powiem w złą godzinę) za parę chwil do sznurka przyczepić mają.
On sam narzekał, oj, narzekał, a ludzie sobie kpili, oj, kpili! Nikt u niego nie bywał, on prawie u nikogo; konkurował o niejakąś pannę Zofję już niemłodą i niepiękną, ale ona odmówiła mu, twierdząc półgębkiem, że nie chce mieć męża brudasa. Ojciec jej też odradzał, gadając głośno, że nie chce zięcia odludka i półgłówka, u którego ani w preferansa zagrać nie można, ani kolacji dobrej nie dostanie. „Co mi djabli po jego rozumie (objaśniał mnie raz stary, gdyśmy się poznali), kiedy to ani do Boga, ani do ludzi. Pensją ma niezgorszą, 6.000 rocznie, a bieda w domu i nieład, a grzbiet goły, nogi bose i kieszeń pusta. Przytem, widzisz acan dobrodziej, ta Dorota, jego praczka“... (tu mi się dziadzisko do ucha nachylił i coś niewyraźnie wyszeplenił, zębów mu bowiem brakowało).
Myślę — a cóż to znowu? co staremu do jakiej tam Doroty? Kto bieliznę pierze, ten pierze, aby tylko prał, na tem koniec. Ale że grzyb był pieniężny, miał dom i sad za miastem, gotowiznę w skrzynce pod łóżkiem, ścisnąłem go więc za rękę i rzekłem:
— No, nie gniewaj się jegomość dobrodziej, zmieni się to na lepsze i niedługo mieć będziemy wesele.
A ojciec na to:
— Dałby Bóg, mój acan dobrodziej, bo szkoda chłopca — serce jest, rozum jest, tylko ładu niema za grosz. A przytem, powiem acanu sub secreto, że mi dziewczynę swojem gadaniem o różnych rzeczach przyrodzonych trochę obałamucił i schnie mi mój piękny kwiatek, w mojej własnej posesji za warszawską rogatką, gdzie acana dobrodzieja codzień na kwaśne mleko zapraszam.
Ucałowaliśmy się i rozeszli, — stary mrucząc pacierze, a ja zachodząc w głowę, co tu począć!... Boć interes był dobry. Żona siaka taka, ale zawsze żona i kobiecisko niezłe; dom od siedmiu boleści, ale zawsze dom. „Ha! — mówię — trza coś zrobić“ — i postanowiłem od tego jeszcze wieczora zacząć nawracanie Franusia.
Przed stanowczym atakiem, zastanowiłem się chwilę nad rodzajami i przyczynami klęsk naszego kuzyna, i otóż com dostrzegł bądź na drodze obserwacji osobistej, bądź rozpamiętywając opinje ludzkie o tym przedmiocie:
1-o. Franuś nie umiał się rządzić, a wskutek tego mimo znacznej płacy cierpiał niedostatek i doznawał masę przykrości drobnych, które jednak gnębią człowieka, np. biorąc koszulę, musiał związywać rękawy sznureczkiem lub do miasta posyłać po guziki, których brakowało. Siadając do roboty, musiał pierwej pół godziny odszukiwać między papierami potrzebnych szpargałów. Pożyczając komuś pieniędzy, nie pytał, czy dłużnik jest w stanie zwrócić pożyczkę, a skutkiem tego doznawał zawodów i braków. Te drobne przeciwności, powtarzające się, gniewały go i humoru pozbawiały, lecz on, zamiast pomyśleć o przyczynie ich i sposobach usunięcia, narzekał na nieprzyjazne sobie losy i złą budowę świata.
2-o. Franuś nie znał form towarzyskich, nie zwracał uwagi ani na swoje postępowanie, ani na wymagania ludzkie, a skutkiem tego zjednał sobie opinją uczciwego półgłówka, — np. raz wypadły jego imieniny; — jaki taki winszował mu, a on bez myśli zapraszał do siebie na wieczór. Nadszedł wieczór, z nim razem kilkanaście osób na ucztę, a Franuś tymczasem najspokojniej odczytywał sobie książkę. Szczęściem miał trochę pieniędzy, posłał więc po jedno i po drugie do cukierni i restauracji, i wydał około 20 rubli na przyjęcie; mimo to jednak trzeba było od sąsiadów pożyczać szklanek i filiżanek do herbaty, krzeseł do siedzenia, trzeba było zamienić łóżko, kufer i pakę na kanapy i fotele i karmić biednych gości na brudnym nienakrytym stole. Licho szła zabawa, bo Franuś ciągle sobie coś przypominał, ciągle był przestraszony i kwaśny. Naśmieli się też z niego ludzie i drugi raz z wizytą nie przyszli. I w tym wypadku kuzyn nasz niechęć bliźnich przypisywał złej swojej doli, zamiast przypomnieć sobie, w jaki sposób inni przyjmują gości, a w jaki sposób on ich przyjmował!...
3-o. Franuś całe swoje mienie kładł prawie pod gołem niebem i służby nie pilnował, skutkiem czego był okradany i źle obsługiwany. Lokaj jego Kacper miał w mieście opinją łotra, a o praczce Dorocie ludzie gadali ze śmiechem i bardzo ogólnikowo. Wprawdzie ojciec panny Zofji (do której Franio cholewki smalił), opowiadał mi jakieś szczegóły, ale tak cicho i niewyraźnie, że nic a nic rozumieć nie mogłem, — mimo to jednak zmiarkowałem, że słudzy, a w szczególności Dorota, wielce szkodzą naszemu krewnemu.
4-o. Sam Franuś wyrzekał, że ludzie mu nie ufają, choć on nie jest kłamcą i że często prawie pod nosem śmieją się z niego, choć on nie jest głupi. Lecz jakże mu było ufać, kiedy biedak nigdy o obietnicach swoich nie pamiętał, jak się nie śmiać, kiedy skutkiem nieuwagi robił i gadał głupstwa. Raz np. składał inspektorowi szkół wizytę w rozpiętej kamizelce, drugi raz przy obiedzie serwetką nos ucierał i t. p.
5-o. Skutkiem tych wszystkich niedorzeczności nie miał szczęścia do kobiet, choć miał wielki pociąg do żeniaczki i wzdychał na wspomnienie panny Zofji.
Widzisz tedy, mój Michale, że niebadanie życia pociąga za sobą takie następstwa jak pierwszy lepszy występek: niebadający bowiem doznaje ustawicznych niepokojów, ma nieład w domu, antypatją u ludzi i dostaje arbuzy od panien i t. d. Sam teraz powiedz, czy nie mam racji zachęcać cię do podobnych badań i czy nie miałem racji skłaniać do nich Franusia? To też zaledwie przyszedłem do domu, zacząłem z kuzynem naszym taką rozmowę:

(Franuś leży na łóżku i czyta książkę).

JA. Dobry wieczór, Franiu! W tej chwili odprowadziłem ojca panny Zofji... (Franuś kładzie książkę).... No! ale może ci przeszkadzam?
FRANUŚ. O nie, nie... owszem, owszem!...
JA. Mówiliśmy trochę o tobie...
FRANUŚ. Uuff!... (nakłada fajkę).
JA. Trochę o pannie Zofji...
FRANUŚ. Uuhum! (zapala fajkę).
JA. I gdybyś mnie nie wydał z sekretu, powiedziałbym, że radziliśmy również o waszem małżeństwie... (Franuś kręci się na łóżku). No! ale może ci przeszkadzam?...
FRANUŚ. Owszem, owszem!... słucham, słucham!
JA. Powiedziałbym ci nawet, że niewiele do tego interesu brakuje (Franuś otacza się kłębami dymu) i że uzupełnienie braków zależy od ciebie...
FRANUŚ (zrywa się). Ode mnie?...
JA. Tak jest. I gdybyś chciał rad moich posłuchać i pewne reformy w sposobie życia swego wprowadzić, może za parę miesięcy tańcowałbym na twojem weselu (Franuś szybko chodzi po pokoju). Cała trudność zależy od spełnienia kilku kobiecych wymagań, zresztą bardzo słusznych.
FRANUŚ. Owszem... gotów jestem wiele ustępstw zrobić... słucham! słucham... wiem, że jesteś zawołany kobieciarz i że rady twoje pod tym względem są szacowne...
JA (rumieniąc się). Zawsze uwielbiałem płeć piękną, ośmielam się nawet twierdzić, że spełnianie i uprzedzanie wszelkich życzeń damskich stanowi moją specjalność...
FRANUŚ. Otóż właśnie wiedziałem o tem i dlatego chętnie wypełnię wszystkie rady szanownego kuzyna. Słucham, słucham!...
JA. Panna Zofja i jej czcigodny ojciec uważają cię za człowieka uczciwego i rozumnego...
FRANUŚ (rumieniąc się). Och!
JA. Zarzucają ci tylko parę błahostek, a przedewszystkiem to, że mało dbasz o swoje gospodarstwo i mało zważasz na ludzi!...
FRANUŚ (wzruszony). Nic nie rozumiem?...
JA. Mało dbasz o siebie, ponieważ licho ubierasz się, nieporządnie mieszkasz, a przytem więcej wydajesz od innych. Nie zważasz na ludzi, ponieważ nie starasz się zbliżyć do nich i nie utrzymujesz z nimi dobrych stosunków.
FRANUŚ (zdziwiony siada na łóżko). A cóż to szkodzi pannie Zofji, że nie jestem elegantem?...
JA. Nie chodzi tu o elegancją, ale o porządek. Pomyśl sam, czy zrobiłoby ci to satysfakcją, gdybyś zobaczył pannę Zofję w zabłoconej sukni i z roztarganą głową?...
FRANUŚ (oburzony). Ach, co za myśl!... jakież porównanie!...
JA. Porównanie bardzo dobre, bo czem jest dla ciebie zabłocona suknia na pannie Zofji, tem dla panny Zofji niewyczyszczony surdut na tobie... Dalej znowu, pomyśl, czy mógłbyś pannę Zofję, wyprowadziwszy ją z saloniku o froterowanej posadzce, umytych oknach, wprowadzić tu, gdzie jest podłoga brudna, w oknach pajęczyna zamiast firanek, a zamiast krzeseł, kanap, fortepianu, stoją obrzydliwe paki, brudny stół i stłuczona miska?
FRANUŚ. No! ja przecież sam wiem o tem, że dla żony potrzeba innego mieszkania i innego ubrania, — że potrzeba sprzętów, gości i wieczorków... Ale dziś nie mam żony, niema więc racji zaprowadzać zmian tak kosztownych.
JA. A jeżeli panna Zofja bez tych zmian nie zechce wyjść za ciebie?
FRANUŚ (wzruszony). A... a... jeżeli po tych zmianach nie zechce wyjść za mnie?...
JA. Daję ci słowo, że wyjdzie, tylko się zmień!...
FRANUŚ (rozczulony ściska mnie za rękę). O kuzynie, Bóg... chciałem powiedzieć prawa natury... nie... chciałem powiedzieć, szczęśliwy wypadek sprowadził cię do mnie... Rozporządzaj mną, zrobię wszystko... byleby można... (wzdycha). Dziwna rzecz, taka prosta i naturalna myśl nie przyszła mi do głowy!...
JA. Czy jesteś gotów dziś nawet zacząć reformę?...
FRANUŚ. Owszem!... owszem!...
JA. Więc zacznijmy od przeliczenia twej garderoby i bielizny.
FRANUŚ. No!... przecież ja nie jestem praczką... zresztą nie widzę gwałtownej potrzeby, ponieważ wiem o wszystkiem i bez rachunku...
JA. Zobaczymy. Ile też masz sztuk ubrania?...
FRANUŚ. Zaraz ci powiem... mam płaszcz, palto... frak urzędowy...
JA. A spodni, surdutów, kamizelek i butów?...
FRANUŚ (namyśla się). Surdutów 4... nie... 3, bo jeden dałem Kacprowi. Spodni 5 par... nie, 4 pary, bo jedne dałem Kacprowi. No i 3 kamizelki...
JA. Przeliczmy też.
Zaczynamy szukać po kątach, liczyć, i otóż pokazuje się, że Franuś ma 3 surduty, 3 pary spodni i 2 kamizelki!...
JA. Więc spodnie i kamizelki zginęły?...
FRANUŚ (zmieszany). Nie, to być nie może... Tak, gdzieś się podziały... może wziął Kacper na parę godzin, bo on czasem miewa swoje dziwactwa.
JA. Hum!... no, a butów ile też masz?...
FRANUŚ (myśli). Dwie pary?... tak dwie pary, — jedną na nogach, drugą pod łóżkiem.
W istocie na Franiowych nogach była jedna para butów, ale drugiej ani pod łóżkiem, ani gdzie indziej nie znaleźliśmy. Widocznie i buty wziął Kacper, miewający swoje dziwactwa.
JA. A ile też masz sztuk bielizny?...
FRANUŚ. Od roku mam wszystkiego po 12 sztuk! O to jestem przynajmniej spokojny, że mi nie zginie, bo bielizna zostaje pod opieką Doroty, kobiety rzadkiej uczciwości... tak, rzadkiej!...
Liczymy bieliznę i okazuje się straszliwy bezład. Z 12 np. koszul zrobiło się tylko 5 w ciągu roku! a i z tych 5 dwie były cudze. Cóż mówić o chustkach, ręcznikach i t. d. Franuś okazuje wielkie zdziwienie i trwogę.
JA. Ot widzisz, Franiu, ta krótka obserwacja wykazała nam wiele ciekawych rzeczy. Naprzód, że jesteś kompletnie ubogi, powtóre, że źle robiłeś, nie dbając o swoje gospodarstwo i po trzecie, że masz w domu złodziei...
FRANUŚ (zaperzony). Ależ zmiłuj się, kuzynie, nie mów tak! Być może że Kacper jest złodziej... ale Dorota... nigdy!... to kobieta zacna, z głową i sercem...
JA. Dość o niej gadają na mieście i stary sam oburzał się na to, że ona ci pierze bieliznę. Nie zrozumiałem tego, co mówił, ale teraz widzę jasno, że stary miał racją, bo Dorota oszukuje cię...
FRANUŚ (silnie zarumieniony zapewne z gniewu). Stary, powiadasz? stary?... ojciec panny Zofji... Hum! trzeba służbę rozpędzić, ale bez dowodów?...
JA. Dowody już miałeś, licząc swój dobytek, mniejsza jednak o nie, ponieważ mogę dostarczyć ci nowych w ciągu tygodnia.
Franuś zgodził się na to, ja zaś, począwszy od dnia następnego, starałem się dowodzić mu, że go lokaj okrada, i tak:
Kuzyn nasz, jak ci mówiłem, nie zamykał ani cukru, ani herbaty, ani tytoniu, ani pieniędzy. Codzień tedy liczyliśmy pieniądze, ważyli cukier, tytoń i herbatę i przekonaliśmy się, że codzień coś ubywa. Nadto jednego dnia na surducie Franciszka zrobiłem plamę kredą, plama ta wciągu kilku dni na odzieży świeciła, a przecież Kacper twierdził, że czyści ubranie swego pana!... Był to więc niedobry służący, jak się z eksperymentów okazało, wygnał go też Franio w kilka dni po naszej rozmowie i przyjął innego.
Trudniejszą była sprawa z Dorotą, której Franio, zapewne przez szacunek dla płci białej, lękał się robić wyrzuty o złodziejstwo. Codzień radziłem mu, aby z nią skończył, Franuś codzień wahał się i odkładał do jutra. Wreszcie pewnego wieczora, gdy Dorota przyniosła kilka sztuk czystej bielizny, Franuś zdecydował się na stanowczą rozprawę. Nie lubię awantur w domu, wyniosłem się więc do miasta podczas tej uroczystej chwili.
Konferencja trwała blisko godzinę.
Kiedym wrócił, spotkałem Dorotę, wychodzącą z naszego mieszkania. Spojrzała na mnie płomiennem okiem, domyśliłem się więc, że już wie, kto jest przyczyną jej upadku. Franciszka także zastałem niesłychanie zirytowanym: jego wzrok rzucał błyskawice, ręce mu drżały z gniewu.
— Naco się zdadzą uniesienia — rzekłem — mogłeś jej przecież toż samo z zimną krwią powiedzieć. Cóż, jużeś się z nią obliczył?
— Tak... — odpowiedział nasz kuzyn. — Zirytowałem się trochę, mówiłem z nią dużo i bardzo energicznie, obiecałem, że na drugi raz wypędzę...
— Więc nie oddaliłeś jej?...
— No!... widzisz, biedna kobieta! Cóż będzie robić, jeżeli jej nagle wydrę ten oto lichy kawałek chleba?...
W milczeniu uścisnąłem rękę Franciszka. To, com słyszał, dowodziło niepraktyczności, dowodziło jednak i tego, że kuzyn nasz miał serce i umiał przebaczać wyrządzone sobie krzywdy.
— Piękne to jest, coś zrobił — rzekłem — albowiem powiedziano: „odpuść nam winy, jako i my naszym winowajcom odpuszczamy,“ nie zapominaj jednak, że gdy się ożenisz, nie będziesz mógł tak łagodnie postępować ze służbą.
— A tak!... jest racja... — mruknął Franuś z odcieniem goryczy i legł na łóżko.
Ja zaś pomyślałem: „Mój Boże! musi to być dobre owo małżeństwo, kiedyś je postanowił, niemniej jednak zbliża ono człowieka bardziej do ziemi i stłumia niejedno szlachetne i bezinteresowne uniesienie. I czy taki Franciszek, ożeniwszy się, będzie mógł wspaniałomyślnie darować 9 zgubionych koszul?... O jakże szczęśliwy jestem, że będąc starym kawalerem, nie potrzebuję w sobie hamować idealniejszych popędów serca!...“
Zapomniałem ci dodać, że od rozmowy naszej o żeniaczce — w usposobieniu, postępowaniu i otoczeniu Franusia poczęły się objawiać zmiany. Jakoś w tym czasie odebrał pensją, kilku sumiennych wierzycieli odniosło mu należne pieniądze, resztę ode mnie wypożyczył i mając około 200 rsr. w kieszeni przystąpił do oporządzenia się. Bogiem a prawdą, nie napotykał w tym razie wielkich trudności, bo np. stolarz i krawiec, wziąwszy kilkadziesiąt rubli zaliczki, zakredytowali mu: jeden garnitur mebli, drugi dwa garnitury ubrania. Znalazło się i płótno na bieliznę i szwaczki, gospodarz przyciśnięty zgodził się odnowić mieszkanie i odnowił je rzeczywiście. Znalazły się i firanki w oknie i parę doniczek kwiatów i dywanik nad łóżkiem, serweta na stole i sukno na świeżo zafroterowanej podłodze! Nowy też służący okazał się pilniejszym i uczciwszym od Kacpra, bo też Franuś począł uważniej i jego i siebie dozorować.
Często rozmawialiśmy wieczorami o wypadkach dnia całego, o ludziach, ich stosunkach, przymiotach i wadach; dyskursy te zbawiennie wpływały na Franciszka, który przypominał sobie niejeden własny wybryk i odtąd pilniej uważał na swoje postępowanie. To też zmieniał się szybko, prawie co dzień i godzinę; znać było wprawdzie w jego rozmowie, ubraniu, chodzeniu jakiś przymus i sztukę, które stopniowo zmniejszały się, lecz zato nie było już wybryków, pochodzących z dziwactwa lub roztargnienia.
Ludzie, zwyczajnie jak ludzie, widząc te niemal cudowne zmiany w życiu naszego kuzyna, z początku śmieli się, potem dziwili, zawiązywali z Franusiem stosunki, oglądali jego mieszkanie i garderobę. Aż wkońcu nadeszła oczekiwana przeze mnie chwila i gruchnęło po mieście, że Franuś żeni się!...
Pogłoski te, rozumie się doszły do nas, doszły i do folwarku za warszawską rogatką. Franuś od czasu arbuza, nie składał wizyt pannie Zofji; uważałem jednak, że spotkawszy go na ulicy, w epoce reformy i pogłosek, o których mówię, panna rumieniła się coraz częściej i silniej. Myślę tedy, dobry znak i znowu zetknąwszy się z jej ojcem, począłem opinją staruszka w kwestji małżeństwa sondować, ale stary nie w ciemię bity, zbył mnie krótko, mówiąc:
— Mój acan dobrodziej, wiem ja, co się święci. Widzę, że kuzyn twój za Bożą łaską i twoją pomocą poprawia się i porządkuje, znaczy więc, że już wszedł na dobrą drogę. Z tem wszystkiem jednak powiem ci otwarcie, że dotąd nie obejrzę jego nowego mieszkania, dokąd w nim Dorota gospodarować będzie. Ot co jest!
Zgłupiałem na takie dictum, nie tajno mi było bowiem, że łagodny Franuś nie zechce Doroty pozbawić kawałka chleba. Mruknąwszy więc staremu ni to, ni owo — poszedłem smutny ku domowi, nic nie przeczuwając, że nowy, niepojęty kaprys naszego kuzyna jeszcze w tym dniu miał ostatnią usunąć przeszkodę do małżeństwa.
W drodze spotkaliśmy się z Franciszkiem, a że wieczór był ładny, pochodziliśmy trochę za miastem i około 9 już na dobre zawrócili do kwatery.
Dochodząc do mieszkania, ze zdziwieniem ujrzałem światło w pokoju Franciszka i zapytałem go:
— Czy uważasz, że się świeci w oknach... Co to być może?
— Ach to pewnie Dorota odniosła mi tak późno bieliznę. Coprawda, lepiej późno niż nigdy, boć to przecież jutro mamy niedzielę.
Nic już nie mówiąc, weszliśmy do mieszkania, lecz o dziwy!... Franuś, który szedł pierwszy, zaledwie drzwi od pokoju otworzył, krzyknął przeraźliwie:
— Co to jest!... co to znaczy!... w moim domu Dorota z człowiekiem... tak... z człowiekiem orężnym, to jest z mężczyzną uzbrojonym!?...
— Proszę łaski pana — pytlowała Dorota — to my z bratem przyszlim odnieść bieliznę...
Spojrzałem. Na środku pokoju stał wyprostowany olbrzymiego wzrostu dragon. Próżno jednak dopatrywałem przy nim oręża; widocznie kuzyn nasz przez prędkość poczytał za uzbrojenie wielkie cynowe guziki i zardzewiałe ostrogi ładnie zbudowanego wojownika.
— Kto jesteś, łotrze! — groźnie zawołał Franuś, przyskakując do dragona.
— To mój brat... mój brat... — pytlowała już płaczliwym głosem Dorota.
— Tymachwiej Tymachwiejewicz Dudakow, riadawoj pierwawo eskadrona, dragunskawo połka... — rekomendował się tak po grubjańsku napadnięty kawalerzysta, ale nie dano mu skończyć:
— Jej brat!... jej brat!... ha! ha!... Jej bratem człowiek, nie znający tutejszokrajowego języka!... — wołał nawet w gniewie lojalny Franuś.
Nastąpiła chwila milczenia, w ciągu której Franuś biegał po pokoju jak opętaniec, dragon stał na środku według prawideł obowiązujących wszystkie lądowe i morskie armje całego świata. Dorota zaś roniła łzy gorzkie, rysując na stole wskazującym palcem lewej ręki, jakieś niezdecydowane figury. Wreszcie kuzyn nasz znowu wybuchnął:
— Cóżto? jeszcze stoicie oboje?... jeszcze?... won z mego domu i ty i ty, albo... was skopię nogami!...
Mimowoli porównywałem kolosalne buty słusznego jeźdźca z całą osobą naszego kuzyna i przeląkłem się straszliwych następstw tak energicznie zapowiedzianej utarczki. Szczęściem, Dorota szybko wybiegła z pokoju, a za nią, zrobiwszy w lewo pół obrotu według prawideł obowiązujących, wyszedł i dragon, zwyczajem całej kawalerji chwiejąc się na obie strony. Franuś dzikie za odchodzącymi rzucił spojrzenie i przez zaciśnięte zęby wycedził:
— Łotr!... komunista!...
Do dziś dnia pojąć nie mogę, jakim sposobem na tchnącem pogodą i regulaminem obliczu ładnie zbudowanego dragona dostrzegł nasz kuzyn niebezpieczne cechy komunizmu, tak niezgodnego z duchem wszystkich paragrafów, we wszystkich wojskowych kodeksach. A przytem skąd ta nagła niechęć do militaryzmu, obok tak silnie rozwiniętych instynktów wojskowych?... Doprawdy, głowę stracićby można, rozstrzygając podobne tajemnice natury ludzkiej!
W taki to niespodziewany, a tragiczny sposób zakończyła się służba Doroty u Franusia, któremu odtąd nic już nie przeszkadzało stoczyć się na dno matrymonjalnej przepaści, tyle co rok pochłaniającej ofiar! Nie będą ci opisywał, ani naszej pierwszej wizyty u panny Zofji i jej szanownego ojca, ani oględzin, dokonanych przez tego ostatniego w mieszkaniu Franusia, ani oświadczyn... Pominę również niepokój, jakiego kuzyn nasz doświadczał wyjeżdżając do ślubu, o tem bowiem z osobistego doświadczenia najlepiej się przekonasz; nie mogę jednak nie wspomnieć o zdarzeniu, które mi wyjaśniło poniekąd nagłe wypędzenie Doroty.
Po ślubie i krótkiej a rzewnej i do okoliczności zastosowanej mówce pewnego duchownego, wracając do domu na weselne gody, siedliśmy do powozu we czworo: panna Zofja, jej czcigodny ojciec, Franuś i ja. Franuś, jak przyzwoitość nakazywała, siadał ostatni, lecz zaledwie postawił nogę na stopniu, cofnął się tak gwałtownie, że o mało nie upadł na ziemię.
— Co ci się stało, Franiu!... — krzyknęła jego druga połowa, szczerze interesująca się organizmem swego ukochanego.
— Eh, nic! drobnostka... to dragon!... — szepnął wzruszony nowożeniec.
W tej chwili po drugiej stronie już ruszającego powozu, dostrzegłem znanego ci kawalerzystę, który zdawał się być silnie zajęty wykonywaniem jakiejś zuchwałej i nieprzyzwoitej pantominy, widocznie do naszego towarzystwa skierowanej.
— Więc nie lubisz dragonów? -— spytała ze zdziwieniem panna Zofja Franciszka.
— O tak... nienawidzę ich!... — mruknął nasz kuzyn.
— To wszystko są łotry — wtrącił stary. — Na wsi przy nich nie upilnujesz ani kury, ani gęsi, ani sługi, ani służebnicy, ani żadnej rzeczy, która jego jest!...
— Czy dlatego ich nienawidzisz mój Franiu? — znowu zapytała oblubienica.
— Nie... nie dlatego — mówił bardzo wzruszony, zapewne szczęściem swojem Franio — ale... bo widzisz, dragoni jednego z moich dziadków zabili!...
O ile pamiętam, nie słyszałem, ażeby się który z naszych dziadków na podobne przygody narażał.
— Może twego rodzonego dziadka? — tkliwie wyszeptała nasza nowa kuzynka.
— O nie!... Boże uchowaj!... to jednego z ciotecznych dziadków.
W oczach oblubienicy łzy zabłysły; pochyliła się do ucha mego kuzyna i załkała.
— Dobrym mężem będziesz, Franiu, kiedy tak pamiętasz o swoich ciotecznych dziadkach!... — Poczem nastąpiło gorące uściśnienie ręki z obu stron, ja zaś na moim odcisku uczułem parcie obcasa panny Zofji, widocznie nie dla mnie przeznaczone i pomyślałem:
Mój Boże! jak ta miłość stara się eksploatować wszelkie okoliczności na swój rachunek! I któżby się spodziewał, że niechęć Frania do wojskowych niższych stopni stanie się punktem wyjścia dla tkliwej pieszczoty ze strony panny młodej? Ja wprawdzie nie słyszałem o dziadku, zabitym przez dragonów, jeżeli jednak podobny wypadek stanowi dla naszego kuzyna jeden z artykułów wiary, to nie dziwię się ani temu, że wypędził z domu Dorotę z jeźdźcem, ani temu, że go panna Zofja uściskała.
Na tem mógłbym zakończyć pełne przygód dzieje Franciszka, sumienność jednak i afekt familijny zmuszają mnie do niektórych uzupełnień.
Wkrótce po weselu naszego kuzyna skończył się mój proces i ja nie bez żalu musiałem z X. wyjeżdżać. Od tej chwili zaczęło się moje tułactwo po świecie. Gdziem był podówczas, com widział i czegom doświadczył, może ci innym razem opowiem; dość, że dopiero po 10 latach zobaczyłem znowu miasto X. i folwark za warszawską rogatką, skąd przez cały czas moich wędrówek żadnej nie miałem wiadomości.
Dziwne jakieś uczucie ogarnęło mnie na widok tej oazy, gdzie mieszkali ludzie, którym bądź co bądź zrobiłem dobrze... Czy wszyscy żyją jeszcze?... co się tu dzieje?!... oto pytanie, jakie zadawałem sobie, dojeżdżając...
Było lato. Zaledwiem wysiadł z pocztowej bryki, dostrzegłem ciągnięty przez siwego jak gołąb staruszka wózek, w którym dwoje małych dzieci siedziało. Przypatruję się pilniej... Tak, to on, ojciec byłej panny Zofji, a teść Franciszka! Poznaliśmy się odrazu i wpadłszy sobie z krzykiem w objęcia, zapłakaliśmy jak dwa bobry.
Po tkliwem powitaniu zapytałem staruszka: — Cóżto, jegomość dobrodziej już wnuki obwozi po świecie? Czy to bliźnięta?...
— A bliźnięta! mój acan dobrodzieju — wyseplenił starowina. — Przypatrz się im dobrze, jakie to podobne bestyjstwo, jak dwie krople wody! Jeden starszy od drugiego o 10 minut, ot ten, co ma kokardę szafirową, to Jan Kanty — starszy, a ten, co ma niebieską, to Jan Nepomucyn — młodszy.
— Dobrzeście zrobili, przypinając im te kokardy — rzekłem — bo inaczej chybaby ich rodzona matka nie poznała!
— Ba! mój acan dobrodzieju, tak też i było nawet. Jednego razu pogubili kokardki na spacerze i ani rusz ich poznać. Wołasz... Jasiu!... idą obaj. Szukasz znamienia, obaj mają jednakowe, w formie gruszki na... (tu mi dziadek coś do ucha szepnął). Pytamy się niańki — nie poznaje, wołamy matki, a ta w krzyk!... Dopiero Franuś wywiódł nas z kłopotu, zważywszy obu, bo widzisz acan dobrodziej ten niebieski waży 17 łutów więcej od szafirowego, choć młodszy... tak młodszy o 10 minut!... No, ale wejdźmyż do domu — ciągnął starzec. — Hej!... jest tam kto? znieście rzeczy pana!...
Na to wołanie ukazała się jakaś kobieta, widocznie piastunka, a przy niej dwu chłopczyków, może sześcioletnich i znowu niesłychanie podobnych do siebie.
— Czy i to bliźnięta, dziadku? — pytam już trochę zdziwiony.
— A tak, bliźnięta. Ten oto z kokardą ciemno-zieloną, to Maciej, o 3 minuty starszy od tego z jasno-zielonym fontaziem, od Mateusza. Przed dwoma laty jeden zgubił kokardę i wziął braterską; jak zaczęli opowiadać i objaśniać, tak wszyscy potraciliśmy głowy, bo w dodatku chłopaki mylą się co do swoich imion. Co tu robić, jak tu poznać? zachodziliśmy w głowy, bo i znaki szczególne mają jednakowe: płomyk w formie baraniego rogu na... (tu mi stary szepnął coś do ucha). Jednym wyrazem był kłopot niemały, na szczęście jednak Franuś przypomniał sobie, że Maciej bał się jednego urzędnika, a Mateusz go lubił; trzeba jednak zdarzenia, że urzędnika przenieśli do innej miejscowości. I cóż powiesz? musieliśmy o 15 mil dzieciska dla sprawdzenia wozić i przez dwa tygodnie zgryzoty się najeść! Ach! Boże, daj świętą cierpliwość!...
Tymczasem ukazała się i pani domu bez męża, bo Franuś o tej porze drzemał i nie lubił, aby go budzono. Utyła, wyładniała kobiecisko i szczerze przywitała się ze mną, swoim swatem.
— A, kochany kuzyn!... a jakżem szczęśliwa!... żeś też o nas nie zapomniał po tylu leciech!... — i tak wykrzykując, rzewnie płakała.
Uściskałem ją i ucałowałem, a w trakcie tego nadeszła i trzecia para bliźniąt w wieku lat dziewięciu. Zdumiałem na ten widok, matka westchnęła, a dziadek ręką kiwnąwszy, rzekł:
— Z temi mamy największe zmartwienie, bo nie wiemy, który z nich starszy, a który młodszy, który Piotr, a który Paweł! Różnica ich wieku wynosi 8 minut; do piątego roku nosili kokardy, jeden różową, drugi amarantową, ale imion ich nikt na pewno nie wiedział, tem więcej oni sami. Trafiło się, że poczęli raz zamieniać między sobą kokardy, wreszcie pomieszało się im w głowinach i z płaczem przyszli do matki. Nieszczęście chciało, że różowy miał tego dnia dostać od ojca wnyki, oba więc przyznawali się do amarantowego koloru i to jeszcze bardziej zaplątało sprawę. Próbowaliśmy wszystkich środków, ale wszystko nanic, bo i te dzieci mają znaki szczególne jednakowe, po 6 palców u prawej nogi. Przyszło wtedy ojcu na myśl, że amarantowy lubił świeże poziomki, a różowy ich nie lubił; że to jednak była zima, a sok i suszone poziomki jedli obaj jak najęci, trzeba więc było sprawdzenie odłożyć do wiosny. I cóż powiesz, moje serce? nadeszła wiosna, ale obaj chłopcy tak się przyzwyczaili do soków i suszków, że potem jedli świeże poziomki bez różnicy w apetycie, a przez te kilka miesięcy niepewności doreszty zapomnieliśmy o różnicy między nimi!...
Tu umilkł dziadek głęboko wzruszony, a kuzynka Zofja dodała:
— Dzięki Bogu, że Franio rozstrzygnął wątpliwość przynajmniej co do tych czterech młodszych, inaczej dopiero mielibyśmy w domu Sodomę i Gomorę!...
A na to wchodzący Franuś rzekł:
— Tobiem winien, kuzynie, i tę oto żonę kochaną i te skarby moje i to nareszcie, żem po dwakroć zdołał tak ważne sprawy familijne rozwikłać. Tyś mi bowiem pokazał drogę do badań życia codziennego i odtąd zwracam uwagę nietylko na ubranie, rozmowę i postępowanie człowieka, ale nato: ile waży, jaki ma wzrost i upodobania. Dzieci moje — dodał ze łzami, zwracając się do trzech par otaczających nas bliźniąt, — oto wasz wujaszek; upadnijcie mu do nóg na powitanie, bo gdyby nie on, to... to... wy zapewne nie oglądałybyście bożego świata!...
Przy tej części mowy naszego kuzyna zrobił się w domu ogromny lament, w którym i ja czynny przyjąłem udział; poczem udaliśmy się na przekąskę.
Cóż ci mam mówić więcej o Franciszku? chyba to, że był szczęśliwy i jego rodzina przy nim, że zawsze uwielbiał swoją żonę i był od niej nawzajem wielbiony. Raz, siedząc na ganku z nimi i przypatrując się igrzyskom dziatwy, która mnie już nudzić zaczynała, zwróciłem uwagę, że na stodole znajdują się aż dwa gniazda bocianie i rzekłem:
— Pomyślcie-no, moi państwo, czyby to już nie czas wypędzić bociany z folwarku, bo za drugie dziesięć lat, chyba już naprawdę rady sobie nie dacie z konsolacją?...
Na to małżonkowie nie odpowiedzieli mi nic, ale Franuś puścił taki kłęb dymu z fajki, a pani Zofja tak prędko zaczęła robić pończoszkę, że mi się już odechciało na drugi raz zaczepiać podobnych kwestyj.
Każdy z nas w tem życiu doczesnem stawia sobie jakieś plany, stara się o jakieś rezultaty, zależne od pozycji, zajmowanej w społeczeństwie, od ukształcenia, charakteru, środków, jakiemi rozporządza i t. d. Jeżeli jesteś obywatelem ziemskim, myślisz o tem, w jaki sposób uniknąć subhastacji, jak wykręcić się z procesu, gdzie pojechać na polowanie, a gdzie na bezika? Gdy jesteś podpasiczem, myślisz jak zostać pastuchem, później fornalem, a zczasem może i szynk na własną rękę założyć? Będąc literatem, zastanawiasz się, co wypisać z tej, a co z owej książki, w jaki sposób od redaktora wytumanić zgóry pieniądze na rachunek pracy, o której nie miałeś i nie masz pojęcia?
Będąc niezamożnym studentem, rozważasz od kogoby pożyczyć pieniędzy, gdzie znaleźć kredyt na obiady, czy sprzedać, czy też zastawić palto i mundur, jak wykpić się na egzaminie i t. d., i t. d.
Wszystkie te rezultaty zależą od pewnych przyczyn, które potrzeba znać dobrze, aby niemi kierować, tem więcej, że ich jest częstokroć bardzo wiele, i że do tych samych wyników różnemi można dojść drogami. Gdy chcesz np. zjeść obiad, niekoniecznie musisz iść do restauracji z dwuzłotówką w kieszeni, bynajmniej! Możesz jadło dostać na kredyt, umizgając się do gospodyni lub jej córeczki, chichotając z usługującemi dziewczętami, ściskając markierów za rękę. Nikt ci również nie zabroni w ostateczności złożyć wizytę jakiejś znajomej familji, w czasie antraktu chwalić dzieci, sprzęty, psy, kwiaty, podziwiać rozum pana, uwielbiać piękność pani domu, a wszystko na rachunek posiłku.
Lecz, o synu mojej siostry! skądże się dowiesz o tem wszystkiem, gdzie nabierzesz wprawy, jeżeli zechcesz unikać ludzi, zamykać oczy i uszy na ich słowa i postępki i grzebać nadal w książkach, nie mających żadnego związku z życiem?...
Sztuka zabijania czasu, zawracania głów kucharkom i szwaczkom, pożyczania pieniędzy, zjadania obiadów na kredyt lub darmo, zjednania sobie opinji uczonego, uczciwego, lub dowcipnego człowieka, stanowią ogólne ukształcenie światowe. Jest jednak i specjalne, przywiązane do pewnego stanowiska, a mające na celu wyciągnąć wszelkie korzyści i uniknąć wszelkich przykrości, jakie owo stanowisko nastręcza. I ten rodzaj ukształcenia tylko na drodze obserwacji uzyskać można.
Jeżeli więc jesteś aplikantem, dowiaduj się, jakim sposobem inni zostali kancelistami, a za co ich wypędzono z biura. Jeżeli jesteś obywatelem ziemskim, badaj, dlaczego podobne tobie indywidua zyskują lub tracą majątki. Jeżeli jesteś studentem, wypytuj się innych, na jakiej drodze znaleźli korepetycją, uwolnienie od wpisu, lub pożyczkę?
Do wykonywania wszystkich operacyj życiowych potrzebne są pewne okoliczności, pewne uzdolnienia i wprawa, pewne środki. Do wizyt trzeba jakiegoś interesu, odpowiedniego garnituru i pewnej biegłości w przelewaniu z pustego w próżne. Do nauki potrzeba zamiłowania lub nadziei zysku, książek, czasu i wiadomości przygotowawczych. Krótko mówiąc, całe życie nasze składa się z wielkiej liczby niby równań niewyznaczonych, w których po prawej ręce znajdują się rezultaty, po lewej ilości zmienne w postaci człowieka, zajmującego się ich rozwiązywaniem, jego środków, rozumu, serca, pragnień, nałogów, wad, przymiotów — wreszcie w postaci ludzi i wypadków, otaczających jednostkę główną.
Starajże się, mój kochany, poznać te równania odnośnie do ciebie samego, staraj się poznać ich elementa, badaj między niemi związki, a wszystko na drodze chłodnej obserwacji, porównywania siebie z inymi[6] ludźmi, porównywania dnia dzisiejszego ze wczorajszym i onegdajszym.

Wielką ci w tej pracy usługę odda dziennik systematycznie ułożony i porządnie prowadzony, w którym na właściwem miejscu powinieneś mieć spis twoich ruchomości, stosunków, celów, obowiązków; notatki, dotyczące wydatków bieżących, zobowiązań, przeczytanych książek, pragnień, przykrości, przyjemności, a w końcu uwagi nad życiem. Takie rachunki wykonywaj codzień, odczytuj co tydzień, co miesiąc, wreszcie co rok, nigdy nie spuszczaj z uwagi tego, co się dzieje w tobie i około ciebie, a wówczas przekonasz się, że życiem kierują niewzruszone, nieugięte prawa. Dura lex, sed lex!...




DZIAŁ IV

dowodzący, że nie godzi
się sprzedawać publicz-
ności czystego papieru.


IDEALISTA CZY POZYTYWISTA?

NAUCZYCIEL (po raz pierwszy). Zadam ci teraz bardzo łatwe pytanie z religji: „Na czem zależy szczęście człowieka?“
UCZEŃ (wpada w głębokie zamyślenie).
NAUCZYCIEL (po raz drugi). Nie patrz w okno!... uważaj i odpowiadaj... Przecież wczoraj umiałeś to... No, posłuchaj jeszcze raz: „Na czem za-leeży szczęęęście człowieka?...“
UCZEŃ (milczy pogrążony w zamyśleniu).
NAUCZYCIEL (po raz trzeci). O ośla głowo, uważajże!... Już ci sam zacznę odpowiedź, byleś ty dokończył. No słuchaj: „Szczęście człowieka zależy na...!! Kończże, jołopie!... „Szczęęęście człowieka zaleeeży na... naa... naaa!... (kręci go za ucho).

UCZEŃ (po raz pierwszy i ostatni). Na... naa... naaa... leśnik!...


PO NOCY WSZYSTKIE KOTY SZARE.

(Krotochwila w 1 akcie).

Osoby:

Młodzieniec A.
Młodzieniec B.
Dama I.
Dama II.

(Rzecz dzieje się na ganku).

MŁODZIENIEC A. Dziwna rzecz, że tak światły człowiek, jakim ty jesteś, mieszka w tak ciemnej kamienicy? (po chwili). Zlituj się, prowadź, bo jeszcze do djabła kark skręcę!...
MŁODZIENIEC B. Ciszej! nie klnij!... Słyszę głosy kobiece... To moje sąsiadki!... zachwycające dziewczęta, — co wieczór oczekują mnie na ganku... No! teraz idźmy...

(Młodzieńcy, idąc zwolna, zbliżają się do dwu dam).

MŁODZIENIEC A. (cicho). Miałbym wielką chęć dostać od której buziaczka...
MŁODZIENIEC B. (cicho). Milcz!... zaklinam cię... (zbliża się do dam i uchylając grzecznie kapelusz, mówi) Dobry wieczór paniom!... Trzeba mieć dużo wytrwałości, ażeby na taką niepogodę spacerować po ganku...
DAMA I. O... o... o!... to mój pan!... a ja już myślałam, że się nie będzie nastawiać samowara...

(Chwila ogólnego milczenia; poczem dama II ucieka, młodzieniec A. zaczyna pogwizdywać, zaś młodzieniec B. zaczyna walczyć z trudnością znalezienia dziurki od klucza. Wkońcu wszyscy znikają).


I TACY BYWAJĄ.

(Krotochwila w 1 akcie).

Osoby:

Pan w pewnym wieku.
Dama, jego żona.
Cukiernik.
Goście, chłopcy, ciasta i t. d.

(Rzecz dzieje się na Nowym Świecie).

PAN (do żony, chcącej wyjść). No! gdzie idziesz?...
ŻONA. Pójdę naprzód, gorąco mi... (zabiera się do wyjścia).
PAN. Zaczekaj, nie odchodź, pójdziemy razem (zbliża się do cukiernika, chcąc płacić; dama pospiesza). Powiadam ci — nie odchodź!...
DAMA. Muszę wyjść, bo mi gorąco!... (wychodzi).
PAN (do cukiernika). Co się należy za kawę i ciasta?
CUKIERNIK. Dwadzieścia pięć kopiejek.
PAN. Ile? ile?...
CUKIERNIK. Dwadzieścia pięć kopiejek.
PAN.Dlaczego tak drogo?... (goście się śmieją).
CUKIERNIK. Ciasta 15, a kawa 10 kopiejek...
PAN. No, dobrze!... ale co się należy za kawę?... (chłopcy się uśmiechają).
CUKIERNIK. Za kawę 10 kopiejek...
PAN. Pocóż pan mówi, że 25 kopiejek? (goście się kładą na krzesłach a ciasta leżą na tacach).
CUKIERNIK. Bo za kawę należy się 10, a za ciasta 15 kopiejek...
PAN. Więc zacóż pan chce 25 kopiejek?...
CUKIERNIK. Za kawę i ciasta...

PAN (płacąc). To za drogo (wychodzi).

Finał.

CUKIERNIK (myśli). Panie Boże, zachowaj mnie od podobnych gości!...
GOŚĆ I i II. (rozmawiają). Niech mu Bóg da zdrowie!... nigdym się tak nie ubawił!...

GOŚĆ III. (myśli). Panie Boże!... zachowaj żonę moją od takiego męża!...


TELEGRAM na PROWINCJĄ.

Mon cher ami!

Votre cousin, który sur la colline[7][8] u Lourse’a zrobił une aventure, dostał się obecnie dans la chèvre[9] przy Ratuszu. Przysyłaj jak najśpieszniej l’argent na moje ręce, bo inaczej nie da mi de la chambre.[10]
Je vous serre[11][12] najserdeczniej

votre ami.

X.


SZKOLNI KOLEDZY.

PAN I. (zbliżając się szybko do pana II.). No!... czy poznajesz mnie?...
PAN II. (pilnie przypatrując się panu I). A a a!... (padają sobie w objęcia). Tarabanowicz!... w pieklebym cię poznał...
PAN I. Widzisz, żeś mnie nie poznał... ja mam lepszą pamięć! Wszakże jesteś Bębnowski?...
PAN II. (zdziwiony). Nieee!... to musi być jakaś omyłka...
PAN I. (zmieszany). A to zabawne qui pro quo!... (kłaniają się i rozchodzą).
PAN II. (wraca się bardzo ożywiony). Stój! stój!... Toś ty nie Tarabanowicz, ale Wypsztykiewicz!...
PAN I. (wraca się zachwycony). Bodajże cię!... Wiem, już wiem... Tyś nie Bębnowski, ale Psztykalski!... (padają sobie w objęcia).
PAN II. (rozpromieniony). Widzisz, mój drogi, co się to z nami porobiło?... No!... ale jakże tam w Hrubieszowie?...
PAN I. (zakłopotany). Kiedy... bo... ja nie znam zupełnie Hrubieszowa.
PAN II. (przerażony). Jakto nie?... przecież myśmy tam obaj chodzili do szkół?
PAN I. (zasmucony). Nie!... to nie ze mną!... widocznie pomyliliśmy się znowu... Najmocniej przepraszam... najmocniej!... (obaj panowie zabierają się do odwrotu).
PAN II. (wraca z pośpiechem). Ależ zmiłuj się!... Wypsztykiewicz z Pińczowa!... Przecież byliśmy razem, ja wprawdzie tylko pół roku... Zresztą pamiętam cię doskonale, choćby dlatego, żeś szkoły odpieczętował... za te tam głupie makagigi...
PAN I. (przypominając sobie). Psztykalski?... pół roku?... Aha!... pamiętam, pamiętam!... Wszakże to ciebie w pierwszej klasie zaraz po Bożem Narodzeniu wypę...?
PAN II. (szybko). Tak, tak!... uwolniłem się zaraz po Bożem Narodzeniu z powodu...

PAN I. (rozrzewniony). To, to, to!... z powodu owych głupich trzech rubli... (padają sobie w objęcia).


Z ROCZNIKÓW CHIŃSKICH.

Niedawnemi czasy, do uczonego Fju-Fju, który się sztuką lekarską trudnił, przyszedł ubogi Fu, młodzieniec ze szkoły bonzów, a całując wielki palec u prawej ręki mędrca, rzekł:
— O!...
— Synu mój — powitał go mąż sprawiedliwy — otom jest, — ale ty czego chcesz ode mnie?
A odpowiadając mu na to Fu, tak swoją rzecz prowadził:
— Ubogi jestem i chory, chociaż uczony. O ty! który od innych po trzy muszle bierzesz za przywrócenie im zdrowia, zrób mi to samo, ale za jedną tylko muszlę, bo nie mam więcej!...
— Nie chcę ani jednej, bom i ja był ubogi zamłodu i uzdrowię cię jak innych. — Poczem, chcąc uczciwie podjąć swego gościa, dał mu herbaty i posłał służebnicę, panią Lu, po placki ryżowe.
Ale posyłając panią Lu po placki, dobył pękatego nankinowego mieszka z muszlami i takowy przez roztargnienie obok młodzieńca Fu położył. Poczem, mając widocznie pilny interes, do drugiego pokoju wyszedł.
Tymczasem młodzian Fu, nudząc się zbyt długą, bo kilkadziesiąt sekund trwającą nieobecnością gospodarza, począł bawić się swoją jedwabną czapką, a wkońcu zapewne przez troskliwość, nakrył nią nankinowy worek mędrca Fju-Fju.
I długo jeszcze cieszyli się dwaj mędrcy rozmową uczoną i budującą. — I dłużej jeszcze Fju-Fju szukał swojego pękatego, nankinowego worka z muszlami, lecz ten się nieprędko znalazł, ponieważ pod jedwabną czapką młodzieńca Fu bardzo starannie się schował.
Dopiero przy końcu wizyty, gdy młodzian wziął już swoją czapkę ze stołu i żegnał uczonego Fju-Fju, figlarny nankinowy worek wyskoczył z jedwabnej czapki na ziemię, ku pociesze i zbudowaniu obecnych.

O uczeni dobroczyńcy, pilnujcie swych worków! o młodzieńcy, pilnujcie waszych czapek, abyście nie potrzebowali wstydzić się i kłopotać za tak niestosowne małżeństwo, jak między cudzym workiem i własną czapką!...


WESOŁY GOŚĆ.

PAN A. No i cóż, ładnie wczoraj zabawiłeś się na balu?
MŁODY B. Ale jak!... to powiadam ci, że jak nigdy!... Takeśmy wszyscy się śmieli z moich konceptów... bo to powiadam ci, puszczałem się... ehe!...
PAN A. Bój się Boga!... więc odzywałeś się?
MŁODY B. A jakże!... a jakże!... gęba mi się nie zamykała!...
PAN A. O nieszczęśliwy!... A cóż gospodarz na to?
MŁODY B. Gospodarz... a cóż?... ręce tylko zacierał z radości i podsuwał mi jadło, oj, podsuwał... Powiadam ci, że... ciągle, ażem uciec musiał!...
PAN A. Spodziewam się, że cię już nie zaprosi do siebie na drugi raz.

MŁODY B. Ale... gdzież tam!... Tylkom wszedł, powiadam ci, a potem cały czas, mówił mi: „mój kochany!... może będziesz łaskaw przyjść do mnie jutro, albo kiedy indziej... kiedy ci się tylko podoba“.


WAKACJE.

(Rzecz dzieje się w mieszkaniu niezamożnych studentów).

KOBIETA (wchodząc). Czy to tu?... czy to nie tu?...
KANDYDAT. A co pani powie?
KOBIETA. Eee! ja przyszłam do tego pana, co mi bieliznę dawał do prania. Nie wiem, czy jest w domu, czy niema?...
KANDYDAT. A jak się ten pan nazywał?
KOBIETA. Jakoś tak dziwnie... coś niby od ulicy, a niby od deszczu... Kiedy bom zapomniała na ten czas!...
KANDYDAT. A może Pędziwiatrowski?
KOBIETA. O to! to!... rychtyg, że tak!...
KANDYDAT. No, to przecież on się ani od ulicy, ani od deszczu, ale od wiatru nazywa... Cóż to za interes?...
KOBIETA. A to taki jest interes, że mnie się za bieliznę należy, bo ja bez miesiąc u tego pana prałam i kazał mi przyjść dzisiaj...
KANDYDAT. A hum!... to szkoda, bo pan Pędziwiatrowski śmiertelnie zachorował i wywieźli go na wieś. Może dopiero we wrześniu wróci, jeżeli nie umrze...
KOBIETA. O la Boga!... a taki był zdrowy i ładny pan!... Coprawda, to koszule miał każdą z innym znakiem i płacić nie lubił, ale że był dobry, to dobry. Zawsze mu się chciało figlów!...
KANDYDAT. Dlatego też zachorował. No, to niech się pani zgłosi we wrześniu...
KOBIETA. Ha! trudno. Upadam do nóg pańskich!... Żeby choć nie umarł biedaczysko, niechby mi tam i pieniądze przepadły... A może pan ma bieliznę?
KANDYDAT. Znalazłbym, ale chyba aż jutro... Tylko ostrzegam panią, że i ja na kredyt oddaję...
KOBIETA. A niech już i tak będzie! Od starego to się bierze pieniądze zgóry, a młodemu nie żal i darmo poprać. Upadam do nóg! (wychodzi).
JEGOMOŚĆ I. (wchodząc). Czy zastałem pana Pędziwiatrowskiego?
KANDYDAT. A co pan dobrodziej każe?
JEGOMOŚĆ I. Jestem Kleofas Odgrzywalski, właściciel restauracji. Pan Pędziwiatrowski winien mi kilkanaście rubli i obiecał oddać wczoraj. No, ale nie przyszedł, a że to zaczynają się wakacje, więc...
KANDYDAT. Hum! widzi pan... Pędziwiatrowski wyjechał wczoraj właśnie do swojej umierającej babki, pani jenerałowej Armatnickiej, więc...
JEGOMOŚĆ I. Pewnie mu się opłaci droga! O to to był tęgi pan. Jadł za trzech, ach! jak jadł... i przytem pił niezgorzej, szkoda tylko, że wszystko na kredyt!...
KANDYDAT. Nie lękaj się pan, zwróci on należność z procentem, ponieważ babka zostawi mu najmniej z półtora miljona.
JEGOMOŚĆ I. Chryste Panie!... Gdybym miał tyle pieniędzy, założyłbym w Warszawie z dziesięć restauracyj, miałbym własny browar, piekarnię i szlachtuz...
KANDYDAT. Pędziwiatrowski jest moim krewnym, gdy więc powróci, namówię go, aby z panem wszedł do współki. Bo i nacóż ma próżno wyrzucać pieniądze?
JEGOMOŚĆ I. (wzruszony). O panie!... A możeby pan dobrodziej raczył się u mnie stołować? Ja bardzo szanuję obu panów i chętnie im służyć będę kredytem, jeżeli...
KANDYDAT. Zobaczę!... A gdzie pan masz swój zakład?
JEGOMOŚĆ I. Na Nowym Świecie — panie! Polecam się łaskawej protekcji!... (wychodzi).
JEGOMOŚĆ II. (wchodząc). Niech będzie pochwalony! A jest pan?
KANDYDAT. Jaki tam znowu pan?
JEGOMOŚĆ II. A juści ten co za dwie pary butów winien, ten... jakże go tam Wiatrako... nie!... Pędziwiatrowski.
KANDYDAT. Wyjechał wczoraj do swego stryja, który ma fabrykę skór i chce tu w Warszawie ogromny handel założyć.
JEGOMOŚĆ II. Phu! nie wiedziałem o tem. No, chwała Bogu, bo może mu biedaczkowi stryjaszek dopomoże, toby i mnie prędzej oddał.
KANDYDAT. Nie obawiaj się pan, to uczciwy chłopak, on tak robi jak i ja: kiedy nie ma pieniędzy, to bierze na kredyt, — kiedy ma, płaci z procentem sto za sto. A teraz właśnie po pieniądze pojechał...
JEGOMOŚĆ II. Dobry to był pan, niema co gadać, — ale co nie płacił, to nie płacił i kiepsko buty nosił. Pamiętam nieraz dałem mu kamasz jak drut, a ten ci, panie, uszy oberwał, obcas jeden w tą, a drugi w tamtą stronę wykrzywił, cholewki popruł i rób, co chcesz! O — pan to widzę nosi but ładnie, ale coś roździawiony... niech pan każe sobie nowe zrobić.
KANDYDAT. W tej chwili nie mam pieniędzy.
JEGOMOŚĆ II. To bagatela! zrobi się na kredyt. Niech pan tylko do mnie wstąpi, do Pocięglewicza na Starem Mieście!... A teraz padam do nóg pańskich (wychodzi).
DAMA (wchodząc). Czy zastałam pana Pędziwiatrowskiego?...
KANDYDAT. Wczoraj wyjechał na wieś! Niechże pani raczy chwilkę odpocząć...
DAMA (siadając). Wyjechał!... nie pożegnawszy mnie... Czy nie wiadomo panu kiedy powróci?
KANDYDAT. Zdaje się, że już nigdy, — ponieważ, o ile mi wiadomo, ma wstąpić w związki małżeńskie... Polecił mi pożegnać i pocieszyć panią.
DAMA. On!?... O zdrajca!... (płacze). Za tyle przywiązania zapłacił mi... czarną niewdzięcznością!...
KANDYDAT. O pani! uspokój się. Łzy twoje, jak ołów rozpalony padają mi na serce! Uspokój się, pani, zaklinam cię! i pomyśl, że jeżeli zechcesz, zdrada tego niewdzięcznika może cię jeszcze szczęśliwą uczynić!
DAMA (płacząc). Och umrę!... Tak był pięknie zbudowany... taki miał miły organ głosu... ach! któż mi go zastąpi?...
KANDYDAT. Ja pani! byleś tylko pozwoliła... Przysięgam ci!... Mam od niego plenipotencją...
DAMA (uspakajając się). Pan żartujesz!
KANDYDAT (klęka). O! błagam cię, zaufaj mi i pozwól, abym ci wynagrodził twoją boleść...
DAMA. Boleść — to rzecz najmniejsza; kobieta stworzona do tego, aby kochać i cierpieć. Ale on obiecał sprawić mi nową suknię, a któż mi ten zawód wynagrodzi?
KANDYDAT (wstając). Na to już nie dostałem plenipotencji!

(Wielka pantomina).



Z ROCZNIKÓW CHIŃSKICH.

Onego czasu, uczony Ya-o-tse, który po mądrość za granicę Państwa Niebieskiego wyjeżdżał i między obcymi cudów nauczył się dokazywać, wrócił do Pe-king-u i przed oblicze syna wielkiego smoka przyprowadzony został. Że zaś z natury padalcem będąc, umiał na się rozmaitą postać przybierać, zlał więc na niego Pan obfitą krynicę miłosierdzia, między uczone policzył i dozór nad składem rzeczy mądrych i tajemnych powierzył.
Ukryty przed źrenicą płochego gminu, Ya-o-tse w laboratorjach państwa pracować miał i wyrabiać ognie cudowne, metale kosztowne, kamienie drogie, płyny żrące i wszelką rzecz jaka pod obłokami jest. A że mądrość obcą aż do dna wysączył i księgi uczonych pochłonął, oddano mu więc staranie i nad tą młodzieżą, która do robienia cudów sposobić się obowiązaną była.
Ya-o-tse do pracy się wziął, skarbiec mądrości przejrzał, lecz że dusza jego od urodzenia występną była, — pierwszego więc zaraz dnia skradł ze skarbu i ukrył w fałdach swej szaty dwa kosztowne słoje: jeden saletranu srebra, drugi zaś chlorniku złota pełen.
I z tą nieprawą zdobyczą szedł do miasta i wszedł do domu pewnego Wu-wang-a. Wu-wang zaś kunsztownym malarzem był, posiadał bowiem drewnianą pięknie lakierowaną pakę z jednem szklanem okiem, które patrzając przed siebie wszystko malowało, na cokolwiek ciepło słoneczne upada.
Wszedłszy tam tedy i przepisaną liczbę ukłonów oddawszy, Ya-o-tse do Wu-wang-a rzekł:
— Wojownik jestem i z odległego zachodu przybywam. Od chwili wyjazdu mego zmieniłem 30 par wołów, 4 suknie zdarłem i mieczów nakruszyłem coniemiara. Walczyłem bowiem z Europejczykami i szczęśliwie nawet, bom 5 funtów saletranu srebra i 8 łutów chlorniku złota wydarł im. Wiem, że do czarnoksięstwa eliksiry te potrzebne ci są, weźmij je więc, a mnie wzamian daj monetę.
A odpowiadając mu, oszukany Wu-wang rzekł:
— Niech mądrość nie opuszcza warg twoich, niech szczęście towarzyszy mieczowi, a lekkość nóg niech nie opuszcza męstwa twojego! Łut chlorniku złota wart jest 12 rupij, a funt saletranu srebra 32 rupje: weźmij więc razem 266 rupij, a eliksiry zostaw.
I stało się jako rzekł.
Ya-o-tse wyszedł jak z raju, chociaż publiczny skarb okradł; do składu rzeczy mądrych i tajemnych wrócił, chociaż w ciemności wrzuconym być powinien. Spokojny przytem jest i szczęśliwy, sumienia się bowiem wyrzekł.

Ale biada mu! albowiem jest Ktoś, co zarówno nad lotem komara jak i nad kradzieżami mandarynów czuwa; ma tysiące oczów otwartych, przed któremi nic się nie skryje i tysiące rąk zbrojnych w miecze, przed których blaskiem drży tłum i mandaryni wołają: a — och!...


NA ULICY.

PAN A. (biegnąc naprzeciw pana B.). Proszę cię, nie mówże mi ani słowa, a przekonam cię, żem z fizjognomji twej wyczytał to, co mi dopiero masz zamiar powiedzieć!
PAN B. (zdziwiony). W istocie będzie to bardzo interesujące doświadczenie!
PAN A. Chciałeś mi powiedzieć, że jestem dziś bardzo gustownie ubrany, a zarazem chciałeś się spytać, kto mi fryzował włosy, gdzie kupiłem ten elegancki kapelusz i u którego krawca dostać można tak szykownego garnituru, jak ten, co go mam na sobie. Czy nie prawda?
PAN B. Otóż nie zgadłeś, ponieważ myślałem zupełnie o czem innem.
PAN A. (zdziwiony). A to szczególne!... Przypuśćmy jednak, żem się omylił i powtórzmy doświadczenie drugi raz. Czy zgoda?
PAN B. Zgoda! zgoda! ale do czegóż to prowadzi?
PAN A. Chcę cię przekonać, że istotnie jestem niesłychanie domyślny. Ale, ale, — dla pewności daj mi wprzód słowo, że powiesz prawdę.
PAN B. Mniejsza o to, — masz moje słowo.
PAN A. Wybornie!... A teraz pomyśl sobie coś!
PAN B. Jużem pomyślał!
PAN A. A więc... pomyślałeś... pomyślałeś, że... że ja jestem bardzo miłym gościem w towarzystwie, szczególniej też między damami. Czy nieprawda?
PAN B. Nieprawda!
PAN A. (zdziwiony). Jakto nieprawda? Ciekawy jestem, coś mógł innego w tej chwili pomyśleć?
PAN B. Hum! widzisz...
PAN A. No! no! no! proszę cię, bez ceremonji... Pamiętaj, żeś mi dał słowo!
PAN B. Otóż widzisz, pomyślałem sobie, że w każdem towarzystwie jesteś ogromnie głupi!

PAN A. A bodajże cię!... Właśnie to samo zgadłem, ale przez prędkość powiedziałem co innego!


W OGRÓDKU.

ANSGARY. Garson!... maluteczki kieliszek wódeczki...
GARSON. Pan dobrodziej czystą, gorzką, czy słodką?
ANSGARY. Czystą!... Czysta jest najzdrowsza, w innych znajdują się truci... (drzemie).
MAKARY (do Hilarego). Aha!... uważaj, uważaj!... Oto to właśnie jest nasz naczelnik Ansgary. Powiadam ci człowiek, jakich mało, z edukacją, sercem... porządny!
HILARY (do Makarego). Możebyś nas zapoznał, toby mnie on może protegował?
MAKARY. Bon, bon... dobrze!...
GARSON (do Ansgarego). Pan dobrodziej żądał czystej?
ANSGARY (budząc się). Aha!... dobrze moje dziecko (pije).
MAKARY (do Ansgarego). Moje uszanowanie panu naczelnikowi dobrodziejowi!
ANSGARY (do Makarego). Aaa... kochanemu panu referentowi!... Do stópek upadam...
MAKARY (biorąc pod rękę Hilarego). Pan naczelnik pozwoli sobie zaprezentować... Oto Hilary Bindasiewicz, mój kolega i przyjaciel... Razem chodziliśmy w Suwałkach do szkół, potem rozjechaliśmy się, a teraz znowu jesteśmy razem, bo jego przydzielili do Warszawy.
HILARY (kłaniając się). Eee... bo... to...
ANSGARY (do Hilarego z powagą). Bardzo mi przyjemnie poznać tak przyzwoitego młodzieńca!... Tak jest... Wiele słyszałem o panu i mam to przekonanie, że pan będziesz chlubą dla całego biura! (ściska Hilarego za rękę).
HILARY. Eee... he... (ogólne wzruszenie).
ANSGARY. No, a gdybyśmy też dla uczczenia nowej znajomości wypili coś?
HILARY. Owszem!... dlaczegóż boby nie?...
MAKARY. Ja myślę!...
ANSGARY. Garson!... Trzy maleńkie kieliszki czyściusieńskiej wódeczki... Te wszystkie gorzkie i słodkie to tylko tru... (drzemie).
HILARY (do Makarego). Uważasz... Czybyś ty nie mógł mnie bliżej z panem naczelnikiem zapoznać? Bo to widzisz, możeby on mnie protegował?
MAKARY (do Hilarego). Spuść się na mnie!
GARSON (do Ansgarego). Proszę pana dobrodzieja trzy czyste!...
ANSGARY (budząc się). Aha!... W ręce twoje panie Makary! (pije).
MAKARY. Pan naczelnik pozwoli sobie zaprezentować... Oto Hilary Bindasiewicz, mój kolega i przyjaciel, chłopiec zacny i zdolny, był ze mną w klasach w Suwałkach... Następnie rozjechaliśmy się, no, a teraz jesteśmy znowu razem, ponieważ został przydzielony do Warszawy...
HILARY (kłaniając się). Eee... te...
ANSGARY (do Hilarego). Bardzo mi miło poznać tak obiecującego młodzieńca!... Wiele mi mówiono o panu i mam nadzieję, że będziesz pan chlubą i zaszczytem dla biura (ściska go za rękę).
HILARY. Eee... (ogólne wzruszenie).
ANSGARY. No, a gdybyśmy też na cześć nowego stosunku chlapnęli coś?...
HILARY. Owszem! Dlaczegóż boby nie?
MAKARY. Taak! to się rozumie samo przez się.
ANSGARY. Garson!... Podasz nam tu trzy kieliszki czyściusieńkiej wódeczki... Te inne, to tylko tru... (zasypia).
HILARY (do Makarego). Bądź tak dobry i postaraj się nas zbliżyć. To jakiś człowiek z sercem, może mnie zechce protegować.
MAKARY. Bądź spokojny!
GARSON (do Ansgarego). Pan dobrodziej stalował trzy czyste.

(I t. d. i t. d. Widowisko w tym samym tonie przeciąga się aż do północy).



FILOZOF I PROSTAK.

Niektóry kupiec, z cesarskiego miasta Szang-hai, imieniem Y-ang, pożyczył kilkadziesiąt srebrnych pieniędzy od pewnego biedaka S-ju, który na zebranie takiej sumki ciężko przez kilkanaście lat pracować musiał. Umówili się przytem, że S-ju za procent zostanie u Y-anga stróżem na lat trzy.
Przez ten czas S-ju sprawował się dość pilnie, dom i podwórze w czystości utrzymywał, z pobliskiego źródła na osłach wodę przywoził, pana swego czcił i do pagody regularnie uczęszczał. Sąsiedzi, patrząc na to, zazdrościli Y-angowi odźwiernego, jemu zaś przepowiadali długie życie i liczne potomstwo.
Upływały lata i dawno już minął termin, w którym S-ju miał pieniądze od Y-anga odebrać; zniecierpliwiony wreszcie długiem oczekiwaniem, udał się do pana i przypomniał mu o swoim długu. Ale Y-ang z oddaniem nie śpieszył się, z dnia na dzień odkładał, aż wkońcu, posławszy S-ju do miasta, wezwał żonę jego po odebranie należnych pieniędzy.
— Małżonko odźwiernego S-ju — rzekł do wchodzącej — masz-że ów kwit z mojem imieniem, który panu i mężowi twemu dałem, na znak, że złożył u mnie pieniądze?
— Mam, panie nasz — odpowiedziała zamężna S-ju i wydobywszy papier, oddała go Y-angowi.
Y-ang papier wziął, rozdarł, w ogień rzucił i rzekł:
— Odejdź, dobra kobieto, z przed oblicza mojego, albowiem oddałem już to, co się wam należało!...
Gdy S-ju wrócił do domu i od żony dowiedział się, co zaszło, wpadł w wielki gniew i pobiegł do mandaryna ze skargą. Zasłyszawszy o tem Y-ang, również wybrał się na sądy, ale z pękatym workiem.
A gdy wszedł do przybytku sprawiedliwości, wezwał na ustęp mandaryna sędziego, milczek ofiarował mu i niewinności swej dowiódł, jak przystoi. Wówczas mandaryn kazał,

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Edward Manteuffel-Szoege (1908-1940).
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Smolikowszczyźnie.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinna być kropka.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – innymi.
  7. Przypisek Redakcji. Ponieważ niektórzy z naszych czytelników mogli zapomnieć wielu francuskich wyrazów, dołączamy więc dla ich dogodności mały słowniczek.
  8. górka, pagórek.
  9. koza (zwierzę przeżuwające).
  10. pokój (w domu)
  11. ściskam cię (np. popręgiem).
  12. Resztę wyrazów pozostawia się erudycji czytelnika.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.