Strona:PL Bolesław Prus - To i owo.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pod niemi same amarantowe.
— Aha... ha!...
— Wiesz już, co to znaczy?
— Dalibóg nic jeszcze nie wiem!...
— Bójże się Boga!... toż to francuskie barwy!
— E hee!... A gdzież kolor biały?
— Jakto gdzie? przecież piec jest biały!
— Oto! hooo!...
Pod oknami domu majora przechodzi w tej chwili eksprezydent z pocztmajstrem — obaj smutnie zwiesili głowy.
— No!... bierz djabli tymczasem politykę — mówi eksprezydent — jakże naczelnik stoisz z hreczką?
— A cóż!... gnije w polu.
— Fiu! fiu!... — a z kartoflami?
— Pi!... może dla świń wystarczy!
— Tra la la!... a po jakiemuż to prowadzicie gospodarkę, naczelniku?
— At, mój radco!... w takich interesach to człowiek i głowę traci... Tu przegrana, tu przegrana i tu znowu przegrana!... klęska po klęsce, a człowiek myśli o wszystkiem i truje się wszystkiem, więc też djabli biorą hreczkę i kartofle. A cóż, czy radca odebrałeś już emeryturę?
— Djabła tam!... miałem onegdaj kwit posłać, alem się zgryzł tym Bazajnem i na śmierć zapomniałem!...

Oto co się dzieje w małych miasteczkach podczas wojny; ludzie tak gorliwie zajmują się strategją, że im hreczka marnieje i emerytura w kasach miejsce zawala.
A w czasie pokoju?...
W czasie pokoju toż samo, tylko na inne kopyto: zamiast planów bitew, układa się programy wojen na wiosnę i oblicza się szanse wygranych.
O Europo! Europo! Europo!... ileż to głów pracuje nad tem, aby twój pokój zakłócić!...