Strona:PL Bolesław Prus - To i owo.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Franusia? To też zaledwie przyszedłem do domu, zacząłem z kuzynem naszym taką rozmowę:

(Franuś leży na łóżku i czyta książkę).

JA. Dobry wieczór, Franiu! W tej chwili odprowadziłem ojca panny Zofji... (Franuś kładzie książkę).... No! ale może ci przeszkadzam?
FRANUŚ. O nie, nie... owszem, owszem!...
JA. Mówiliśmy trochę o tobie...
FRANUŚ. Uuff!... (nakłada fajkę).
JA. Trochę o pannie Zofji...
FRANUŚ. Uuhum! (zapala fajkę).
JA. I gdybyś mnie nie wydał z sekretu, powiedziałbym, że radziliśmy również o waszem małżeństwie... (Franuś kręci się na łóżku). No! ale może ci przeszkadzam?...
FRANUŚ. Owszem, owszem!... słucham, słucham!
JA. Powiedziałbym ci nawet, że niewiele do tego interesu brakuje (Franuś otacza się kłębami dymu) i że uzupełnienie braków zależy od ciebie...
FRANUŚ (zrywa się). Ode mnie?...
JA. Tak jest. I gdybyś chciał rad moich posłuchać i pewne reformy w sposobie życia swego wprowadzić, może za parę miesięcy tańcowałbym na twojem weselu (Franuś szybko chodzi po pokoju). Cała trudność zależy od spełnienia kilku kobiecych wymagań, zresztą bardzo słusznych.
FRANUŚ. Owszem... gotów jestem wiele ustępstw zrobić... słucham! słucham... wiem, że jesteś zawołany kobieciarz i że rady twoje pod tym względem są szacowne...
JA (rumieniąc się). Zawsze uwielbiałem płeć piękną, ośmielam się nawet twierdzić, że spełnianie i uprzedzanie wszelkich życzeń damskich stanowi moją specjalność...
FRANUŚ. Otóż właśnie wiedziałem o tem i dlatego chętnie wypełnię wszystkie rady szanownego kuzyna. Słucham, słucham!...