Strona:PL Bolesław Prus - To i owo.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


PISARZ. Rozumie się!
STARUSZEK. Eh! to się obejdzie! Oto są pieniądze (płaci i wychodzi).
PISARZ. Bardzo proszę na drugi raz!...
OBCY (wchodząc). Czy tu kantor?
PISARZ. Tak jest panie, tu i tylko tu!
OBCY. Szukam korzystnej roboty.
PISARZ. A pieniądze są?
OBCY. Mam trochę.
PISARZ. To już skończone! Co pan umiesz?
OBCY. Jakiś czas pracowałem w fabryce pudretów.
PISARZ (przeglądając książkę). Hum, nie mam!... Ale przy jednej z ulic wakuje miejsce na cukiernią: możebyś pan cukiernią założył?
OBCY. Taak! nie byłoby to złe, ale któż u mnie będzie kupował, kiedy nie mam znajomych, możeby coś innego?
PISARZ. A jakże się pan nazywasz?
OBCY. Nikolo Jalapa.
PISARZ. Sądząc z nazwiska, to najlepiej wyszedłbyś pan na aptece, — no, ale jako Włoch, to możesz pan zrobić interes i na fabryce makaronu.
OBCY. Mnie to najwięcej do gustu przypada, ale nie mam stosunków!
PISARZ. Bagatela!... ja panu wyrobię stosunki.
OBCY. Jakim sposobem?
PISARZ. Naprzód, w imieniu jakiegoś emeryta lub obywatela z prowincji napiszę panu pochwałę.
OBCY. Aha!
PISARZ. Potem w imieniu jakiegoś makaroniarza zbesztam pana... albo zresztą zostawimy to pańskim kundmanom.
OBCY. Tak, to będzie taniej...
PISARZ. Potem w imieniu pańskiem odpowiem i tak dalej!
OBCY. Rozumiem już! pan znasz się na tych rzeczach!
PISARZ. Bagatela! nowinę mi powiedział!