Strona:PL Bolesław Prus - To i owo.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ileżbyś jej teraz wypił? — spytałem.
— Z dziesięć szklanek! — odpowiedział bez namysłu.
Wziąłem go do cukierni i prosiłem, aby sobie dysponował, ile zechce. Chwilkę się wymawiał, rumienił, zapewniał o swoim szacunku, — wreszcie kazał podawać. Pierwszą filiżankę wypił z zachwytem, przy końcu drugiej spoważniał, trzeciej nie dokończył i odtąd nie lubi czekolady.
Nauka ta jednak nie wpłynęła na jego charakter, był to bowiem chłopiec okrutnie egzaltowany w pojęciach o naturze szczęścia, choć nieustannie rozczarowywał się i obiecywał poprawę. Opowiem ci wypadek, w którym młodzian ów przeszedł samego siebie.
Już po ukończeniu szkół i po wypróbowaniu tysiąca rodzajów zajęć, — w 20-tym roku życia zakochał się on w pannie Katarzynie, dzisiejszej swej żonie. I jego i panny rodzice, widząc, że był letkiewicz, niebardzo nakłaniali się do tego związku; lecz gdy chłopak posmutniał, zmizerniał i obiecał ojcu, że sobie w łeb strzeli, — pozwolono mu się ożenić. Co wyrabiał wówczas, jak padał do nóg wszystkim, jak płakał i obiecywał swoją Kasię admirować do śmierci, próżnobym silił się opisać. Dość, że koniec końców nadeszło i wesele.
Zjechaliśmy się wszyscy, kto żył z sąsiadów i powinowatych. Mieścili się też, jak mogli; a że ja do tańca nieskory, usłano mi więc w altanie, abym mógł spać, nie oglądając się na gody. Jakoż około północka odszedłem do siebie, nie najpierwszy wprawdzie, bo już i państwa młodych nie było.
Muszę ci jeszcze powiedzieć, że w czasie największych miłosnych paroksyzmów, przybiegał Jaś do mnie i narzekał na okrucieństwo rodziców. Wtedy, rozumie się, pocieszałem go, jakem umiał, kończąc zawsze mniej więcej tym frazesem: „Czy pamiętasz czekoladę?... Otóż powiadam ci, że tak bywa ze wszystkiem; — wszystko, co nas zdaleka wprawia w zachwycenie, przejada się bardzo prędko, a czasem i niesmak