Strona:PL Bolesław Prus - To i owo.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


OJCIEC. Co, list?... z Warszawy?...
MATKA i DZIADEK (razem). List?... z Warszawy?...
GOŚĆ. Nie... to z Wólki.
OJCIEC. Z Wólki?... Od kogóż to?
GOŚĆ. A to od mego pana... bo my razem przyjechali z Warszawy.
MATKA. Więc to nie literat?
OJCIEC. Więc pan... tego ten... czy w obowiązku?
GOŚĆ. A tak... ja usługuję panu Karolowi... bo pan Karol mnie w Warszawie zgodził.
MATKA. To lokaj... Och!...
DZIADEK. Ehem!... coś mi się wydawało!...
OJCIEC (do gościa). To wyjdźże, mój przyjacielu, do kredensu, ja ci dam odpowiedź... (woła przez okno). Hej tam!... Bartek!...
PAROBEK. Słucham jaśnie pana...
OJCIEC. Już nie pojedziesz do doktora!
PAROBEK. A kiedy ten pan z Warsiawy kazał.
OJCIEC. Głupiś... to nie pan, to lokaj!... (woła znowu przez okno). Wojciechu!... hej!...
FURMAN. Słucham jaśnie pana!
OJCIEC. A już tam nie prowadź kobyłki do weterynarza!
FURMAN. A kiedy ten pan kazał.
OJCIEC. Jaki tam pan?... to dureń taki, jak i ty!... (mówi do dzieci). Ho! paupry!... już nie pojedziecie do Lublina!... bo to nie był literat z Warszawy, ale lokaj z Wólki!...
MATKA. Jaka kompromitacja!
DZIADEK. Ehem!... lokaj!...