Strona:PL Bolesław Prus - To i owo.djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KLOCIA. Ciekawam dlaczego? Cóż to, boisz się, żebym ci tego grubasa nie odbiła?... cha!... cha!...
PANI. Klocia zostanie w domu, ponieważ ma jedną tylko dobrą sukienkę, a tę odda Zosi.
KLOCIA. Zosi? sukienkę?... o nigdy!...
ZOSIA. Musisz dać, bo ja codzień w jednej chodzić nie będę, — ja muszę się urozmaicać.
KLOCIA. Otóż nie! nie dam ci sukienki, choćbym ją miała w kawałki podrzeć...
PANI. Klociu, bądź grzeczna! Jeżeli jednak istotnie nie możesz dać Zosi sukienki, to przynajmniej daj jej kok i trzewiki, a ja ci za to kupię coś.
KLOCIA. Zrobię to tylko dla mamy, że dam tej jaszczurce kok i trzewiki, chociaż co do owego kupna, to niebardzo mi się chce wierzyć...
ZOSIA. Och, ty poczwaro!... (Do mamy). Ale z kimże ja pójdę, mateczko? bo przecież idąc sama, nie mogę się krygować...
PANI. Pójdziesz z Władziem... Ladislas!... gdzie on jest?...
KLOCIA. Władek śpi, nie kazał się budzić, bo całą noc grał w karty.
PANI. No, to niech się tam trochę prześpi, a tymczasem poszlij, Zosiu, kogo do Szapsiowej z karteczką, ażeby nam pożyczyła sukienki...
ZOSIA. Gdzie ona tam pożyczy!... Ona się i tak upomina o salopę...
PANI. Pożyczy, powiadam ci. Damy jej z tatkiem nasze obrączki i jeszcze co, no, a na pierwszego tatko odbiera pensją.
PAN. Ależ...
PANI. Proszę cię, Franiu, nie zawracaj mi głowy. Ladislas! Ladislas!.. chodź-no tu, że wu pri...