Strona:PL Bolesław Prus - To i owo.djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


WŁADZIO. (wychodzi z drugiego pokoju, przeciągając się). Cóż to u djabła za krzyki w domu?...
PANI. Mą szer pójdziesz z nami na spacer i dasz ojcu swoje stare rękawiczki.
WŁADZIO. Co? co?... Ani na spacer nie pójdę, ani rękawiczek nie dam, bo sam iść muszę do miasta. Przytem potrzeba mi trzech rubli.
PANI. Nie mam...
WŁADZIO. Ehe... he!!... Nie mam, nie mam... łatwo się to gada!... Ja muszę zapłacić dług honorowy, bom wczoraj był przegrany, a mama nie ma pieniędzy... eheee!
PANI. Na honor, że nie mam!
WŁADZIO. Co?... nie macie w domu pieniędzy, a chce wam się włóczyć po spacerach?... i to ze mną?... Dobranoc paniom... a jutro przyszlę wam Moszka! (wychodzi).
ZOSIA[1] Maman!... co ten warjat robi?... on wyszedł, a z kimże ja pójdę na spacer?... oh!...
PANI. Pójdziesz sama, będziesz zamyślona i w przechodzie rzucisz smutne wejrzenie na wełniarza. Kiedy zachrząknę, upuścisz chustkę.
ZOSIA. No, więc ja już idę się ubierać. Ojciec także dobrzeby zrobił, ogarnąwszy się trochę przyzwoiciej.
PAN. Ależ...
PANI. Mój mężu, nie gadaj tak dużo. (do Zosi) Nie zapomnij, moja droga, o oczach, trzeba je trochę przyćmić.

ZOSIA. Rozumie się!...


  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.