Strona:PL Bolesław Prus - To i owo.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Niech zaczeka, nic pilnego!... Ja teraz nie mam czasu.
I tak jeden za drugim biegną politycy jak wyścigowe konie, — bo kto się spóźni, ten może gazety nie dostać, oni zaś, nie mając swoich gazet, czytają je o tyle, o ile pocztmajster pozwoli.
— Panie majorze dobrodzieju! — woła eks-radca do eksmajora — weź gazetę do domu, to przeczytamy razem!
— Chodź radca na pocztę, bo mi przecież do domu nie dadzą.
— Jakże mogę iść na pocztę, kiedym się z tym cymbałem pokłócił?
— Ha! ja temu nie winien — odpowiada eks-major.
A na poczcie?... Och! na poczcie, a raczej przed pocztą tłumy jakby na odpuście.
— Panie naczelniku — wołają na pocztmistrza — daj „Gazetkę“ rybeńko, choćby „Kurjerka...“
— Ależ panowie, gazet jeszcze niema!
— Jakto niema, kiedy słyszeliśmy trąbkę?
— To ekstrapoczta!
— A... a... a!.. oh!... Bodaj cię piorun trząsł!... A nie słyszeliście tam co nowego?
— Owszem — mówił pasażer — że Strassburg wzięli.
— Bój się ran boskich!... to być nie może!... Przecież ten Ulryk...
— Co tam Ulryk?... wzięli i basta!
— No!... a cóż Macmachon na to wszystko?
— Cóż Macmachon? to samo, co i inni, — dostał w .... i interes skończony!
— A Bazajne?
— To samo, co i inni!
— Kirje elejson!... o Chryste!... No!... a gazety prędko przyjdą?
— Niedługo!... niedługo!...
Na tem się kończy gwarliwa rozprawa z naczelni-