Strona:PL Bolesław Prus - To i owo.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


godzin 3,650, ty zaś według własnego świadectwa, tylko 480, pracował zatem 7 razy więcej i zapewne umiał też 7 razy więcej od ciebie.
— Ale — oburzył się Adam — pan nie bierzesz w rachubę zdolności!...
— Przypuśćmy, odpowiedziałem, że byłeś 3 razy zdolniejszy od niego, to znaczy tylko, że twoje 480 godzin pracy warte są tyle, co jego 1440, a i wtedy jeszcze wypadłoby, że muł musi blisko 3 razy więcej umieć niż ty!
Oj młodzi, młodzi! jak często wy zapominacie o słowach pewnego wielkiego człowieka, „że cierpliwość jest genjuszem,“ i że nie łatwość zapamiętania, ale wytrwałość cechuje ludzi znakomitych!
Poznawszy indywidua, łudzące się co do swej osobistej wartości, zobacz teraz ludzi nieograniczenie ufających w opiekę losu.
W jednem z naszych miasteczek żyje po dziś dzień pani M., wdowa emerytka, która od dwunastu lat większą połowę swego dochodu obraca na loterją. Radzono jej, aby oddawszy dzieciom swój grosz emerytalny, zamieszkała u nich, przez co i im dopomoże i sama mieć będzie wygody; ale uparta staruszka ani chce słyszeć o tem, co pół roku bowiem spodziewa się, że wygra 100 tysięcy. Wprawdzie od czasu do czasu wraca jej się stawka, lecz jejmość zamiast grosz obracać na potrzeby domu, dokupuje na nowo bilety i coraz większe do loterji zakłada pretensje.
Ile to ona dobrego ludziom zrobi, jak wygra, ilu ubogich wspomoże, ile kościołów wyrestauruje, ile da posagu najmłodszej córce swojej, — tego wszystkiego nie spisałbym na wołowej skórze. Dziś tymczasem, ubodzy odchodzą od jej progu z gołemi rękami, na dworku dach zacieka, córka oddawna została starą panną, a jej matka często chodzi bez trzewików i wyglądając lepszych czasów, żywi się kartoflami, które miłosierny sąsiad na swym ogrodzie sadzić jej pozwala.