Ingwa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Ingwa
Pochodzenie Z fali na falę
Data wydania 1931
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Indeks stron
INGWA[1]

I.

Od wieków biała wstęga gościńca Tokkaido biegnie płowym brzegiem morza. Od wieków kolumnada rosochatych sosen, rzucająca pod siebie w dni słoneczne splątaną sieć cieni, a w dni słotne sama czarna i mglista, jak cienie — towarzyszy drodze z obu stron i niknie wraz z nią na widnokręgu.
Poza gościńcem, na łagodnie spiętrzonych podgórzach, ciągną się łany zielonych pól i gajów, topniejąc zwolna w bławatach lub tumanach powietrza.
A jeszcze dalej poza niemi łańcuch sinych gór rozpostarł na niebie swe blednące skrzydła od końca do końca.
Przed niemi ocean, wiecznie jasny, wilgotno połyskujący — tajemniczy ocean.
Wesołe wsie, schludne miasteczka i wielkie miasta, budowane ze złotawego drzewa, gęsto świecą się wzdłuż ciemnej nici sosen gościńca, niby cudne sprzączki, rzeźbione ze starożytnego japońskiego bronzu.
Od wieków przechodziły tędy mrowia ludzi w barwnych strojach. Przejeżdżali na koniach wyniośli „dajmiosi“ z orszakami zbrojnych wasali w rogatych przyłbicach i czarnych pancerzach, zwisających z ramion, niby skrzydła górskiego orła. Przechodzili „samurajowie“ w krótkich płaszczach i płaskich kapeluszach, z dwiema szablami za pasem i spojrzeniem ostrem, jak rzuty strzał. Przechodzili bogaci kupcy w otoczeniu sług i biedni przekupnie z koszami na długich nosidłach. Przechodzili śpiewacy wędrowni, wędrowni rzemieślnicy i artyści, a każdy we właściwym mu stroju, z właściwym mu herbem i znakiem, wyszytym na połach lub plecach odzieży. Przesuwały się z twarzą nawpół zakrytą, niesione przez licznych lektykarzy w ciężkich „kango“, kobiety delikatne, jak cieplarniane kwiaty. Przechodzili kapłani w żółtych, białych lub liljowych szatach. Szli na uboczu pogardzani „eta“. Ostrożnie prześlizgiwali się straszni „roninowie“ z opuszczonemi na twarz przyłbicami wielkich kapeluszy, z ręką, spoczywającą niezmiennie na głowicy wiernego oręża…
Ale nadewszystko licznie płynął tędy od wieków tłum tych samych, co i dziś, wieśniaków, w stożkowatych, ryżowych kapeluszach, albo wprost w podwiązanych na głowie błękitnemi chustami, w sinych, barwionych indygiem, koszulach, w bawełnianych nogawicach, naciągniętych obciśle na silne, żylaste nogi… Ztyłu za nimi szły ich ogorzałe kobiety z parasolami w ręku, z węzłami lub dziećmi na plecach.
Przelatywały nad krajem huragany, szerzyły się pożogi, powodzie, wojny i mory. Zmieniali się panujący, zmieniała religja, zmieniały barwy i krój szat, lecz tłum wiejski, wciąż ten sam, choć coraz gęściejszy, przepływał po Tokkaido.
Aż oto tłum znikł, zrzedł, zmalał, jak maleje wsiąkająca w piachy rzeka, która zmieniła łożysko. Uniosła go kolej żelazna, świszcząc, dudniąc i hucząc po żelaznym torze.
Odtąd tylko w oknach wagonów migały twarze tłumów, wyglądających na piękną aleję czarnych sosen, w wielu miejscach opalonych przez skry pociągów.
Gorzej jeszcze było w mieścinach i wioskach, które kolej ominęła, szukając skrótów.
Tomari było właśnie takiem miasteczkiem.
Ale Tomari miało wszystko, czego mu było potrzeba.
Niezliczone tarasy pól ryżowych zębiły boki okolicznych wzgórz aż po same szczyty. W zasłoniętych od wiatru pazuchach wypukłości kędzierzawiły się krzewy herbaciane. Na płaskościach i łagodniejszych chyliznach falowały drobno pocięte pszeniczne, prosiane oraz indygowe niwy. Złocił się rzepak, szumiał wąsaty jęczmień. Na miedzach strażował gęstemi szpalerami wysoki bób, kukurydza, czarne proso olbrzymie i czerwony pieprz strączkowy. Nad rowami chyliły się kołtuniaste pieńki wierzb, strzyżonych, jak owce, na opał. Nawet bagna były starannie obsiane szczotkami cennych sitowi na maty, wśród których tryskały kępy cudnych bambusów, przyjaciół człowieka. A bliżej domów mieszkalnych piętrzyły się, niby zielona piana, sady drzew owocowych: morw, moreli, złotych „kaki“, migdałów, grusz, bananów z liśćmi, jak puklerze…
O tak, Tomari miało wszystko, czego mu potrzeba!
Miało prócz tego tuż przed sobą ocean, z którego szafirowej dali co wieczór napływały stada białych żagli rybaczych i, zwinąwszy skrzydła, zasypiały do rana na piasczystej ławicy u stóp cichego miasteczka.
Tak było od wieków.
I dlatego z nastaniem nowej ery, „ery oświeconej“, Tomari nie skurczyło się, nie upadło, owszem wzrosło o kilka domów, które wybudowały tu rodziny samurajów, uciekające od zalewu „joo“ — cudzoziemszczyzny.
Na górnej galerji jednego z takich domów, wzniesionego na pięknem, wysokiem podmurowaniu z niecosanych głazów, stała młoda kobieta w ciemnem, jedwabnem „kimono“ z wiśniowem „obi“ i czerwonym kwiatkiem w czarnych, wysoko zaczesanych włosach. Sposób uczesania i brak czerwonych wypustek na ramionach wskazywały, że jest mężatką. Nie musiała jednak być tutejszą, gdyż w małych, rozchylonych ustach widniały, wbrew obyczajom, białe, nieczernione zęby, a nad błyszczącemi, czarnemi, podłużnemi, jak śliwa, oczyma, wznosiły się ruchliwym lukiem śliczne, cienkie brwi, które nie poznały dotychczas brzytwy[2].
Mieszkanki Tomari miały to za bardzo zgubną i naganną cudzoziemską modę.
Młoda kobieta patrzała w ciemniejącą dal oceanu, gdzie majaczyły już ptasie widma łodzi rybaczych, śpieszących do brzegu.
Ciepły, brunatny zmrok wiosennego wieczoru już przysnuł ziemię, a na niebie gasnąca zorza ściągała pośpiesznie swą złoto-purpurową łunę przed pochodem zapalających się gwiazd.
Gromadki dzieci, bawiących się na ulicy, rozbiegły się po domach. Opadał dzienny kurz, ucichał gwar i w ciszy wyraźnie dobiegały ciężkie stąpania prowadzonych z pól wołów i wesołe głosy wracających do domów wieśniaków. Przywarły się rozwarte dotychczas drzwi i okna; zastukały zasuwane w ramy deski okiennic. Przez szczeliny i otwory zabłysły zapalone wewnątrz światła.
Młoda kobieta wciąż stała zapatrzona w gęstniejące ciemności, wśród których jasną plamą mglił się jedynie biały obłok okrytych kwiatem drzew wiśniowych, wyciągniętych szpalerem wzdłuż ulicy.
— To dziwne! Dlaczego dziś nie przechodził?… — rozmyślała młoda kobieta. — Jaki on zabawny w tym swoim europejskim kapeluszu, z podkręconym wgórę wąsikiem… Naco on liczy? Czego się spodziewa?… Może przekonał się wreszcie, jak głupie i beznadziejne są te jego zabójcze spojrzenia, i przestanie nakoniec włóczyć się tutaj… I przysyłać żałosne wieści o swych cierpieniach przez ślepego Oszidori!… Już i tak zaczęły się plotki i wczoraj… wieczorem odwiedził mię niespodzianie brat męża, aby… dowiedzieć się o mojem zdrowiu!…
Pomimo tych moralnych rozmyślań, młoda kobieta wsłuchiwała się jednak pilnie w dźwięki, płynące z głębi mrocznej ulicy. Ale stamtąd już nic nie dobiegało, prócz przeciągłych, monotonnych treli piszczałek ślepych „amma-san“ (masażystów) oraz aksamitnego szumu płytkich fal morskich, pieszczących ławicę…
— Misawa-san, kąpiel dawno już gotowa!… — szepnęła służąca, zjawiając się w otworze odsuniętej „szodżi“.
— Dobrze, Teruci! Zaraz idę, a nie zapomnij wpuścić „amma-san“… Wszak to dziś jego dzień…
— Pamiętam, Misawa-san!… Wszystko będzie, jak należy!…
Siedząc w gorącej kąpieli, Misawa słyszała wybornie poprzez cienkie ściany domostwa dobrze znany jej przenikliwy trel masażysty: dwie długie nuty, przedzielone dwiema krótkiemi; potem usłyszała, jak wyszła za drzwi Teruci, jak rozmawiała z Oszidorim i jak ociemniały starzec, ciężko stąpając sztywnemi nogami i postukując swym koszturem, wchodził na schody.
Przeciągnęła się zlekka w wodzie i wyszła, zarzuciwszy na rozgrzane ciało leciuchne nocne kimono w jasno-błękitne fale.
Starzec już siedział w kucki przy drzwiach jej sypialni. Miał brzydką twarz, podwiązaną, jak zwykle, białą chustą aż po oczy. Pozdrowił ją głuchym, zmienionym głosem.
— Co ci to, amma-san? — spytała ze współczuciem.
— Przeziębiłem gardło w czasie onegdajszego wiatru… Ale dziś spotkało mię gorsze nieszczęście, Misawa-san!… I pewnie nie zarobię na wieczerzę, jeżeli nie ulitujesz się, Misawa-san, i nie poślesz do cenroku Teruci… Sklep na pewno jeszcze nie zamknięty… Rzecz w tem, że zgubiłem maść do zwilżania palców… To, co zostało, zaledwie starczy dla ciebie!…
Młoda kobieta wahała się, ale ociemniały wzdychał i chrząkał tak żałośnie, nie ruszając się od proga, a oczy Teruci świeciły taką ochotą przewietrzenia się w ciepły wieczór wiosenny, że kiwnęła wreszcie głową. W dodatku stary wyga już nieraz uciekał się do podobnych wybiegów, kiedy chciał sługę oddalić i powiedzieć jej pani coś na osobności. Ciekawość przemogła.
— Idź. Ale wracaj prędko… Nie zatrzymuj się nigdzie!… Czy wieczerza gotowa?…
— Gotowa. Wszystko gotowe!… — powiedziała wesoło Teruci, poprawiając ostatecznie posłanie pani.
Misawa zrzuciła kimono i wyciągnęła się na nim, mając jedynie dokoła bioder zwykłą, ognistą przepaskę kobiet japońskich.
Starzec zrzucił zwierzchnie ubranie i zbliżył się ku niej na klęczkach. Na twarzy pozostawił chustę, aby nie kalać młodej kobiety „zatrutym i umierającym“, jak mówił, oddechem starca. Wydał się Misawie jakimś smuklejszym i bielszym, niż zawsze, lecz było to zapewne złudzenie, wywołane migotaniem świecy…
— Co tam tak dmucha? Przestaw ją na inne miejsce, Oszidori!…
Oszidori wymacał wyciągniętemi rękami lichtarz na podłodze i odstawił go w kąt jeszcze dalszy, dokąd już nie przesiąkał wiatr morski, poczem znów podpełzł do młodej kobiety i pochylił się nad nagiem jej ciałem.
Misawa oparła szyję na podstawie wezgłowia, odchyliła wtył głowę i zamknęła oczy. Gdy dłonie starca przeszły wzdłuż jej ciała i dotknęły piersi, drgnęła.
— Jakże gorące masz dziś ręce, Oszidori!…
— To od kataru!… — odszepnął starzec.
— Opowiedz, co słychać nowego w mieście!…
— Nowin mało. Najważniejsza chyba ta, że trzpiot Nojo już nie będzie niepokoił więcej nikogo, o pani…
Młoda kobieta poruszyła się, aby ukryć ponowne drgnięcie. Palce masażysty, jak gorące żmije, sprawnie biegały po jej członkach, pędząc krew w przyśpieszonem tętnie.
— Cóż się stało?
— Chory. Nie przyjmuje pokarmu, nie śpi, leży w gorączce, powtarzając jedynie… imię, pewne imię!…
— Głośno? Co za nierozwaga… Czyjeż to imię?…
— Jest to imię młodej kobiety, która mieszka w nowym domu obok gaju kwitnących wiśni… Nikt nie domyśla się, kto to jest, gdyż nazywa on ją w swych modlitwach „Gołąbką Słonecznego Bambusu“… On kocha ją nad życie… i prędzejby umarł, niż przyczynił jej cierpień…
— A jednak prześladuje ją!…
— Czyż prześladuje!?… On jedynie nie może wyrzec się jej widoku. On nie może nie dążyć ku niej, jak fala morska nie może nie dążyć za księżycem… On pokochał ją od pierwszego wejrzenia, co znaczy, że w ubiegłych wcieleniach oni byli sobie przeznaczeni, może nawet należeli do siebie… I wyrzec się jej jest nad jego siły… On szukać jej będzie przez ogień, wodę i żelazo…
Szept starca stawał się coraz namiętniejszy… Misawa nie poznawała jego zmienionego głosu… Zaprzestał nagle masażu i pochylił się nad nią tak blisko, że przerażona kobieta otwarła oczy…
Chusta opadła z twarzy rzekomego masażysty, ślepe jego oczy otwarły się i zbliska — gorejące, straszne, drapieżne — patrzały w jej oblicze… Misawa odgadła wcześniej nim poznała Noja. W pierwszej chwili zamarła, jak rażona piorunem, poczem zerwała się i drżącą ręką jęła szukać ukrytego w wezgłowiu sztyletu…
Lecz było już zapóźno. Młode ramiona otoczyły ją żelaznym pierścieniem.
— Wiem, wiem… że grozi mi śmierć… Lecz kocham cię na siedem istnień! I ty mię kochasz, czuję to! Więc… poco… opór!?… Bądźmy szczęśliwi choć chwilkę, aby umrzeć, gdy zajdzie potrzeba, bez… żalu i aby w nowem wcieleniu spotkać się ze spotężniałą tęsknotą!
Gdy wpół godziny potem sandały Teruci zastukały na schodach kamiennych, stary ammasan znowu siedział z podwiązaną twarzą, skulony w półcieniu u drzwi i układał w torebce swoje manatki.
Leżąca na pościeli bezsilnie, jak potargany łachman, Misawa uniosła się z trudem i wdziała domowe kimono.
Mocno wciągając powietrze i przypadając do samej ziemi, głuchym głosem dziękował stary służącej za przyniesioną maść, poczem wyszedł, macając kijkiem przed sobą.
Po chwili trel jego fletu już brzmiał woddali u wrót sąsiedniego domostwa.




II.

Od dnia tego zaczął słabnąc niepokój mieszkańców Tomari o cnotę pięknej Misawy, gdyż młody Nojo przestał wałęsać się koło jej domu. I nawet wogóle przestał wałęsać się, a matka jego, czcigodna wdowa Kasziwade, twierdziła, że syn jej ma poważne zamiary zająć się czemkolwiek.
Dopiero w porze kwitnięcia glicynji, kiedy z ogrodzeń, ze ścian i z okapów domostw, z balustrad balkonów zaczęły spływać ametystowe strugi cudnego kwiecia, utrudniając do nich dostęp, a gorące powietrze, przesycone zapachem magnolji, ułatwiało czuwanie, stróż nocny, Hogi, zauważył raz podejrzany cień, ześlizgujący się z podmurowania interesującego domostwa.
Z początku myślał, że to złodziej i chciał narobić hałasu, ale wstrzymał się, spostrzegłszy że w górnem oknie zabłysło światełko, a jednak nikt nie wszczynał alarmu. Uderzył więc tylko mocno w ziemię swym żelaznym koszturem stróżowskim, obwieszonym wiązkami brzękliwych kółek, i ruszył dalej.
Ale odtąd miał już oko na ten dom… I znowu w kilka dni potem, gdy stał cicho w cieniu, zapatrzony na rozchybotany ocean, połyskujący w świetle młodego księżyca, wydało mu się, że czarny cień mignął na białem tle górnej „szodżi“. Ponieważ wszakże, mimo małą odległość, nie pochwycił najmniejszego szmeru, zaczął przypuszczać, że mu się przywidziało lub że to był jaki duch opiekuńczy, albo błogosławiony smok, którego spłoszenie mogło przynieść nieszczęście. Odszedł więc cichutko, wlokąc za sobą po ziemi swe gwarliwe godło. Dopiero o jakieś sto kroków uderzył niem z całej siły o twardy grunt, dobywając huk grzmotu i jęk dzwonu z swej potężnej sztaby.
Gdy jednak znowu w dni parę zauważył, jak na tym samym balkonie przed świtem odsunęła się cichutko „szodżi“ i stanął w księżycowym blasku młodzieniec piękny, jak starożytny „kami“, Hogi zląkł się nie na żarty i przywarował, szepcąc: „Namu Amida Butsu“[3]. Ale nazajutrz raniutko, przed powrotem do domu, wsunął się ostrożnie do kuchni czcigodnego Inotsuke Jokojama, brata nieobecnego Inotsuke Takeo, męża pięknej Misawy-san.
Zaspana służąca rozpaliła właśnie ogień we wgłębieniu kuchennem i wieszała nad nim pyzaty imbryk. — Dzień dobry, Matsu! Jokojama-san pewnie jeszcze spoczywa…
— Siadajcie, zacny Hogi, tu, bliżej ognia… Zimny dzisiaj poranek, prawda?… Co słychać?… Co za nowiny niesiecie dla mego pana?…
— Dziś jak zawsze! W nocy wszyscy śpią, oprócz złodziei!… Dlatego stróż nocny nie miewa nowin!…
— O tak!.. Ale myślałam, że będę mogła was wyręczyć, gdyż długo trzeba czekać zanim Jokojama-san obudzi się, weźmie kąpiel, napije się herbaty… Wszak nie słyszę nawet jeszcze pokasływania pani Chacisube!…
— Poco mają się śpieszyć?… Ludzie zamożni!… — filozoficznie zauważył Hogi, biorąc z „hibaczi“ węgielek, aby zapalić fajeczkę. Pociągnął łyk dymu i podał ją służącej.
Ta przyjęła ją poważnie i, paląc, zerkała nań zboku.
— Przebiegły stary! Na pewno coś ma!… Ale nie powie i nie pójdzie!… Nie popuści swoich pięciu a może nawet dziesięciu senów!… Coś ma ważnego!… Lecz nie należy kłócić się ze stróżem nocnym! — rozmyślała, puszczając dymek.
Z uśmiechem rozmawiała z nim dalej, nie przestając krzątać się koło gospodarstwa.
I pan i pani Inotsuke dowiedzieli się o odwiedzinach nocnego stróża natychmiast po obudzeniu. Odwiedziny te były jednak natyle niezwykłe, że nie mogli zdradzić swego zaniepokojenia przez zbytni pośpiech. A więc dopiero po kąpieli wezwali starego do siebie i Chacisube własnoręcznie podała mu filiżankę herbaty…
Jakże upłynęła ci noc, zacny Hogi?… — spytał wreszcie samuraj.
— Zdaje się, że dość pomyślnie, jak zwykle!… — odrzekł stróż, spoglądając ostrożnie na panią domu.
Ta po krótkiej chwili wyszła do kuchni w gospodarskich sprawach.
— Cóż więc się stało, możesz mówić, Hogi!… Tam za drzwiami niema nikogo!
— Sprawa delikatna!… Biednego człowieka łatwo mogą ludzie skrzywdzić…
— Mów, mów, nie lękaj się!…
Hogi wciągnął mocno powietrze przez zęby i pochylił się.
— Powszechnie znana jest szlachetność i szczodrobliwość wasza, szlachetny panie!
Jokojama-san zlekka się zmarszczył. Siedzieli chwilkę w milczeniu z opuszczonemi powiekami.
— Już… kilka nocy zrzędu… słyszałem „szodżi“ skrzypiące… na górnem piętrze domu czcigodnego Inotsuke Takeo… Jednakże nie zrobiono w policji… złodziejskiego alarmu!
Jokojama-san nie ruszał się i powiek nie podnosił.
— Zapewne był to… wiatr!… — szepnął pa długim namyśle.
— O, bezwątpienia!… Mocne podmuchy dęły przedwczoraj… Ale dzisiejsza noc była cicha i wilgotna…
— Dom brata stoi tuż nad brzegiem!…
— So-desu! (Ano juści!) — zgodził się Hogi.
— Oto dziesięć sen, Hogi, za tą pieczołowitość! Dziękuję ci!… Należy zwrócić im uwagę, aby dobrze zatrzaskiwali ramy… Już ja się tem zajmę!
— O tak!… Czcigodny Jokojama-san!… Stróż nocny jest, jak buddyjski spowiednik!… — syczał, wciągając powietrze, Hogi.
Z niechcenia podrzucił na dłoni drobną monetę, jakby wydała mu się za lekką.
— Zostaniesz zawsze wynagrodzony za swoją życzliwość!… — wycedził gospodarz, śledząc jastrzębim wzrokiem jego ruchy.
Na korytarzu zaszeleściło kimono Chacisube.
— Hai!… — mruknął stróż. — Życzę szczęśliwego dnia czcigodnemu domowi!
Na klęczkach cofnął się za drzwi, uśmiechnął się mimochodem do wyglądającej ciekawie z kuchni Matsu i wyszedł.
Na ulicy za węgłem domu długo oglądał otrzymany pieniądz i namyślał się, coraz zerkając w stronę domu Nojo. Datek stanowczo był za mały; liczył conajmniej na pół jena… Ale sprawa była zbyt delikatna!… Może zresztą uda się co jeszcze utargować od Inotsuke Takeo, który był o wiele szczodrzejszym od chciwca Jokojamy.
— Ha, będziemy czekać! Stróż nocny jest, jak buddyjski spowiednik!… — powtarzał sobie.
Powlókł się ulicą budzącego się miasteczka.
Dym sączył się z kominów, z dymników i łączył z unoszącą ku górze mgłą nocną. Przez rozsunięte szeroko ściany widać było wnętrza pokoi, po których uwijały się gospodynie i ich pomocnice z trzepaczkami, mokremi szmatami, miotełkami, gąbkami. W powietrzu unosił się przytęchły zapach gotowanego ryżu, niezupełnie świeżej ryby i mdłej morszczyzny. Tylko co przybyli z połowu rybacy wyrzucali z łodzi na piasek ogromne, brunatne flądry z perłowemi podbrzuszami i potworne mątwy z wąsami, mackami i odwłokami splątanemi, jak wyrwane wnętrzności. Rybaczki ładowały je w kosze i unosiły na plecach. Inni rybacy rozwieszali mokre, zrudziałe sieci na długich kozłach.
A krótkie, niecierpliwe fale biły w mieliznę, nabiegając z szumem i pianą zdaleka, z mglistych przestworów oceanu, z pod szarych, skłębionych chmur, zaróżowionych zorzą.
Wraz z niemi mknęły chyżo ku brzegowi, chyląc się wdzięcznie, płateczki białych, wydętych wiatrem, spóźnionych żagli.




III.

Inotsuke Jokojama starych trzymał się obyczai. Głowę pośrodku golił, zostawiając jeno koło uszu sute pukle, których ogonki, starannie zwinięte i związane razem, tworzyły na ciemieniu mały, podłużny kok, podobny do płaskiego czuba czajki. Obszerne jak spódnica rajtuzy „hakami“ wdziewał tylko na wielkie uroczystości. A poza tem szlachetnych jego członków nie zeszpeciły dotychczas nigdy ani spodnie, ani buty europejskie, ani europejski kapelusz. Zimą i latem na gołe ciało, opasane dokoła bioder czyściuchną, białą przepaską, wkładał krótką koszulkę, a na to obszerne kimono z miękkiego jedwabiu, zawsze ciemnych kolorów, z białemi krążkami herbów, wyszytych poniżej ramion na obojczykach oraz na łokciach obszernych, szeroko rozciętych rękawów. Za pas, tam gdzie dawniej nosił dwie szable, zatykał teraz duży, czarny wachlarz, szanując wolę mikado, zabraniającego oręża. Z drugiej strony wisiała fajeczka oraz kapciuszek z tytoniem. Na nogach nosił lekkie, drewniane sandały.
Wychodząc z domu, narzucał krótką, czarną pelerynę, również z herbami, a głowy nie nakrywał wcale. Zato nie opuszczał go prawie wielki, bambusowy parasol, kryty naoliwionym papierem, dobry zarówno w deszcz, jak i od słońca.
Do bratowej nie udał się wprost, lecz, rozglądając się nieznacznie, przeszedł całą ulicę, aż do małej kapliczki czerwonej z białemi, porcelanowemi posążkami lisów i czerwoną „tori“ przed wejściem, jaka stała u pierwszych sosen drogi Tokkaido.
Tu przystanął i, patrząc w nieskończenie długi, zwężający się korytarz ciemnych drzew, rozważał jeszcze, jak ma postąpić i co mówić. Stare, mądre nakazy przewidywały wszystko; chodziło o to, aby je należycie zastosować.
Gdy w zamyśleniu stał z opuszczonemi po wiekami i nieruchomą twarzą, z ręką na rękojeści wachlarza, można było pomyśleć, że się modli.
I istotnie modlił się do duchów opiekuńczych, do przodków znakomitego rodu Inotsuke, aby uchroniły go od mylnych kroków w tak ważnej sprawie…
Przechodnie witali go zwykłem „sajonnara“, zlekka przysiadając i kładąc ręce na zgiętych kolanach. Odpowiadał im bez względu na ich stan i położenie z niezmienną powagą i grzecznością dobrze wychowanego szlachcica.
Wracając, wstąpił umyślnie do sklepu, kupił drobiazg jakiś, poczem u ulicznego kwiaciarza wziął parę liljowych irysów i, niosąc je ostentacyjnie w ręku, zbliżył się do domostwa brata.
Teruci z podwiązaną ręcznikiem głową skrobiąca na kuchennych schodkach jarzyny, zaraz go spostrzegła i z mokremi rękami skoczyła do pani, aby ją uprzedzić.
Zmieszana Misawa wsunęła co prędzej do szufladki biureczka list, który trzymała w ręku, powiodła lekko ręką po zapłonionej twarzy i pośpieszyła ku drzwiom. Za progiem zaraz przyklękła i pochyliła głowę, gdyż dziewierz był już blisko.
— Czcigodny poranek, Misawa-san! Czy dzisiaj, jak dawniej!?
— Czcigodny poranek, stary panie! Dziękuję!… Tak mniej więcej!… Czy Chacisube-san zdrowa? Dlaczego nie przyszła?
— Chacisube-san ma w domu dużo zajęcia! — odparł, siadając na podsuniętej poduszce. — Weź, to dla ciebie! — dodał łagodnie, podając jej kwiaty.
— Ach, dziękuję! Jakie piękne!…
Znowu pochyliła przed nim zarumienioną twarzyczkę i nie dostrzegła surowego spojrzenia, jakiem obrzucił jej cokolwiek zmięte uczesanie. Wyszła pośpiesznie, tuląc drgające usta do chłodnych i wilgotnych liljowych płatków.
Gdy wróciła po niejakim czasie, niosąc ciastka i herbatę, oblicze jej miało już zwykłą barwę okiści wiśniowego kwiatu, a koralowe usta rozchylał spokojny, życzliwy uśmiech.
Ale Jokojamę niełatwo było oszukać i rozbroić. Małe jego oczki nie straciły ostrego wyrazu.
— Dawno miałaś wieści od Takeo? — zapytał, przyjmując odeń filiżankę.
— Onegdaj dostałam list. Pisze, że połów sardynek był stosunkowo niezły, że obecnie suszą kompost, korzystając z ostatnich dni pogody, że wszystko idzie niezgorzej i że starzy rybacy wróżą wczesny połów śledzi, że więc może w tym roku… wróci…
Ostatnie jej wyrazy rozpłynęły się znowu w uśmiechu.
Jokojama odpowiedział porozumiewawczem pochyleniem głowy i podobnym uśmiechem.
— Aha! Cóż ty na to!?
— Ja?… Rozumie się, rada jestem!
Znowu tarcza uśmiechu, ale tym razem kąciki ust zaległa niezwalczona sztywność. Czuła, że wzrok starego ze wstrętem i wzgardą spogląda na jej niegolone brwi, na białe i równe, jak u rozkosznicy, zęby. Zamknęła usta i wyciągnęła rękę do pustej filiżanki gościa.
— Pogoda zmieni się niebawem… Te chmury, to wróżba „jamase“ — zauważył Jokojama, spoglądając przez szeroko rozsunięte „szodżi“ na brzeg piasczysty, zasłany sieciami i łodziami rybaczemi, na bezmiar rozedrganego morza, to mierzchnący w cieniu nabiegających chmur, to złocący się w promieniach słońca, przeświecającego w obłocznych przerwach.
— Ach, tak, „jamase“! — powtórzyła z uśmiechem, nie śmiejąc dodać, że wiatry te przyprawiają ją, mieszkankę gór, o nieznośny ból głowy, że wprost przerażają ją. Ale on dobrze wiedział o jej cierpieniach i czyhał na najmniejszy wyraz niezadowolenia.
— Jakże się udały Chacisube-san w tym roku peonje?
Twarz samuraja trochę złagodniała.
— O tak, były niezłe. Teraz opadają!… Dlaczego nie przyszłaś ich obaczyć?
Misawa w milczeniu pochyliła głowę i podsunęła dziewierzowi ciastka. Widocznie nie pamiętał, że zapomnieli ją zaprosić.
— Szczególnie ładne były odmiany, które sprowadziłem w tym roku z południa… — zaczął z ożywieniem Jokojama.
I długo rozwodził się o różnicach w barwach i kształcie kielicha rozmaitych gatunków; mówił o wyższości jednych pod temi względami, drugich pod innemi, o trudności pielęgnowania kwiatów, wymagających tyle światła a tak strasznie lękających się promieni słonecznych…
— Najlepsze są dla nich namioty z bladobłękitnawego płótna…
Gdy wreszcie odszedł po godzinie pobytu, sprowadzony na sam dół kamiennych schodów przez kłaniającą się i uśmiechniętą gosposię, Teruci wyskoczyła na spotkanie swej pani.
— Prawdziwy smok, smok!… Miesiąc nosa nie pokazywał… A przyniósł dwa irysy!… Dwa irysy!… Skąpidło obrzydliwe!…
— Cicho, Teruci!… Nie w wartości podarunku wyraża się serce!
— Serce!? Dobre serce!?… O! Wszyscy aż nadto dobrze o nim wiedzą w Tomari. Ba, w całej okolicy, jak długa Tokkaido! Czego on tylko chciał tutaj, co wypatrywał ten stary borsuk!?… — mruczała służąca, brząkając naczyniami w kuchni.
Misawa tymczasem śledziła dziewierza w małem zwierciadełku, ukryta w głębi pokoju. Widziała, jak zwolnił kroku koło łodzi rybackich, jak, spotkawszy marynarza, zaczął z nim gawędę, jak nareszcie ruszył dalej. Gdy obraz jego znikł w lustrze, gdy poczuła się zupełnie samą, twarz jej zadrgała, wykrzywiła się i łzy rzęsiste popłynęły na długi zwitek listu, który znowu wyciągnęła z szufladki.
Takeo pisał nietylko o połowie ryb.




IV.

— Wiesz, Nojo, myślę, że nie będziesz mógł przychodzić więcej…
— Co?… Dlaczegóż to?
— Lękam się, że nie będziesz mógł… — nastawała. — Coś czai się dokoła nas, co mię przeraża… Boję się, niewymownie się boję! Niedawno znowu odwiedził mię stary Inotsuke…
— A wiem. Mówiono o tem w miasteczku.
— Widzisz…
— Nic nie widzę. Przecież ci przyniósł… dwa irysy!
— Oni nas śledzą. Po oczach poznałam, że się domyśla, a może i wie na pewno…
— Niech się domyśla, byłe nie złapał!
— O, nie mów tego. W dodatku czy nie uważałeś, jak Hogi od niejakiego czasu krąży dokoła naszego domu… Szczególniej, kiedy ty jesteś…
— To właśnie dobrze; przy sposobności dam mu jena…
— Słyszysz: znowu nadchodzi!…
Umilkli i, przytuleni do siebie, nasłuchiwali, jak w ciemnościach poprzez ryk morza, poprzez szum wiatru, uderzającego w ściany i okiennice, przebijał się ostry dźwięk żelaznego kosztura i jego brzękadeł. Głucho uderzał o ziemię coraz bliżej i bliżej, aż po dłuższej, męczącej przerwie wybuchł nagle tuż pod domem i, przeniknąwszy przez cienki papier „szodżi“, przelatał nad ich głowami, jak potworny jęk, zmieszany z metalowym zgrzytem i śmiechem.
Misawa drgnęła.
— Nie bój się, ukochana! — uspokajał ją Nojo, garnąc ku sobie. — On zaraz odejdzie!
Ale dźwięk długo nie powtarzał się i wydawało się im, że jakiś czarny płaz owija się dokoła kamiennej podstawy domu, pełznie wzdłuż ścian, wsuwa głowę aż na ich balkon.
Misawa leżała zmartwiała. Nawet Nojo wyprężył się wyczekująco.
Wtem odezwały się znowu posępne jęczenia, rzecz dziwna, już gdzieś niezwykle daleko…
— Dam mu dwa jeny przy sposobności!… — zamruczał młody urwis.
— Lepiej… zupełnie…
— Słyszeć o tem nie chcę!…
— Zaczynają się „jamase“…
— Właśnie: wiatr i słota!… Wymarzona osłona! Mam wyborne oczy, złodziejski słuch i szybkie nogi… Nieprędko złowią mię, gdyby nawet dostrzegli…
Misawa nie odzywała się, ale ciepłe krople jej łez kapały mu na nagie ramiona…
— A i ty nie bój się… — ciągnął z pewną niecierpliwością. — Będę ostrożny i, jeżeli co zauważę, nie przyjdę… Oho, umiem ja zamiatać ślady… Upewniam cię… Nie po raz pierw…
Urwał i przygarnął ją gwałtownie do siebie.
— W dodatku, czyż nie czujesz, że cię kocham ponad wszystko?… A ty, czyż mię nie kochasz?… Jakże więc możesz żądać, abym cię opuścił? Czyż nie jesteśmy, jak dwie połowy rozciętej mątwy, które przestają cierpieć dopiero wtedy, gdy są złączone… Czy nie jesteśmy, jak dwa ptaki Sijoku, mające jedną duszę w dwóch ciałach? Doprawdy, nieraz wydaje mi się, żem cię znał dawno, że to nie ty, a ktoś inny, od wieków szukany i wymarzony… To na pewno przekonywa mię, że byliśmy sobie przeznaczeni w jednem z poprzednich wcieleń i że nieszczęśliwy los rozdzielił nas, jak rozdzielił Gompaci i Komurazaki!… Czyż chcesz, abym zginął, jak on?
Zarzuciła mu ręce na szyję.
— Tylko na twojem sercu czuję się dobrym, spokojnym, lepszym…Mam ochotę dźwignąć się, wyjść z bezczynności… Zostać czemś… Nie gub mię więc!…
— Czy istotnie wyszukałeś sobie zajęcie?
— O tak! Zostanę kupcem. To odpowiada moim skłonnościom. Będę przebiegał Japonję od końca do końca… Zwiedzał rozmaite ciekawe miejsca… Będę mieszkał w coraz innych miastach… Być może, że zwiedzę nawet Amerykę i Europę… Tego mogą wymagać interesa… Nie miałem wprawdzie nigdy zdolności do nauki i nie posiadam języków, ale z pieniędzmi łatwo się rozmówić… A sam handel nie przedstawia trudności, bo cóż łatwiejszego, jak obliczyć zyski, jeśli się wie, zaco się kupiło i za ile należy sprzedać?… Choćby naprzykład kompost rybi, który przygotowuje twój mąż?… Dostaje od hurtownika w Hakodate po 12 jen za koku, a chłopi na miejscu chętnie płacą po dwadzieścia do dwudziestu pięciu. Jakże ogromny zyski I za nic… Za małe zastanowienie i prosty rachunek, no i trochę pieniędzy, ale te mam… Wiesz, co przychodzi mi do głowy, że mógłbym wejść w spółkę z twoim mężem. Dobre moglibyśmy robić interesa! Co?… I z tobą mógłbym się często widywać, nie wzbudzając podejrzeń… Co?
Misawa milczała nieporuszona. Wiatr i deszcz siekły niemiłosiernie po dachu i ścianach domostwa, wdali ryczało rozkołysane morze, a poprzez te dźwięki jęczał zoddala przenikliwie, zbliżający się znowu, żelazny kosztur Hogiego.
— A zresztą, czy poto zeszliśmy się tutaj, aby robić handlowe wyliczenia? Czy to nie śmieszne? Ha, ha!… Przecież, Misawo, nie jesteś workiem pieniędzy!… Taka jesteś ciepła!… Ha, ha!… Prędzej ja jestem grubym, ciężkim workiem ze srebrnemi jenami… Toczyły się ze mnie, och, te okrągłe monetki!… Matka nie zdążała napełniać! Ale to się zmieni, upewniam ciebie, kochana!… Zmieni się!… Będę bogatym, bardzo bogatym, a wtedy kupię cię u Takeo na wagę. Ile ważysz, tyle srebra położę… Ha, ha!… Zgoda? Co?… — śmiał się chłopak i tulił do siebie milczącą kochankę.




V.

Jokojama-san należał do ludzi, którzy nieprędko odzyskują utracony spokój.
Wprawdzie osobiste wywiady nie potwierdziły jego podejrzeń i nie dostarczyły mu dowodów. Przeciwnie, zachwiały je do pewnego stopnia, gdyż zachowanie się bratowej było jak dawniej skromne, ciche i bez zarzutu, a jedyny możliwy jej współgrzesznik w miasteczku, urwis Nojo, bardzo spoważniał i pilnie gotował się do zajęć… handlowych, o czem Kasziwade-san nie omieszkała powiadomić bliższych i dalszych sąsiadów.
— Pracuje, wciąż liczy!… Kupił sobie deskę rachunkową!…
Gdyby Misawa była mężczyzną, połowy tych dowodów starczyłoby, aby usunąć powątpiewanie; ale Misawa była kobietą, a o nich — wszystkie starożytne sentencje mówią zgodnie tyle złego…
— Ha, może to tylko wybieg tego hultaja Hogi, który myślał na tem grubo zarobić!? Dobrzem zrobił, żem mu dał mało… Zawsze lepiej dać mniej, niż za dużo, bo można… dodać, a wrócić już niepodobna!… — uspokajał się stary.
Skoro jednak wypadkiem zetknął się z Hogi, zapytał go żartobliwie:
— Cóż… skrzypi?
— Wiatr teraz, czcigodny panie… Prawdę powiem, że nie słychać, ale zato… widać!
— Cóż takiego widać?
Stróż uśmiechnął się dyskretnie i przemilczał.
— Ech, troi ci się w ciemnościach. Co można zobaczyć w taką szarugę!?
— Bywają i ciche noce… księżycowe!
— No tak, bywają… — zgodził się samuraj, lecz nic więcej nie dodał.
I Hogi odszedł.
— Nowe naciąganie!… Niema głupich!… — rozważał, idąc ku domostwu, przezorny Jokojama-san.
Gdy wszakże nadeszła noc względnie spokojna, zabrał parasol i, pod pozorem pilnego interesu do mieszkającego na wsi dłużnika, poszedł, unosząc pod połą wierną szablę rodową.
Ostrożnie, chyłkiem, ze zgaszoną latarnią prześlizgnął się Jokojama wzdłuż ulicy aż do piasczystej mielizny naprzeciwko domu brata. Tu odszukał upatrzoną zawczasu starą łódź i przysiadł w jej cieniu na legarze. Poza nim pluskało cicho morze, przed nim rozpościerała się ciemna plama roztopionego w mroku miasteczka. Nieliczne światełka w oknach domostw czerwono świeciły w mglistem powietrzu. Słabe głosy rozlegały się jeszcze to tu, to tam. Przeszedł spóźniony przechodzień, klapiąc głośno sandałami w kałużach wody, połyskujących krwawo w świetle jego różowej latarni. Zwolna senna cisza zapanowała wokoło, podkreślona bardziej jeszcze ciągłem mamrotaniem morza.
Jęknął wreszcie kostur Hogiego i gwiazdka jego latarni zatańczyła nisko nad drogą.
Samuraj pilnie uszu nastawiał, ale nic podejrzanego nie uchwycił. Dom Takeo spał ciemny, cichy, podobny do urwiska.
Jokojama-san miał chwilami ochotę wstać i podejść bliżej, ale koło domu nie było kryjówek, a na drodze bał się spotkać z Hogiem i zdradzić przed czasem swe zamiary. Liczył na to, że w godzinie „byka“ miał wzejść nów księżyca. A wtedy może trochę światła przedrze się przez chmury i przybędzie mu z pomocą.
Ale i księżyc mało mu pomógł. Wprawdzie od czasu do czasu słaby jego blask przeświecał między powoli sunącemi chmurami, a wtedy domy pobliskie rysowały się wyraźnie i nawet widać było balkonik nieszczęsny, na którym miała skrzypieć „szodżi“… Nic tam jednak nie było widać. „Szodżi“ mocno zsunięta, jak usta mnicha, ani myślała wydawać swej tajemnicy.
Jokojama-san zziąbł, znudził się, sen go zmorzył. Nie schodził jednak ze stanowiska i nasłuchiwał niestrudzenie. Gdy nad ranem zaczął mżyć deszcz, rozpiął parasol i cały zamienił się w słuch i wzrok, gdyż wiedział z powieści, że w tej właśnie „godzinie tygrysa“ kochankowie wracają ze schadzek.
W szarym, jak wdowie „kimono“, w gęstym, jak dym, zadeszczonem powietrzu już dość wyraźnie zarysowały się budynki, gdy Jokojama wstał i, uważając, że spełnił swój obowiązek, zabrał się do odwrotu.
Obrzydliwy Hogi, jakby na to tylko czekał, zjawił się niespodzianie z za węgła ze zgaszoną latarnią, niosąc przez pół zwieszoną swą zdradziecką laskę. Brzękadła ledwie gruchały.
— Dzieńdobry czcigodnemu panu!… — zawołał zoddala. — Widział go pan!?
— Abo co?…
— No przecież… on był…
— Był!?…
— A jakże i odszedł dopiero niedawno… Tylko on nie tą stroną schodzi…
Jokojama zamyślił się.
— Wiesz co, Hogi!… — rzekł, marszcząc się zlekka. — Dostaniesz całego jena, jeżeli mi go pokażesz!…
— Owszem, ale pan mu nic przy mnie nie zrobi…
— Samuraj znowu pomyślał.
— Dobrze, nie zrobię!… — odpowiedział wreszcie powoli i twardo.
— W takim razie… skoro zastukają do okna pańskiej sypialni…niech pan wyjdzie!…
Tak się też stało.
W parę dni potem Jokojama-san, obudzony stukaniem, wyszedł uzbrojony w szablę, parasol i latarnię. Wiatr wiał i deszcz padał, mimo to dobrnęli na miejsce, nie zapalając latarni. Hogi schował samuraja pod ścianą i kazał czekać cierpliwie w ukryciu pod parasolem.
— On nie po schodach schodzi!… Spuszcza się wprost tędy po podmurowaniu!… Przejdzie blisko tuż koło nas… Tylko trzeba czekać cicho i cierpliwie!
Jokojama-san czekał cicho i cierpliwie.
Istotnie w „godzinie tygrysa“, w słabym rozbrzasku wstającego dnia, ujrzał samuraj cień mężczyzny, ześlizgujący się z podmurowania domu Takeo.
Po powrocie tegoż dnia, nie kładąc się spać, wysłał do brata list krótki:
„Wracaj. Nieszczęście. Jokojama“.




VI.

Za czarną skałą przylądka Kamui-san, którego doniedawna nie śmiały przekraczać kobiety japońskie, za Isikari i Atsuta, dalej na północ, gdzie, pnąca się wzdłuż stromych brzegów Hokkaido, droga lądowa staje się stopniowo trudną do przebycia ścieżyną — wśród coraz mniejszych i coraz uboższych osiedli rybaczych najmniejszą bezwarunkowo jest wioseczka Tępa.
Ma ona ten jednak przywilej, że płynące z północy ławice śledzi dociągają do jej mielizn piasczystych.
Dlatego w lecie wioseczka ożywia się i zaludnia. Wielki, drewniany dom, zbudowany po japońsku na grzbiecie szarej wydmy, słabo porosłej suchą trawą, stoi pośrodku prawie zatoki. W końcu maja zapełnia on się przybyłymi z południa rybakami. Powiększa się również liczba mieszkańców w trzcinowych chatach ainoskich, których ogromne, pryzmatyczne dachy wyglądają opodal z gęstych, wiklinowych zarośli.
Za niemi ciągną się blado-zielone mokradła, płynie rzeczka z pobliskich gór, dziko spiętrzonych i porosłych ciemnym borem sosnowym. Dwa skaliste, lasem zjeżone przylądki występują daleko w morze czarnemi rogami, odcinając kotlinę wioski Tepa i ją samą od reszty świata.
Przed domem na czterech masztowych nogach stoi drewniane pudło z daszkiem, otwarte na morze, a prowadzi doń wiotka, kunsztowna drabinka, — jest to strażnica rybacza. Gdy wiatr wieje, kołysze się ona zgodnie z falami morza, którego ogromny szmaragdowy krąg roztacza się z dozoru aż po granice bladego nieba.
U stóp strażnicy stoją szeregiem na legarach łodzie, zawsze gotowe do drogi, a na kozłach wietrzą się pęki sieci, festony brunatnych niewodów i zwoje sznurów.
Dalej ciągnie się wybrzeże gładkie i wilgotne od nieustannego lizania fal.
Kręcą się tu stada czajek, dzieci i psów. Pachnie morszczyzną i rybą.
Zresztą rybą i dymem pachnie tu wciąż i wszędzie, gdyż po połowie rybacy warzą zdobycz w ogromnych kotłach, wyciskają tran, a miąższ suszą w przestronnych szopach na drogocenny kompost dla uprawy pól ryżowych.
Tutaj spędzał lato Inotsuke Takeo w małym pokoiku, oddzielonym cienkiem przepierzeniem od wspólnych koszar robotniczych. Dzierżawił tonie od rządu a kompost i tran odstawiał do Hakodate, starając się w ten sposób powiększyć swoje dochody od niedużej sumki, odziedziczonej po rodzicach, wasalach książąt Hokkaidskich Matsujama. Jego starszy brat Jokojama miał znacznie więcej, gdyż w chwili likwidacji feudalizmu sam już posiadał len i dostał zań odpowiednią „konsajsio“ w rządowych papierach wykupnych.
Ale Takeo musiał myśleć o sobie. Przez stare stosunki uzyskał dzierżawę rządowych połowów i został rybakiem. Od wiosny aż do późnej jesieni spędzał cały czas na słońcu, na przenikliwych słonych wiatrach albo w obrzydliwym dymie warzelni.
Duszą wszakże był wciąż na dalekim, cudnym, ciepłym brzegu, gdzie biegnie w nieskończoną dal aleja sosen Tokkaido, gdzie kwitną wiśnie, glicynje, lotusy, gdzie bambusy kołyszą w słonecznem powietrzu swe wiotkie kity…
Właśnie stał w pudełku strażnicy i zadumanym wzrokiem wodził po ołowianem, jak wiszące nad nim chmury, morskiem przestworzu, gdy krzyknięto mu zdołu:
— Takeo-san, poczta!
Poczta przychodziła do Tepa dwa razy na tydzień.
Takeo spuścił się pośpiesznie na dół po drżącej drabinie. Paczkę gazet włożył pod pachę, a listy zatrzymał w ręku. Było kilka ze stemplami firm handlowych na kopertach i jeden, który go zdumiał, gdyż poznał na nim charakter brata. Nie otworzył go jednak natychmiast, lecz przedtem raz jeszcze przerzucił gazety, szukając, czy nie zaplątał się tam czasem list jeszcze jeden…
Gdy nic nie znalazł, przejrzał przedewszystkiem listy handlowe i dopiero wtedy rozdarł kopertę brata drżącą trochę ręką.
„Wracaj. Nieszczęście. Jokojama“…
Słodka tęsknota zamieniła się nagle w bolesny dreszcz i niepokój…
— Misawa… Na pewno Misawa!… Ale co stać się mogło?… Co za obrzydliwy, telegraficzny styl!… Parę słów… parę słów więcej!… Ale co stać się mogło!?… Może pożar?… Nie, gdyż nie byłoby sensu wzywać mię tak kategorycznie i dodawać do strat tamtejszych straty, które tu poniosę…
Przyglądał się uważnie literom, siląc odgadnąć zagadkę. Były napisane starannie, ręką niewprawną do pędzla, ale stanowczą i spokojną.
— Na pewno Misawa!… Co mogło się zdarzyć!?… Nie śmierć, gdyż napisałby!… Misawa, Misawa!?…
Na chwilę znikł mu list w ręku i zamajaczyła przed nim twarz ukochana, koloru kwitnącej wiśni, z szeroko otwartemi otchłaniami podłużnych, tajemniczych oczu, z małemi, rubinowemi ustami…
— Co się stało?… Co się stać mogło?… — rozważał z udręką.
„Wracaj. Nieszczęście. Jokojama“.
— I nic więcej, nic więcej!…
Zdał natychmiast łowlę starszemu rybałcie, uporządkował rachunki, spisał na kartce główniejsze rozporządzenia i przygotował wszystko, aby nazajutrz o świcie wyruszyć w drogę.
Żeby dostać się do miejscowości, gdzie można było wynająć konie, musiał przebyć dziesięć „ri“[4] pieszo trudną drożyną górską.
O brzasku czekał już nań zamówiony przewodnik Ainos.
— O hajo!…[5] Ciężkie będziemy mieli przejście, Takeo-san! — powitał go, pocierając dłoń o dłoń i gładząc brodę.
Deszcz lał jak z wiadra, a wściekły „jamase“ targał, zwijał, skręcał zimne, ruchliwe włosiska dżdżu, siekł i oplatał niemi wszystko, co stawiało mu opór. Mroczne zwały chmur ciężko przewalały się przez grzbiety gór, staczały po lesistych zboczach i pełzły, dygocąc w wietrze, po morskich wzburzonych obrusach. Czarne lasy szumiały nie gorzej od morskich odmętów.
Ledwie poznać było, że dnieje, po bielejących na wysokości obrzeżach mgieł.

Takeo podkasał poły podróżnego płaszcza, roztworzył parasol i ruszył w nasiąkłe mgłą, prane wiatrem gęstwiny. O krok za nim szedł Ainos w słomianym płaszczu japońskim, podobnym do chochoła na snopach, w japońskim kapeluszu-grzybie, z kosturem w jednej ręce, z małą podróżną walizeczką pana w drugiej.
VII.

Z Otaru przed odejściem pociągu telegrafował Takeo do brata, że jedzie, że za dwa dni stanie na miejscu.
W oznaczonym czasie Inotsuke Jokojama spotkał go na kolejowej stacyjce.
Bracia mieli podobieństwo w rysach, mieli te same wydłużone, rasowe nosy i wystające, szczurze zęby.
Lecz i powierzchownie różnili się bardzo. Takeo był znacznie młodszy, niższy wzrostem, zato tęższy i barczystszy. Włosy strzygł krótko, „na jeża“, według mody europejskiej, mały, czarny wąsik również po europejsku podkręcał. Miękki, pilśniowy kapelusz na głowie, papieros w ustach, żółty sakwojaż w ręku zdradzał, że i inne współczesne nowinki nie są mu wstrętne.
Papieros zresztą rzucił i zdeptał natychmiast przez szacunek dla starszego brata.
Uścisnęli się w milczeniu za rękę.
Jokojama badał twarz przybyłego twardem, surowem spojrzeniem. Takeo starał się pokryć uśmiechem bolesną drgawkę ust. Milczał etykietalnie.
— Nie weźmiemy kurumanji [6] ani nawet tragarza, gdyż chciałbym, żeby nie dowiedziano się w Tomari o twojem przybyciu, przynajmniej dzisiaj… Po drodze opowiem ci wszystko, a zrozumiesz dlaczego… — rzekł Jokojama, kierując się ku wyjściu.
Poszli w milczeniu obok siebie, chlupiąc sandałami w kałużach wody. Wkrótce musieli otworzyć parasole, gdyż deszcz znowu zaczął siępić z nisko nawisłych chmur. W gęstniejących ciemnościach czarne, podwójne pasmo sosen Tokkaido znaczyło im drogę. Ognie w oknach przydrożnych domostw i błędne światełka latarni nielicznych wędrowców tliły się blado tuż przy czarnej ziemi, jak świętojańskie robaczki.
Takeo ze wzruszeniem zauważył, że brat nie wziął nawet latarni.
— Cóż… deszcz?… Wciąż deszcz?… — spytał wreszcie, nie mogąc hamować się dłużej.
— „Jamase“, wiatr z oceanu! — odrzekł krótko Jokojama.
Dopiero gdy znaleźli się w szczerem polu, zaczął mu opowiadać uroczyście i szczegółowo od samego początku historję z Hogi, swoje wątpliwości, swoje próby i niepowodzenia…
— No i cóż? Cóż?…
— Widziałem na własne oczy. Czyżbym wezwał cię inaczej!?…
Takeo rad był, że ciemności kryją go przed bratem. Zatrzymał się, gdyż zdawało mu się, że się potoczy. Noc, mgła, zimny deszcz i wiatr wdarły się nagle do jego piersi, jakby rozdartych jednem strasznem cięciem.
Jokojama szedł dalej, utyskując na upadek starych obyczajów i zwątlenie wskutek tego powszechnej moralności.
— Poco wiedza, szczególniej kobietom? I co warta wiedza, która osłabia duszę?… Koleje, telegrafy, parostatki… wszystko to dobre, ale w porównaniu z wartościami moralnemi są nie więcej, ino dziecinną zabawką… Biada narodowi, który swój starodawny hart i czystość zamienił na nie!… Cóż z tego, że dorównamy zamorskim djabłom w ich wynalazkach, jeżeli zapomniane zostaną prawidła moralności, na których tyle wieków opierała się świetność Japonji!…
Mówił, mówił bez końca, gdyż mógł o tych rzeczach rozprawiać równie długo, jak o… hodowli peonij!
Ale tym razem Takeo czuł wdzięczność dla brata, gdyż rozumiał, iż umyślnie przedłuża gawędę, aby pozwolić mu przyjść do siebie.
Dopiero w domu, gdy po kąpieli i kolacji znaleźli się znów sami, zapytał go Jokojama:
— Jakże więc zamierzasz postąpić?
Kamienna twarz Takeo nie drgnęła; pozostał jak siedział bez ruchu, z opuszczonemi na oczy powiekami.
— Musisz prędko postanowić… Jeszcze dziś w nocy… Inaczej nie uda się…
— A może to wszystko… nieprawda!… — odparł z bladym uśmiechem. — Może przywidzenie, albo intryga!?…
— Jakto?… Czyjaż to intryga!?… Zresztą będziesz mógł się sam przekonać…
Chacisube wsunęła ciekawie nos do pokoju.
— Może wam dać świeżej herbaty!… A może brak wam gorącej wody?
— Idź, idź!… I nie przychodź więcej! Dawaj imbryk!… Kładź się zaraz spać i Matsu niech się też położy… My mamy wiele do gadania… Proszę nam nie przeszkadzać!…
Chacisube cofnęła się i zasunęła wolniutko przegrodę. Jokojama długo milczał, poczem podpełznął ku zaworom i odsunął je nagle napowrót. Chacisube klęczała opodal pod ścianą…
— Co ty tu robisz?… Słyszałaś, com powiedział!?…
— Słyszałam. Ale właśnie… mysz… gryzła pod podłogą!… Nasłuchiwałam więc, w której stronie… Zepsuje, niech bronią nas dobroczynne bóstwa, nowiutkie maty!…
— Dobrze, już dobrze! My tu już będziemy czuwali nad twojemi matami!
— W dodatku, gdzie się mam położyć, jeżeli… będziecie tutaj gadali noc całą?…
— Jakto: gdzie się masz położyć? Rozumie się, że w sypialni!…
— A Takeo? Kto pościele dla Takeo?
Za dużo mówisz, Chacisube, pamiętaj, strzeż się tej przykrej wady!
— O, Jokojama-san, czyż istotnie mówię tak dużo?… Dziękuję ci, że zwróciłeś mi uwagę!…
— Ależ dobrze!… Idź już!… Połóż się spać… nie zwlekając, słyszysz! Mamy ważne sprawy…
— Przecież muszę ci powiedzieć, jak bardzo mię boli… chciałabym, aby Takeo był świadkiem…
Podpełzła do progu z jawnym zamiarem wślizgnięcia się do pokoju, lecz Jokojama-san rozgniewał się tym razem nie na żarty. Cofnęła się więc pośpiesznie przed jawnym jego gniewem — z tacką pełną naczyń, a po chwili cienki, złośliwy jej głos przekrzykiwał się w kuchni z niemniej cienkim i świdrującym ściany głosem Matsu.
Gospodarz ponalewał herbatę w filiżanki.
Takeo siedział nieruchomo z podwiniętemi nogami i nie podnosił powiek.
— Widzisz, Takeo, — zaczął cicho Jokojama. — Właśnie dobrze się składa. Umówiłem się z Hogim i on obiecał dać znać… Ty ich zaskoczysz razem. Przekonasz się naocznie. Dlatego ważną było rzeczą, aby nikt nie widział cię w Tomari, żeby nie spłoszyć… Gdy złapiesz ich razem, będziesz mógł zabić oboje. Cała rzecz w tem, czy nam się powiedzie złapać, czy on przyjdzie?… Taki wiatr i taka słota! Ale złodzieje lubią taką pogodę. Jutro jużby się nie udało ukryć twojej obecności. Chacisube dobra kobieta, ale ma długi język. Ach, ten filut Hogi!… Nie słychać go… Jak gdyby wcale dziś nie chodził!… Niebardzo mu dowierzam! Obiecałem mu wprawdzie dwa jeny… Byle tylko nie zechciał nas sprzedać!? Cała rzecz w tem, czy Nojo przyjdzie, czy nie?… Ale zresztą stary dureń może go tym razem prześlepić. To się zdarza. Ale w każdym razie trzeba się przygotować. Czy szablę masz z sobą!?
Takeo spojrzał na brata.
— Szabla została… w moim domu!
— Dobrze. W takim razie weźmiesz moją. Ona jest tutaj. Przygotowałem ją na wszelki wypadek…
Jokojama wysunął szufladę ze ściennej skrytki i wyjął stamtąd długie, lakowe puzdro, owinięte płachtą żółtego jedwabiu… Z religijną niemal czcią rozpostarł płachtę, otworzył puzdro i rozchylił drugi płat żółtego jedwabiu, w którym, spowinięty niby w pieluchy, leżał drogocenny oręż. Obaj bracia pochylili się nad nim ze zmienonemi twarzami. Spokojnie lśniła się w świetle lampy pochwa z czarnej laki, zlekka wygięta, jak gotujący się do skoku wąż. Mocna, prosta rękojeść, dwuręczna, obleczona jaszczurem i plecionką jedwabną, wabiła dłoń rycerską… Na gardzie okrągłej, stalowej skrzyły się zlotem nabijane kwiaty i owady. Obok leżała druga podobna szabla, ale krótsza i bez gardy — słynna „wakizaszi“, na której ostrzu spoczywa honor „samuraja“. Pod niemi białe jedwabne rapcie z kutasami… Jokojama pobożnie wyjął długą szablę bojową i zlekka spróbował, jak chodzi w pochwie. Poczem podał ją oburącz bratu, pieczołowicie, jak dziecko. Takeo pochylił głowę i przyjął ją, wciągając głęboko powietrze. Następnie ruchem pewnym wyciągnął ją do połowy. Błyszcząca, jak woda czysta, niebieskawa klinga zmierzchła natychmiast od ludzkich oddechów.
Jokojama nie odrywał od niej rozgorzałych oczu.
Gdy Takeo wsunął ją napowrót i położył na kolanach, Jokojama zaszeptał uroczyście:
— Życie ludzkie ma swoje przykrości! Ci, którzy się zeszli, muszą się rozejść… Kto urodził się, musi umrzeć… Masz prawo za sobą!… Pozwala ono zabić, ale tylko razem… Wprawdzie oni pokrzywdzili cię, naruszyli twoje zaufanie, ale to mógłbyś przebaczyć… Nie dla zemsty wszakże twojej oni ukarani być winni, lecz dla przykładu, aby wiarołomstwo nie uchodziło płazem, aby duch narodu nie karlał!… Męstwem jest wykonać to, co jest słusznem!… Tem stoi ojczyzna nasza!
Pomilczał chwilkę.
— Słuchaj, Takeo, miecz, zdaje się, jest tępy i trzeba go będzie pociągnąć na kamieniu, ale pamiętaj, że raz wyciągnięty z pochwy miecz samuraja nie wraca do niej bez krwi…
Spojrzał z tkliwością na zasępionego brata i, cicho stąpając, zakrzątnął się koło postawienia w odpowiedniem miejscu brusa. Przysunął do niego lampę, odrzucił rękawy kimono na ramiona, zaciągnął je sznurem jedwabnym na plecach, jak do walki, i, wyjąwszy oręż z modlitewnem pochyleniem głowy, zaczął toczyć brzeszczot rytmicznemi ruchami, naciskając go rozwartemi palcami lewej ręki, a w prawej dzierżąc rękojeść.
Takeo patrzał nań z cienia. Zmartwiała jego twarz schudła jeszcze bardziej i pociemniała jak ziemia.
—…Zabić jego… należy! Złodziej, kusiciel!… Szerzyciel i przyczyna zła! Ale ją… nie mogę! Nie mogę jej… nienawidzieć! Ona słaba, słaba jedynie! Uległa, bo była sama, bez oparcia i opieki! Co czynić, jeżeli gniew nie mówi we mnie?
„…Należy wejść bez wahania na drogę, którą wskazuje rozum: umrzeć, gdy on każe umrzeć; uderzyć, gdy trzeba uderzyć!“ — wspominał pouczenia rycerskie. — Ale czy prawość, niepodkupna prawość, każe ją zabić!? Mężczyzna zapełnia świat swemi czynami. A kobieta jest jako kwiat przydrożny, odwiedzany przez motyle… Poczem zostaje, roniąc rosę łez. Jest bezwolnem naczyniem, przez które przepływa przeszłość, dążąc ku przyszłości. Takiem jest koło życia!…
„Ci, którzy zeszli się, muszą się rozejść!…“ Prawda! Czyż dawno jednak zeszliśmy się, aby już się rozchodzić… na wieki? Czyż wyssałem całą słodycz z jej poznania? Zostawiłem samą u drogi, jako kwiat bezwolny…
Twarz koloru kwitnącej wiśni, czarne, żałosne oczy łagodnej sarny, drobne usta rubinowe, odsłaniające w ślicznym uśmiechu białe zęby — wypłynęły przed nim w ciemnościach. Nie widział brata, lampy, ścian domu… Wszystko utonęło w mroku, w którym promieniało jeno ukochane oblicze. Wspominał wszystkie jej powiedzenia, żarty, uśmiechy, pieszczoty…
Ach, nie!… To sen, to brzydki sen! Nic nie było!
Śni mu się coś potwornego w ciasnej samotni Tepa!
Wtem siny błysk żelaza wpadł mu pod przymknięte powieki i ujrzał z okropną wyrazistością lampę, imbryk z herbatą, wygasłą „hibaczi“, a obok brata, toczącego miarowo miecz…
— Jakoś nie słychać Hogiego? Nie uważasz, że wcale go nie słychać!? — zapytał szeptem Jokojama, wstrzymując ruch brzeszczota i wsłuchując się w szum pluchoty.
Milczenie Takeo, jego zimna krew, kamienne, nic nie wyrażające oblicze napełniały starszego brata dumą; lecz wolałby, aby coś już nareszcie powiedział, aby dał choć małą wskazówkę, co dzieje się w tej chwili pod jego ciemnem, kanciastem czołem.
Ale Takeo milczał, jak przystało na samuraja.
—…Ach, może nie przyjdzie!… Życie ludzkie ma swoje przykrości… Nie dodawaj do złego własnego zła… Gdyby nie przyszedł!? Jutro już nie da się ukryć moja obecność!… — rozważał z iskrą nadziei Takeo.
Zastygłe serce ciężyło mu w piersiach jak bryła ołowiu, zda się gotowe było oberwać się zupełnie.
Wtem drgnęło boleśnie: ktoś cicho i znacząco zastukał do okna.
— Hogi!… — szepnął Jokojama, podnosząc głowę. — Szykuj się, Takeo!




VIII.

Szli ostrożnie ciemną ulicą, pełną tchnień wyjącego wichru i gęstych smug deszczu, siekących niemiłosiernie ziemię i wszystko, co na niej. Zboku rozszalałe morze wysoko wznosiło potężne fale i raz wraz tłukło niemi w drżące brzegi. Fosforyczny blask ich piany przebijał nawet atramentowe ciemności burzliwej nocy i wydawało się, że polata nad oceanem i rwie się do miasteczka wrzaskliwa chmara złego, rozwścieczonego ptactwa, odtrącana przez jakąś grań tajemniczą…
— Więc… jest… mówże? Na pewno jest?… — dopytywał się Jokojama.
Hogi milczał.
— Nie wiem. Pewnie, że jest… Może jest?… — odrzekł wreszcie niechętnie.
— A to co nowego? Oto dwa jeny, które ci obiecałem… Ale pamiętaj!…
Hogi zatrzymał się i wcale nie śpieszył przyjąć pieniędzy. Jokojama musiał szukać jego dłoni, aby mu wetknąć monetę.
— Co ci się stało?…
— Nie bój się!… — uspokajał go Takeo, podchodząc ku niemu z drugiej strony. — Nikomu nie powiemy!
— Tak, panie!… Kakeno Nojo… Kakenów dużo… Pół miasteczka… Oni tu starodawni… A czyż trudno zemścić się na biednym człowieku?… Nie wiedziałem, że pan tu jest!… Myślałem, że Jokojama-san tak… przez ciekawość, dla zabawy…
Jokojama rozśmiał się.
— Idź już, idź, tchórzu!… Damy sobie radę bez ciebie…
— Tak, panowie dacie sobie radę… wybornie i… beze mnie!… A ja pójdę!… Muszę zajrzeć na drugi koniec… Dawno tam nie byłem… A to zły kąt i noc właśnie dla złodziei!…
— Idź, bądź pewny naszego milczenia!… — rzekł Takeo.
Znikł niepostrzeżenie z pośród nich, a za chwilę doleciały ich z ciemności głuche i brzękliwe zarazem uderzenia jego kostura.
— Jesteśmy! — szepnął starszy Inotsuke.
Tako podniósł zwieszoną głowę i rozróżnił w ciemnościach czarniejsze od nich kanciate zarysy własnego domu. Z jakąż miłością i starannością budował go! Znał tu każdy nieledwie kamień, każdą deseczkę!
Patrzał nań długo, jakby chciał wzrokiem przebić czarną, zwartą masę, poza którą taiła się jego boleść.
Zapuszczał drapieżne oczy w zwartą, złowieszczą ciemność, przebierał możliwe szczeliny i szpary, szukając iskry światła… A słuch z na tężeniem rył się w wirzysku szarugi, szukając dźwięku…Daremnie: spali dufnie i głęboko w grzesznych objęciach!
— Będę cię tutaj czekał pod murem i przetnę mu odwrót, gdyż nie tędy on zwykle uchodzi, lecz tamtędy od ogrodu… Ale wchodzi tędy po balkonie… Tam zostawia na rogu „szodżi“ niedomkniętą… Tylko cicho, abyś ich nie spłoszył… Nojo długie ma nogi!
— A juści!… — rozśmiał się brutalnie Takeo.
Zrzucił płaszcz, wyjął z rękawa małą latarkę elektryczną i krótkim błyskiem oświecił krawędź schodów; poczem z dobytą szablą kociemi krokami sunął na górę. Mokre słomiane sandały i szum burzy głuszyły do znaku szmer jego stąpań. Na balkonie skradał się jeszcze wolniej, ugniatając ostrożnie wyciągniętą stopą każdą deskę przed sobą, aby nie skrzypnęła. Bez szelestu odsunął zwilgłą „szodżi“. Z głębi wionęło nań ciepło i znane perfumy. Wślizgnął się z wyciągniętą szablą i zamarł bez ruchu, zasłaniając szczelinę sobą. W głębi pokoju, po którym chodziły jęki i skrzypy szturmującej z nazewnątrz burzy, ktoś dyszał miarowo. Ale Takeo rozróżniał tylko pojedynczy oddech. Jednocześnie wydało mu się, że ciężkie ciało uniosło się na matach. Puścił więc nagły snop światła ze swej latarenki w tym kierunku i ujrzał nagiego mężczyznę, siedzącego na posłaniu. Gruba kołdra, z pod której wysunął się, sterczała za nim, jak żółwia skorupa.
Przeciągły pół-syk, pół-jęk rozdarł powietrze.
Takeo podniósł szablę. Jednocześnie niewprawne palce jego lewej ręki puściły guziczek elektrycznej lampeczki i światło zgasło. Wtedy usłyszał złodziejski tupot bosych nóg w stronę przeciwną, ku wewnętrznemu korytarzowi… Skoczył, jak kot…
— Czy to ty, Nojo!… Już odchodzisz?… — spytał go głos senny, głos miły…
Zamarł, targnięty za rozhukane serce…
— Ja… ja!… Śpij!… — odszepnął przebiegle.
Już był na korytarzu i, świecąc sobie całym blaskiem lampeczki, skakał olbrzymiemi skokami po lakierowanych schodach na dół, gdzie koło drzwi wchodowych szamotał się u rygli człowiek…
— Stój!… — zasyczał strasznym szeptem.
Nojo znieruchomiał, obrócił się i wyprostował. Koniec szabli tykał prawie jego piersi. Oddychał ciężko i mrużył oczy, oślepione blaskiem, bijącym mu wprost w twarz. Był całkiem nagi. Nawet nie miał nawojki dokoła bioder. Ale był piękny i uroda jego ślicznie zbudowanego ciała aż zastanowiła Takeo. Z zazdrosnem zdumieniem i zjadliwą rozkoszą patrzał na te wykute z bronzu członki, drżące drobnem, bolesnem drżeniem.
— Czego zwlekasz!? Uderz!… — wycharczał chrapliwie uwodziciel.
— Nie potrzebuję się śpieszyć… Poczekam!…
— O tak, nie mam przecież broni!…
Lodowa błyskawica żelaza zakołysała się i pochyliła cokolwiek.
— Nie o to chodzi!… Powiedz, czy ty ją istotnie tak kochasz, że gotów byłeś umrzeć?…
— Nie myślałem o tem, Takeo… Wiesz przecie, że byłem zawsze lekkomyślny… — odszepnął chytrze i żałośnie.
— Jakżeś ją wziął? Czy sama cię wezwała?
Po zmartwiałej twarzy Nojo przemknął się słaby promyk.
— Ach, zabij mię raczej, zabij… Prawo pozwala ci zabić mię bezkarnie, jak psa… Wiem o tem… Musisz zabić i mnie i ją… Więc… choć umrzemy razem!… — bełkotał coraz płaczliwiej.
Szabla opuściła się jeszcze niżej.
— A gdybym… dał jej… rozwód… ożeniłbyś się?…
— Daruj, Takeo, daruj wspaniałomyślnie!… — wybuchnął z tłumioną radością. — Już to się nigdy nie powtórzy… Ostatni raz… I bez tego miałem zamiar ustatkować się… Matka chce mię wyprawić na praktykę handlową do Osaka… Zacznę nowe życie… Nie gub mię… Chcę winy moje odkupić… jeszcze w tem życiu… Ja jej nie chcę, ja jej już nie kocham! Zabijając, wtrącisz mię w łańcuch wcieleń nieskończenie bolesnych… Wszak pamiętasz, żeśmy w szkole byli przy…
Szabla znowu uniosła się wgórę, migotliwe jej żądło szukało serca…
Nojo zmrużył oczy i brzydkim tchórzliwym ruchem podniósł do góry kolano.
— Precz!… Wynoś się!…
— Tak?… nagi!?… Pozwól mi wziąć choć kimono… Albo sam mi je zrzuć tutaj… Taka burza!… — błagał już spokojnie.
— Precz!… Zaraz!… — dyszał coraz gwałtowniej Takeo.
Koniec szabli, jak żarzący węgielek, dotknął skóry Nojo…
Ten cofnął się, przycisnął do ściany i posłusznie jął odsuwać żelazne rygle…
— Cicho!… — wstrzymywał go Takeo.
Dźwierze odsunęło się cokolwiek i w mgnieniu oka w czarnej, ziejącej zimnem szczelinie mignęło blade ciało młodzieńca, mignęło, jak obłok, i znikło.
Takeo odetchnął i puścił guziczek lampki. Ogarnęła go ciemność. W twarz zmęczoną bił mu przyjemnie burzliwy wiatr i zimne smugi dżdżowe.
Wyszedł niezwłocznie i drzwi zawarł za sobą.
Po schodach kamiennego podmurowania ostrożnie człapały na górę ciężkie stopy. Domyślił się, że to idzie ku niemu starszy brat, ale nie odzywał się… Myśli niejasne, żałosne, jak stado spłoszonych kruków, latały z łopotem nad jego skołataną głową; ciężar, znikły chwilowo, znów wrócił do serca.
— Czy to ty, Takeo?
— Ja.
— Wydało mi się, że ktoś przeleciał… No cóż?
— A nic. Tam niema nikogo, śpi sama!
— Ależ na pewno przeleciał… Uciekł!… W imię Buddy!… Czary jakieś?… Jakże się to stać mogło!?
— Nie wiem, nikogo nie znalazłem. A czy ty pewny jesteś swego Hogi?… Stary chciwy!…
— Tak, to tak!… Ale sam widziałem na własne oczy…
— Czy widziałeś, jak wychodził z balkonu? Jak odsuwał „szodżi“? Czy poznałbyś, kto to był?… Wtedy możnaby… dochodzić!…
— Dochodzić?… Może przed sądem!? Niesłychana rzecz… Co ty mówisz, Takeo!? Zupełnie jak cudzoziemiec… Ty, samuraj!… Co ty mówisz!?… Nie, nie przysiągłbym… nie poznałbym i… nie poszedłbym!…
— W takim razie albo to był podmówiony przez Hogi wspólnik, albo… przywidzenie… Dużoś mu dał?
— Ach, łotr!… Cała ta historja kosztuje mię ze 6 jenów…
Szli środkiem ulicy, chlupiąc odważnie w wodzie i przyświecając sobie od czasu do czasu lampeczką.
Już koło samego domu Jokojamy zastąpił im niespodzianie drogę Hogi, który stał tam ukryty w ciemnościach.
— Weź, czcigodny panie, sobie swoje pieniądze napowrót!… Weź je pan… Ja nie chcę do tej sprawy się mieszać! Nie chcę! — rzekł chmurno, przystępując do Inotsuke Jokojamy-sana.
Ten monetę odebrał i brzęknął nią na dłoni.
— Tylko dwa jeny?
— Daj pokój, Jokojama-san!… Zwrócę ci resztę!… — wtrącił Takeo i brata za rękaw pociągnął.
W domu, zanim szablę bratu oddał, zaciął się w rękę i brzeszczot krwią własną ubroczył.
Jokojama przyglądał się życzliwie ceremonji, gdyż ona łagodziła ducha obnażonej nadaremno szabli bojowej.




IX.

Jokojama-san niezupełnie był zadowolony i z brata i z obrotu sprawy.
Wprawdzie „najlepsza wygrana jest ta, która obeszła się bez rozlewu krwi“ — mówi stare przysłowie, ale na dnie wszystkiego kryła się jakaś niejasna dla samuraja tajemnica.
Bo, że Takeo nie obudził żony, że u niej nie został, że dziś o świcie odjeżdżał, nie zobaczywszy się z nią, to było rzeczą zrozumiałą i dowodziło, że pomimo zmiany zawodu Takeo pamiętał doskonale przykazania rycerskiej „Buszi-do“. Ale dlaczego w zmętniałych jego oczach krył się i teraz poprzedni smutek? Dlaczego nie stopniała w wewnętrznem rozradowaniu i uldze bolesna sztywność rysów, którą daremnie próbował pokryć wesołym uśmiechem i swobodną gawędą o błahostkach wszelakich? Dlaczego słowem nie napomykał o wczorajszem zdarzeniu?… Jakby nic a nic się nie stało!?… Ha, to już idzie za daleko!…
— Wybacz, że oderwałem cię od twej pracy! — przepraszał Jokojama brata na stacji kolejowej, na krótko przed odejściem pociągu. — Lecz jakże inaczej postąpić mogłem w tym wypadku?…
— Ależ, Inotsuke-san, jesteś w zupełnym porządku… Nie myśl o tem! Inaczej być nie mogło. Byłeś zawsze dla mnie drugim ojcem!… — przerwał mu z głęboką czcią Takeo.
— Widzę zresztą, żeś miał i bez tego tutaj interesa, gdyż wziąłeś bilet do Tokjo!…
— Tak, tak: do Tokjo!… Chciałem ci właśnie powiedzieć!… Interesa… Ha!… Ha!… Muszę się zobaczyć z naszym hurtownikiem, gdyż połów zapowiada się wspaniale… Ha!… Ha!…
Nadbiegał, gwiżdżąc, pociąg.
Żegnali się, stojąc przed sobą pochyleni, z rękami opartemi na kolanach, z oczami utkwionemi w oczach i obowiązkowym uśmiechem na ustach.
— Bądź zdrów i pisuj czasem!…
— Będę pisał. Dziękuję ci, bracie, za wszystko!…
— Do widzenia!…
— Do widzenia!…
Uścisnęli się po europejsku za ręce.
Wszedłszy do wagonu, Takeo opuścił szybę i kiwał wesoło bratu głową, podczas gdy pociąg wolno sunął w zachmurzoną dal.
Skoro jednak zaczęły migać przed nim obce, zadeszczone i wyludnione pola, szybę podniósł, przywarł do niej twarzą, a rysy wykrzywiła mu tłumiona boleść!
Był sam; nikt naprzeciwko niego nie siedział, nikt nań nie zważał. Nawet szary, zamglony dzień zdawał się szanować jego cierpienie, okrywając go dyskretnym półcieniem.
Tak, tak!… Trzeba pomyśleć, trzeba w cichości rozważyć, bez gniewu i żalu, jak to się stało, jak to się stać mogło?… Bez gniewu i żalu, gdyż „równowaga umysłu, pogoda temperamentu, panowanie nad sobą i spokój zachowania, są pierwszemi warunkami porządnego myślenia i porządnego czucia“, przypomniał sobie prawidła Cha-no-ju[7].
Ale myśli rodziły się ciężko, wyłaniały się niezgrabne i postrzępione z wypełniających jego duszę bolesnych ciemności. Już, już zdawało mu się, że je skupia w jakiś wyraźniejszy wniosek, w jakiś punkt jasny, gdy wtem… nowa stacja, nieoczekiwany świst lokomotywy, potrącenie nieuważnego podróżnika i długie na skutek tego przeprosiny… rozbijały na proch krystalizujący się wątek…
Nie, w tym wzburzonym potoku życia niepodobna wyczerpać smutku i ulżyć ociężałemu sercu!… Chyba w Tokjo!… Zatrzyma się w ustronnym, dobrze mu znanym hotelu!
Miał wstręt do zajęć, do powrotu do swojej północnej rybałki, do wszystkiego, co było dalszym ciągiem… tego, co znikło!
Patrzał, nie odrywając twarzy od szyby, na przesuwające się przed nim śliczne pola, ogrody, sadyby. Potężny Fudżi zarysował się za bladą płachtą mgieł, jak cień mocarza na słabo oświetlonej „szodżi“.
Widok niezgłębionego, boskiego spokoju góry pokrzepił go i Takeo natychmiast zrozumiał, czego mu trzeba.
Nikko!… Nikko!…
Ulżyło mu, błysnęła jakaś niewyraźna nadzieja. Zawołał chłopca z „bento“[8] i kupił sobie pudełko.
Zmuszał się jeść, choć pokarm układał mu się w piersiach kamieniem.
W Kozu siadł naprzeciwko niego jakiś Europejczyk, który swemi niespokojnemi, szybkiemi ruchami, swoim aparatem fotograficznym, nieustannemi zapytaniami dręczył go niemożliwie.
Takeo przymknął oczy i udał, że śpi.
Zdania, obrazy, uczucia, podarte, pokruszone, rozbite, a zarazem dowolne, nieposłuszne… Owe myśli chaotyczne a dokuczliwe, których skupienie i uporządkowanie odkładał do samotni w Nikko, płynęły przed nim, jak wstęga mijanych okolic. Nie mógł ich ani wstrzymać, ani pędzić, ani odmienić… Snuły się samorzutnie, jak nitka jedwabiu z cewki schorzałego jedwabnika, jak coś niezależnego od niego samego i nawet obcego mu… Z bolesną ciekawością przyglądał się im…
Aha!… Oto Jokojama-san wzywa „nakado“…[9]. Ale on, Takeo, sam ją wybrał; on spotkał ją w towarzystwie rodziców w Nara na święcie „Dwudziestego drugiego dnia dziewiątego księżyca“… Od tej pory jej obraz nie opuszczał go… Ale co ona czuła?… Czy ona zauważyła go?… Czy zgoda była jej zgodą, czy była wyborem tylko rodziców?…
Oto widzi ją w czasie obrzędu ostatecznego „trzykroć razy po trzy czerwonej czarki wina“, jak siedzi, przedzielona od niego „nakado“, z białą chustą na głowie, opuszczoną tak nisko na twarz, że z pod jej krawędzi widać tylko pobladłe, koralowe usta… Jakie myśli snują się w tej pokornie opuszczonej głowie?… Potem… pełne wdzięku poddanie się jego woli… i zawsze, wciąż to poddanie się słodkie, ciche, łagodne, pokryte ślicznym uśmiechem… I nagle… komnata, po której chodzą jęki i skrzypy szturmującej z nazewnątrz burzy…
„Czy to ty, Nojo?… Już odchodzisz?“
Miał ochotę jęknąć, ale opamiętał się, otworzył oczy i powiódł surowym wzrokiem po Europejczyku, po gwarzących i ćmiących papierosy pasażerach, po poszarzałych od zmroku szybach i ścianach wagonów…
Zapalano światło.
A tymczasem i w oknach zaczęły migać coraz liczniejsze światełka wzdłuż toru i wreszcie zamigotał rój gwiazd na ziemi. Zaczerniało we mgłach ogromne Tokjo u krawędzi przepaścistego morza.
Na stacji Szimbaszi wziął „kurumę“[10] i pojechał wprost na stację Ueno.
Ten przejazd przez gwarne miasto, pełną ruchu i świateł, wydał mu się torturą.




X.

Zwinięty w kłębek, jak młody lis, z kolanami u podbródka i rękami wciągniętemi w rękawy kimono, Takeo spał mocno na wąskiej ławce wagonowej. Nie ruszał się, choć pociąg stanął, choć wysiadający pasażerowie trącali go kolanami, łokciami i kuferkami, budzili okrzykami urywanych rozkazów.
Wyczerpany wzruszeniami, zmęczony dwunocną bezsennością, przeciągał ile się dało słodką przepaść bezwzględnego spokoju i zapomnienia. Czuł nawet przez sen, że wraz ze świadomością czeka nań ciężkie, bolesne brzemię. Nie otwierał więc oczu i zwolna znowu zasypiał. Okoliczności sprzyjały temu; ustało przykre trzęsienie, fala ludzkiego życia spłynęła, oddalała się, wsiąkała zwolna w otulającą go coraz szczelniej ponowną, ciemną błogość.
Wtem tuż koło jego ucha, za ścianą wagonu, rozległo się ostrzegawcze i rozkazujące wołanie:
— Utsu-no-mija!… Utsunomija!… Przesiadać do Nikko!
— Nikko!…
Zerwał się na równe nogi, schwycił z wieszadła kapelusz, płaszcz, z półki — worek skórzany i w mgnieniu oka był na peronie.
— Gdzie stoi pociąg do Nikko? — spytał z uprzejmym ukłonem posługacza kolejowego.
Wskazano mu boczną linję, gdzie stał rząd niedużych wagoników z beczkowatą lokomotywą na czele.
Pociąg był prawie pusty.
Takeo wszedł do wagonu, rozłożył rzeczy i wcisnął się bezsilnie w kącik ławki.
„Właściwie poco on jedzie?… Czego szuka w tych górach, z których przyszłą ona?… Czy pobyt tam zmieni jego szczurze zęby?… Czy wydłuży za krótkie nogi?… Czy figurę jego uczyni smukłą, jak pień klonu, jak ciało?…“ — wspomniał nagle z straszliwym skurczem serca. — „Nie! A więc wszystko zostanie, jak było, rozbije się o twardość materji i formę rzeczy, które silniejsze są nad rozum i wolę ludzką!… Panują nad niemi i kształtują je, jak szczelina opoki przeciekającą przezeń wodę! Pocóż więc jadę szukać wyjścia, którego niema?…“
Zamyślił się. Było mu wszystko jedno, ale ból serca napełniał go nieprzezwyciężonym wstrętem do wszystkiego, co znał wczoraj!
Wyjrzał przez okno.
W rudawej mgle, wypełniającej powietrze, postaci ludzkie i niedalekie budowle kolejowe rozpływały się, niby tłuste plamy na szarej bibule. Siępił deszcz zimny, drobny, jak gruba, gęsta rosa. Woda z dokuczliwym chlupotem ciurkała z wszelkich rynien i krawędzi, kapała zabójczo jednostajnie z wagonowych dachów.
Opodal warkotał zwykły ruch stacyjny, monotonnie, rozbrzmiewały nawoływania chłopców, sprzedających gazety i herbatę.
— „Nihon!“ „Dżidżi Szimpo!“ „Niczi-niczi!“ „Osaka Asahi!“… Dodatek nadzwyczajny!… Napad Rosjan na rybaków japońskich u brzegów Sachalinu! Zatopienie statku!… Napad!… — wykrzykiwał w pobliżu chłopiec mały, jak nóżka grzyba całkowicie ukryty pod olbrzymim parasolem papierowym.
Takeo zrobił ruch, aby go wezwać. Wychylił się. Co to za rybacy? Może znajomi?… Lecz ust nie otworzył i cofnął się po chwili ze zwieszoną głową.
— W gruncie rzeczy wszystko mi jedno! — pomyślał z goryczą.
Słabo wypełniony pociąg ruszył nareszcie.
Mgły, rudawe od blasku gdzieś daleko poza niemi wschodzącego słońca, kłębiły się i falowały nad okolicą, niby zwichrzona broda boga Zozanoo’a. A na mgle, jak widma przedmiotów, malowane delikatnym tuszem, ukazywały się zarysy budowli, drzew, chat wieśniaczych, zagonów zbóż, ludzkich postaci…
Zdołu na wszystko biła blada, zimna łuna — odblask zalanych wodą pól ryżowych.
Takeo ślizgał się wzrokiem obojętnie po tych zjawach niewyraźnych, przemijających, jak jego własne uczucia i myśli, spowinięte w zimny, dławiący tuman czczości, nudy i bólu…
Ciężko dyszała biegnąc pod górę lokomotywa, zgrzytały koła po oślizłych od deszczu szynach. Długie przejazdy, krótkie przestanki, małe domki dróżnicze przesuwały się miarowo, niby większe i mniejsze paciorki przemodlonego buddyjskiego różańca.
Mgła traciła jednak zwolna brudny odcień nocy i nasiąkała śliczną, złotawą barwą owocu dojrzałej moreli. Jednocześnie rzedła, osiadała, a wgórze zaczęły się przebijać okienka słonecznego lazuru. Na widnokręgu zaczerniał wysoki, podwójny szpaler ciemnych drzew.
Takeo drgnął.
— Jak Tokkaido!
Ale drzewa były inne. Miały pnie potężne, jak złomy skalne, korony strzeliste i ciemne, a rosły gęsto, równo, jak ściana. Były to wiekowe kryptomerje słynnej drogi „Cesarskiego Posła“, po której wysłańcy Mikado nieśli rok rocznie dary grobowcowi wielkiego Jejasu.
Tor kolejowy nawrócił i biegł równolegle do gościńca, a tak blisko, że cienie drzew zasłoniły całkowicie widnokrąg, wlały do wnętrza wagonów ponownie zmierzch i smutek. Tylko w wyrwach, utworzonych przez śmierć olbrzymów, jak przez okna, błyskał wesoły, inny świat, malowany wschodzącem słońcem.
— Zupełnie, jak Japonja za Szogunatu Tokugawów — pomyślał Takeo.
Za stacją Kanuma tor kolejowy przeciął aleję drogi; ciemny jej tunel mignął w obie strony cudną, nieskończenie długą perspektywą i pociąg wyleciał za mroczny mur drzew.
Pod białym welonem już nisko, lękliwie tulących się do ziemi mgieł zazieleniały bujne wrzosy, jasne zarośla ażurowych paproci, ciemno-zielone krzewy kamelij, błyszczących od wilgoci, obryzganych krwią swych kwiatów…
Czerwone i żółte mchy rdzawiły ogromne czarne i szare głazy.
A ponad tą ramką, ponad srebrzącemi dal mgłami wznosiły się wyrosłe z liljowych wiszarów cztery tęczowe od zorzy szczyty — góra Lazurowego Smoka, góra Czerwonego Ptaka, góra Białego Tygrysa, góra Posępnego Rycerza… Tam to niezłomny Szodo-Szonin szukał samego siebie!…
Wzruszony Takeo w modlitwie pochylił głowę.




XI.

Dzień był cudny. Białe obłoki pokładły się sennie na szczytach gór, osrebrzonych jeszcze gdzie niegdzie płatami śniegu. Wykąpane w deszczach lazury nieba i zieleń ziemi lśniły nieporównaną świeżością. Wesoły bulgot płynącej wody i gędźba nawołujących się głosów ludzkich rozbrzmiewały po dolinie, jak muzyka i śpiew zbierających się do ucztowania gejsz. Wszędzie połyskiwało złoto słońca i kryształ zimnego, górskiego powietrza.
Takeo stał przed ponsowym łukiem mostu, rzuconym wśród ciemnej zieleni nad szarą, omszałą szczeliną, na dnie której szumiała spieniona Dajagawa.
Szeroka aleja, poszczeblowana sinemi cieniami kryptomeryj — kończyła się kamiennemi schodami, na których szczycie rozparło się wielkie, granitowe „tori“, niby tajemniczy hieroglif.
Obok wyglądała z zieleni krwawa igła pięciopiętrowej pagody, a dalej majaczyła złoto–purpurowa mgła świątyń.
Takeo śpieszył ku nim. Na krótką zaledwie chwilkę zawahał się, gdy zboku mignął mu wysoko w błękicie bronzowy obelisk Sorinto, odpędzający złe uczucia, a poza nim wysoki dach świątyni bogini Miłosierdzia.
Wahanie trwało ledwie mgnienie oka; poczem samuraj, pochyliwszy głowę, pośpieszył dalej i rychło znalazł się przed pysznemi „Wrotami Trzech Króli“. Z kapitelów kolumn spojrzały nań głowy srogich lwów i świętych tapirów, obrońców od dżumy. Ponad niemi, jak słoneczna chmura, zwisł rzeźbiony, pozłacany okap…
Odtąd szedł, jak odurzony, po dróżkach, wyłożonych równemi płytami, z dziedzińca na dziedziniec, wśród niezliczonych szeregów latarni: kamiennych, obrosłych liszajami i bronzowych, obrosłych pleśnią, wśród gmachów niedużych, ale od dołu do góry pokrytych cudną zjawą rzeźb złotych, albo bursztynowych naturalnego drzewa, albo malowanych barwami żywych kwiatów…
Czarowny tuman tysiąca przeżyć i tysiąca wzruszeń wił mu się przed oczami po kamiennych tarasach, wśród pni olbrzymich drzew wiekowych, wśród uwieńczonych smokami dachów rogatych, skrywających wnętrza cichych przybytków o nikłych, mierzchłych kolorach, jak poranne opary… Białe ściany, dębowe boazerje, blado-złote rozety sufitów, architrawy cyzelowane, jak sztaby drogiego metalu… Każdy szczegół chwytał tu wzrok, więził go, czarował, poił duszę słodkiem rozmarzeniem, nie puszczał jej od siebie, jak chwila rozkoszy…
Ach, gdyby można było ogarnąć wszystko jednym rzutem oka, wchłonąć w siebie jednem przedziwnem zapatrzeniem, i przedłużyć, i utrwalić w nieskończoność muśnięcie błogości chybkie i niepowrotne, jak wiew wiosennego wietrzyka!
Ale „życie jest ciągłą śmiercią, spotkanie — rozłąką!“
Szedł więc dalej z duszą rozbitą, zatracony w potoku przemijających a wiecznych wrażeń, w wirze uczuć, podobnych do szumu dalekiego morza…
Aż dosięgną na boku małych wrót niepozornych, nad któremi wśród pąkowi kwiecia nieśmiertelny kot Chidari Zingoro czatował na swe ofiary z szyderczo zmrużonemi ślepiami.
Po wielkich, kamiennych stopniach, zielonych od mchów, liszajów i trawek, strzelających ze spojeń i szpar; między równie omszałemi granitami murów balustrady, z poza której wyglądały korony gdzieś daleko wdole rosnących kryptomeryj i sosen, zadumany Takeo zwolna wstępował coraz wyżej i wyżej ku srebrnym, chłodnym obłokom, szybującym po szafirze nieba. Wreszcie stanął u szczytu, przed bronzowemi wrotami niedużego bronzowego grobowca. Bronzowe lwy strzegły wejścia, ozdobionego złotemi chryzantemami. Blade bloki granitowe wznosiły bramę nad poziom usypanego drpbnym kamieniem tarasu, a oramiało go ze wszech stron kamienne, rzeźbione ogrodzenie. Przed grobowcem stał na bronzowym żółwiu „wieczności“ bronzowy żóraw olbrzymi, dzierżąc w dziobie świecę pogrzebową, stała miedziana waza za złotemi liśćmi lotosu i bronzowa wielka kadzielnica.
Ale jakże mały, jakże skromny był sam sarkofag, podobny do koreańskiego ula, nakrytego stożkowatą czapką chłopską, albo raczej… do ofiarnej latarni, w której zgasł na wieki blady ogienek!
A dokoła piętrzył się las żywy, wznosiły niezliczone smagłe pnie sosen i kryptomeryj, błyskał rdzawemi liśćmi klon, bambus przelewał się przez krawędź ogrodzenia pianą drżącego listowia…
Ten las spadał gwałtownie po stromych zboczach góry gęstą szczeciną kosmatych koron, wyginał się ruchliwemi fałdami miękkich, kędzierzawych gałęzi, tryskał i zwisał pękami giętkich prętów i pędów, jak zielone fontanny.
Wśród nich błyskała sina polewa dachów klasztornych na dole, czerwieniła się laka, mgliły ściany cedrowe, pozłota świątyń przeświecała przez zieleń, jak promień słońca, tworząc cudowny, tęczowy pas na zboczu góry.
A jeszcze dalej, na dolinie, gdzie srebrzyła się nić Dajagawy, odkrywał się daleki widok na roztoki Kinagawy, na wioski, pola i łęgi, na szlak drogi, tonący we mgle, na łańcuchy ciemnych, niebotycznych, zamglonych gór z ośnieżonemi szczytami.
Był to kraj — drobna cząstka państwa, którym niepodzielnie władał człowiek, spoczywający od wieków w niedużym, bronzowym sarkofagu, w grobowcu, podobnym do starożytnego chłopskiego ula!
Ileż mozołów i tkliwej uwagi pochłonęły ażurowe na dole świątynie!? Ileż bolesnych wysiłków pożarły setki schodów granitowych, ułożonych blokami na wiszarze góry?… Jakże potężnych trzeba było postanowień, aby dźwignąć na wysokościach wśród odwiecznych borów murowane tarasy dziedzińców!?… I jakże mało miejsca zajmuje proch tego człowieka, kruchego kryształu, przez który przełamywał się ongi promień wieczności!…
Znikł, rozsiał się, a promień świeci się w oczach miljonów innych ludzi, odbija w kroplach deszczu i rosy, kołysze w konarach szumiącego boru — nieśmiertelny, niezniszczalny, spokojny i nieubłagany w swych tajemniczych, niezbadanych drogach…
Upadli potomkowie możnego Jejasu, co uwięził nawet i poniżył słonecznego Mikada… Władza wróciła do prawego dziedzica… Japonja odmłodzona, potężna toczy się po nowych, nieznanych jej torach… A las dokoła szumi ten sam i tak samo, jak przed wiekami, szumi Dajagawa, staczając się ku morzu…
Wielekroć jeszcze Takeo odwiedzał świątynie te oraz inne, grobowce Jemitsu, Joritomo i Tenkai Dajsożo… Cichł, pokorniał…
Godzinami siadywał na krawędzi cudnych wodospadów Chonto, Makkura, Urami, Zakko… Dumał nad wodospadem „Spadającej mgły“ wśród dziwnych paproci i u „Siedmiu wodospadów“, gdzie rzeka wody zamienia się w tęczowy pył.
Ponieważ wejście na świętą Nantaizan było jeszcze wzbronione, udał się wraz z przewodnikiem na bliższą Niochozan. Przez pola, porosłe dzikim bambuśnikiem, gdzie szumiały cicho w wietrze jedynie zeschłe liście, mimo zgasłego krateru, którego czerwona, pozębiona przepaść podobna była rozwartej paszczy skamieniałego smoka, dostał się Takeo na zaśnieżony jeszcze szczyt, gdzie z zasp sterczały złotawe pnie i zielone korony sosen…
Śnieżna zadymka o mało go tu nie zgubiła wraz z przewodnikiem.
Był w Czusendżi nad cichem, szmaragdowem jeziorem i dalej, w Jumoto, aby obejrzeć „wodospad Smoka“, srebrną nić wodospadu Junotaki, pieczarę „Piekielnego kotła“, aby przejść przez „Pole śmierci“, gdzie trawy jeno szepcą o poległych…
Aż pewnego ranka wstał rzeźwy, prawie wesoły, rozsunął szeroko „szodżi“ swego małego pokoiku hotelowego i, patrząc na skłony gór zielonych, pordzawione gajami czerwonych klonów, na zacienione doliny, na wyzłocone słońcem białe obłoki w błękitach, zamyślił się długo i głęboko…
— Czy byłem zawsze, jak należy?… Czy przeznaczenie mej Ingo dźwigałem z odpowiedniem męstwem?… Czy nie zwalałem bólu mego na innych, dodając do zła zło? Co z nią się stanie, gdy odejdę pełen gniewu i nienawiści?… I dlaczego mam nienawidzieć ją, skoro nie nienawidzę jej?… Czy nie zdradzałem sam, żądając wierności?…
Gruba, czerwona Ainoska, Aje, z wąsami wytatuowanemi dokoła ust, stanęła mu w oczach, a z poza niej wysunęła się blada twarzyczka Misawy z szeroko otwartemi, podłużnemi oczyma…
Lecz nagle, tuż obok ta twarz… przeklęta!
Znowu serce ścisnęło mu się boleśnie, znowu zwisło kamieniem u żeber…
Zerwał się, „szodżi“ zasunął i zbiegi po schodach na dół, na drogę do świętego mostu.
Tym razem skierował się wprost ku Mangwanżi, ku przybytkowi Tej, co „nigdy nie każe się prosić dwa razy, na której imię wygładzają się fale morskie, cichną burze, gasną pożary, przed którą uchodzą demony, która łagodzi nienawiści, kojarzy serca zakochane, daje wierzącym skrzydła promienne niebiańskich duchów Tennin i wiedzie ich ponad niedolami życia, promiennym szlakiem słońca!…“
Był wczesny ranek. Świątynię zaledwie otwarto. Stada różowo-nogich gołębi ufnie biegały po świeżo wysypanym żółtym piaskiem tarasie, gruchały na kamiennych stopniach schodów, na majolikowych rynnach dachu, rzeźbionych w kształcie paszcz smoczych.
Wschodzące słońce biło zdołu z za krawędzi urwiska, jakim kończył się taras i skąd otwierał się widok rozległy na szczotkę ciemnych, strzępiastych lasów i siną dal bladych dolin. Nic nie zasłaniało widoku, najmniejszy krzew, kwiat nawet nie rósł na skraju przepaści, jeno po samym jego środku chyliła się ku powietrznej głębinie górska wiśnia, osypana niby śniegiem spóźnionem kwieciem. Różowawe jej okiście w łagodnej pozłocie wczesnego słońca płonęły, jak ciało zawstydzonej dziewczyny…
Takeo, podparłszy głowę ręką, długo siedział na stopniach kamiennych wśród gruchających gołębi i patrzał na drzewo rozmarzonemi oczami.
Kapłan w szarem płóciennem kimono już dwukrotnie wysunął głowę z rozsuniętych drzwi świątyni, wreszcie odważył się przyklęknąć ostrożnie na matach w pewnej odległości poza gościem.
— Czcigodnego poranka!…[11].
— Czcigodnego poranka, świątobliwy panie!… — odpowiedział Takeo, chyląc głowę z lekkim wdechem.
— Raczy łaskawie oglądać? — Czyż nie pięknie?
Milczeli chwilkę, patrząc jednocześnie w tę samą stronę.
— A może… życzy sobie czcigodny naszą skromną wróżbę!?
— O tak!… Proszę o waszą znakomitą, nieomylną wróżbę, dobry ojcze — zgodził się pośpiesznie Takeo.
Kapłan wstał i oddalił się w głąb świątyni. Takeo ukląkł u proga, poza którym błyszczała wielka bronzowa kadzielnica, stało czarne lakowe pudło na pieniądze ofiarne, a cokolwiek dalej wielkie miedziane świeczniki, czerwone bębny, dzwonek spiżowy, a jeszcze dalej czerwone stopnie ołtarza, zawieszonego przejrzystą zasłoną.
Takeo wrzucił srebrną monetę do pudła, wetknął w popiół kadzielnicy cieniuchne papierowe pręciki, podane przez kapłana, zapalił je, a kapłan jednocześnie uderzył w bęben, aby zwrócić uwagę bóstwa na proszącego.
Takeo schylił głowę w głębokiem skupieniu.
Ocknął się dopiero, gdy kapłan potrząsnął przed nim wazą z drewnianemi bierkami. Wyciągnął na chybił trafił, kapłan odczytał numer i poszukawszy wśród stosu papierowych zwitków, podał mu jeden.
Takeo schował go nie czytając w rękaw kimona, skłonił się i odszedł.
U wyjścia zatrzymał się i raz jeszcze obrzucił drzewo kwitnące tkliwem spojrzeniem. Kapłan w drzwiach świątyni kiwał mu siwą brodą. Stada białych gołębi krążyły po żółtym piasku. Spotężniała, gorąca fala słonecznego światła, buchając z błękitnej przepaści, pieściła drzewko pobladłe i drżące…




XII.

Nazajutrz po ucieczce Noja zbudziło Misawę gwałtowne stukanie do drzwi i trwożny głos Teruci.
— Misawa-san, Misawa-san!… Nieszczęście!…
— Co? Co się stało?
— Złodzieje… Drzwi otwarte… a na balkonie znalazłam nawet męskie słomiane sandały… O mało nie wdarli się… Coby to było!?…
Odsunęła zlekka drzwi i chciała wpełznąć, jak zwykle, na klęczkach, trzymając w wyciągniętej ręce zabłocone sandały, ale Misawa wstrzymała ją…
— Zaraz…zaraz!… Zanieś je… do kuchni i… połóż ostrożnie… aby wyschły… gdyż to jest… dowód!… — rozkazywała drżącym głosem, zgarniając jednocześnie rozpaczliwym ruchem pod siebie porzucone koło pościeli ubranie kochanka.
— Co się stało?… Co to jest?… Uciekł całkiem nagi!… Zostawił nawet zawojkę… Może zabity!?
Przypomniała sobie dziwne głosy, słyszane przez sen, które kładła na karb burzy, przypomniała sobie wizytę Inotsuke Jokojamy i jego podejrzliwe, wywiadowcze spojrzenia… Zęby jej szczękały. Z trudnością stłumiła drżenie członków, schowała rzeczy Noja do skrytki w ścianie i, narzuciwszy na siebie domowe kimono ranne, pobiegła do kuchni… Spotkała się z Teruci w korytarzu i ta zaczęła natychmiast obszernie opowiadać, jak po przebudzeniu wykryła zaraz nieporządki, jak wybiegła na dwór, aby obejrzeć ślady:
— Było ich dwóch… Nawet teraz widać, choć deszcz rozmoczył odciski stóp… Niech pani obaczy! A trzeci stał na dole!
Obie wyszły i oglądały zdeptane błoto koło domu.
— Musiał ich ktoś spłoszyć!… — dowodziła służąca. — Może Hogi?… Trzeba go się spytać!… Ale kto mógł być?… Na pewno jaki przechodzień. Dom stoi u drogi, a noc taka, jak wczorajsza, sprzyja zbrodniarzom… Co za noc!…
Upewniała, że słyszała jakieś głosy, ale że bała się wyjść… nawet poruszyć, gdyż była to „godzina byka“, kiedy wszystko złe z tego i tamtego świata hula po ziemi…
Misawa patrzała na smugi dżdżu, siekące ołowiane, sfalowane morze, na ciężkie chmury i mgły, kotłujące się w zwichrzonej dali i zwolna przychodziła do siebie…
— Przedewszystkiem przekonamy się, czy co nie zginęło?… Gdyż to mógł być… żart, niesmaczny żart czyjkolwiek!… Ty, wiesz, Teruci, że mamy nieprzyjaciół!…
— O, pani czcigodna!… Wiem ja o tem dobrze, ale któżby mógł otworzyć zasuwę od zewnątrz?…
— Może nie była zamknięta?…
— Zamykałam sama, Misawa-san, zamykałam na pewno!…
Misawa milczała przezornie, udając, że szuka śladów na schodach i w przedpokoju.
Śledztwo domowe wykazało, że nic nie zginęło i że niema najmniejszych śladów pobytu złoczyńców wewnątrz.
— Ach, Teruci, jakże łatwo rzucić cień na dobrą sławę samotnej kobiety?… — szepnęła wreszcie Misawa, gdy po długich naradach z służącą doszły do przekonania, że stoją wobec niewytłumaczonej zagadki.
— O, rozumiem!… Naprzykład ten nicpoń Nojo, którego zaloty pani odpaliła z takim wstydem, miał niemało powodów…
— Lepiej więc milcz, Teruci!… — ciągnęła cicho Misawa. — Zobaczymy, co o tem powie pan, skoro powróci!… Tutaj mam tylko jego i… ciebie…
Głos jej załamał się zlekka i Teruci ze współczuciem spojrzała na panią.
— Co się mnie tyczy, to może pani być pewna, że nigdy nie stanę po stronie tych gburów morskich i dziwadeł nizinnych!… — zapewniała gorąco z dumą góralki i spółziomki pokrzywdzonej pani.
Rozmowa zeszła na zwykłe lamenty na nieprzychylność mieszkańców Tomari dla przybyszów, dla wszystkiego, co się od nich różni, na ich zaściankowość i zacofanie.
Ale gdy Teruci poszła po sprawunki do miasta i Misawa została sama, nie mogła dłużej zwalczać swego niepokoju i upadła twarzą na ręce, położone na matach.
Co stało się, co zaszło tutaj parę kroków od niej w tę noc okropną!… Niema wątpliwości, że zginął, ale jak? Z czyjej ręki!?…
Twarda, oschła twarz starszego Inotsuke wypłynęła znowu przed jej zamkniętemi oczami, a z poza niej wyjrzało rozgorączkowane i smutne oblicze Takeo…
Tak, tak!… Niema wątpliwości!… Zrobili zasadzkę, schwytali go i zamordowali… Uprowadzili gdzieś daleko — nagiego, drżącego z zimna, wrzucili do morza, aby ukryć ślady lub zakopali w ziemi…
Zginął, zginął przez nią i dla niej straszną śmiercią!
Lecz natychmiast odepchnęła to przypuszczenie… Było zbyt okropne!… Zresztą: oniby przyszli i do niej… Mieli prawo… Powinni byli przyjść, gdyż inaczej odpowiadali za morderstwo Noja, jak za zwykłą zbrodnię! Wiedziała o tem… Nie, to prosty przypadek, nieszczęśliwy zbieg okoliczności… Nojo usłyszał pewnie szelest i skoczył przekonać się… Spotkał złoczyńców, którzy schwytali go i uprowadzili z sobą, jako jedynego świadka…
On nie opierał się, nie krzyczał, aby nie zdradzić jej tajemnicy… I oto zginął!… Ach, dlaczego to uczynił i obarczył duszę jej stokrotnym ciężarem!?… Jakaż hańba dorównałaby w swej męce chwili obecnej!?…
Ale z drugiej strony dlaczego odchodząc nie narzucił na siebie choć kimono… Nie pokrył swego wstydu? Rzecz zupełnie niezrozumiała?… Dlaczego nie zbudził jej!?…
Znowu zaczynała się plątać w sprzecznościach, zestawiając tysiące drobnych szczegółów, niezgodnych ze zdrowym sensem i najprostszemi obyczajami…
Jakby przez mgłę wspominała swoją króciuchną z nim rozmowę… Lecz bywała zwykle po burzliwych jego pieszczotach tak znużoną, tak senną, że dusza jej zapadała niby w letarg słodki, w kamienną i bezwzględną odrętwiałość! Nic nie mogła przypomnieć sobie, prócz chwili oderwania się od jej boku ciepłego jego ciała!
Znowu więc skrupulatnie zestawiała wszystkie szczegóły i plątała się w niezrozumiałym labiryncie. Jeżeli to byli złoczyńcy, to dlaczego nie wrócili dokończyć napoczętego dzieła po szczęśliwem usunięciu jedynego mężczyzny?… Może ich spłoszył Hogi?… W takim razie Teruci powinna przynieść o tem pogłoskę… W dodatku stróż nie omieszkałby przyjść się pochwalić w nadziei otrzymania datku?… Czekajmy, zobaczymy!… W każdym razie roztropność każe zniszczyć przedewszystkiem odzież Nojo-sana. Cokolwiek się stało, jest ona dowodem, który może ją niepotrzebnie wplątać w brzydką sprawę, w proces… Zupełnie niepotrzebnie!… Co z nią zrobić!?… Spalić!?… Zostaną w kuchni zbyt widoczne ślady. Zakopać?… Ogrodnik może zauważyć świeżo poruszoną ziemię i rzeczy wydostać!… Wyrzucić na ulicę? Jeszcze gorzej… Ach, niech co chce będzie!… Zaczekam, zaczekam! Biedziła się z dziwacznemi myślami, czarną chmarą napływającemi jej do głowy, z okrutnemi przypuszczeniami, z niepohamowanym lękiem, ogarniającym ją chwilami z taką potęgą, że chciała wstać, biec zaraz, natychmiast do wstrętnego Inotsuke Jokojamy, aby wyznać mu wszystko… To znowu wstrząsała nią rozpacz po utraconej w tak straszny, niepojęty sposób miłości!… Dziwiła się wszakże, że boleść z tego powodu jest daleko mniejszą, niż wyobrażała sobie, że być powinna i obwiniała się o ostateczne zepsucie i samolubstwo…
A może to wszystko tylko wypadek dziwaczny i Nojo dziś jeszcze wieczorem wróci, przyjdzie w nocy, jak zwykle, i z wesołym, tłumionym śmiechem opowie wśród pieszczot całe zabawne zdarzenie!…
Na wszelki wypadek przed przyjściem służącej wymyła spłakaną twarz zimną wodą i wysuszyła u „hibaczi“ mokre od łez rękawy kimono.
Teruci żadnych wieści nie przyniosła z miasta. Szaruga trzymała mieszkańców w domach, a ci nieliczni, których spotkała na ulicy i targu, tak byli zajęci szybkiem załatwianiem sprawunków pod biczami ulewy, że niewiele udzielili jej nowin.
— Nie mogłam przecież im powiedzieć o naszych złodziejach… Pani sobie nie życzyła!… — tłumaczyła się ze swych skąpych nowinek.
— Bardzo słusznie. Jesteś rozsądną dziewczyną, Teruci!… Chcesz, podaruję ci moje stare „obi“.
— To zupełnie zbyteczne!… Pani jest zbyt dobra, zbyt szczodra… Nie robię tego dla podarunków!…
— Wiem, że nie robisz dla podarunków, ale przyjemnie mi będzie, jeśli weźmiesz tę drobnostkę na pamiątkę wspólnie przebytego niebezpieczeństwa…
— Och, co oniby z nami zrobili, Miłosierna Kwanon!… Pamięta pani, jak złoczyńcy napadli dom Makimura Ajmon-sana, sąsiada rodziców pani, jak wymordowali wszystkich, zgwałcili kobiety i usiekli samego starego, który wypadł bronić się z szablą w ręku…
— Tak, ale to było dawno, Teruci!…
— A czyż mniej stało się złych ludzi?… Owszem, dawniej było więcej ludzi dobrych, gdyż ściślej przestrzegano prawideł starożytnych… Teraz jest wprawdzie więcej policji, ale ona patrzy przedewszystkiem, czy kto nie wylewa kubłów na ulicę…
— Tak, tak!… — zgodziła się Misawa, podczas gdy wzrok jej błądził daleko od rozgadanej sługi, śledząc blade cienie, uchodzące wdal zimnej, dżdżystej i wietrznej nocy.
— Ale wie pani: widziano dziś Inotsuke Jokojamę-sana, jak wracał ze stacji kolejowej… Niech sobie pani wyobrazi, w taką szarugę piechotą… Stary sknera pożałował kilkudziesięciu senów na kurumę… Za więcej zniszczył obuwia i odzienia w takie błoto…
Misawa wyprostowała się i odwróciła cokolwiek twarz od służącej.
— Czemu on na tę stację chodził?
— I to prawda. Co miał za interes?…
Znowu bez końca posypały się domysły, przypuszczenia i odpowiednie do wypadku przykłady.
Nadeszła noc ciemna i słotna, jak poprzednia.
Misawę raptownie ogarnęła zabobonna obawa pozostania na noc z rzeczami zabitego kochanka, gdyż pewność jego śmierci wróciła i utrwaliła się wraz z ciemnością. Wysłała więc na chwilkę do sklepiku służącą, a sama, narzuciwszy na siebie płaszcz i uzbroiwszy się w parasol, przemknęła się z zawiniątkiem pod pachą przez ulicę ku morzu.
Było tam jedno miejsce na końcu piasczystej ławicy, gdzie morze pieniło się i rzucało wściekle na kilka występujących skał. Tutaj rzuciła Misawa rzeczy kochanka, zawinąwszy poprzednio w nie kamień. Gdy chlupnęły ciężko w rechoczące wśród głazów wiry, wydało się młodej kobiecie, że rzuciła w te odmęty swą grzeszną miłość. Westchnęła.
— Nikt nic się nie dowie. Pozostanę sama z moim grzechem i to będzie mojem odkupieniem. Nikogo nie kochałam, nikogo: ani jego, ani Takeo i nikogo kochać nie chcę!… Dlaczegóż los uczynił mię kobietą, która musi wyjść zamąż, aby nie przyczyniać boleści rodzicom i musi mieć dzieci, aby nie błąkać się po śmierci, jako potępieniec nie przyjęty w krainie cieni!?




XIII.

Wszystko w niej stężało w czarnem, ciężkiem i nieskończenie smutnem postanowieniu. Nie wiedziała, w czem ono się wyrazi i kiedy dopełni, ale czuła, że życie jej umarło, młode, radosne życie i że nigdy już nie zmartwychwstanie. Czuła żal do Noja, czuła gorycz do Takeo, robiła nawet w myśli żałosne wyrzuty rodzicom. Lecz tych, wciąż zmieniających się falowań swej duszy niczem nie ujawniła nazewnątrz. Była tą samą dobrą, spokojną, małomówną panią, chętnie słuchającą nieustającej gadaniny szczerze do niej przywiązanej Teruci.
Dopiero przyniesiona po paru dniach przez tę ostatnią wiadomość, że Nojo-san istotnie znikł, że wdowa Kasziwade płacze i nic nie chce mówić, że ludzie gadają o jakimś gołym demonie, przelatującym nocami po ulicach miasteczka z hukiem, rykiem i burzą, co jest jawną przepowiednią bliskich nieszczęść — wstrząsnęły młodą kobietą…
— Może to te demony tak nadeptały koło naszego domu?… Jeden ślad był nagiej stopy!… Doprawdy, dobrze pamiętam!… — domyślała się Teruci.
— Co pani jest? Niech się pani uspokoi! Już to się niedługo skończy! Widział ktoś naszego pana niedawno w pociągu! Wróci więc czcigodny niedługo i wszystko ucichnie, uspokoi się, będzie znowu dobrze!… — pocieszała zdziwiona mieniącą się na twarzy Misawę!
— Gdzież go widziano?… Tutaj?… Czy nie wstępowałaś na pocztę po listy? — spytała Misawa złamanym głosem.
— Ależ listy przynoszą do domu… A gdzie pana widziano, nie wiem, nie mogli mi dokładnie powiedzieć!…
— Może list jaki został?… Poczciwa Teruci, idź zaraz i dowiedz się!…
Musiała zostać sama, aby zebrać myśli i uspokoić wzburzenie. Chciała w dodatku raz jeszcze przejrzeć dokładnie ową skrytkę, do której w pośpiechu zgarnęła pamiętnego ranka rzeczy Noja. A co, jeżeli tam został jaki drobiazg, kapciuch, fajeczka, bilet wizytowy i Takeo przyjedzie i znajdzie go!
Drętwiała na samą myśl o tem.
Otworzyła szeroko „szodżi“, aby mieć więcej światła, i szukała pilnie, spoglądając od czasu do czasu w rozpogodzoną na chwilę dal morza.
Wieczór zbliżał się i zdaleka, po zwełnionej, szaro-błękitnej toni płynęły z pod obłocznego nieba ku przystani kończate żagle rybacze jasnożółte, białe, lub rdzawe, podobne do wzniesionych skrzydeł ptasich. Na brzegu czekały na nie gromadki rybaczek z koszami. Ich głowy, owinięte białemi chustami, gołe łydki, gołe ręce, wynurzając się z zawiązanych na plecach rękawów pasiastych kimono, migały jak stada wrzaskliwych czajek na tle wałów piany, nieustannie nabiegających na płaskość brzegu. Poprzez szum fali przebijał się niestrudzony mamrot ich gawęd oraz przenikliwe okrzyki, jakiemi nawoływały dzieci, myszkujące w poszukiwaniu mięczaków i muszli w zwałach morszczyzny, wyrzuconej na piachy.
Misawa przeszukała starannie nietylko skrytkę, ale cały pokój.
Nie, niema nic!… Śladu najmniejszego!… A zresztą wszystko jedno! Wiedzą i tak!… Niema wątpliwości, że to oni urządzili zasadzkę, schwytali go i zamordowali!…
Uprowadzili daleko w noc ciemną nagiego, drżącego z zimna i milczącego w swem szlachetnem zacięciu… Trupa wrzucili do morza, albo zakopali gdzie za miastem w ziemi… Tak, tak: ona nienawidzi ich!… Ale dlaczego Takeo nie wrócił i nie pomścił do końca swej krzywdy!? Dlaczego nie utopił swej okrutnej szabli w jej łonie?… Z jakąż rozkoszą poniosłaby śmierć, która ulżyłaby jej teraz i, będąc karą, uwolniłaby od następstw przyszłe jej wcielenia. Dlaczego nie przyszedł? Przecież mógł zabić ją bezkarnie. Miał na to prawo. I ona przyznawała mu to prawo, gdyż on jeden był pokrzywdzony przez złamanie danej mu obietnicy… On jeden… Nikt inny, nikt więcej… Tylko on i tylko za naruszenie danego słowa… Bo kochać… Ona i tamtego kochała i tamten ją kochał, jak i Takeo, i cierpiał!… A może Takeo jej nie kochał i ożenił się tylko dlatego, aby mieć potomstwo i gospodynię w domu!? Może dlatego nie mścił się?… Może wolał zataić zdradę, aby nie rzucić cienia hańby na ród swój?… A teraz porzuci ją, odejdzie w milczeniu?…
Jakaś czarna pustynia, niezmiernie posępna i mroczna otwierała się przed nią. Wolałaby już szybki i pewny cios.
— Misawa-san, Misawa-san, straszne rzeczy!… — krzyknęła nagle zdołu z podwórza Teruci.
— Niech pani idzie! Znaleziono ubranie Nojo-sana… Utopił się!…
Misawa zbliżyła się nieśmiało do otwartej „szodżi“ — wyjść na balkon nie śmiała. Ale i stąd widziała wybornie, jak rybaczki, dzieci i przybyli majtkowie zebrali się w jedno miejsce na brzegu, rozglądając i rozciągając jakieś płaty w powietrzu.
Tłum ciekawych biegł pośpiesznie ku nim z ulicy.
Po niejakim czasie wszystko to zwróciło się twarzą ku jej domowi.

Misawa z cichym jękiem cofnęła się w głąb pokoju.
XIV.

Od tego dnia nie opuszczało jej uczucie, że ją osnuwa, oplątuje, ogarnia ze wszech stron powolnie, nieubłaganie jakaś tkanka niewidzialna a potężniejsza od grubych morskich niewodów; że tkanka ta koniec końców wywlecze na widok powszechny jej hańbę, jej winę. Dość było, aby ujrzała, jak nieznany przechodzień zatrzymywał się wypadkiem przed pięknym ich domem i podnosił ku niemu oczy, a już ogarniał ją niepokój. Przez szparkę „szodżi“, ciągle teraz zamkniętych, śledziła nieraz ulicę długo i podejrzliwie. A skoro dostrzegła gdziekolwiek Inotsukę, już sen nie nawiedzał jej tej nocy.
Nie brakło zresztą istotnych oznak głuchego niezadowolenia, powstającego przeciw niej w miasteczku. Handlarz ryżu przyszedł do niej pewnego ranka i z wieloma omówieniami wypowiedział jej dość stanowczo dalszy kredyt. Podobną wiadomość przyniosła jej nieco później Teruci ze sklepu spożywczego. Dostawca włoszczyzny kręcił nosem na nieprzyjęcie jawnie złych produktów.
— Powarjowali!… — mruczała gniewnie Teruci. — Cóżto nie wiedzą, że przy przesyłce pieniędzy z tak daleka, aż z Hokkaido, może zdarzyć się zwłoka… nawet z winy poczty… Mówię im, tłumaczę, że przecież pan nie ucieknie stąd, że jest dom… Nic nie pomaga!…
— Nie trudź się daremnie, Teruci, lepiej… weź ot — te drobiazgi i… zastaw u lichwiarza Szohei… rozumie się, powiedz, że to twoje!
— Nie, pani! Tego nie zrobię!… Co powie pan, kiedy się dowie?… Oni muszą czekać i muszą dawać, inaczej ja im oczy wydrapię… ja im narobię takiego wstydu, że lepiej niech spalą tabliczki swych przodków![12]
— Nie upieraj się, Teruci… Pan może nigdy o tem nie dowiedzieć się… Pocóż zatruwać mu życie drobiazgami naszego gospodarstwa? Skoro dostaniemy odeń pieniądze, zapłacimy lichwiarza i odbierzemy zastaw… — dowodziła Misawa głosem spokojnym.
Ale spokój daleko był od niej. Milczenie Takeo miało dla niej więcej wymowy, niż długie dowodzenia Teruci. Co się z nią stanie, jeżeli on nie ukaże się więcej i nie odezwie!? Pisać do niego było nad jej siły. A co będzie, co będzie!?… Nie chciała myśleć o tem, ale jednocześnie nie chciała myśleć i o przymusowem zejściu z tego świata… Na taką hańbę ona, bądź co bądź, nie zasłużyła i takiej kary nie weźmie ze sobą na dalsze przeżycia!… Takeo, jeden Takeo był pokrzywdzony!… Czegóż chcą od niej ci ludzie!?…
Pewnego dnia wszakże wpadła do kuchni Teruci, rzuciła gniewnie kosz ze sprawunkami na ziemię i wybuchła z krzykiem:
— Czego oni chcą?… Co te łotry sobie myślą?… Niech pani sobie wyobrazi, że oni powiadają, że Nojo-san popełnił samobójstwo z miłości do pani i że obojętne zachowanie się pani jest wprost niesłychaną tu w miasteczku rzeczą, że oni nie zniosą takiej kompromitacji, że najprostsze „giri“[13] wymaga…
— Samobójstwo Noja?… A więc on istotnie odebrał sobie życie?… Czy znaleziono zwłoki!?…
— Nie, zwłok nie znaleziono. Ale wdowa Kasziwade precz płacze i nic nie mówi… Nawet policja się w to wdała i wczoraj zaczepił mię starszy i pytał, czy nie pamiętam, kiedy po raz ostatni przechodził tędy Nojo-san?… Powiedziałam, że nie pamiętam, to się rozumie!… Nie mówiłam pani, gdyż nie chciałam powiększać zmartwienia, które jest i tak większe, niż cała ta sprawa warta!…
Tego już było za dużo. Misawa-san zakryła twarz końcem rękawa. Wierna służąca patrzała na nią żałośnie, nie wiedząc, co począć.
— Ech, pani, zacna pani!… Niech pani nie bierze tego tak do serca!… Wróci pan i wszystko doprowadzi do porządku!
Misawa niebardzo już wierzyła w rychły przyjazd Takeo, a w gruncie rzeczy nie wiedziała nawet, czy nie byłby to najgorszy z końców. Szczególniej teraz, gdy zgon tajemniczy Noja znowu wypłynął na widownię, raniąc jej serce bolesnem wspomnieniem.
Raz, gdy siedziała na górze w pokoju i rozważała w głębokiem zamyśleniu cały szereg następstw i skutków tej nocy zapomnienia, gdy siliła się przewidzieć ich koniec i obrachować stopień wysłużonego już odkupienia, drzwi cichutko odsunęły się i na progu pojawił się niepostrzeżenie Takeo. Przenikliwym i żałosnym wzrokiem przyglądał się chwilkę pobladłej i zbolałej twarzyczce żony, wreszcie kaszlnął…
— Misawa-san!…
Spojrzała z przerażeniem i upadła na twarz w pokłonie, pełnym należytej czci dla męża.
— Przybyłeś, czcigodny! Witaj!…
Usiadł koło niej i ujął ją za rękę.
— Czy jest ci dziś, jak dawniej?…[14]. Niespodziewałaś się mnie?…
— Nie pisałeś, panie, tak dawno!… Jakże się stało, że przybyłeś?…
— Miałem interesa w Osaka, więc, wracając, wstąpiłem na krótko… Jakże jesteś wychudłą i mizerną!… Czy stało się co?… Czy byłaś chora?…
Młoda kobieta zarumieniła się i opuściła na oczy drgające powieki.
— Tak, byłam niezupełnie zdrowa! „Jamase“ zawsze mię rozstraja, a ono grasowało tu przez całych dni trzydzieści…
Umilkli oboje i siedzieli przez chwilkę, nie patrząc na siebie; wreszcie Misawa zerwała się…
— Pójdę, każę przyrządzić wannę i przyśpieszyć obiad… Pewnie głodny jesteś, Takeo, i zmęczony, i nie wyspany po długiej podróży!…
Nie zatrzymywał jej, kryjąc wzruszenie uśmiechem.
Odeszła, chwiejąc się na nogach, uderzona jak sztyletem tym uśmiechem zarazem żałosnym i zamyślonym.
— Wie, czy nie wie?… Wie, czy nie wie?… W każdym razie… kocha mię jak dawniej!… — rozważała młoda kobieta, przyciskając pod kimono rękę do bijącego serca. Z przerażeniem myślała o nocy…
— Nie mogę, nie mogę… Muszę przedtem powiedzieć!…
Gdy wróciła do męża, Takeo odzyskał już równowagę i rozpytywał ją spokojnie o rozmaite szczegóły życia, o wydarzenia w miasteczku, o brata, o pogodę, o sprawy domowe. Od czasu do czasu rzucał na nią łagodne spojrzenie, które dodawało jej otuchy.
Po kąpieli i obiedzie poszedł do brata.
— A co!… Teraz my będziemy z długim nosem!… Zrzedną im, plotkarzom, miny!… — śmiała się w kuchni Teruci, trochę zdziwiona i nawet zgorszona brakiem radości ze strony pani.
— Jeżeli będzie… chciał… powiem mu… powiem… — rozmyślała tymczasem Misawa, oglądając swój maluchny sztylet przyboczny. — A jeżeli nie?… Poczekam, dowiem się wszystkiego!… Muszę się dowiedzieć!… Może to nie oni?… Może Nojo istotnie spotkał się wypadkiem z rabusiami?…
Z miasta wrócił Takeo chmurny. Gdy wieczorem Misawa zaczęła się skarżyć na ból głowy, twarz mu drgnęła i zmierzył ją przenikliwem spojrzeniem. Nie odpowiedział i długi czas młoda kobieta leżała pod swą grubą kołdrą skulona i zdrętwiała, czekając, co będzie.
Nie ruszył jej, nawet się do niej nie zbliżył.
Westchnęła z ulgą, lecz jednocześnie znowu poczuła z niezmierną wyrazistością, że wstępuje na jakiś więzienny, żałobny, nieskończenie pusty i jałowy szlak, przed którym wzdrygnęła się jej młoda dusza. Wkońcu, jako jedyny cel, błyskały już tylko żółte wody Sandcu — rzeki wszechzapomnienia.
Misawa usnęła spłakana.




XV.

Przyjazd Takeo zrobił ogromne wrażenie w miasteczku. Czekano niezwykłych wydarzeń. Gdy przechodził przez ulicę, wychylano głowy z okien i sionek, wychodzono ze sklepów, zatrzymywano się i oglądano za nim, jak za cudzoziemcem.
Szczególniej kobiety nie były w stanie ukryć niezwykłego zainteresowania. Takeo nie mógł tego nie zauważyć. Zresztą Inotsuke Jokojama nie omieszkał powiadomić go natychmiast o wszystkiem. Opowiedziawszy mu o nagłem zniknięciu Noja, o milczeniu i łzach Kasziwade, o znalezionej w morzu odzieży młodzieńca, dodał od siebie ze skromną przenikliwością:
— Byłem pewny, że tak będzie. Niecnota musiał wymknąć się nam niepostrzeżenie, a potem, ratując się przed zasłużoną zemstą, udał samobójstwo!…
— Jeżeli udał samobójstwo, to nie z tego powodu, gdyż stanowczo nie znalazłem nikogo w mym domu!… — zimno odpowiedział Takeo-san.
— W każdym razie jest to zawiła historja i słusznie policja nią się zajmuje!… Badano Hogi, pytano Kasziwade-san, ale nikt nic nie wie, gdyż wszystko to robi się w tajemnicy… Rzeczy również zabrała policja!…
Miał więc Takeo więcej do roboty, niż jadąc tutaj przypuszczał, musiał zabawić dłużej. Chciał tylko pokazać się, aby przerwać plotki, które nie wątpił, że powstaną, oraz… oraz… ułatwić… drogę sobie, no… i żonie!… Zresztą sam nie zdawał sobie sprawy, dlaczego tak bardzo pragnął ją widzieć. Teraz widział jej ból, szanował go, ale i jego ból, który zdawał się zwyciężonym, ponownie zaczął nim szarpać. — Rozumiał wybornie wybiegi Misawy, dążące do oddalenia jego uścisków i widział w tem objawy nienawistnego uczucia…
— Kocha go, wciąż jeszcze go kocha! Ach, gdyby wiedziała!?…
Był jednak zbyt rozsądny, aby jej napomknąć, aby potrącić nawet o sprawę Noja. Tymczasem to unikanie rozmowy o przedmiocie, zajmującym całe miasteczko, utwierdzało tylko młodą kobietę w pewności, że mąż wie o jej zdradzie. Tem objaśniała jego wstrzemięźliwość.
— Dobry on jest… dobry… za dobry! Wolałabym, aby mię bił! Dobroć zabija nie gorzej, niż żelazo!… A może nie wie!? We dnie jest taki wesoły i rozmowny! Co jednak on robi na mieście? Teruci mówiła, że był u Kasziwade-san i siedział całe przedobiedzie… Nie może nie wiedzieć o zniknięciu Noja!? Co to znaczy wszystko i czem się to skończy?…
Zadrżała, gdy pewnego wieczora powiedział przy kolacji:
— Jutro wyjeżdżam.
— Jutro!… — przeciągnęła głosem niepewnym.
— Tak — jutro! Muszę! Połów śledzi zacznie się lada chwila. A muszę ci też powiedzieć zabawny koniec samobójstwa Noja. Okazuje się, że chłopiec żyje, jest w Osaka zdrów i cały, pracuje w jakimś domu handlowym… Pisał niedawno do matki. Policja wytropiła go. Kasziwade wiedziała o wszystkiem, ale skrywała miejsce jego pobytu ze strachu przed… niewiadomo czem… Zwyczajnie niezupełnie mądra kobieta! Podobno pewnej nocy przybiegł do domu nagi, nawet bez owojki na brzuchu… Miał pewnie jaką awanturę! Myślę, że się nareszcie hultaj ustatkuje!… Co?
Mówił, nie patrząc na żonę, i wybrał chwilę, gdy ta, zbierając naczynia, mogła łatwo ukryć przed nim swą twarz. Nie mógł jednak nie usłyszeć, jak zadrżała porcelana na tacy w jej ręku.
Gdy położył się, nie mógł usnąć i wpatrując się w ciemności, wsłuchiwał się czujnie i boleśnie w oddech również czuwającej żony. Wreszcie wyciągnął cichutko rękę i położył ją znienacka na jej oczach.
— Płaczesz, Misawo? Nie płacz, kochana!…
— Ty nie wiesz, Takeo, ja… ja…
Zatkał jej usta.
— Nie chcę wiedzieć, Misawo, nie chcę nic wiedzieć… Któż z nas jest bez grzechu!?
— Ach, czemuś mię opuścił, czemuś mię opuścił?… Chciałabym umrzeć!…
— Nie w ucieczce zwycięstwo złego, a w zmożeniu go!… Oboje zawiniliśmy, oboje będziemy go zwalczać! Chcesz, Misawo?…
Płakała coraz rzewniej. Wtedy przyciągnął ją do siebie i, siląc się utulić pieszczotami jej rozżalenie, sam utonął niepostrzeżenie w jej uścisku bardziej bolesnym, niż rozkosznym.
— Zabierz mię, zabierz mię ze sobą! — szeptała cichutko.
— Zabierz mię stąd… na zawsze!




XVI.

Niewielka łódź żaglowa szybko mknęła wzdłuż skalistych brzegów. Płótnisko żagla twardo wydęte mocnym wiatrem, pochyliło ją na bok. Wręb burty wrzynał się w wodę, która wytryskiwała z pod niej i, jak skiba z pod lemiesza, odlewała się na bok wielkim szumnym odwałem, gotowym przy najmniejszej niezręczności sternika zachlusnąć wątły stateczek.
U rudla siedział Takeo i uważnie spoglądał na brzegi oraz wietrznik, trzepoczący się na szczycie masztu; u cięciw żaglowych czuwał rybak z fajką w zębach, a na dnie łodzi, wysłanem matami, siedziała Misawa, oparta plecami o skrzynie i wory.
Była bardzo blada, gdyż nie znosiła kołysania statku. Dokuczał jej również ckliwy zapach starej, nadbutwiałej łodzi, starych żagli i starego tranu, wszędzie suto rozlanego. Wypatrywała więc z utęsknieniem niedalekiego już końca podróży.
Mijali właśnie czarny, opoczysty przylądek, od którego daleko w morze odtoczył się rząd ostrych głazów. Tłukł się między niemi z rykiem niebezpieczny wir i ciskał wysoko w powietrze rozpylone piany. Dal morza kołysała się potoczysto wielką, szklistą, mocno szafirową falą.
Siwe, nieliczne chmurki wisiały w błękitnem powietrzu. Zbiegające ku zachodowi słońce ślizgało się lekką pozłotą ponad wodami i biło całą siłą swych promieni w zielony, górzysty brzeg, kędzierzawy od lasów.
— Patrz, patrz, Misawo, wieloryb! A tam drugi! Dobry znak! Bo to są pastuchy śledzi!… — zawołał Takeo, wskazując głową na otwarte morze…
— So-da! — potwierdził rybak, wyjmując z ust fajeczkę. — Dużo ich!… Tam więcej!…
Misawa obróciła się we wskazanym kierunku, nietyle, aby coś zobaczyć, gdyż ból głowy pozbawiał ją prawie przytomności, ile, aby zrobić przyjemność mężowi.
Dopiero, gdy niezbyt daleko wynurzyła się z toni potworna, granatowa paszcza i wielki, biały wodotrysk wyleciał w powietrze, gdy tuż, tuż nad uchem rozległo się groźne, do grzmotu podobne sapnięcie, wylękła kobieta zerwała się z kolan.
Obaj mężczyźni rozśmiali się.
— Nie bój się! On się sam zląkł i dlatego tak sapnął… Już go niema!… A oto i nasza zatoka!
Z lękiem innego rodzaju spojrzała Misawa na ziemię.
Ogromny wnęk zasp piasczystych, ławic i odmiałów żółtym sierpem zalegał błękitny szczerb morza. Ciemny wał gór, bodący skalistemi rogami morskie roztocze, otaczał go opodal zwartem półkolem, a z obu stron strzegły go siwołape bałwany zielonawych bełchów, wiecznie skaczących na skaliste opoki.
Misawa poznała natychmiast tylekroć opisywaną jej przez męża Tepa. Wkrótce dostrzegła strażnicę, wznoszącą się ponad piaskami, jak rozgniewany pająk na cieniuchnych nóżkach, dom rybaczy, a dalej szare, pozębione strzechy ainoskiej wioseczki, wystające z blado-zielonych wiklin…
Na brzegu spostrzeżono przybyszów. Ku wodzie biegli ludzie w japońskich kimono oraz kudłaci Ainosi w łyczanych siermięgach, nagie dzieci i czarne, do lisów podobne psy.
Takeo kazał zwinąć żagle i, unoszeni na wiosłach przez wielkie fale przypływu, śpieszyli ostrożnie ku ziemi. Przy samym brzegu, trzepocząc wiosłami na miejscu, jak jętka skrzydłami, pozwolili wyprzedzić się trochę pienistemu grzebieniowi wielkiego wału i na jego potężnym popławie opadli łagodnie na piaski. Dziesiątki muskularnych rąk chwyciły natychmiast stateczek za burty i uprowadziły go na ląd wcześniej, niż zdołał go zlizać język nowego bałwana, już nadbiegającego i wznoszącego wysoko nad ziemią swój zawinięty czub.
Po całodziennym bezruchu, ciszy i kołysaniu, ogłuszający szum chluszczącego na brzegi przypływu, skupiony ruch śpieszących się ludzi, gardłowe okrzyki Ainosów, a następnie ciężki spokój lotnych piachów, w których stopy tonęły do kostki — oszołomiły Misawę. Przyjmowała powitania ziomków, jak przez mgłę, i odpowiadała na nie ze słodkim, żałosnym, półprzytomnym uśmiechem.
W takim żałosnym półśnie popłynęło jej tutaj życie.
Takeo wynajął od Ainosów najlepszą chatę, kazał ją oczyścić, wyszorować, wyłożył ją nowemi „tatami“, wstawił papierowe okna, a kuchnię przystosował do japońskiego użytku.
Misawa chciała sama prowadzić gospodarstwo domowe, gotować i sprzątać. Bała się wolnego czasu, bała się myśli, drzemiących na dnie jej duszy. Dlatego po obiedzie chodziła jeszcze do kantoru, aby prowadzić rachunki. Takeo początkowo opierał się temu, ale tak usilnie prosiła, że ustąpił.
Po tygodniu jednak zauważył, że taje mu w oczach, chudnie, mizernieje, słania się nieledwie na nogach i pokaszluje.
— Widzisz, mówiłem ci, że to nad siły twoje… I klimat tutejszy za ostry… Co cię boli, powiedz!?
— Ach nic, zupełnie nic… tylko…
Uśmiechnęła się boleśnie.
— Zostanę… matką!
Takeo aż trzepnął z radości dłońmi po kolanach.
— Co ty mówisz?… Doprawdy?
Spojrzała z przerażeniem na jego twarz ożywioną, na oczy rozbłysłe tkliwością…
— Doprawdy!… — szepnęła, zwieszając głowę.
Był trochę zdziwiony jej smutkiem, ale nie miał czasu na rozmysły i wypytywania się, gdyż zbliżał się okres najbardziej natężonej pracy; śledzie mogły się ukazać lada dzień i należało godnie przygotować się na ich przyjęcie.
— Musisz więcej chodzić, spacerować. Zabraniam ci przesiadywać w kantorze. A wystrzegaj się podnoszenia rąk do góry!… Pamiętaj, że Hokkaido, to kraina poronień. Ainosi dlatego się nie rozmnażają!… Przyślę ci służącą!… — przestrzegał ją w pośpiechu, wybierając się znów na wybrzeże.
Służąca zjawiła się jeszcze tegoż dnia. Była to żona Setary, — największego ladaco i pijaczyny w osadzie, — niezmiernie cuchnąca i kołtuniasta Ainoska, przezywana ironicznie przez rodaków „Sak“-Lato. „Lato“ nie myła się nigdy, uważając to za ciężkie przewinienie przeciw moralności.
— Niech się tam myją kobiety chciwe na chłopa. Ja tam o nich nie dbam!… W dodatku od wody skóra pierzchnie!… — mruczała w odpowiedzi na żądania Misawy.
Najczęściej jednak nie mówiła nic, jeno wytrzeszczała na panią zaropiałe, wiecznie wystraszone oczy i wykrzykiwała ze zdziwieniem:
— Kik-kik!
Nic nie pomagały ani tysiące razy powtarzane łagodnie pouczenia, ani groźne rozkazy i wyrzuty. Stale wycierała nos palcami i brała się następnie temi palcami do przyrządzania potraw; nie umiała używać bibuły, mydła, ręcznika, szczypców, pałeczek… Tłuszcz i resztki pokarmów usuwała z naczyń językiem, a własne zawalane dłonie wycierała albo o włosy, albo o brudną szmatę, owiniętą, jako pas wstydliwości, dokoła nagich jej bioder.
— Jakże żałuję, że… nie wzięłam Teruci!…
Nie, Teruci nigdybym nie wzięła!… Nigdy! — rozmyślała Misawa.
Po wielu burzach młoda pani wywalczyła tyle tylko, że „Lato“ zaczęła się ukrywać ze swemi nałogami, a złapana na gorącym uczynku, wykrzykiwała już nie zdziwione „kik-kik!“, lecz rozpaczliwe „haje!“
— Czy nie lepiejby wziąć Aje? Ona na pewno zgodzi się, dzieci nie ma i nic w domu nie robi. Jest o wiele czystszą, przyjemniejszą i z oczów jej sprytniej patrzy!… — prosiła męża parę razy Misawa.
— Aje?… Aje… nie można! — odpowiadał zawsze stanowczo Takeo.
Choć nie wypada w żadnym razie wnikać w powody mężowskiej odmowy, nie mogła wszakże Misawa wstrzymać się od zestawienia cokolwiek ostrego tonu Takeo z chmurnemi, nieżyczliwemi spojrzeniami, jakiemi obrzucała ją zawsze utatuowana zalotnica.
Młoda kobieta nie pozwalała sobie zresztą zagłębiać się w te sprawy. To było dawniej, teraz Takeo ją tylko kochał! O tem wiedziała… A zresztą, co to wszystko znaczyło w porównaniu…
Aby rozproszyć gnębiący ją smutek, szła w pogodę na wybrzeże, gdzie od świtu do nocy panował ruch, gwar, praca. Ciemne łodzie sunęły po lazurowej toni, ciągnąc różańcowe półkola niewodowych pływaków. Rybacy śpiewając uderzali do taktu wiosłami, z których lała się woda, jak żywe złoto. U brzegu srebrna fala nalatywała z łagodnym poszumem na piasczyste chyły odmiału, a powyżej, na wydmach, gdzie Ainosi nastawiali rzędy zielonych gałązek oraz kudłatych, jak oni sami, „inau“[15], bronzowe dzieci i czarne psy wylegiwały się w oczekiwaniu połowu.
Misawa siadała tuż u fali, tak, że ta pieściła jej drewniane sandały.
Takeo, który zwykle w dnie takie albo doglądał robotników, przesypujących suszący się na matach kompost, albo siedział w budce strażniczej, wypatrując przybycia głównej ławy śledziowej — podchodził co jakiś czas do żony i zamieniał z nią kilka słów serdecznych. Oczy jej szły wtedy za nim, jak za słońcem.
Przybycie śledzi opóźniało się.
— Może nie przyjdą w tym roku!? — spytała nieostrożnie Misawa.
— Namu!… — szeptali zabobonnie rybacy.
Takeo zaś odwrócił twarz, gdyż wszystkie jego zamiary co do porzucenia Tomari, zamieszkania gdzie indziej w zimie oraz urządzenia się na przyszłość w Tepa z większą wygodą, aby mieć możność zabierać tu na lato żonę i dziecko, upadłyby same przez się dla braku środków.
Zrozumiała to natychmiast Misawa i od dnia tego z równym, jak mąż, skrytym niepokojem śledziła falujące przestworza to omroczone, szare od chmur, to złote lub błękitne od słońca. Nawet w nocy doświadczeni rybacy stróżowali kolejno, nasłuchując w ciemnościach dobrze znanego szumu napływającej ławy ryb, gdyż mogły zawitać na króciuchną chwilkę i oddalić się niepostrzeżenie.
Każdy świt budził wszystkich do nowej gorączki oczekiwania, do nowych nadziei i zwątpień.
Nareszcie pewnego ranka, gdy „Lato“ nie zjawiła się wcale i Misawa musiała sama zająć się paleniem ognia, nastawianiem ryżu i sprzątaniem pokoju, dostrzegła nagle przez otwarte okno sznur dziatwy i kobiet ainoskich, pędzących drogą wśród zarośli ku błękitniejącemu woddali morzu.
— Śledzie!… — krzyknęli jej po ainosku i znikli w podskokach.
Misawa również podążyła za niemi.
— Rozchmurzy się nareszcie Takeo!
Na brzegu wrzał ruch nieopisany, cała ludność tam wyległa.
Podzieleni na oddziały mężczyźni gotowali się zepchnąć do wody łodzie, ładowali do nich sieci, sznury oraz ogromne skręty niewodów, postukujące łagodnie ciężkiemi grążami. Kobiety i wyrostki toczyli po kładkach drewnianych z pod szop taczki i kadzie na sam brzeg. Ale dużo było niezajętych niczem Ainosek, które, trzymając na wydatnych biodrach siedzące okrakiem nagie dzieciątka, patrzały na morze, przykrywszy oczy dłonią.
Tam, w lśniącej od promieni słońca głębinie, działy się cuda, sunęła ku ziemi srebrno przeświecająca z błękitów wody szeroka, perląca się smuga, mleczny, sunący po dnie zalew. Raz wraz wypryskiwały zeń w powietrze srebrne iskry ryb, bąbliły się migotliwe wzdęcia. Chmary ptaków krążyły nad tym żywym warem z wrzawą, głuszącą szum morza. A opodal na tyłach tryskały to tu, to tam niezliczone fontanny wytrysków i czarne cielska wielorybów, kaszalotów, rekinów przewalały się wśród wzburzonych fal. Wszystko to zbliżało się z szybkością lawiny do lądu, aż wreszcie wypełniło cichą zatokę zawrotną wrzawą i ruchem. Rozpędzone łodzie rybaków werżnęły się w srebrną ławicę. Ich szerokie wiosła wyrzucały z morza już nie wodę, lecz krople srebrzystych śledzi.
Ogromne niewody, ostrożnie spuszczane, powoli tonęły w odmętach.
Niezadługo ciągniono do brzegu góry trzepocących się ryb.
Ludzie, psy, mewy zaroiły się wrzaskliwą zgrają nad niemi. Zadudniły po kładkach taczki, pełne drgającej zdobyczy.
Praca gorączkowa, napięta, praca, podobna do szału, pochłaniała wszystkich.
Jedna Misawa stała na uboczu bezczynna i niepotrzebna nikomu.
Takeo rzucił jej wesoły okrzyk mimochodem i posłał do domu. Poszła, ugotowała obiad i przyniosła mu go. Był tak zajęty i zmęczony, że jadł mało i wcale nie gadał.




XVII.

Po malowniczych dniach rybaczego żniwa nastały niemniej pracowite, ale zupełnie niepoetyczne dnie warzenia tranu i suszenia kompostu.
Pogoda sprzyjała; lecz dymy ognisk i smród przypalonej ryby zdawały się przyćmiewać blask słońca. Nawet krótki pobyt na wybrzeżu stał się dla Misawy wprost niemożliwy; z zazdrością patrzała na Ainosów, szczerzących wesoło zęby wśród tego piekielnego zaduchu. Takeo i japońscy rybacy również niewiele sobie z tego robili, ale ją ogarniały takie nudności, że rada słuchała rozkazu męża i uciekała do domu.
I tam miała jeszcze do zbytku przykrego odoru, lecz można już było wytrzymać.
Objedzona ryby „Lato“ stała się jeszcze brudniejszą i głupszą. — Chodziła teraz z podbitemi oczami, gdyż Setara z powodu obfitego połowu upił się wściekle i zbił ją niemiłosiernie.
— On mię bije za to, że mu nie przynoszę pieniędzy i wódki, jak Aje, i że nie mam dzieci!…
A skąd ja wezmę!?… — żaliła się swej młodej pani.
— Słuchaj, Lato: z jakich to kwiatów wy, Ainosi, robicie truciznę do strzał. Czy te kwiaty tu rosną? Czy to prawda, że wy pijecie odwar z tych kwiatów, kiedy nie chcecie… mieć dzieci?
Lato zrobiła tajemniczą minę.
— Ainoski chcą mieć dzieci… To nieprawda!… W dzieciach cała nasza pociecha! Chociaż trudno je chować Ainoskom. Jedzenia mało. Mężczyźni muszą wciąż pić wódkę, bo tak każą bogi, a wszystko robić musi kobieta… Pierś wysycha!… Patrz, ja przecież nie stara jestem, a co mam!…
Uchyliła łyczanej siermięgi i pokazała czarne piersi, wiszące, jak dwa puste kapciuchy. Misawa ze współczuciem spojrzała na nią.
— Dzieci umarły. Co które urodziło się, to umarło, a teraz nie mam, bo mnie nie kocha… bije i nie kocha!… A za co?… Przecież i ja byłam kiedyś gruba i tłusta! Byłam mu wierna, a on mię bije: „to nie twoja zasługa, ciebie i pies nie zechce, desko do skrobania ryby“ powiada! Czego chce, nie wiem!?… — dodała smutno i wytrzeszczyła na Misawę zaropiałe oczy.
Młoda kobietą milczała zmieszana.
— Choć to nie wolno nam, kobietom, o tem wiedzieć i mówić, ale… niech tam… powiem ci, czcigodna, gdzie są te kwiaty i nawet poprowadzę cię, boś dobra i… smutna! — szepnęła niespodzianie Ainoska po długim namyśle.
— Nie chcę. To zapewne daleko stąd!?
— Ależ nie. To tam: wysokie jak pokrzywa łodygi z fioletowemi dzwonkami! Nie należy nawet siadać w ich cieniu. Można usnąć i nie obudzić się.
Misawa rzuciła okiem w tę stronę. Dawno już zauważyła była w czasie przechadzek ten wzgórek za rzeczką, dokoła którego stłoczyły się bujnie kwiaty i krzewy i skąd pewnie był piękny widok na okolicę. Od zwiedzenia go wstrzymywała ją zabobonna trwoga, gdyż z poza muru zieleni wyglądały jakieś kije dziwaczne i białe czerepy. — Ainosi mówili o tem miejscu niechętnie, a rybacy japońscy z przekąsem:
— Kosmaty raj!
Pewnego dnia jednak, gnana szczególną tęsknicą, przeszła chybotliwą kładkę nad strumykiem i zagłębiła się wąską szczeliną drożyny w gąszcz splątanych ziół i krzewów.
Już chłody nocne zbliżającej się jesieni wytrawiły na zwartej tkance zieloności swoje wzory cudowne.
Już opadłe lub przywiędłe liście otworzyły tu i owdzie powietrzne przeloty, poprzebijały w gęstwie roślin okienka, przez które w brunatnych zacieniach delikatnie rysowała się siatka gałęzi, pędów i wici, im dalej, tem niklejszych i bledszych, aż wreszcie zlewały się całkowicie z bursztynową lasu posnową.
Na poszarzałem, rozbitem na tysiące odmian i barw poszyciu leszczyny, wierzb i brzóz słoneczno-żółte, gwiaździste liście klonów, amarantowe, powiewne, jak u bambusów, kiście sumaków, wiśniowe liście dzikich porzeczek haftowały nieporównane wzory tuż obok ciemnego, lśniącego listowia dębiny i kosmatych łap szarozielonej sosny japońskiej, jakby przesnutej platynową siatką. Dołem, wśród rdzawych traw strzelały białe, żółte i szafirowe kwiaty jesienne.
Pachniało miodem i dzikim owocem. Roje owadów brzęczały w ukryciu; opodal śpiewały świerszcze i cykady, a w głębi poświstywały ptaki. — Wysoko między drzewami przelatywały wielkie, ciemne, pierzchliwe, śpiewające motyle, wydając przenikliwe dźwięki…
Misawa szła przejęta i oczarowana. Nigdy jeszcze nie widziała nic podobnego. Tam na południu wszystkiego już dotknął się człowiek i to nawet, co rosło napozór dziko, rosło za jego wiedzą i wolą.
Tutaj świat odrębny, nieprzejrzany, niezależny rozlewał się pysznemi falami wokoło i piął wysoko na niebotyczne góry…
Tutaj dopiero odczuła młoda kobieta całą prawdę tej wielkiej, wpojonej jej od dzieciństwa mądrości, że ona sama jest przelotnym jedynie kształtem wiecznie drgającej w przestworzach siły poczuła w sobie wyraźnie tysiące różnemi czasy umarłych i wskrzeszonych bytów, zrozumiała, że nic wyrwać jej nie może z potężnego koliska życia, że skazana jest cierpieć i cieszyć się dla jego celów tajemnych, że pozbyć się bólów własnych może tylko, zniszczywszy ból wszędzie…
A droga ku temu poprzez zaparcie się, przez zwycięstwo zła!…
Ach, gdyby nie Takeo, zostałaby mniszką! Poszłaby przez świat z żebraczą miseczką, w grubej szacie i w wielkim kapeluszu, zasłaniającym wdzięki, budzące żądze!… Cicho przejść, przesunąć się jak cień, wypocząć choć przez krótką chwilkę pozostałych lat od wiru targających uczuć i myśli!…
— Skoro nie mogę zniszczyć zła, skoro nie mam siły do walki, niech choć nie zwiększam brzemienia cierpień, utrwalając go w burzliwych, pełnych ognistych wstrząśnień postępkach…
Ciszy, zupełnej ciszy, spokoju, słodkiego spokoju w wiecznie drgającem sercu!…
Z zarośli wyszła nagle na polankę zalaną słońcem i stanęła trochę zdziwiona, a trochę wylękła. O parę kroków przed nią, ze splątanych badyli ziół i krzewów, unosiły się ku górze wysokie żerdzie, a na nich kosmate łby niedźwiedzi z wyszczerzonemi kłami i zgasłemi ślepiami, ustrojone wieńcami z wiórek. Z niektórych już skóra opadła i świeciły białością kości, opłókanych przez deszcze. Bił od nich lekki zaduch i chmary brzydkich, zielonych much oraz bąków unosiły się nad niemi. Kudłate ainoskie „inau“, zupełnie nowe, białe oraz poczerniałe na słotach, gęsto stały między mordami zwierząt, wyobrażając zapewne tłum pobożnych krajowców…
— Aha, to więc jest „kosmaty raj“!… — pomyślała z pustotą młoda Japonka.
Dostrzegła pod jedną z ofiar bujny krzak opisanych przeto „Lato“ kwiatów trujących i, przezwyciężając wstręt i strach, zbliżyła się ku nim.
Już wyciągnęła rękę, aby je zerwać, gdy cichy szelest zboku w gęstwinie przejął ją dreszczem. Zamarła bez ruchu i spojrzała w tę stronę. Zielsko rozchyliło się zlekka i wyjrzała stamtąd ruda, trójkątna mordeczka z ciemnemi, smutnemi ślepkami.
— Lis… lis!… Inari-san! Żywy Inari-san!
Serce zabiło jej, gdyż gotowa była przysiąc, że zwierzątko spojrzało na nią oczami Noja.
Znikło prawie bez szelestu, jak zjawiło się, a Misawa wciąż jeszcze stała zmartwiała.
Tego tylko brakowało!
Bóg obłędu i szaleństwa!… Zdradziecki bóg kusiciel!… Bóg grzesznej miłości!…
Ha, coś w tem jest! Kto wie, czy cała przygoda z Nojo, cała ta czerwona i paląca jak ogień smuga nie była tylko straszną maligną, okrutnym, lubieżnym figlem lisiego odmieńca! Namu Amida Butsun!… Zmiłuj się nade mną!
Przycisnęła rękę do łona, gdzie nowe piastowała życie, i pobiegła do domu.
— Czyje życie!? O lisie czcigodny, straszny lisie, zostaw mię w spokoju!…
Biegła drżąca, zdyszana, martwiejąc z przerażenia, gdy sęczki lub gałęzie czepiały się jej rozwianych rękawów; szarpała je naoślep, bojąc się obejrzeć, żeby nie ujrzeć czasem przebiegłej mordy lisa, chwytającego ją zalotnie za szaty.
Dopiero w domu uspokoiła się i znowu zaczęła długo, boleśnie sprawdzać i zestawiać daty oraz okoliczności, aby łudzić się choć słabą nadzieją, że nie jest jeszcze tak źle…
Rozumie się, że nie opowiadała mężowi przygody, lecz zręcznie naprowadziła rozmowę na brak zupełny w okolicy religijnych przybytków japońskich.
— Naprzykład Inari-san… Wcale nie ma kapliczki… Nawet nie wiem, czy nasi rybacy mają jego posążek!… My sami zapomnieliśmy o nim!…
Takeo chwilkę pomyślał, potem kiwnął głową.
— Owszem. Po skończeniu robót można będzie kazać zbudować domeczek, a na przyszły rok przywieziemy porcelanowe figury i postawimy „tori“!




XVIII.

Nie pomogła rozpoczęta w Tępa budowa kapliczki, nie pomogły modły i ofiary, zawiodły wszystkie, oparte na wątpliwych rachubach nadzieje — powity na wiosnę przez Misawę syn miał tak uderzające podobieństwo z Nojo, że Takeo, obejrzawszy go, odwrócił się szybko, aby ukryć twarz w cieniu.
Mieszkali w Hakodate w małym domku, na stoku „Leżącego Byka“, niedaleko wspaniałego gaju kryptomeryj, skąd otwierał się widok w obie strony na dwa morza. Wysoko nad niemi czaiła się ledwie widoczna twierdza. Naprzeciwko, za szmaragdową zatoką, wznosił się różowy stożek wulkanu Komagotake.
Cicho płynęło im życie domowe.
Ale dokoła zbierały się ciężkie chmury i burzliwe gorące powiewy wpadały raz wraz do ich zacisza, w kształcie trwożnych wieści.
Sroga, krwawa wojna zbliżała się wielkiemi krokami.
Misawa słyszała nieraz z drugiego pokoju, jak goście, pomówiwszy z Takeo o interesach, kończyli utyskiwaniami:
— Ruina, ruina grozi wszystkim!… Ale co robić!… Oni pragną zamienić nas w niewolników… Już teraz traktują nas, jak bezprawnych włóczęgów… Znowu pochwytano nasze okręty, wracające z połowu ryb, choć miały wszystkie wymagane świadectwa, poświadczone przez tutejszy konsulat!…
— Zapewne, że wojna nie jest rzeczą przyjemną i dobrą, lecz niewola jest rzeczą stokroć gorszą!… — odpowiadał Takeo.
— I stąd trzeba będzie uciekać, gdyż tutaj przedewszystkiem przyjdą ich wojenne okręty.
— Ha, cóż robić!
— Pan nie wie, co to za okrutnicy i barbarzyńcy, dlatego pan mówi tak spokojnie… Widziałem białych w czasie wojny bokserskiej… Kamienia na kamieniu nie zostawiają.
— O tak! — wtrącił redaktor miejscowej gazety. — Jeżeli my nie zniszczymy ludzi północy, to oni nas zniszczą. Zawsze północ przynosiła południowi nieszczęście… Stamtąd, z pustyń północnych, do Chin, do Korei, od wieków ciągnęły hordy zdobywców… Stamtąd przychodzili tyrani… Czyż puścimy ich do naszej ziemi!?… I naco czeka rząd?… Czego mu jeszcze trzeba? Wygrywa ten, kto uderza pierwszy!
— Rząd wie, co robi. Aby wojna była dobrą, musi dojrzeć jak owoc. Owoc przedwcześnie zerwany, gnije. Muszą wszyscy, cały naród poczuć, że wojna jest konieczną, nieuniknioną… Wtedy polegną albo zwyciężą!… Niech więc wrogowie teraz się panoszą, niech urągają, niech krzywdzą nas… My milczymy, aż przyjdzie nasza godzina!…
— Można przepuścić czas odpowiedni. Gdy napastnik chwyci za gardło, za późno sięgać po miecz… Wojska przeciwnika już przekroczyły granicę koreańską… Mogą tu być niezadługo… Czyż ścierpimy, czyż dopuścimy do takiej hańby, żeby zdobywca deptał ziemię japońską. Jeszcze tego nigdy nie bywało… od czasu napadu Mongołów!
Wszczęła się długa, burzliwa dyskusja, której Misawa pilnie słuchała za cienką ścianą. Daremnie jednak czekała, co powie Takeo. On milczał.
— Czy pójdziesz na wojnę, czcigodny?… — spytała go nieśmiało wieczorem.
Siedzieli naprzeciw siebie koło „hibaczi“ w czyściuchnym pokoiku, oświetlonym lampą. W powietrzu unosiła się subtelna woń śliwowego kwiatu, którego gałąź bielała opodal w wazonie pod ścianą. Z białych, długich „kakemono“ patrzały na nich żórawie i mówiły do nich znane im dobrze, znaczące napisy:

Gdy wiatr hula na polach jesiennych
Strąca on rosę perłową…

— Pójdę, gdy wezwą. Należę do pierwszej rezerwy. Wszyscy pójdziemy! — odpowiedział Takeo.
— A jeżeli nie wezwą!?
Takeo zwłóczył z odpowiedzią. Zukosa, szybkiem spojrzeniem ogarnął żonę. Była znowu jak dawniej piękną, ponętną, świeżą, niby górska wiśnia kwitnąca.
Misawa dostrzegła to jego spojrzenie i rumieniec zalał jej szyję i twarz. Usta jej drgnęły, jakby chciała coś powiedzieć, ale wstrzymała się i przykryła oczy rzęsami.
I znowu potoczyły się ciche dnie, pełne słońca i spraw drobnych, domowych.
Aż padł piorun. Wszyscy wiedzieli, że on padnie, czekali go, a mimo to religijna jakaś cichość zapanowała po domach i w sercach.
Inotsuke Takeo dostał wezwanie do stawienia się na zbornym punkcie. Miał mało czasu, a dużo spraw do załatwienia. Pośpiesznie doprowadzał do jakiego takiego porządku swe interesa handlowe, biegał po mieście, podczas gdy Misawa, blada i zamyślona, pakowała mu rzeczy na drogę. Główną jednak miał troskę, gdzie umieścić żonę.
— Nie chcę, żebyś tu została, nie chcę!… Oni przedewszystkiem napadną na Hakodate. Poznali tu wszystkie drogi i przejścia… Niedarmo siedział tu konsul i wciąż włóczyli się jacyś oberwańcy… Gdy pomyślę, że który z tych barbarzyńców mógłby sięgnąć po ciebie!…
Misawa bladła i przymykała oczy. Ale milczała. Cóż mogła powiedzieć? Czy miała prawo żądać, aby wierzył jej słowom?… Czyż nie miał powodu wątpić?… Tajemnie wycierała łzy, pochylając się nad synem…
Gdy Takeo ostatniej nocy usnął, znużony bieganiną i pieszczotami, ona nie usnęła i w cichości rozważała wielkie pytania swego serca…
— Tak, teraz, to nie będzie ucieczka przed własnem cierpieniem!… Teraz ma prawo, gdyż, usuwając się, wzmocni duszę Takeo… Drobny pyłek jej krwi padnie na szalę, na którą naród gotuje się wylać krwi rzekę… Niechże rzeka ta wartkim płynie potokiem, niech będzie szeroka i głęboka, aby zalała bezpowrotnie śmiałków, sięgających po wolność ojczyzny!
Duch jej przejdzie w szablę Takeo, w jego ramię… Pójdzie za nim, hartując jego wolę, podtrzymując go w chwilach zmagania się i słabości… Cóż więcej może uczynić dla niego? a przez niego dla wyzwolenia z cierpień wiecznego koła żywota!?…
I gdy Inotsuke Takeo nazajutrz wrócił do domu po krótkiej niebytności, znalazł Misawę ze sztyletem w gardle, a obok krótki list:

„Odchodzę, ukochany, aby nie mącić ci duszy w godzinie przeznaczenia. Nie zabiłam syna, gdyż wiem, że możesz go nie kochać!“

Takeo odwiózł dziecinę do brata, polecił mu ją gorąco, a sam przyłączył się do pułku, który w Kobe wsiadał na okręty.





Przypisy

  1. In-gwa — przyczyna (in) owocu, albo działania (gwa), używa się w tem samem znaczeniu, co Innen, który znaczy to samo, co indyjska „karma“ — przeznaczenie, właściwiej: brzemię przeszłości.
  2. Starodawne obyczaje, dotychczas obserwowane w Japonji, nakazują kobietom czernić zęby i golić brwi po zamążpójściu.
  3. Namu Amida Butsu — czczę cię, o wieczny Buddo.
  4. Ri = 3,6 kilometra.
  5. O hajo — czcigodny poranek (dzieńdobry)
  6. Człowieka z małym ręcznym powozikiem „dżinrykszą“, w skróceniu „rykszą“.
  7. Ceremonja „picia herbaty“.
  8. Zwykły obiad na kolejach japońskich: pudełko z zimnym, gotowanym ryżem oraz rozmaitemi ostremi marynatami.
  9. Nakado — coś w rodzaju swata, jest to konieczna osoba przy zawarciu małżeństwa, jest doradcą, świadkiem, pośrednikiem i opiekunem pary małżeńskiej w ciągu całego ich pożycia.
  10. Kuruma — po japońsku, dżinriksza — po indyjsku — wózek na dwóch kołach, ciągniony przez człowieka.
  11. O hajo! — „Dzieńdobry“ japońskie.
  12. „Ihai“ — tabliczki, na których wyryte są imiona umarłych przodków, chronione są z wielką czcią w domowych ołtarzach przez Japończyków wszystkich klas i stanów. Zniszczenie lub sponiewieranie tych tabliczek uważane jest za zbrodnię i świętokradztwo nie do przebaczenia.
  13. Giri — współczucie, coś, co wymaga koniecznie wyrazu w czynie; pojęcie trudne do przetłumaczenia na język europejski, ale najbliższe „czynnego sumienia“.
  14. Konniszi-wa? — powitanie, coś w rodzaju: jak się masz?
  15. Drewniane kołki z brodami strużek, cieniuchno nastruganych na szczytach; są wyobrażeniami ofiary oraz pośrednikami między bóstwem i człowiekiem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.