Strona:Wacław Sieroszewski - Z fali na falę.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czenie bolesnych… Wszak pamiętasz, żeśmy w szkole byli przy…
Szabla znowu uniosła się wgórę, migotliwe jej żądło szukało serca…
Nojo zmrużył oczy i brzydkim tchórzliwym ruchem podniósł do góry kolano.
— Precz!… Wynoś się!…
— Tak?… nagi!?… Pozwól mi wziąć choć kimono… Albo sam mi je zrzuć tutaj… Taka burza!… — błagał już spokojnie.
— Precz!… Zaraz!… — dyszał coraz gwałtowniej Takeo.
Koniec szabli, jak żarzący węgielek, dotknął skóry Nojo…
Ten cofnął się, przycisnął do ściany i posłusznie jął odsuwać żelazne rygle…
— Cicho!… — wstrzymywał go Takeo.
Dźwierze odsunęło się cokolwiek i w mgnieniu oka w czarnej, ziejącej zimnem szczelinie mignęło blade ciało młodzieńca, mignęło, jak obłok, i znikło.
Takeo odetchnął i puścił guziczek lampki. Ogarnęła go ciemność. W twarz zmęczoną bił mu przyjemnie burzliwy wiatr i zimne smugi dżdżowe.
Wyszedł niezwłocznie i drzwi zawarł za sobą.
Po schodach kamiennego podmurowania ostrożnie człapały na górę ciężkie stopy. Domyślił się, że to idzie ku niemu starszy brat, ale nie odzywał się… Myśli niejasne, żałosne, jak