Strona:Wacław Sieroszewski - Z fali na falę.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czego zwlekasz!? Uderz!… — wycharczał chrapliwie uwodziciel.
— Nie potrzebuję się śpieszyć… Poczekam!…
— O tak, nie mam przecież broni!…
Lodowa błyskawica żelaza zakołysała się i pochyliła cokolwiek.
— Nie o to chodzi!… Powiedz, czy ty ją istotnie tak kochasz, że gotów byłeś umrzeć?…
— Nie myślałem o tem, Takeo… Wiesz przecie, że byłem zawsze lekkomyślny… — odszepnął chytrze i żałośnie.
— Jakżeś ją wziął? Czy sama cię wezwała?
Po zmartwiałej twarzy Nojo przemknął się słaby promyk.
— Ach, zabij mię raczej, zabij… Prawo pozwala ci zabić mię bezkarnie, jak psa… Wiem o tem… Musisz zabić i mnie i ją… Więc… choć umrzemy razem!… — bełkotał coraz płaczliwiej.
Szabla opuściła się jeszcze niżej.
— A gdybym… dał jej… rozwód… ożeniłbyś się?…
— Daruj, Takeo, daruj wspaniałomyślnie!… — wybuchnął z tłumioną radością. — Już to się nigdy nie powtórzy… Ostatni raz… I bez tego miałem zamiar ustatkować się… Matka chce mię wyprawić na praktykę handlową do Osaka… Zacznę nowe życie… Nie gub mię… Chcę winy moje odkupić… jeszcze w tem życiu… Ja jej nie chcę, ja jej już nie kocham! Zabijając, wtrącisz mię w łańcuch wcieleń nieskoń-