Strona:Wacław Sieroszewski - Z fali na falę.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzał nagiego mężczyznę, siedzącego na posłaniu. Gruba kołdra, z pod której wysunął się, sterczała za nim, jak żółwia skorupa.
Przeciągły pół-syk, pół-jęk rozdarł powietrze.
Takeo podniósł szablę. Jednocześnie niewprawne palce jego lewej ręki puściły guziczek elektrycznej lampeczki i światło zgasło. Wtedy usłyszał złodziejski tupot bosych nóg w stronę przeciwną, ku wewnętrznemu korytarzowi… Skoczył, jak kot…
— Czy to ty, Nojo!… Już odchodzisz?… — spytał go głos senny, głos miły…
Zamarł, targnięty za rozhukane serce…
— Ja… ja!… Śpij!… — odszepnął przebiegle.
Już był na korytarzu i, świecąc sobie całym blaskiem lampeczki, skakał olbrzymiemi skokami po lakierowanych schodach na dół, gdzie koło drzwi wchodowych szamotał się u rygli człowiek…
— Stój!… — zasyczał strasznym szeptem.
Nojo znieruchomiał, obrócił się i wyprostował. Koniec szabli tykał prawie jego piersi. Oddychał ciężko i mrużył oczy, oślepione blaskiem, bijącym mu wprost w twarz. Był całkiem nagi. Nawet nie miał nawojki dokoła bioder. Ale był piękny i uroda jego ślicznie zbudowanego ciała aż zastanowiła Takeo. Z zazdrosnem zdumieniem i zjadliwą rozkoszą patrzał na te wykute z bronzu członki, drżące drobnem, bolesnem drżeniem.