Strona:Wacław Sieroszewski - Z fali na falę.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zapuszczał drapieżne oczy w zwartą, złowieszczą ciemność, przebierał możliwe szczeliny i szpary, szukając iskry światła… A słuch z na tężeniem rył się w wirzysku szarugi, szukając dźwięku…Daremnie: spali dufnie i głęboko w grzesznych objęciach!
— Będę cię tutaj czekał pod murem i przetnę mu odwrót, gdyż nie tędy on zwykle uchodzi, lecz tamtędy od ogrodu… Ale wchodzi tędy po balkonie… Tam zostawia na rogu „szodżi“ niedomkniętą… Tylko cicho, abyś ich nie spłoszył… Nojo długie ma nogi!
— A juści!… — rozśmiał się brutalnie Takeo.
Zrzucił płaszcz, wyjął z rękawa małą latarkę elektryczną i krótkim błyskiem oświecił krawędź schodów; poczem z dobytą szablą kociemi krokami sunął na górę. Mokre słomiane sandały i szum burzy głuszyły do znaku szmer jego stąpań. Na balkonie skradał się jeszcze wolniej, ugniatając ostrożnie wyciągniętą stopą każdą deskę przed sobą, aby nie skrzypnęła. Bez szelestu odsunął zwilgłą „szodżi“. Z głębi wionęło nań ciepło i znane perfumy. Wślizgnął się z wyciągniętą szablą i zamarł bez ruchu, zasłaniając szczelinę sobą. W głębi pokoju, po którym chodziły jęki i skrzypy szturmującej z nazewnątrz burzy, ktoś dyszał miarowo. Ale Takeo rozróżniał tylko pojedynczy oddech. Jednocześnie wydało mu się, że ciężkie ciało uniosło się na matach. Puścił więc nagły snop światła ze swej latarenki w tym kierunku i uj-