Sukcesorowie skąpca/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Sukcesorowie skąpca
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie Z Warszawy
Wydawca Gebethner i Wolff; K. Grendyszyński
Data wydania 1894
Druk I. Zawadzki
Miejsce wyd. Warszawa; Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


SUKCESOROWIE SKĄPCA.
OBRAZEK.
Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 4px.svg
I.

Okolica jest smutna, płaska, równa; gdzie niegdzie tylko las czernieje, gdzie niegdzie stawek lub jezioro się srebrzy, to znów gościniec żółtym pasem drogę przecina, oto i wszystko, całe urozmaicenie dla oka. A kiedy zimą śniegi spadną, a pola i łąki wielką białą szmatą zaścielą, to już wzrok nie ma na czem spocząć.
Równo wszędzie, biało wszędzie, tylko miejscami ciemna zieleń sosnowych borów czerni się zdala.
Zdaje się na pierwszy rzut oka, że to pustynia bezludna, ale to się tylko zdaje. W rzeczywistości inaczej jest. Życie tam tętni, ciche na pozór i ukryte, niby strumyk maleńki, co się w gęstwinie leśnej między krzakami wije, a zieleń ruchliwe wody jego srebrne całkiem prawie zasłania, ale też jak ów strumyk wartkie, z niewyczerpanych nigdy źródeł płynące.
I ludzi tam nie brak. Jest ich niemało, tylko że się po dość dużej rozsypali przestrzeni i siedziby ich rozrzucone są po okolicy, więc nie znać ich tak bardzo. Kilka wiorst można przejechać i żywego ducha, zwłaszcza zimową porą, nie spotkać, ale za to w kościele przy święcie, w miasteczku na jarmarku, tysiącami się gromadzą.
Jeżeli wzrok po tej płaszczyźnie szerokiej puścić, a przypatrywać się bacznie, to można na śnieżnej równinie wzgóreczki jakieś dostrzedz, a choćby kto oczu tak bystrych nie miał i wzgórków owych nie rozróżniał, to musi zauważyć chociaż szare słupy dymu, jak powoli się wznoszą ku górze i rozpływają w przestrzeni — to mu wreszcie wpadnie w oko grupa drzew, linie płotów, mostek garbaty na grobli, żóraw studzienny, wreszcie wiatrak na wzgórzu. Ten przecież widoczny jest zdaleka. Dach obielony ma śniegiem, a ściany pyłem mącznym, macha szaremi skrzydłami zawzięcie od rana do wieczora, a nieraz i w nocy, bo w zimie ludzie zboże mają i więcej jedzą chleba niż zwykle.
Idźmy drogą, wprost przed się, przez grobelkę, przez mostek koło wiatraka, a od wiatraka zwrócimy na lewo w stronę lasu. Już nam się wyraźniej linie płotów rysują i studzienne żórawie i drzew grupy i chałup kształty, wioska cała.
Wyraźnie wypisane na słupie: «Wieś Kociuba. Do Woli Kociubskiej wiorst 5, do Przysiadki w. 2, do Zawrotek w. 1, do Suchej Wierzby w. 2½.» Drogi tu rozstajne są w tem miejscu, w cztery strony świata się rozchodzą, a słup drewnianemi rękami kierunki podróżnym wskazuje.
Nie wiele ciekawego w tej Kociubie, zwyczajna wioska, nic więcej; karczmę tylko murowaną ma, z owych czasów, kiedy tędy trakt szedł, ludzi dużo po nim jeździło i propinacya była coś warta, ale licho przyniosło inżynierów, którzy w odległości kilku mil od traktu, wytknęli i wybudowali drogę żelazną. Ludzie koleją jeździć zaczęli, ruch na gościńcu ustał, propinacya zmarniała, z karczmy tynk poopadał i dachówka, a i żyd byłby z niej opadł, gdyby go inne geszefta nie trzymały na miejscu.
Mijamy tedy Kociubę i dążymy ciągle już wprost przed siebie, do Woli Kociubskiej.
Znajduje się ta wieś za lasem, a wygląda zupełnie inaczej. W Kociubie nie ma dworu, bo niemiec, który folwark na spekulacyę był zakupił, grunta na drobne kawałki podzielił i posprzedawał, budynki rozebrał i przehandlował je na materyał, drzewa w ogrodzie powycinał na opał — tak że ani śladu nie pozostało z folwarku; a w Woli Kociubskiej i folwark jest i dwór i całkiem inna mina.
Wprawdzie na folwarku budowle bardzo dziwaczne: jedna stodoła chyli się na prawo, druga na lewo, obora tak wygląda, jak gdyby miała zamiar upaść frontem na ziemię, spichrz zaś, wypaczony cudacznie, robi wrażenie tłuściocha pyszniącego się okazałym brzuchem.
Nawet gołębnik na dziedzińcu pochylił się dla ogólnej harmonii i tylko patrzeć, kiedy się przewróci i z nadziei przyszłych pokoleń gołębich jajecznicę zrobi.
Dwór bynajmniej nie w lepszym stanie, niż inne budynki. Łatają go wprawdzie, podpierają, ale pomaga mu to tyle, co umarłemu kadzidło.
Wypowiada służbę stara rudera i na złość ludziom, gdy ją z jednej strony podeprą, ona się zaraz na drugą przekrzywi, gdy załatają w niej podłogę, ona dziurę w dachu pokaże, albo z drzwiami, oknami takie awantury porobi, że wcale się zamykać nie dadzą. Oddawna należałoby chałupie tej wypoczynek dać i nowy dom postawić, ale dziedzic Woli Kociubskiej, pan Edward, ma takiego węża w kieszeni, że wolałby sobie wszystkie zęby trzonowe dać wyrwać, aniżeli na tak znaczny wydatek się narazić.
Żona, znacznie od niego młodsza i zupełnie inaczej zapatrująca się na życie niewiasta, co kilka tygodni kwestyę nowego domu wszczynała, atakując coraz gwałtowniej, co pan Edward z przedziwną wytrzymałością znosi.
— Mieszkać już w tej budzie psiej nie sposób — mówiła.
— Mieszkał ojciec, dziad, dla czegóżbyśmy mieszkać nie mieli?
— Wielka sztuka! Dziad mógł mieszkać; raz że był dziad, a powtóre że za jego czasów ten dom nie był taki stary i taki zniszczony jak teraz.
— Ale zkąd!
— Był przecież niegdyś nowy, choćby za króla ćwieczka, czy wcześniej ale nowym być musiał.
— Bardzo o tem wątpię, moja Tereniu — odpowiadał flegmatycznie pan Edward.
Panią doprowadzało to do pasyi.
— Więc nie przypuszczasz, że ten dom kiedyś ktoś stawiał! Sądzisz, że spadł on z obłoków prosto do Woli Kociubskiej i stanął tu, na tem miejscu, odrazu taki stary, pokrzywiony i zrujnowany, jak go dziś widzisz?
— Co ja mam przypuszczać, moja Tereniu, albo nie przypuszczać. Nie jestem uczony; nie zajmuję się ani archeologią, ani historyą, tylko gospodarstwem. Mało mnie to interesuje, kto budował, co i kiedy budował... Wiem tylko, że wziąłem po rodzicach majątek z tym domem i oddam go dzieciom z tym domem, a po mojej śmierci budujcie sobie co wam się podoba, choćby piramidy, labirynty, lub kryształowe pałace.
— Więc nowego nie postawisz?
— Nie postawię.
— Człowieku, zastanów się! pomyśl, że przecież jesteśmy ludzie, żeśmy już nie młodzi, należą nam się pewne wygody... zresztą to cię nie będzie kosztowało nic, albo prawie nic.
— Aha!
— Drzewo mamy, jest przecież las.
— A obróbka?
— Parobcy obrobią. Sam wiesz, że Jan jest z natury majstrowaty, a Michał to prawie cieśla skończony.
— A gonty?
— Żydzi zrobią za psie pieniądze.
— Akurat! — a stolarz?
— Edwardzie! Ja ci dam piętnastu stolarzy, teraz ludzie sami proszą o robotę, jak o największą łaskę.
— Zapewne — proszą, ale każą sobie płacić i to grubo. Taki jak ci zaśpiewa, to aż ci się zimno robi — a przecież na stolarzu nie koniec. Gdzie mularz, moja pani, gdzie zdun, gdzie ślusarz, gdzie szklarz? A teraz jeszcze cegła, wapno, okucia, a to, a owo.
— Wszystko to tylko twój upór i twoje skąpstwo przebrzydłe. Masz trzy córki, trzeba będzie wkrótce zacząć prowadzić dom otwarty, a ty nic, nic, i nic! Chcesz chyba, żebym się z dziećmi wyprowadziła do stodoły, albo do obory!
— Jestem aż nadto pewny, że tego nie zrobisz.
— Ciekawam, kto mi zabroni?
— Bo tam widzisz nie jest tak pięknie jak tutaj: w stodole zimno, tu ciepło, tu na jesieni kazałem wszystkie dziury w ścianach gliną pozalepiać; kosztowało mnie to grubo, ale chciałem ci dać dowód przywiązania.
— Tą głupią gliną?!
— Glina głupia nie jest; bo żeby nie glina i mech, toby człowiek z zimna, za przeproszeniem, umarł.
— Nie powtarzaj mi tych sentencyj, słyszę je od ciebie codzień aż do uprzykrzenia.
— Zapewne, codzień się pytasz, więc codzień odpowiedź słyszysz; gdybym nie odpowiadał, płakałabyś ze złości, że cię lekceważę i zbywam milczeniem.
— Jabym miała płakać? Ja?! Czy nie wiesz, kto jestem z domu.
— O ile sobie przypominam, Śmietankiewiczówna.
— Proszę! o ile sobie przypominam, w naszym rodzie kobiety nigdy nie płakały.
— To bardzo pięknie z ich strony.
— I nie znały co opór. Obie moje siostry, ta co jest za Kozłowiczem i ta co za Szczygielskim, mają wszystko, czego tylko dusza zapragnie.
— Tak jest, tak, mają też długów po same uszy.
— Czy po uszy, czy nie po uszy, co je to obchodzi. Od tego są mężowie, żeby długi płacili; ale każda żyje jak pani, mieszka jak pani, ubiera się jak pani, jada jak pani — a ja co? Co ja mam? No powiedz, powiedz, co ja mam? Czy kobieta z dobrego domu, żona zamożnego człowieka, matka dorastających córek, może tak żyć, jak ja żyję?
— Zapewne może, skoro ty żyjesz, moja pani. Bogu dzięki, dotychczas jeszcze z głodu nie umarłaś, z zimna nie zmarzłaś, ubrać się w co masz, a co się tycze tuszy, to nie wymawiając, ani nie przymawiając, możnaby ci nawet pozazdrościć.
W rzeczy samej, pani Edwardowa była bardzo pulchna, skutkiem czego ruchy miała powolne, a idąc, przechylała się trochę z boku na bok. Pod względem powierzchowności pani ta stanowiła rażący kontrast ze swym małżonkiem, gdyż pan Edward był wzrostu małego, szczupły, zawiędły, suchy, a pomimo mocno szpakowatych już włosów, nadzwyczaj ruchliwy.
— Przepraszam cię — rzekła — z wielu rzeczy można żartować, ale z cierpienia bliźniego, a zwłaszcza z cierpienia żony, kobiety, dla której, bądź co bądź, masz pewne obowiązki — nie godzi się.
— Czyż jesteś chora?
— Ach! więc i tego nie wiesz, że ta, jak ją żartobliwie nazywasz, moja tusza, jest właśnie skutkiem cierpienia i zgryzot...
— Dziwne rzeczy opowiadasz, moja żono, słyszałem już, że ludzie ze zgryzoty chudli, ale żeby kto tył ze zmartwienia...
— A jednak tak jest; jeżeli nie wierzysz, zapytaj doktora.
— Wielka mi powaga!
— Przecież doktór kształcił się w swoim zawodzie, chodził do uniwersytetu, praktykował przy szpitalach. Ty może nie wierzysz w naukę, ale ja wierzę.
— Zapewne; w przeszłym roku powiedział twej siostrze Kozłowiczowej, że jeżeli nie pojedzie do wód, to umrze; tymczasem żydzi pieniędzy nie dali, do wód nie pojechała — i jak była jejmość jak ćwik, tak jest sobie jak ćwik, po dzień dzisiejszy.
— Bóg ją zachował dla dzieci!
— A doktór straszył dla żydów; bo gdyby był Kozłowicz pieniędzy dostał, siódmą skórę byliby z niego zdjęli. Całe szczęście, że nie dostał, bo i tak z nim bardzo już krucho.
— Krucho, albo nie krucho.
— Mogę cię zapewnić, że bardzo. Cała ich habenda wisi na nitce pajęczej.
— Dziś może jest rzeczywiście niedobrze, a jutro zupełnie inaczej.
— Ciekawym, jakim cudem?
— A czy stryja Dominika z Warszawy nie liczysz?
— Dominika?
— A tak, przecież to bogacz.
— Tak mówią.
— Tak jest, mój kochany, rzeczywiście; bogacz, krociowy pan, a bezżenny i bezdzietny. Cały majątek jego dostanie się siostrom moim i mnie.
— A jeżeli się ożeni?
— Kto? on?
— Juścić że on.
— Mając siedmdziesiąt pięć lat życia?
— Nie ma tak późnego wieku, w którymby dyabeł nie mógł człowieka opętać, zwłaszcza jeżeli poszle sprytną babę.
— Jesteś zachwycająco uprzejmy dla kobiet, mój mężu, i wyrażasz się bardzo elegancko. Swoją drogą, przypuszczenia twe, co do stryja Dominika, nie mają żadnej podstawy. Jest to człowiek solidny i porządny, oszczędza, aby zostawić więcej siostrzenicom.
— Stary sknera!
— O! za pozwoleniem, mój panie! W porównaniu z tobą, nazwać go można rozrzutnikiem. On przynajmniej w porządnym domu mieszka, nie w takiej walącej się budzie jak my.
— Ale nasz dom jest własny, a on siedzi w cudzym.
— Wolę ja cudzy, ale porządny.
— Znowuż to samo, moja pani, dajże już raz pokój temu domowi, bo to się na nic nie zda. Ja nowego stawiać nie myślę i nie będę, i żebyś moja duszko niewiem co robiła — nie postawię. Po mojej śmierci bawcie się w architekturę, ile wam się podoba.
Z powodu tej sprzeczki, pani przez cały dzień nie mówiła do męża. Co prawda na razie powzięła postanowienie, że nie odezwie się do niego nigdy w życiu — ale po namyśle, wydało jej się to zbyt okrutnem, skróciła więc też do lat siedmiu, że zaś nie mogła wytrwać w postanowieniu dłużej nad dwanaście godzin, to już nie jej wina.
Człowiek może wytrzymać tylko tyle — ile może.
Jej siostry miały życie o wiele łatwiejsze i mężów dobrych, posłusznych na każde skinienie; mieszkały w domach porządnych, wewnątrz urządzonych z elegancyą i podług mody, przyjmowały gości, bawiły się, wyjeżdżały do Warszawy, a co parę lat za granicę; przychodziło im to łatwo, bez walk i utarczek domowych.
Szepnęło się słówko mężowi, mąż znów szepnął słówko żydowi i wywijało się wszystko, jak z płatka. Był szyk, elegancya, wygoda, nawet komfort, o ile to na wsi jest możliwe.
Dopiero w ostatnich kilku latach coś się zaczęło psuć w tej parafii.
Zdarzało się, że żona szepcze do ucha mężowi, przekonywa go, namawia, a on zaczyna głową kręcić; zdarzało się, że mąż przemawia łagodnie do żyda, żyd nie słyszy.
Szczególniejsza epidemia głuchoty dotknęła mężów i żydów.
Oczywiście, że było się nad czem zastanowić i pomyśleć, w jaki sposób złemu zaradzić. Ze wszystkich gatunków mężów, najgorszy jest mąż «wymykający się», bo jeżeli odrazu był skąpy, oporny i zawojować się nie dał — to żona godzi się z losem, ale mieć męża potulnego, łagodnego jak baranek, posłusznego jak dziecię — i widzieć że ten mąż się wymyka, że zaczyna mieć swoją wolę, swoje grymasy, że nie słyszy, kiedy słyszeć powinien, nie stara się, kiedy trzeba żeby się starał — to jest szczyt okropności.
Pani Helena Szczygielska i Julia Kozłowiczowa zwierzały się jedna przed drugą z trosk swoich — i obie przyszły do przekonania, że tak jak jest, dłużej być na żaden sposób nie może. Panowie mężowie zaczynają mówić o oszczędności i ciężkich czasach; znamy ten płaszczyk, pod którym kryje się sknerstwo! Czy można oszczędzać, gdy się ma dorosłych synów i córki? Pierwsi chcą wejść w świat, drugie należy wydać za mąż — z tych racyj wydatki nie tylko nie mogą być zmniejszone, lecz przeciwnie powiększyć je należy. Dla panienek trzeba prowadzić dom otwarty, a synowie, chcąc żeby zrobili karyerę, muszą pokazywać się w świecie z odpowiednim szykiem.
Jest to prawda jasna jak dzień i dowodzenia nie wymaga.
Mężowie może w gruncie rzeczy podzielali zdanie żon, ale żydzi mieli zupełnie odmienny pogląd na te sprawy.
Faktem jest, że pan Piotr Kozłowicz, ulegając życzeniom żony, osobiście do miasteczka jeździł, że następnie posyłał furmankę, po niejakiego pana Abrama Gliksmana i że pan Gliksman w Suchej-Wierzbie był i konferencya z nim ciągnęła się przynajmniej ze trzy godziny. To są fakty, ale że to wszystko nie doprowadziło do żadnego rezultatu, to jest także fakt.
Gliksman na wszelkie najkorzystniejsze propozycye, odpowiadał odmownie i nadzwyczajnie grymasił. Nie podobała mu się hypoteka Suchej Wierzby, jako bardzo, według jego zdania, zaszargana; nie podobał mu się weksel pana Piotra, jako nie dość pewny; nie chciał kupić rzepaku, z powodu że zielony, a wełny dla tego, że nie urosła.
Nawet bardzo cierpliwy i umiejący panować nad sobą pan Piotr, nie mógł już wytrzymać i przemówił dość porywczo:
— Cóż u licha! Tego pan nie chcesz, owego nie chcesz — czegóż więc nareszcie chcesz!?
— Owszem, proszę pana dobrodzieja, ja chcę, żebyśmy cokolwieczek uregulowali nasze dawniejsze rachunki...
Tego znowuż nie życzył sobie pan Piotr i z powodu tej niezgodności pragnień, nie można było przyjść w żaden sposób do porozumienia.
Jak Gliksman z panem Piotrem z Suchej Wierzby, tak samo zupełnie z panem Michałem z Zawrotek obszedł się niejaki Szmul Handelsbrief, również kapitalista, kupiec i obywatel, mający zasady niewzruszone.
— My teraz — rzekł — panie dobrodzieju, nie mamy zamiaru nowych interesów robić, idzie nam tylko o to, aby dawne regulować i kapitały swoje wycofać. Ze wszystkich brzydkich interesów na tym świecie, najbrzydszy jest zbożowy i pieniężny na wsi. Żadnego zysku nie daje, a pracy i zdrowia kosztuje tyle, że nie można wytrzymać. Lepiej nic nie robić, aniżeli takie interesa.
Jakżeż w obec tak kategorycznego postawienia kwestyi, można marzyć o przyzwoitem wyekwipowaniu synów i wprowadzaniu ich w świat, jak można marzyć, zwłaszcza gdy synowie nie chcieli wchodzić w świat pieszo, ale upierali się, by wyjechać eleganckim ekwipażem i odrazu olśnić wszystkie posażne panny.
Synowie mieli racyę, ojciec miał racyę, Handelsbrief miał racyę, a już to najgorsza do osądzenia jest sprawa, w której wszystkie strony słuszność mają.
Siostry pani Teresy postanowiły jednak nie dać za wygranę, zwłaszcza pani Julia, która koniecznie chciała wprowadzić w świat obydwóch swoich synów — Józia i Wicusia. Byli to dorodni młodzieńcy; wprawdzie z nauką nie szło im szczególnie, bo też nie wszyscy mają do nauczycieli szczęście i nie każdy ma zdrowie do łaciny. Krótko też gościli w gubernialnym przybytku wiedzy i wziąwszy rozwód z książkami, odrazu stali się młodzieńcami dorosłymi.
Po kilku latach pobytu w domu rodzicielskim, mały światek bliższych i dalszych sąsiadów wydał im się za ciasnym, postanowili zadebiutować na szerszej arenie.
— Znajdziemy sobie coś mamo — mówili.
— O tak; nie wątpię. Nie byłoby chyba sprawiedliwości na świecie, żeby tacy dwaj młodzieńcy nie zrobili karyery. Jesteście młodzi, przystojni, umiejący się znaleźć... i podług mego przekonania, czeka was los świetny, trzeba tylko się ruszyć, trzeba na szerszy świat wyjrzeć, bo tu...
— Ach! tu mamo, można zapleśnieć.
— Więc jedźcie, jedźcie co prędzej.
— Ale jak mamo? Ojciec mówi, że nam nic dać nie może, a bez pieniędzy nie wiele można zwojować. Ja przynajmniej nie potrafię gołemi rękami — rzekł Józio.
— Oczywiście — dodał sentencyonalnie Wicuś — słusznie powiedziano, że do prowadzenia wojny potrzeba trzech rzeczy, a mianowicie: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy.
— To prawda, moje dzieci, ale cóż zrobić, kiedy Gliksman tak zhardział, że ani rusz. Ja sama próbowałam z nim i tak i tak... Wszystko na nic. Ojciec mówi, że trzeba czekać lepszych czasów.
— Ojciec zawsze tak mówi, a my tymczasem zestarzejemy się w domu.
Pani Julia ucałowała czule obu synków i przyrzekła im, że poruszy niebo, ziemię i piekło, aby im do zrobienia karyery dopomódz. Było to jej ulubione wyrażenie; właściwie jednak nie poruszała ona ani nieba, ani ziemi, ani piekła, tylko prawowitego swego małżonka, pana Piotra. On jeden był poruszony, ale dobrze, na wszystkie strony. Pośrednio uczuwał to i Gliksman, ten jednak, gdy nie chciał, to się nie dał i nie wiele sobie robił z ataku. Powiedział stanowczo nie — i nie.
Pani Julia wiedziała o tem dobrze, że się coś w stosunkach finansowych zepsuło i że małżonek jej, pomimo wszelkich usiłowań, rady sobie z Gliksmanem nie da, postanowiła przeto działać na własną rękę.
— Już nic od ciebie nie chcę — rzekła pewnego dnia do męża — tylko proszę cię o konie do kolei i o głupie kilkadziesiąt rubli na drogę.
Małżonek zwrócił uwagę, że kilkadziesiąt rubli głupimi nazywać nie można.
— Już się o to, mój drogi, nie spieraj, tylko daj.
— Ale moja duszko, dokąd pojedziesz i po co?
— To moja rzecz.
— Przecież jako mąż i głowa domu powinienbym coś o tem wiedzieć.
— Tym razem pozwolisz, że zachowam tajemnicę, zależy mi na tem bardzo wiele.
— Lecz...
— O! chyba nie przypuszczasz nic takiego, co mogłoby ci uchybiać.
— Ależ oczywiście, pytam tylko...
— Powiem ci za powrotem; wyjeżdżam w interesie dzieci, dla szczęścia dzieci i dla naszego szczęścia.
Pani Helena takich ceremonij nie robiła z mężem. Miała swoje własne z gospodarstwa kobiecego dochody, kazała zaprządz konie i oznajmiła tylko mężowi, że na kilka dni, lub na tydzień do Warszawy wyjeżdża. Pan Michał pytaniami żony nie nudził.
— Ha — rzekł, jedziesz to jedziesz, powiedz tylko, kiedy mam przysłać konie na stacyę.
— Zawiadomię cię listownie, mój mężu.
Na tem się skończyło.

II.

W Warszawie, na Starem Mieście, w kamienicy wąziutkiej, a wysokiej niepomiernie, na czwartem piętrze, mieszkał od lat trzydziestu blizko pan Dominik. Najregularniej opłacał komorne, prowadził stale jednakowy tryb życia, o tej samej godzinie z domu codzień wychodził, o tej samej przychodził, z nikim prawie nie żył, stosunków z ludźmi unikał, a w opinii sąsiadów uchodził za wielkiego bogacza. W sklepikach, wśród stróżów, wśród przekupek nad straganami siedzących, kursowało przysłowie «bogaty jak pan Dominik», albo wprost jak «stary Dominik», bo istotnie stary to już człowiek był, a przynajmniej na starego wyglądał.
Wysoki, przygarbiony, chudy, w okryciu staroświeckiego kroju latem, w płaszczu futrzanym w porze zimowej, a zawsze w starym, zrudziałym cylindrze, w niebieskich okularach, dobrze był znany w całej dzielnicy miasta. Twarz miał szczupłą, wydłużoną, nos duży, trochę garbaty, faworyty czarne, a właściwie uczernione tylko, wąsów i brody nie nosił. Koloru ani wyrazu oczu z po za wielkich okularów poznać nie było można.
Był zamknięty w sobie, ponury i nieprzystępny. Gości nie przyjmował, służby nie trzymał, tylko przychodził do niego posługiwać rankami stary Grzegorz eks-woźny, taki sam mruk jak i pan Dominik.
Stróż krzywo na to patrzył, bo sam rad był za usługę zarobić, ale pan Dominik nie miał bynajmniej zamiaru rozstawać się ze starym famulusem, od Bóg wie ilu lat mu znanym i cieszącym się jego zaufaniem. Niegdyś pan Dominik urzędował i podobno dom miał swój własny na Zakroczymskiej ulicy, ale po wysłużeniu lat, urzędowanie porzucił i emeryturę brać zaczął, a dom sprzedał.
Miał się więc z czego utrzymać, chociaż, Panie odpuść, jakie utrzymanie to było. Stróż porządny żyje lepiej i większe ma wygody.
Mieszkanie wprawdzie z dwóch dużych dość stancyj i ciemnej kuchenki złożone, jak dla jednego człowieka, było aż nadto obszerne, ale dziwnie ponure, a że zaledwie dwa razy do roku w niem sprzątano, więc wydawało się niby zapuszczony skład starych rupieci.
Okna od dawna niemyte, pokryte warstwą kurzu, przepuszczały bardzo niewiele światła, pajęczyna zwieszała się z sufitu, w kątach gromadziły się fury śmieci, które stary Grzegorz dla porządku widać tam składał.
Mebli w tem mieszkaniu było pełno, niby na Pociejowie. Kanapy starego fasonu, stoły masywne z klapami i bez, biurka gdańskie z bronzami, szafy, komody, a w kącie pierwszej stancyi ogromne łóżko staroświeckie mahoniowe, z bardzo nędzną pościelą. Na ścianach wisiało kilka luster i obrazów, pokrytych taką grubą warstwą kurzu, że się ani przejrzeć w pierwszych, ani odróżnić figur na drugich nie było można.
W kuchence, na kominie, stał zaśniedziały samowar z obtrąconą nóżką, tacka lakierowana niegdyś zapewne, nadtłuczony imbryczek i kilka szklanek grubych zielonych.
W oknie wisiały dwie klatki, ale w nich ptaków nie było.
Gdy pan Dominik rano na miasto wychodził, przekupki pokazywały go sobie palcami.
— O, o, niechno pani Michałowa patrzy, stary skrobisz już idzie.
— A tak, tak, droga pani Janowa, idzie, idzie. Ciekawość, gdzie też taki łazi?
— Może do kościoła.
— Aha! taki by też poszedł!
— Dla czego?
— Wierzyć, czy nie wierzyć, nie wiem — ale mówią, że on dawno już dyabłu duszę zaprzedał, jak Twardowski.
— Czy być może?
— Chytry na grosz on, bardzo chytry, moja pani kochająca, więc jeżeli mu dyabeł dobrze zapłacił...
— Eh, chyba nie. Dwa lata temu sama na swoje oczy widziałam go na roratach, żegnał się po chrześcijańsku.
— To widać później ten handel zrobił.
— Ha, może; kto go tam wie.
— Moja pani kochająca, jego na miliony rachują.
— Patrzcie, a jak u mnie raz dwa jabłka kupował, to targował się chyba z pół godziny, ażem mu powiedziała, żeby sobie poszedł do licha, jeżeli nie chce usłyszeć brzydkiego słowa.
— I poszedł?
— Ale gdzie tam; targował się. Teraz, jeżeli czasem przyjdzie, to już mam na niego sposób. Jeśli się należy trzy, to mu powiem dziewięć, niech się targuje.
— Pewnie, pewnie, moja pani; jeżeli taki nie zapłaci, to któż ma płacić. Juścić nie biedny człowiek.
— E, — wtrąciła trzecia przekupka, pani Marcinowa, — a może on właśnie jest biedny.
— On??
— A no tak, któż jego miliony rachował?
— Ludzie.
— A byłaś pani przy tem? Widziałaś pani swojemi oczami?
— O jak to znać, żeś pani nie tutejsza i nowa, żebyś tak jak my, przesiedziała ze dwadzieścia lat nad straganem, tobyś pani znała całe Stare Miasto na durch — i wiedziałabyś, jak kogo trzeba znać i rachować.
To przemówienie skończyło się na mocnej kłótni pań przekupek, kłótni, która wznowiła się nazajutrz i przeszła następnie w stan chroniczny, to jest, że powtarzała się na targu stale i codziennie. Potworzyły się wśród straganów partye, nie szczędzące sobie wzajemnych wymówek i docisków.
Pan Dominik regularnie o godzinie dziewiątej rano z domu wychodził i dążył do Saskiego Ogrodu; jak przepędzał czas do południa — nie wiadomo, ale o pierwszej zjawiał się na ulicy Piwnej, gdzie się w podrzędnej restauracyi stołował. Koło drugiej wracał do domu, a wieczorami rzadko kiedy wychodził, chyba że wyjątkowo piękna pogoda wywabiła go na ulicę.
Rzadko się to jednak zdarzało. Mówiono, że dziad skarbów swoich strzeże i dla tego tak niechętnie dom opuszcza. Do mieszkania jego, oprócz Grzegorza, nikt nie miał przystępu, tyle tylko wiedziano, że drzwi są opatrzone bardzo mocnym zamkiem, że oprócz tego jest przy nich zatrzask i łańcuch żelazny.
Pewnego dnia pani Wincentowa, osoba utrzymująca sklepik wiktuałów, wybrała się w odwiedziny do swej przyjaciółki, prowadzącej taki sam proceder na Lesznie, przy samym końcu tej ulicy, za Żelazną.
Było to przed południem. Szła sobie kobiecina spokojnie, rozmyślając o różnych kłopotach, gdy wtem o mało nie krzyknęła z przerażenia. Po drugiej stronie ulicy szedł jegomość chudy, wysoki, w płaszczu, w okularach, w zrudziałym cylindrze na głowie — pisz, maluj, pan Dominik.
Wydało się to dobrej kobiecinie wprost niemożliwem, aby ten człowiek, który mało z domu wychodzi i okolic Starego Miasta prawne nigdy nie opuszcza, mógł znaleźć się na końcu Leszna. Coby go tam sprowadziło, jaka potrzeba?
Aczkolwiek pani Wincentowej nic na tem nie zależało, postanowiła jednak śledzić dziada; poszła więc za nim powoli, trzymając się w pewnem oddaleniu i nie spuszczając go z oka. Pan Dominik szedł dość żwawo, a że nogi miał długie i kroki duże robił, więc korpulentnej kobiecinie trudno było za nim dążyć. Była chwila, że chciała śledztwa zaniechać, ale ciekawość przemogła. Zadyszana, dreptała coraz prędzej, byle go z oczu nie stracić. Dość długo ta gonitwa trwała, aż nareszcie przed niepokaźnym domkiem drewnianym zatrzymał się pan Dominik i w okno zapukał.
Pani Wincentowa zatrzymała się także, co było jej bardzo na rękę; mogła przynajmniej odsapnąć po tak forsownym marszu.
Nie upłynęły trzy minuty, z domku wybiegła młoda dziewczyna; mogła mieć siedemnaście, najwyżej ośmnaście lat życia; ubrana skromnie, ale gustownie, w porządnem okryciu, w kapeluszu; jednem słowem panna. Wybiegła uśmiechnięta, wesoła i przywitała się z dziadziem serdecznie, jak z najlepszym znajomym.
On także się do niej uśmiechał.
— Toś ty taki ptaszek! — szepnęła jejmość — dowiem ja się o wszystkiem!
Złość i gniew dobrej niewiasty zwiększyły się jeszcze i z tego powodu, że dziewczyna była bardzo ładna. Wysmukła, zgrabna, twarz miała świeżą, jak rozkwitająca różyczka, a oczy duże, czarne, a tak wesoło i figlarnie patrzące, że pani Wincentowa nie mogła się wstrzymać od westchnienia nad ogólnym upadkiem obyczajów i powszechnem świata zepsuciem.
Postanowiła też sobie, że choćby miała iść za niemi dziesięć mil drogi, to pójdzie, wszystko zbada, spenetruje, wyśledzi i pod sąd opinii publicznej odda.
Niestety, przewrotność ludzka granic nie zna, a pan Dominik zamiast iść powoli i dać dobrej kobiecie możność przekonania się o «prawdziwej prawdzie», skinął na dorożkę, którą akurat licho w taki kąt zakazany przyniosło — wsiadł w nią ze swoją panną i odjechał.
— A to łotr dopiero! — rzekła na cały głos pani Wincentowa i zapomniawszy o celu, który ją na Leszno sprowadził, podreptała co prędzej do tramwaju, aby powrócić na Stare Miasto i dobrym przyjaciółkom, tę najświeższą i najbardziej sensacyjną wiadomość zakomunikować.
Pasya ją porywała na to, że musiała czekać na przystanku blizko dziesięć minut na tramwaj, że w połowie drogi musiano czekać na przejście pogrzebu, że wreszcie komunikacya tak jest źle urządzona, że chcąc się na Stare Miasto dostać, trzeba na placu Teatralnym wysiadać i z tamtąd iść pieszo.
Właśnie szła pieszo, przez plac Zamkowy i już była wprost ulicy Piwnej, gdy nagle z tej właśnie uliczki wyszedł człowiek chudy, wysoki, w płaszczu, w okularach, w zrudziałym cylindrze na głowie... jednem słowem pan Dominik.
Wyszedł i powoli, nie śpiesząc, przez Ś-to Jańską udał się na Stare Miasto i zniknął w bramie domu, w którym mieszkał.
Od śmierci nieboszczyka drugiego męża, pani Wincentowa nie miała podobnie nadzwyczajnego wydarzenia.
Nic innego, tylko chyba takich panów Dominików musi być w Warszawie dwóch.
Pobiegła natychmiast do przyjaciółek i opowiedziała z wszelkiemi szczegółami całą swoją wyprawę, spodziewając się, i słusznie, że wywoła nadzwyczajne wrażenie; tymczasem stało się wprost przeciwnie, kumoszki wysłuchały, pokiwały głowami i jednozgodnie orzekły:
— Przywidziało się pani, albo też...
— Co albo?
— Chce nas pani manić — ale my nie dzisiejsze. Wszystko co pani mówi, jest to «zawracanie». Widziałyśmy go na swoje oczy rano i teraz, zkądby się zaś wziął na Lesznie i jeszcze z jakąś panną... Żarty!
— Mogę na to przysiądz, na swoje własne oczy widziałam; szedł sam a potem z nią, a potem do dorożki wsiedli i pojechali.
— Komedya doprawdy. Dawnoż to było?
— Dopiero, tylko co z Leszna wracam i nie na piechotę, ale tramwajem jechałam.
— No, moja pani, to dziwne, bo on dopiero co z Piwnej ulicy przyszedł, a że tam obiady jada, to wiadoma rzecz. Tyle lat na to patrzymy.
— To już ja nie wiem — odrzekła pani Wincentowa, mocno zmieszana. — Nie jestem ani szalona, ani ciemna; oczy Bogu dziękować mam dobre. Sama patrzyłam, sama widziałam i przysiądz mogę na to. Chyba że dwóch takich samych jest, jeden tu, drugi na Lesznie.
— Ech, gdzieby znów.
— Chyba że brata ma.
— Taki odludek!
— Powiadam wam, moje panie — zapewniała pani Wincentowa — taki płaszcz, kapelusz, okulary — nawet ruch taki sam.
— A głos?
— Głosu, co prawda nie słyszałam.
— A no, widzi pani, wszystko mogło być podobne i takie same a głos inszy; po głosie zaś najłatwiej człowieka poznać, nawet po ciemku. Źle się pani spisała, trzeba było do niego zagadać.
— Nie wypadało... zresztą o czem-że z takim rozmawiać?
— O la Boga, cóż łatwiejszego? Trzeba było zapytać grzecznie: proszę pana, którędy na ulicę Żytnią? — I tak czy siak, bąknąłby coś przecie.
— Prawda, święta prawda, moja pani kochająca. Jutro idę na Leszno — i niech się co chce dzieje, bylem tylko spotkała dziada, zaraz go z miejsca zaczepiam. Naumyślnie pójdę, żebym tak świąt szczęśliwie doczekała.

III.

Przez zakurzone okna z trudnością dostawało się słońce do sypialni pana Dominika, a gdy dzień był pochmurny, to w izbie panował mrok zupełny.
Właśnie był ranek czerwcowy, posępny, na niebie gromadziły się chmury, zapowiadające burzę, stary zegar godzinę siódmą wskazywał. Pan Dominik wstał, ubrał się w szlafrok i poszedł otworzyć mocno zaryglowane drzwi i zdjąć łańcuch, o tej porze bowiem Grzegorz — punktualny jak najlepszy zegarek — przychodził. Właśnie gdy pan Dominik z wewnątrz łańcuch odczepiał, on już z zewnątrz za klamkę trzymał; i tak się spotykali przy tych drzwiach codzień, o tej samej minucie, a prawie że i sekundzie.
Zgrzytnął rygiel w zamku, brzęknął łańcuch, Grzegorz wszedł i ukłonił się pokornie:
— Moje uszanowanie panu radcy.
Zawsze radcą pana Dominika, jeszcze z biurowych czasów, tytułował.
— Jak się masz, stary, cóż słychać?
— Dziś wszystko, do usług pana radcy, niepomyślnie.
— A cóż się stało?
— Niby nic, a przecież...
— Mówże.
— Chociaż pan radca, jako człowiek edukowany, w takie rzeczy nie wierzy, ale ja już wypraktykowałem, że ile razy mi się żaba śni, tyle razy coś brzydkiego stać się musi nieodmiennie, a właśnie dziś żaba mi się śniła.
— Pleciesz sam nie wiesz co. Pewnie opiłeś się piwska na wieczór i miałeś sen niespokojny.
— Do usług pana radcy — rzeczywiście trochę się piło, trochę na Dunaju, a trochę na Mostowej. Wczoraj bo jeden mój przyjaciel imieniny obchodził; ale piwo piwem, a żaba żabą, i właśnie od samego rana złe znaki są. Naprzód jest pochmurno i tylko patrzeć chlapaniny i błota, powtóre — o!
— Cóż?
— Pana radcy but z lewej nogi pić chce. Wczoraj jeszcze, kiedym go czyścił, był calusieńki, a dziś oto gębę rozdziawił, dycht, pisz, maluj, jak żaba.
— A to łajdak! — mruknął pan Dominik.
— Święta prawda, tylko że, do usług pana radcy, nie wiem dobrze kto...
— Szewc! szewc! wyraźnie ci powiadam, że szewc! Co to za rzemieślnicy dzisiaj są, wszakże to prawie nowe buty, wprost z kopyta, kiedyż ja je sprawiłem?...
— Zaraz przypomnę... aha! już wiem, wiem doskonale, jak dziś pamiętam, na święty Marcin będzie tym butom akurat cztery lata.
— No widzisz i już naprawki, już reparacye!
— Godziłoby się je podzelować, panie radco.
— Zwaryowałeś stary, czy co? Pokaż no ten but bliżej.
Pan Dominik wziął but do ręki, pilnie go obejrzał i rzekł:
— Żadnych zelowań nie potrzeba... tu oto zeszyć, tu łatkę dać i dość. Założyłbym się, że już przy robocie poderznął skórę nożem, żeby prędzej pękła...
— Oni tak robią, do usług pana radcy, o robią. Ja to wiem, bo jeszcze jak byłem młody, to miałem ciotkę za szewcem. Pomarli oboje, świeć Panie nad ich duszami, ale na fuszerkę tam szło.
— Dajże mi pantofle, tamte lepsze, a jak pójdziesz po bułki, buty daj do zeszycia, a targuj się, pamiętaj, targuj się...
— Dobrze, panie radco — a bułeczki?
— Czerstwe; tylko wybieraj duże, co największe...
— Podług starszeństwa ząbków, mógłby pan radca czasem parę świeżych bułeczek skonsumować. Bardzo dobra taka świeża bułeczka do herbaty.
— Grymasy, grymasy, mój stary. Niema na świecie twardych bułek.
— Juścić temi, które się dla pana kupuje, możnaby, bez urazy, ulice brukować.
— Głupie masz koncepty. Kosztują taniej, a rozmoczone w herbacie są bardzo mięciutkie. Jeżeli masz mówić bez sensu, to lepiej nic nie mów.
Grzegorz westchnął.
— Monitum dostałem od pana radcy — rzekł. — Przeklęta żaba, zawsze mi coś niedobrego wywróży, a tu jak na złość wszystko się składa na to, żeby pan radca się gniewał dzisiaj.
— Cóż nowego?
— Cukier już widzę wyszedł, węgli tak jakby nie było, na nastawienie samowara nie starczy — a herbaty to już miałem honor wczoraj meldować ani krzty.
— Węgli kupisz.
— A herbata?
— Ile razy naparzana wczorajsza?
— Już dwa razy.
— Tylko dwa razy! to naparz ją jeszcze dziś.
— Bardzo wymoczona.
— Grymasy! Zalej-no ją tylko bardzo gorącym ukropem, to jeszcze pełny imbryk esencyi wypuści. To tylko u nas panuje taka głupia moda, żeby codzień herbatę zaparzać świeżą. W Chinach, trzeba ci wiedzieć, to po siedm razy zaparzają i tyleż razy suszą i taką jeszcze sprzedają za granicę masami.
— W Chinach? Przepraszam, do usług pana radcy; czy pan radca wojażował kiedy po Chinach?
— Czym wojażował, czy nie — to moja rzecz; a co do herbaty, to się znam.
— A jakże z cukrem będzie?
— Nie ma nic?
— Ani okruszynki.
— Ha, skoro tak, to trudna rada, trzeba się zatrzymać dzisiaj. Wypiję bez cukru. Tu cukier drogi i źle ważony; będę po południu na mieście, to kupię sam. Znam jeden doskonały sklep, w którym wszystkiego tanio dostanie, jeżeli kto się umie targować.
— Wiem, wiem...
— Co wiesz?
— Ha, wiem ja gdzie ten sklep i czyj ten sklep i panią Malcerowę znam. Wiem, ja wiem, że tam dla pana radcy zawsze taniej.
— No to kiedy wiesz, to trzymaj język za zębami i siedź cicho.
Grzegorz
udał, że nie słyszy.
— Śliczności to była panienka swojego czasu, oj śliczności, ja zawsze mówiłem, że takiego gustu jak pan radca ma, to nikt drugi na świecie niema. I później, gdy za Malcera wyszła, jeszcze bardziej wypiękniała — a i teraz jeszcze jest na co popatrzeć.
— Jest, powiadasz?
— Dalibóg jest, panie radco, i niechby się co chciało, to działo, ja bym...
— Cóżbyś ty?
— A no, do usług pana radcy, jakby którego dnia miał tam iść, tobym się herbaty z cukrem też napił, słowo uczciwe.
— Bestyo! kusicielu, kupżeż tego cukru.
— Funt.
— Zwaryowałeś na starość; kup za sześć, a z szewcem się targuj, nie daj mnie obdzierać — pamiętaj...
— Łajdak! — mruknął pan Dominik po wyjściu Grzegorza — na taki wydatek mnie naraził... Mój Boże, Melcerowa, Melcerowa. Dawne dzieje i piękne dzieje; sam sobie winien jestem, nie trzeba było bawić się w Cunctatora, ale iść do celu odrazu i jak Cezar, veni, vidi, vici. Melcer miał większy rozum, nie pytał się i nie ociągał. Teraz przepadło, przepadło na zawsze, na amen. Dobrze mi tak, bardzo dobrze, nie trzeba być głupim. Bardzo dobrze.
W kącie sypialni znajdowała się staroświecka fajczarnia, a na niej z dziesięć cybuchów. Wybrał pan Dominik najdłuższy, fajkę grubym tytoniem nałożył i zapalił.
— Obrzydliwy nałóg — monologował półgłosem — ohydny, ale cóż, nie mogę się oprzeć, to już nad siły moje. A tyle pieniędzy z dymem idzie. Aj, panie Dominiku, panie Dominiku, gdzie twoja siła woli? gdzie twój charakter? Głupiej fajki nie możesz się pozbyć. Czyż naprawdę nie możesz. O tak, nie mogę, nie mogę. Może dla tego że głupia, nie zdołam obejść się bez niej.
Tak rozmyślał pan Dominik, paląc fajkę i monologując, gniewając się sam na siebie i rozkoszując jednocześnie dymem, który sinawemi kłębami wlókł się po stancyi. Gdy tak palił i dumał i perorował do siebie, usłyszał przededrzwiami żywą sprzeczkę. Rozróżniał w niej wyraźnie dwa głosy: gruby baryton i cienki sopran kobiecy.
Zanim zdążył zmiarkować co jest, do pokoju wpadł Grzegorz, dziwnie zaaferowany i zmieszany.
— A, proszę pana radcy, do usług, tego jeszcze u nas nie bywało!
— Co?
— Tak, owak, rozmaicie można sądzić, ale wizyt pan radca nie przyjmował.
— Jakich wizyt u licha. Czyż to ja jestem matka córek na wydaniu?
— Ja tam nie wiem; dość że pani jakaś przyszła i dobija się koniecznie. Powiedziałem, że pan radca jest owszem w negliżu, że o tej porze nie przyjmuje, ale ona nic i, za przeproszeniem pana, nazwała mnie gamoniem i niedołęgą.
— Cóż to za jedna, jak wygląda?
— Co za jedna nie wiem; wygląda jakby nie tutejsza, a tak rozkazuje jakby...
— Stara? młoda?
— Trudno dojrzeć, bo u nas na schodach nie bardzo widno, tak sobie jednak, średnia. Powiada, że ma pilny interes i że pan radca jest jej jakoby stryjaszek. Co mam z nią zrobić, bo się znowuż dobija?
— Ha, cóż, proś. Niech tu posiedzi, ja się w drugim pokoju cokolwieczek ogarnę. Cóż? ten szlafrok nie wygląda zbyt świeżo.
— Piękny jeszcze, ale obniszczony grubo, do przyjmowania dam nie bardzo pasuje.
Gdy przebrawszy się w czarny odwiecznego kraju garnitur, pan Dominik wyszedł do pierwszego pokoju, zastał damę, która z okrzykiem wielkiej radości rzuciła mu się na szyję wołając:
— Stryjaszku, najdroższy stryjaszku!
— Bardzo mnie to cieszy — odrzekł — że jestem najdroższym stryjaszkiem, ale ś. p. brat mój Melchior miał kilka córek, radbym przeto wiedzieć z kim mam tedy honor?
— Więc mnie stryjaszek nie poznał? Mnie? swojej tak niegdyś ukochanej Julci?!
— No proszę, ktoby się spodziewał, taka kobieta! Niechże pani siada, to jest siadaj, proszę, pomówimy. Przedewszystkiem, cóż cię moja piękna kuzynko sprowadziło w ubogie progi starego odludka?
— Chęć zobaczenia stryjaszka, dowiedzenia się o jego zdrowie.
— No, no.
— I zamiar zaproszenia, serdecznego zaproszenia do nas na wieś.
— Mnie?
— A tak, chociażby tylko na parę tygodni. Bardzo, bardzo serdecznie prosimy, całem sercem zapraszamy.
— Hm... bardzo pięknie — a dalekoż to?
— Jednego dnia staje się na miejscu. Zresztą co mam dużo opowiadać, nasze okolice dobrze są stryjaszkowi znane.
— Zapomniałem już, kiedy tam byłem. Dawne czasy, bardzo dawne. Oczywiście mieszkasz w swoim majątku.
— Cóż tam taki majątek, mająteczek raczej. Na wyżywienie wystarcza, ale synów mamy dwóch, których w świat trzeba puścić i córeczka też podrasta.
— No proszę, dwóch synów i córeczka — a jakże się miewają twoje siostrzyczki?
— Helenka ta, co za Szczygielskim w Zawrotkach — wcale nieźle, a Terenia, co za Łopuszką w Woli Kociubskiej — majątek zbija.
— To ślicznie, to bardzo ślicznie. I jakżeż ona go zbija?
— Widzi stryjaszek, właściwie ona to nie, tylko on. Stryjaszkowi wiadomo, że my, kobiety z pewnej sfery, mamy pewne obowiązki, musimy się liczyć z różnemi względami; on zaś swego chowu człowiek.
— Jakto swego chowu?
— A no tak, jakże powiedzieć? Swego, dziwaczy i na nic nie zważa, aby tylko pieniędzy nie wydać. Ach, stryjaszku, nasza dola kobieca nie jest słodka.
— Rozmaicie to bywa — i męzka także.
— A przepraszam, panowie mężczyźni, to zupełnie co innego, niczem nie skrępowani, robią co im się podoba. Ale na seryo, mój stryjaszku, czy możemy się spodziewać, że nasza prośba będzie uwzględniona, że stryjaszek zaszczyci swoją obecnością nasz ubogi zakątek. Na umówiony dzień powóz oczekiwać będzie na stacyi.
— Powóz, to wy powozami jeździcie?
— A mamy stary grat, jeszcze kawalerski mego męża. Nie stad nas na karetę, musimy się więc obywać czem można. Stryjaszkowi pobyt na wsi dobrze zrobi na zdrowie, bo tu w Warszawie jest trochę duszno, zwłaszcza na Starem Mieście.
— Grymasy, moja pani, chciałbym ja mieć tyle tysięcy, ile ludzi tu żyje i dobrze wygląda. Pokazałbym ci, mężczyźni jak ćwiki, a kobiety jak róże.
— Jednak doktorzy mówią, że na wsi powietrze dużo zdrowsze.
— Co oni tam wiedzą! Grymasy, wymysły niepotrzebne i nic więcej. Ja tyle lat tu siedzę i czuję się zdrowym zupełnie.
— Jeżeli więc nie dla zdrowia, to dla przyjemności, kochany stryjaszek raczy z nami czas jakiś wspólnie przepędzić.
Pan Dominik uśmiechnął się trochę złośliwie.
— Ciekawym — rzekł — co za przyjemność, wy, młodzi, moglibyście mieć ze mną, starym człowiekiem?
— O to niech się stryjaszek nie troszczy; wszakże są związki krwi — jest głos krwi, która woła: kochajcie się. Czytałam niedawno prześliczną książeczkę pod takim tytułem.
Z godzinę trwała wizyta pani Julii, zaproszenie powtórzone było kilkanaście razy i ostatecznie stryjaszek musiał przyrzec, że przyjedzie.
Pożegnał synowicę z prawdziwą radością, rad, że się ta wizyta już skończyła — skoro tylko wyszła, zawołał na Grzegorza, aby herbatę czemprędzej podawał.
Stary woźny uśmiechał się znacząco.
— Czegóż się wykrzywiasz? — zapytał rozdrażniony pan Dominik.
— Owszem, proszę, do usług pana radcy — ale nic, tak sobie tylko.
— Przecież...
— Jeżeli mam prawdę powiedzieć, to z tego, że jednak dziś wyśniła mi się żaba, do usług pana naczelnika.
Dzień następny przyniósł nową wizytę. Tak samo w godzinach porannych zjawiła się dama, tak samo spierała się z Grzegorzem, dowodząc, że pan Dominik jest jej stryjaszkiem. Była to pani Michałowa z Zawrotków. I jej również przyszła myśl zaproszenia stryjaszka na wieś, na świeże powietrze, dla poratowania zdrowia, jako też dla zrobienia całej rodzinie największej przyjemności.
Okazało się jednak, że pani Michałowa była lepszą dyplomatką, aniżeli jej siostra z Suchej Wierzby; przyjechała ona do stryjaszka nie z próżnemi rękami, ale z ogromnym koszem, w którym znajdował się doskonały chleb, masło, konfitury, trochę wędlin, miodu, słowem takich smakołyków, jakich pan Dominik prawie nigdy nie jadał, a nigdy nie kupował.
Stryjaszek zrobił uwagę, że to niepotrzebne koszta i zbytki, ale, ostatecznie, kosz przyjął i przyobiecał, że przyjedzie na wieś za kilka tygodni.
Pani Michałowa, uszczęśliwiona z obietnicy, odjechała do domu, pożegnawszy stryjaszka jak umiała najczulej.
— No i cóż, Grzegorzu — rzekł pan Dominik, wskazując na kosz, przez kuzynkę zostawiony — piękna spiżarnia, co?
— Do usług pana radcy, to nawet nie spiżarnia, ale cały spichlerz. Godna to musi być pani i szczera, skoro miarkuje, że w Warszawie drożyzna i że za każdą prowizyę trzeba gotowym groszem płacić. Wspaniała pani, ja to zaraz poznałem.
— Zobacz-że co tam w środku jest, powyjmuj i poustawiaj w porządku.
Grzegorz otworzył kosz i wyjmował sztuka po sztuce, nie tając zachwytu, jaki w nim dary pani Michałowej wzbudzały.
— O, jaka szkoda — mówił — że się dziś po bułki chodziło, toż tu chleba bochen, do usług pana radcy, aż pachnie; musi to być znaczny dwór, skoro w nim takie chleby pieką.
— Znaczny, powiadasz. Podobno nie bardzo.
— Ale... a oto masło świeżuteczkie, tu takiego nie dostanie, żeby nie wiem jak przepłacać, a oni to mają bez kosztu. Dobra to rzecz wieś, bardzo dobra, bo pieniędzy nie trzeba wydać, a jest wszystko swoje, czego tylko dusza zapragnie. Żeby to pan radca kiedy wieś kupił, jabym z wielką chęcią w służbę poszedł do pana...
— Co ci w głowie świta, Grzegorzu, jabym wieś miał kupić!...
— Dla czegóżby nie; alboż to panu radcy kto zabroni.
— Ale za co? Wiadomo ci, że biedny jestem.
— Bieda biedą, a wieś wsią; gdyby zaś taka chęć przyszła, toby pan radca nie potrzebował ani ludziom się kłaniać, ani pieniędzy pożyczać. Ja to wiem dokumentnie.
— Cicho bądź, stary gaduło, nie pleć głupstw, wydobywaj co jest, bo ja na miasto zaraz wyjdę.
— O, do usług pana radcy, kiełbasa... żebym się nie powstrzymywał to bym ukąsił, tak pachnie! Ser z kminkiem, samo prawie do piwa — ale jaki! Na Piwnej takiego nie uświęci — a tu oto jakieś słoiki, flaszeczki, jakby z apteki, niech no pan je obaczy.
— To są konfitury — rzekł pan Dominik — postaw je na oknie rzędem, równo, słoik przy słoiku.
Grzegorz spełnił polecenie.
— O! — rzekł zaglądając znowuż do kosza — znów garnek tęgi... aha, czuję zapach, to jest właśnie miód. Nie żałowali, z garniec chyba nakładli, czysta patoka. Ciekawość, co pan radca z tem zrobi?
— Już wiem. Odniesiesz ten garnek jeszcze dziś.
— Owszem, do usług pana radcy, tylko że nie wiem dokąd, komu i na co.
— Odniesiesz do sklepu, o którym wspominałeś, komu — wiesz, a na co — niepotrzebna ciekawość.
Od czasu, w którym pan Dominik miał niespodziewane wizyty kuzynek, zaczęło się dla niego długie pasmo kłopotów. Przyjąwszy zaproszenia i obiecawszy przyjechać na wieś, trzeba było przyjąć i konsekwencye ztąd wynikające. Naprzód tedy odbył się bardzo staranny przegląd garderoby.
Grzegorz pootwierał szafy i powydobywał z nich całe stosy różnych efektów sukiennych i kortowych, bardzo dawnego fasonu, gromadzonych od lat kilkudziesięciu. Jaki pracowity badacz mógłby z tych ubrań ułożyć monografię mody męzkiej z przed lat czterdziestu, gdyż swego czasu pan Dominik był wielkim dandym i ubierał się ściśle podług żurnalów. Później wszakże wielki «dandy» zaprzestał się stroić, a moda poszła naprzód i daleko, daleko pozostawiła za sobą eleganta.
Przegląd trwał dosyć długo.
Grzegorz garderobę na stole rozkładał, a pan Dominik przyglądał się każdej sztuce i przez okulary i bez okularów, podnosił do okna, nareszcie zmęczony, westchnął ciężko i rzekł:
— Nie obejdzie się bez krawca...
— A nie — potwierdził Grzegorz — podług mego pomiarkowania, tylko krawiec będzie mógł coś wyspekulować.
— Ale który?
— Jest ich, do usług pana radcy, kopami, ja sam z piętnastu chyba znam.
— Więc jakże myślisz?
— Ha, inaczej nie będzie, tylko trzeba którego sprowadzić. Jednego znam, na Podwalu ma sklep, znaczny krawiec, do usług pana radcy, ojciec jego też krawcem był. Takie kury, to rodem czubate. Sprowadzić?
— Dziękuję, nie chcę frontowych elegantów, tacy drą bez miłosierdzia.
— I to racya. Więc może prywatnego, na Ślepej ulicy mieszka, warsztat prowadzi, czeladników ma dwóch, też porządny majster.
— Także zdzierca.
— Tedy już sam nie wiem, kogo mam wołać.
— Kogo chcesz, byleby był tani, bo ja pieniędzy na wyrzucenie nie mam. Licho mnie skusiło przyjąć to zaproszenie na wieś, tylko wydatek niepotrzebny. Gdyby nie to, że dałem słowo, to doprawdy przeprosiłbym listownie. A możeby pojechać tak jak stoję — cóż o tem myślisz, stary?
— Nic nie myślę, głupie moje zdanie, a pan radca ma dość swego rozumu, żeby wiedział, jak ma postąpić.
— Pięknie mówisz, dobrze mówisz i subordynacyę znasz.
— Służyło się, panie radco, czterdzieści dwa lata i miesięcy sześć.
— Tak, tak, mój stary, ale chcę poznać twoje zdanie, daję ci przez to dowód zaufania.
— Dziękuję pokornie za honor. Otóż, mojem głupiem zdaniem, nie można jechać bez pięknej garderoby, bo na to nie pozwala godność pana radcy.
— Prawda.
— I nie tylko według godności nie można, ale i według prowizyi też nie wypada.
— Prowizyi?
— Właśnie, do usług pana radcy, według prowizyi. Osobliwie po tych prowiantach znać, że dom znaczny, państwo wspaniałe, goście też tam pewnie bywają, więc trzeba się pokazać. Niech na wsi wiedzą, że co Warszawa, to Warszawa. Zawsze wielmożny pan radca elegancko chadzał, a choć się trochę pod starsze lata zaniedbał, ale...
— Masz racyę stary... Elegancko, ale z kredką...
— Jeżeli z kredką, to już chyba najlepiej będzie zawołać Abrama. Że mi to odrazu na myśl nie przyszło!
— Cóż to za jeden?
— Krawiec, do usług pana radcy; na Krzywem Kole mieszka i można sprowadzić go każdej chwili, i o szewcu godziłoby się też pomyśleć — z tą przyszczypką pan daleko nie zajedzie.
— Licho nadało! Krawcy, szewcy, szczęście że kapelusz jeszcze dość świeży, a rękawiczek jest w komodzie kilka par. Pyszne rękawiczki, dziś już takich nie robią, skórka jak żelazo.
Powlókł się Grzegorz po Abrama, ale nie znalazł go zaraz, dopiero na drugi dzień przyłapał go w mieszkaniu.
Przyszedłszy, obejrzał całę szatnię okiem wytrawnego znawcy, cmokał ustami, gładził brodę, nareszcie po długim namyśle rzekł:
— Jabym panu radcemu poradził, że do tej garderoby jeden doktór nie wystarczy, trzeba zrobić konsylium.
— Cóż wasan pleciesz, co to za żarciki?
— Uchowaj Boże! Jabym śmiał robić żarty z takiej osoby? z takiego pana? Nie, nigdy!
— Więc czegóż właściwie chcesz?...
— Pan dobrodziej pozwoli; ja zawołam kilku handlarzy.
— Idź-że do licha z taką radą!
— Niech-no pan dobrodziej posłucha: ja nie sprowadzę takich zwyczajnych łapserdaków, co chodzą po podwórkach i krzyczą: handel! handel! ale porządnych, którzy tylko z delikatnemi osobami mają do czynienia. Oni tę całę kupę starzyzny od wielmożnego pana kupią, a jak wielmożny pan dołoży do tego kilkanaście rubli, to będzie mógł mieć bardzo ładny, całkiem nowomodny garnitur. Ja sam podejmę się zrobić.
— Co? jakto? całą garderobę sprzedać i kilkanaście rubli dołożyć i mieć za to jeden garnitur. Czy ja dobrze słyszałem?
— Bardzo wielmożny pan dobrze słyszał. Ja sam podejmę się ten garnitur zrobić z mojego materyału. Będzie na co popatrzeć. Na moje sumienie.
Pan Dominik przygryzał wargi i chodził szybkim krokiem po pokoju, nareszcie zatrzymał się nagle przed swoim famulusem i rzekł bardzo poważnym i uroczystym głosem:
— Grzegorzu!
— Słucham pana radcy...
— Czy widzisz tego żyda?
— Widzę panie.
— Weź go tedy za kołnierz i w delikatny sposób wyprowadź za drzwi, a następnie zrzuć ze schodów.
Abram cofnął się ku drzwiom.
— Bardzo przepraszam — rzekł — bez urazy jasnego pana, to się nie opłaci. Po co pan Grzegorz ma się fatygować, kiedy ja pójdę sam, jak tylko skończymy interes — i po co mnie za drzwi wyrzucać, kiedy choćbym był wyrzucony, to potrafię powrócić.
— Jesteś bezczelny człowiek! — krzyknął pan Dominik w wielkiej pasyi.
— Ale bardzo doskonały krawiec; cała Warszawa mnie zna! Niech się pan dobrodziej zapyta, jak mnie zna?! Nietylko do takiego interesu co z nowości jest, ale do każdego łatania, cerowania, do przeróbki, do wywabienia plamy, do przenicowania, do wszystkiego. Kto jest pierwszy krawiec? Abram. Kto pięknie robi, a nie drogo bierze? Abram. Kto ze starego nowe zrobi? Abram.
— Kłamiesz, kłamiesz.
— Szczera prawda, jak to że dziś mamy od Pana Boga dzień.
— Ładnie przerabiasz, sprzedać stare, a kupić nowe, to podług ciebie nazywa się przeróbka.
— Alboż ja tak chciałem?
— A któż proponował sprowadzenie handlarzy?!
— Jam sądził, że wielmożny pan sobie tego życzy. Co ja miałem proponować? Wielmożny pan rozumie, że każdy człowiek ma swój fach; ja mam fach od reparacyi, ale nie od propozycyi.
Ten argument rozbroił pana Dominika.
— Odrazu trzeba było tak mówić — rzekł — obejrzeć, zastanowić się, zdecydować, jak ma być i, główna rzecz, zgodzić się.
— O to najłatwiej. W dwóch słowach skończymy; pan dobrodziej coś dołoży.
— Jeszcze nie wiem ile zażądasz, a już chcesz, żebym ci dokładał.
— Tak się mówi; pan dołoży, ja trochę opuszczę i znów pan dołoży i znów ja opuszczę, w jednej chwili zgoda.
Ta jedna «chwilka» przeciągnęła się kawał czasu. Abram aż ochrypł, dowodząc, jaka kolosalna robota go czeka, ile jego własnej pracy i pracy jego czeladników w nią wejdzie; jakie koszta pociągnie za sobą dodanie kawałka podszewki, kilku guzików, tasiemek. Zasapał się, zmęczył, tak dalece, że musiał usiąść, gdyż nie mógł się już na nogach o własnych siłach utrzymać.
— Oj! — jęczał — przepraszam wielmożnego pana. Widziałem ja już różnych panów i różne reparacye, ale takiej reparacyi i takiego pana ja jeszcze w życiu swojem nie widziałem.
Obraził się, wyszedł, powiedział, że jego noga nigdy w tem mieszkaniu nie postanie; że takie interesa odda jaknajchętniej swoim wrogom, aby je wychorowali; po chwili jednak znów powrócił i znów przerwaną nitkę rokowań nawiązywał.
Nareszcie dobili targu. Abram czerwoną chustką obtarł spocone czoło, pan Dominik z przyjemnością zapalił fajkę i uśmiechnęli się obadwaj przyjaźnie, jak szermierze po skończonej utarczce. Gracz gracza poznał.
Abram, zabrawszy przeznaczoną do odnowienia i przerobienia garderobę na rękę; nie udał się wprost do domu, lecz wstąpił do narożnej szynkowni i kazał sobie dać kieliszek dobrej, mocnej wódki. Zazwyczaj biedny krawczyna żałował sobie na takie zbytki i pierwej trzy razy grosz obejrzał, zanim go wydał, tym razem jednak nie namyślał się ani minuty i z przyjemnością wychylił kielich, uważał bowiem, że za tyle gadania, za tyle pracy, słusznie mu się to należało.
Miał najzupełniejszą racyę.

IV.

— Jednak, kochany mężu — mówiła pani Piotrowa w Zawrotkach do swego małżonka — musisz mi przyznać, że miałam słuszność.
— W czem?
— Mój Boże! i on się jeszcze pyta! Ja to wymyśliłam, ja wypracowałam, ja kręciłam głową. A on pyta się jeszcze, w czem miałam słuszność. Wiesz co, że to jest niesprawiedliwość, przechodząca wszelkie wyobrażenie!
— Przepraszam cię, moje dziecko, ale dalibóg nie mam pojęcia, o co ci właściwie idzie? Co chcesz abym ci przyznał?
— Skromną moją zasługę; chcę ażebyś potwierdził, że gdzie męzka głowa poradzić nie może, serce słabej kobiety działa skutecznie. Przyznajesz, czy nie przyznajesz?
— Przyznaję, dla świętego spokoju i ponieważ tak sobie życzysz, ale głowę mi utnij, jeżeli wiem o co idzie i do czego ta nasza rozmowa prowadzi.
— Nie wiesz, więc ci wytłómaczę. Przedewszystkiem Gliksman, który był twardy jak skała i nie chciał nawet z tobą mówić, naraz zrobił się mięciutki jak wosk i przystał na wszystkie propozycye. Dzięki temu, można już, chociaż w części przynajmniej, pomyśleć o wyekwipowaniu Wicusia i Józia, których przecież dłużej trzymać w domu nie sposób, ponieważ już jest czas, żeby zaczęli bywać w szerszym świecie. Czy nie uznajesz, że tak jest.
— Uznaję.
— Czy nie widzisz, że Gliksman zmiękł?
— Oj — westchnął pan Piotr — zmiękł on, zmiękł, ale żebyś wiedziała, jak mnie obdarł.
— To już trudno. Takie są, niestety, czasy, że kredyt kosztuje bardzo drogo, a żydzi od tego są, żeby darli. Przypomnij sobie jednak, że przed paroma tygodniami tenże sam Gliksman mówić nawet o interesie nie chciał, a teraz jest tak wyjątkowo uprzejmy. Czyż nie tak?
— A no, tak...
— A komuż to zawdzięczasz?
— Przedewszystkiem Gliksmanowi.
— A wiesz co mężu, nie warto się poświęcać dla rodziny...
— Alboż co?
— Ty Gliksmanowi zawdzięczasz jego względność? Gliksmanowi? więc nie mnie?
— Tobie?
— Nie mojej dyplomacyi? Nie temu że pojechałam do Warszawy? że przypomniałam się pamięci stryja Dominika? Że tenże stryj Dominik, na skutek mojej prośby, przyjechał i bawi w naszej okolicy, dzieląc czas między Suchą Wierzbą, Zawrotki i Wolą Kociubską. Oh, bardzo krótkowidzący jesteś, mój panie! Gliksman z pewnością nie skusiłby się na twój głupi rzepak — ale zaimponowała mu obecność milioniera.
— Oh, oh, milioniera!
— A więc człowieka, posiadającego krocie. Żydzi doskonale znają się na tem; wiedzą oni, że pan Dominik jest bogaty, że jest moim rodzonym stryjem, że rodziny bliższej nie posiada i że na przypadek gdyby zmarł bez testamentu, to cały majątek idzie na trzy głowy — a gdyby z testamentem, to...
— Na kogo obcego.
— Przepraszam, to na jedną głowę i to właśnie na tę, na której wartości ty się nie znasz.
— Bardzo jesteś pewna siebie, kochana Juleczko.
— Tak jest, mój mężu, zawsze jestem pewna tego, co jest pewne i niezawodne.
— Jednak Dominik więcej przesiaduje w Zawrotkach, aniżeli u nas, a jeżeli ty, Julciu, dbasz o to, żeby go zjednać, to Helenka również nie zasypia gruszek w popiele i dogadza stryjaszkowi jak może.
— Ona swoją drogą, a ja swoją. Z tego że stryj więcej jest u nich, aniżeli u nas, żadnych wniosków wyciągać nie można, gdyż powiedziawszy prawdę, najwięcej czasu przepędza w Woli Kociubskiej, gdzie w domu jest ciasnota, wygód nie ma żadnych, a w dodatku szanowny nasz szwagierek, pan Edward, nie jest bynajmniej uprzejmym gospodarzem. Żeby do niego nie wiem kto przyjechał, on nic na to nie zważa i wlecze się w pole, a pomimo że Terenia go prosi, zaklina i spazmuje nieraz biedaczka, on od swoich zwyczajów nie odstąpi za nic. Biedna kobieta ta Terenia, że za takiego niedźwiedzia poszła.
— Ale pieniądze ma.
— I to jeszcze nie wiadomo. My dziś nie mamy, ale po najdłuższem życiu Dominika mieć będziemy.
Pani Piotrowa miała poniekąd słuszność, że zmiana postępowania Gliksmana wyniknęła głównie z powodu pobytu pana Dominika. Ponieważ rzuciła, niby od niechcenia, kilka słów o wielkiem bogactwie bezdzietnego stryjaszka, małomiasteczkowi kapitaliści zaczęli te słowa rozważać, a jeden z nich otrzymał mandat, aby przy pierwszej bytności w Warszawie dowiedział się, czy rzeczywiście ów stryjaszek jest tak bogaty, jak o nim głoszą. Nie trzeba było na to długo czekać, gdyż ów delegat dość często do Warszawy jeździł, to też przy pierwszej okazyi zasięgnął języka u źródła, bo na Starem Mieście. Opowiedziano mu legendę o bogactwach — a zarazem i o skąpstwie starego dziwaka — przywiózł też do miasteczka jak najlepsze referencye, które odrazu poprawiły kredyt pana Piotra i pana Michała.
Gliksman i Handelsbrief istotnie zmiękli i byli chętni do wszelkich tranzakcyj. Co się tyczy pana Edwarda, ten zawsze miał kredyt, może dla tego, że go nigdy nie potrzebował; teraz jednak byliby mu kapitaliści dali chętnie tyle, ileby tylko zażądał, on atoli nie żądał nic, ku wielkiemu zmartwieniu swej małżonki, która, jak się sama wyrażała, chciałaby chociaż na trzy dni przed śmiercią żyć, jak przystoi na damę dobrze urodzoną.
Trzy córeczki państwa Edwardów: Klarcia, Romcia i Michasia, były już w tym wieku, że należało pomyśleć o otwarciu gościnnych salonów i dać młodzieży możność bywania w Woli Kociubskiej w charakterze konkurentów — ale pani Edwardowa napróżno kołatała o to. Najobfitsze potoki wymowy, niby rozhukane fale morskie o skałę, rozbijały się o skąpstwo tego dziwnego człowieka.
— Panienki są jeszcze młode — mówił — mogą czekać.
— Przepraszam cię, mężu — oponowała pani Edwardowa — ja w wieku Klarci będąc, miałam już nieszczęście być twoją żoną.
— O ile sobie przypominam, mówiłaś wówczas, że jesteś szczęśliwa zupełnie; są nawet na to dowody piśmienne.
— Ciekawam jakie!
— Własnoręczne listy twoje do matki.
— Nie chciałam jej martwić, pisząc prawdę; a powtóre, byłam jeszcze wówczas tak młoda i niedoświadczona, że nie miałam pojęcia, na czem właściwie polega szczęście.
— I to być może, nie wynika ztąd jednak, że trzeba wydawać huczne bale i spraszać gości z całego świata, skoro pieniędzy na to nie ma.
— Więc Klarcia nigdy za mąż nie wyjdzie?
— Owszem, wyjdzie prędzej niż sądzisz, ale nie z żadnych salonów, bo ja ich urządzać nie myślę, tylko z tego domu, w którym urodziła się i wzrosła, jak sama widzisz wcale nieźle. W mamę się wdała panienka i na suchotnicę bynajmniej nie wygląda.
— Dobrze, dobrze — odrzekła pani głosem zgnębionej i zrezygnowanej na cierpienia ofiary — dobrze, będzie jak chcesz, ale przekonasz się, że kiedyś doznasz gorzkich wyrzutów sumienia. Cała pociecha w tem, że poczciwy stryj Dominik tak bardzo nasze dziewczątka polubił. Czego im ojciec dać nie zechce, może będą miały od dziadka z linii macierzyńskiej...
— Nie będę miał nic przeciwko temu, owszem, jeżeli dziadek da, osobiście mu podziękuję — tylko o ile mi się zdaje, nie ma on tego zamiaru.
— Wyraźnie wczoraj powiedział do Klarci, że wygląda jak różyczka, a i młodsze nasze dziewczęta mają u niego łaski. Zresztą sam widzisz, że u nas przebywa najchętniej i najczęściej, chociaż ty nie zapraszasz go zbyt natarczywie.
— Za to ty, moja pani, jesteś wzorem uprzejmości.
Istotnie pan Dominik najczęściej w Woli Kociubskiej przebywał, chociaż pani Helena i pani Julia zapraszały go ciągle do siebie; bywał także i w sąsiedzkich dworkach, zwłaszcza w Bednarce u pani Sewerynowej, wdówki czterdziestoletniej, ale jeszcze w wielkich będącej pretensyach. Ta pani mieszkała z matką staruszką i miała przy sobie dwie ubogie kuzynki, do towarzystwa i pomocy w gospodarstwie. Nie bardzo wizyty pana Dominika u wdówki podobały się jego synowicom, wolałyby one mieć ciągle stryjaszka przy sobie, trzeba było jednak politykować.
Najbardziej energiczną działalność rozwijała pani Julia, w czem dopomagali jej szczerze synowie, chłopcy pełni pomysłów. Jednego dnia postanowili zabawić kochanego dziadunia polowaniem na dzikie kaczki.
— Dziadunio się nudzi — mówił Wicuś — a ciągła rozmowa z kobietami jest dla niego utrudzająca, zabawmy się po kawalersku.
— A tak — potwierdził Józio — doskonała myśl, po kawalersku. Mamy psy! jakie psy!
— Niech mi dziadzio wierzy, że w psiarni królowej angielskiej nie znajdzie lepszego wyżła, niż mój Nero.
— I niż mój Medor — dodał Józio. Bagna mamy wcale niezłe; kaczek moc, dziadzio będzie miał prawdziwą przyjemność.
— Ależ, moi kochani, cóż znowu, spojrzyjcie na mnie, czy jestem zdatny do polowania?
— Dla czegóżby nie? Czy dziadzio nigdy nie polował?
— Polowałem niegdyś, będąc jeszcze bardzo młodym... lat temu Bóg wie ile, jeszcze was na świecie nie było...
— To sobie dziadzio przypomni. Słowo daję, pyszna zabawa. Żeby dziadzio był u nas na jesieni, albo zimą, urządzilibyśmy polowanie szyk, co się zowie, z naganką, ale w tym czasie musimy poprzestać na kaczkach. Jest to zwierzyna podlejsza, ale że jej niebrak, więc można strzelać dowoli. Niech się dziadzio zdecyduje. Każę zaprządz moje kasztanki. Pyszne konie; takich w okolicy nie ma.
— A ja dam dziadziowi moją dubeltówkę, lekka jak piórko, a bije! Jak ta strzelba bije! na sto dwadzieścia kroków pełnym nabojem...
Pan Dominik, któremu bytność na wsi coraz bardziej zaczynała się podobać, gdyż opływał we wszystko, a złamanego szeląga wydać nie potrzebował, zyskiwał z każdym dniem na humorze i rozrywką nie gardził. Propozycya Józia i Wicusia, na razie dość mu się dziwaczną wydała, ale po namyśle przyjął ją.
Niegdyś za młodu bywał często na wsi; jako uczeń ze szkół na wakacye do krewnych przyjeżdżał i bardzo chętnie biegał z fuzyjką na ramieniu po lasach i po łąkach, przypominały się staremu dawne czasy, chciał je odświeżyć w pamięci lepiej, chciał może przenieść się myślą w owe lata minione bezpowrotnie, lata pacholęce.
— Ha — rzekł — zrobię to dla was, dla waszego towarzystwa, pojedziemy.
Wicuś natychmiast pobiegł do pani Julii z raportem.
— Mamo! — zawołał — wygrana!
— Jaka wygrana?!
— Dziadek jedzie z nami na polowanie, namówiłem go i jedzie. Rozumie się, że skorzystamy z miłego sam na sam i damy mu poznać, że mógłby zrobić dla nas dużo, gdyby tylko chciał.
— Mój Wicusiu!
— Niech mama liczy na moje zdolności dyplomatyczne; nie chwaląc się, czuję w sobie powołanie ministra i gdybym się nazywał Bismark, zobaczyłaby mama, coby było. Niestety, losy zrządziły inaczej, trzeba siedzieć na tym szkaradnym partykularzu i więdnąć bez żadnych widoków na przyszłość. Na szczęście, odgrzebała mama tego dziadka, zrobiła mama tyle, że przyjechał do nas, a skoro mamy go na gruncie, rzecz jasna, że trzeba z tego korzystać. Ja myślałem, myślałem po całych dniach i nocach, coby wynaleźć takiego, żebym mógł z nim porządnie, w cztery oczy pomówić i wynalazłem polowanie na kaczki. Przyzna mama, że myśl genialna. Czyż nie prawda?
— Bardzo, bardzo genialna, moje dziecko.
— W pierwszej chwili miałem niejaką obawę, że nie przyjmie zaproszenia, ale, nadspodziewanie, przyjął bez wielkich trudności. Jedziemy zaraz po obiedzie. Józio weźmie na siebie całe urządzenie tej zabawki. Ja zaś mam nieodstępnie towarzyszyć dziadkowi. Będę go bawił przyjemną konwersacyą i, ma się rozumieć, nie zapomnę o celu głównym.
— Ty jesteś dzielny chłopiec — rzekła pani Julia.
— Cóż z tego, moja mamo — odpowiedział Wicuś — choćby nawet tak było, jak mama powiada, gdzież tu pole do rozwinięcia zdolności?
— Mój Wicusiu, wszystko to bardzo dobrze, stryjaszek widocznie nam sprzyja i jest dla nas niesłychanie uprzejmy, widocznie okazuje nam swoję sympatyę, ale ja, pomimo tego wszystkiego, ja się obawiam.
— Czego, mamo?
— Pani Sewerynowa mnie niepokoi.
— Kto?! Sewerynowa, czy mama żartuje?!
— Bynajmniej, moje dziecko, mówię zupełnie seryo. To bardzo chytra kobieta, a tem niebezpieczniejsza, że układna, taktowna i taka, co to na pozór niewiniątko, a w gruncie rzeczy tygrys. Szczerze ci mówię, że ja się tej kobiety boję.
— A ja nie, ani troszeczkę.
— Jednak...
— Mam na nią sposób, choćby nawet, w co absolutnie nie wierzę, chciała uwikłać pana Dominika w swoje sidełka, choćby go nawet uwikłała, jeszcze mam sposób.
— Jaki?
— To mój sekret.
— Czy i przedemną także?
— O, mamie mogę powiedzieć. Bardzo prosty sposób. Gdy zobaczę że jest blizka celu, w takim razie sam zacznę konkurować.
— Ty?
— Tak mamo i mam nadzieję, że chyba będzie wolała mnie, aniżeli mego dziadka.
— Bezwątpienia, ale bój się Boga chłopcze, czyżbyś ty naprawdę chciał się z panią Sewerynową ożenić!
— Ożenić! Inna kwestya, ale konkurować wolno.
Pani Julia ucałowała głowę synka, w uznaniu jego dyplomatycznych zdolności.

V.

Ogniste kasztanki, zaprzężone do wygodnej bryczki, kierowane silną dłonią Józia, mknęły wyciągniętym kłusem przez wieś, polną dróżką, ku obszernym łąkom i bagnom, gdzie rzeczywiście błotnego ptactwa, a zwłaszcza kaczek, była wielka obfitość. Pan Dominik usadowił się wygodnie i palił cygaro, z najlepszego gatunku, jaki można było znaleźć w sklepie pani Pechmanowej, w sąsiedniem miasteczku. Sam Wicuś te cygara wybierał i kupował specyalnie dla dziadka, a zdaje się, że trafił mu do gustu, gdyż pan Dominik palił je z widoczną przyjemnością.
Pogoda sprzyjała wycieczce, dzień nie był zbyt gorący, lekkie chmurki co chwila zakrywały słońce, rzucając na pola cienie przelotne. Neron i Medor, owe dwa najznakomitsze w Europie wyżły, biegły w podskokach przy bryczce.
— Jakże dziadzio dobrodziej znajduje nasze wiejskie życie? — zagadnął Wicuś.
— Nic do życzenia, pyszności, bardzo mi się podoba.
— To też niech dziadzio porzuci Warszawę i osiedli się na stałe.
— A nie, tego nie zrobię.
— Dla czego? Czyż dziadek ma jakie obowiązki, czy jest od kogo zależny?
— Obowiązki albo mam, albo nie mam, a co się tycze niezależności, to... szeroko, widzisz, Dawid o niezależności pisał. Mogłoby się komu zdawać, Bóg wie co, a jest grubo inaczej.
— Ciekawym jednak, jaka zależność mogłaby wolną wolę dziadka krępować?
— Trochę interesa, trochę przyzwyczajenie.
— Chyba to jedno.
— Bagatela; żebyś ty kilkadziesiąt lat w jednej kamienicy przemieszkał, jednemi ulicami chodził, w jednej restauracyi jadał, tobyś może poznał, co to znaczy przyzwyczajenie. Ludzie w moim wieku zmian nie lubią. Przyjechałem do was dla rozrywki, na wakacye, jak uczeń, gdy go ze szkoły puszczą, lecz gdy czas tych wakacyj minie, wrócę na Stare Miasto do swego kąta.
— Dla czego dziadzio tam mieszka?
— Jakto dla czego?
— Są przecież ładniejsze ulice w Warszawie i nie takie zacieśnione i duszne.
— Zapewne, ale to wszystko blaga i tandeta, marmurowe schody, jakieś respiratory, wentylatory, a co mi po tem? Ja na schodach mieszkać nie będę, tylko w pokoju, a jeżeli pokój jest ciepły i nie drogi, to schody mogą być staroświeckie, żelazne, czy kamienne, to mi wszystko jedno.
— Ale! ale! — zawołał Wicuś, chcąc nadać inny obrót rozmowie — zapomniałem też powiedzieć, był dziś posłaniec z Bednarki?
— Cóż chciał?
— Przywiózł bardzo uprzejmy bilecik. Pani Sewerynowa zaprasza, żeby przyjechać jutro na wieczór. Bardzo uprzejmie zaprasza.
— Gościnna kobiecina.
— O tak! Znana jest z tego. Będzie ciotka Teresa z panienkami, ciotka Helena, jeszcze kilka osób z sąsiedztwa.
— Proszę.
— Pani Sewerynowa lubi się bawić i zdaje mi się, że ma wielką ochotę wydać się za mąż.
— Dla czegóżby nie. Osoba nie stara i nie szpetna; nawet, jeżeli mam prawdę powiedzieć, przystojna i może się podobać. Słyszałem też, że i majętna przytem.
— Taki to i majątek.
— A nie, pan Edward mówił, że majętna, a on się na tem, jak uważam, zna.
— Temu nie przeczę, że się zna. Sam zrobił dużą fortunę, ale w tym razie może się mylić. Wuj Edward jest to kapitalista.
— Nie może być!
— Niech się dziadzio zapyta pierwszego lepszego żyda w okolicy, oni wiedzą bardzo dobrze, jak kto stoi.
— Dziwi mnie to niezmiernie, Terenia narzeka bezustanku, że dzieci nie miała za co wyedukować, że jej wszystko idzie jak z kamienia.
— Proszę dziadka — rzekł Wicuś — trzeba się znać na deklamacyi. Kto prawdziwie potrzebuje, komu rzeczywiście bieda dokucza, ten nie będzie piszczał i narzekał. Są rozmaici ludzie na świecie — dodał z westchnieniem.
Józio zatrzymał kasztanki.
— Tu — rzekł — wysiądziemy.
Rzucił lejce stangretowi, zeskoczył z kozła i pomógł panu Dominikowi wydobyć się z bryczki.
— Będzie miejscami trochę mokro — rzekł Wicuś — czy dziadzio nie obawia się przemoczenia nóg?
— Co prawda, nie jest to dla mnie bardzo pożądane.
— W takim razie postaramy się tak urządzić, żeby dziadzio był ciągle na suchem. Ja będę przewodnikiem i zaprowadzę w takie miejsce, że dziadzio będzie strzelał do kaczek jak do tarczy, Józio pójdzie oddzielnie.
Pan Dominik w długim czarnym tużurku, świeżo przerobionym przez Abrama, w ogromnym filcowym kapeluszu i ciemnych okularach, dość pociesznie w roli Nemroda wyglądał. Strzelbę niósł na ramieniu jak żołnierz, a po nierównym gruncie stąpał z trudnością i prędko się męczył.
— Dobra to rzecz polowanie — rzekł, zatrzymując się — ale męcząca.
— Może więc dziadzio odpocznie.
— Owszem; szczególna rzecz, w Warszawie po chodnikach znaczne nieraz kursa odbywam i fatygi żadnej nie czuję, tu zaś, chociaż po miękkiej trawie, zaraz się męczę.
Usiedli na suchym wzgórku i Wicuś uznał, że właśnie nadszedł moment rozpoczęcia akcyi dyplomatycznej. Zaczął więc opowiadać dziadkowi, że chciałby bardzo pracować i dorobić się majątku, ale w domu rodzicielskim nie znajduje do tego pola; że wspólnie z bratem pragnęliby wziąć duży folwark w dzierżawę, a następnie, dorobiwszy się i pomnożywszy fortunę przez bogate ożenienie się, jużby każdy z nich na własną rękę majątek nabył. Trudno jednak to marzenie urzeczywistnić, z powodu braku odpowiedniego kapitału. Bracia na żadne spadki nie liczą, darowizny nie spodziewają się i nie przyjęliby nawet, ale gdyby w rodzinie znalazł się uczciwy kapitalista i na niewielki procent pożyczyłby im choćby tylko trzydzieści tysięcy rubli, już mieliby o co ręce zaczepić i zużytkować zdolności, które w ciasnym kącie, na zaklętym partykularzu, marnują się tylko. Suma nie jest wielka, gwarancya moralna najobszerniejsza, co do procentu, nie targowaliby się bardzo, boć wiadomo, że kto ma kapitał, pragnie z niego mieć dochód, ale — dodał z westchnieniem — gdzie teraz szukać szlachetnych ludzi, a zwłaszcza szlachetnych kapitalistów. I przez co dobre rody giną? Właśnie przez ten brak fatalny. Gdyby było inaczej, cały świat miałby inną postać. Byłoby wesoło, dobrze, spokojnie. Ostatecznie, czasy dziś takie są, że wymagań dużych młodzież nie ma. Kilkadziesiąt włók dobrej ziemi, kilkadziesiąt tysięcy w gotówce i na wszelki wypadek odpowiedni kredyt. Resztę można już pracą i własnem staraniem dorobić.
Pan Dominik słuchał mówki Wicusia bardzo cierpliwie i uważnie, od czasu do czasu głową kiwał, poczem kilka razy odkaszlnął i chciał przemówić, w tem z po za krzaków, w dość znacznej odległości, rozległy się dwa strzały jeden po drugim, krótki wykrzyknik aport! i chlupotanie wody.
— Józio już strzelił.
— Ciekawym czy też co zabił? — spytał pan Dominik.
— O, niezawodnie, on prochu nie marnuje.
— Zdatny chłopak, bardzo zdatny. No, chodźmy do niego, zobaczmy trofea.
— Nie, dziadziu dobrodzieju, do niego nie dostalibyśmy się tak łatwo, oddziela nas bagno. Ale zamiast oglądać jego zdobycz, postarajmy się o własną. Dziadzio stanie na wzgórku, ja pójdę dalej. Proszę tylko pilnować, zwierzyna będzie.
Pan Dominik pilnował i kilkakrotnie strzelał, ale bezskutecznie; po upływie godziny Wicuś powrócił, niosąc kilka kaczek. Wszyscy zeszli się z Józiem przy bryczce. Dziadzio był bardzo zadowolony z wycieczki i przyznał, że ruch na świeżem powietrzu doskonale wpływa na zdrowie i dodaje apetytu.
Ledwie wymówił ten wyraz, Józio wydobył z bryczki koszyk pokaźnych rozmiarów — znajdował się w nim doskonały podwieczorek i butelka wina. Pan Dominik uznał, że jest to bardzo na czasie i posiliwszy się, wpadł w doskonały humor.
— Żeby kto przed półrokiem, przed miesiącem nawet, powiedział, że będę polował na dzikie kaczki, strzelał i bawił się wyśmienicie na świeżem powietrzu, wśród zieloności lasów i łąk, pomyślałbym że zwaryował.
— A nas to niewymownie cieszy — wtrącił Wicuś — że dziadzio zagustował we wsi i w polowaniu. Mamy nadzieję, że w zimie będziemy polowali trochę lepiej.
— Macie dużo zwierzyny?
— Znajdzie się, zajęcy jest dość, czasem trafiają się sarny, a i dziki niekiedy przechodzą. Urządzimy polowanie na dzika.
— Padam do nóg, ale dziękuję, takim znowuż zawziętym myśliwym nie jestem.
— Czyżby się dziadzio bał?
— Byłoby dziwne, gdybym się nie bał, słyszałem już nieraz o różnych wypadkach.
— Ileż ja już dzików zabiłem! — zawołał Józio — a dotychczas uchowałem się jakoś.
Argument ten nie przekonał pana Dominika, który oświadczył, że stanowczo żadnym drapieżnym zwierzętom czoła stawiać nie myśli i że nie na to tyle lat pracował na emeryturę, by się jej miał pozbawić w tak nieprzyjemny sposób. Natomiast nie mógł się nachwalić polowania letniego, na którem można użyć umiarkowanej przechadzki na świeżem powietrzu, przy najpiękniejszej pogodzie, zjeść z apetytem doskonały podwieczorek i zabawić się miłą i zajmującą rozmową.
Wicuś tryumfował. Skoro dziadek wyraził się w ten sposób, to znaczy, że rozmowa istotnie sprawiła na nim dobre wrażenie, a skoro tak, więc można ją będzie jeszcze wznowić i prowadzić dalej.
Kiedy wracali do domu, Wicuś delikatnie, z ostrożnością wielką starał się znowuż ważny dla siebie przedmiot poruszyć. Pan Dominik słuchał go bardzo uważnie, a nawet dał do zrozumienia, że podoba mu się to, gdy młodzi ludzie mają wyższe aspiracye i pragną dojść do czegoś.
Pani Julia była uszczęśliwiona, gdy synek-dyplomata opowiedział jej cały przebieg konferencyi.
— Widzi mama — rzekł w końcu — że interes w połowie można uważać za skończony. Słowo daję, że tego dziadka Dominika obmówili, on bynajmniej skąpcem nie jest i nie wygląda na to. Kiedy opowiadałem mu o naszych zamiarach, słuchał bardzo uważnie i z zajęciem wielkiem, uważałem, że go to zajmuje i że cała jego sympatya jest po naszej stronie.
— Ale stanowczo nie przyrzekł nic.
— O, mama za wiele żąda naraz! Już i to dużo znaczy, że nie odmówił odrazu.
— Masz słuszność, Wicusiu — rzekła przekonana — masz słuszność; szkoda naprawdę, że twoje zdolności marnują się na takim partykularzu szkaradnym.
— Teraz już nie ma obawy — mamo — po rozmowie dzisiejszej z dziadkiem Dominikiem, jestem pełen otuchy, co do mojej przyszłości.
— A Józio?
— Oczywiście źle się wyraziłem, powinienem był powiedzieć co do przyszłości mojej i Józia.
— Poczciwy z ciebie braciszek.
— Tak mamo, wszystko dobrze będzie, nie zapomnimy też i o Andzi.
Pani Julia nie mogła zachować radosnej tajemnicy przy sobie, zwierzyła się przed siostrami, a chociaż nie powiedziała im wszystkiego, jednak dała do zrozumienia, że już jest o los synów spokojna i że ma pod tym względem przyrzeczenia stanowcze. Wiadomość ta była przyjęta przez siostry z pewnem zaniepokojeniem i każda z nich postanowiła podwoić usiłowania, w celu zaskarbienia sobie łask stryjaszka. Należało to czynić tem spieszniej i energiczniej, że czas pobytu pana Dominika na wsi dobiegał do końca i dzień wyjazdu jego do Warszawy był postanowiony.
Dowiedziawszy się, że polowanie tak bardzo przypadło do gustu warszawiakowi, pani Helena w Zawrotkach urządziła wycieczkę do lasu, majówkę ze wszelkiemi szykanami, jak się wyrażała, a pani Teresa wyprawę wodną na czółnach przez jezioro, do zwalisk jakiegoś starego zamczyska. Wśród ruin bardzo malowniczych zastano zawczasu przygotowane przyjęcie i przepędzono kilka godzin bardzo miło. Prócz tego odbyły się trzy wieczorki, specyalnie na pożegnanie drogiego gościa, i duża zabawa tańcująca u pani Sewerynowej w Bednarce, u owej wdówki, która, według jednomyślnego zdania trzech sióstr, postanowiła koniecznie osidlić bogatego dziada.
Zabawa w Bednarce była świetna, młodzież tańczyła do upadłego, starsi panowie potykali się walecznie przy zielonym stoliku i dopiero brzask dzienny położył koniec uciesze. Pani Julia z Suchej Wierzby usiłowała zaćmić wdowę z Bednarki i wystąpiła z wieczorkiem pożegnalnym, co się zowie wystawnym; pani Helena zaś z Zawrotek wzięła sobie za punkt honoru, aby zaćmić siostrę i wystąpiła jeszcze suciej; biedna tylko pani Teresa z Woli Kociubskiej nie mogła dać folgi ani potrzebie serca, ani ambicyi, gdyż mąż jej stanowczo oświadczył, że na żadne bale nie pozwoli. Nie pomogła ani wymowa, ani łzy, ani groźba żądania separacyi, powiedział stanowczo nie — i nie.
— Chcecie się zabawić — rzekł — owszem, bardzo chętnie, bawcie się; chcecie pożegnać stryja, owszem, tylko bez żadnych zbytków.
— Przecież nie mogę gości głodem morzyć!
— Spiżarnia pełna, sto osób mogłabyś przyjąć tem, co jest w domu.
— U Helenki było wino doskonałe, u Julci jeszcze lepsze.
— A u nas będzie piwo najlepsze.
Biedna pani Teresa przypłaciła ten wieczór pożegnalny trzydniowym bólem głowy i dwutygodniowem rozdrażnieniem nerwowem, ale nie mogła nie widzieć, że pomimo skromnego przyjęcia, bawiono się u niej jeżeli nie lepiej, to w żadnym razie nie gorzej, aniżeli tam, gdzie wysilano się na wystawność.
Nareszcie pan Dominik, żegnany przez wszystkich, i jak najczulej zapraszany, aby w jak najkrótszym czasie znowuż do cichego ustronia wiejskiego zawitał, odwieziony do stacyi kolei przez Wicusia i Józia wygodnym powozikiem i parą ognistych kasztanków — odjechał.
Pan Piotr, mąż pani Julii i pan Michał, mąż pani Heleny, spotkawszy się w polu, przy kopczyku granicznym, nazajutrz po odjeździe bogatego stryjaszka, podali sobie ręce i obadwaj westchnęli tak, jak gdyby im wielki ciężar spadł z ramion.
— No — rzekł pierwszy — stryjaszek odjechał; ponieważ nikt nie słyszy, możemy sobie nawzajem powinszować i powiedzieć: chwała Bogu. Ja przynajmniej tak myślę.
Pan Michał odpowiedział:
— Moje własne myśli powtarzasz, kochany szwagierku; gdyby tak pobył u nas jeszcze z miesiąc, to doprawdy nie wiem, czybym wytrzymał. Dla żony się to głównie robiło i dla różnych nadziei oczywiście.
— Wierzysz w nie?
— Człowiek, widzisz, ma taką naturę, że chętnie wierzy w to, co może być dla niego dobrem, ja więc, chociaż niezupełnie, ale tak, piąte przez dziesiąte wierzę, a ty?
— Ja bo uważam tak: oprócz naszych żon, sukcesorów Dominik nie pozostawia; jeżeli więc testamentu nie zrobi, to oczywiście coś nam kiedyś kapnie.
— Edward bo wyśmiewa się z nas, z naszych zabiegów i nadziei.
— Jemu łatwo się śmiać, zamożny człowiek, nie potrzebuje się oglądać na żadne sukcesye.
Życie trzech sąsiednich dworków powróciło do normalnego trybu i toczyło się dalej spokojnie, jak leniwe wody małej rzeczki, wężem wijącej się między łąkami.

VI.

Miały gadatliwe kumoszki na Starem Mieście niewyczerpany temat do rozmowy. Dziad wrócił, dziad się zmienił, dziad wygląda jak ćwik, opalił się na twarzy, utył. Ktoby dał wiarę, że taki szkielet może kiedy utyć, a przecież tak utył! Widocznie gdzieś na morze musiał jeździć, do ciepłych krajów, do wód uzdrawiających. Dla czego nie? Taki bogacz może być wszędzie, gdzie tylko zapragnie, bo ma złoty klucz, co każde drzwi otwiera. Że jednak chciał naruszyć swoje skarby zaklęte, to dziwne. Dziwne albo i nie dziwne, bo nawet taki, co nic na świecie nie kocha, zdrowie swe przecież kocha. Widocznie śmierć mu w oczy zajrzała, więc się uląkł, brzęknęła mu kosą nad głową, więc otworzył swoje skrzynie, wziął kilka garści złota i w świat po zdrowie poleciał. Taki wie przecież, co go czeka po śmierci, więc nie chce umierać i radby odwlec godziny obrachunku; odwlec do nieskończoności. Musiał kiedyś coś słyszeć o madejowem łożu i przypomniało mu się teraz.
Tak dobre niewiasty gawędziły zaraz pierwszego dnia po powrocie pana Dominika, ale tylko pierwszego, bo nazajutrz doszła ich wiadomość nowa, zupełnie pewna i sprawdzona. Już było jasnem jak dzień, że właścicielka sklepiku miała słuszność, że dziad biega na Leszno, za Żelazną ulicę, że ma tam jakąś bardzo ładną panienkę, że... okropne rzeczy. Dwie stateczne i wiarogodne kobiety widziały go na własne oczy, tego samego dnia, którego powrócił do domu. Nie wytrzymał, zaraz tam pobiegł i, tak samo zupełnie jak wówczas, wywołał ją, przywitali się bardzo czule i wsiedli do dorożki.
Nic innego tylko na starość dyabeł w dziada wstąpił i każe mu się żenić. Dla tego to za granicę sknera jeździł, do wód; chce pięknie wyglądać, młodzika jeszcze udawać. Koniec świata i zgorszenie dla uczciwych ludzi. Te wszystkie fakta i wiele innych, na jakie różnemi czasy zacne niewiasty patrzyły, dały im okazyę do wygłoszenia zdania, że na całym świecie nie masz gorszego stworzenia nad mężczyznę, — czy to pan, czy to chłop, bogacz czy biedak, wszystko jedno, zawsze jednakowo szkaradną ma naturę, i choćby sto lat miał, choćby ledwie chodził, zawsze mu jednak pstro w głowie... Nie darmo przysłowie mówi, że w starym piecu dyabeł pali...
Najbardziej pobudzała ciekawość kumoszek ta zagadkowa panienka, do której dziad chodzi w umizgi.
— Co to za jedna? — pytały.
— Co za jedna, nie wiem — rzekła właścicielka sklepiku — nie wiem; chociaż będę wiedziała na pewno; nie dośpię, nie dojem — a dowiem się, ale że ładna to ładna, na podziw; nieprzyjaciel przyzna, że ładna.
— Także pani zachciała — odezwała się pani Marcinowa, bardzo myśląca niewiasta — przecież dyabeł głupi nie jest i na swoje różne psoty ma sposoby i wypraktykowanie lepsze, niż się pani zdaje.
— To i cóż z tego?
— A to moja pani, że skoro chce takiego dziada oplątać, to nie pośle na taką praktykę ani pani, ani mnie, ani żadnej inszej porządnej i statecznej kobiety, bo wie dobrze, że nicby nie wskórał, ale właśnie dobierze sobie takie oto coś młode i postrzelone.
— To prawda, to prawda, moja pani kochana, już to inaczej nie jest, tylko tak jak pani rzekła.
Pan Dominik nie domyślał się, że jest przedmiotem takich poważnych dysput. Przyjechawszy, rozejrzał się po swojem mieszkaniu, gdzie oczekiwał na niego Grzegorz, zawiadomiony listownie w dniu przybycia.
Nic się nie zmieniło w tych ponurych, wpół ciemnych stancyach, tylko kurz grubszą warstwą rozłożył się na staroświeckich gratach, tylko pajęczyny więcej przybyło. Taki sam mrok tu panował, co dawniej i taka sama stęchlizna.
Grzegorz na przyjęcie pana Dominika stawił się wygolony, z miną bardzo uroczystą i zaraz na wstępie zameldował, że wszystko jest w porządku i że ani jedno ździebełko z inwentarza pana radcy nie zginęło. Ośmielił się też delikatnie zapytać, jaki jest stan szanownego zdrowia pana radcy i czy się mu wieś podobała?
— Zdrowie przywiozłem doskonałe, a wieś podobała mi się niezmiernie, może dla tego, żem już tak dawno z miasta nie wyjeżdżał, dość, że nie żałuję tej wycieczki... Zauważył przytem radca, że herbata, którą mu właśnie Grzegorz podał, jest jakaś dziwna i niesmaczna.
— Z tej samej paczki, która była napoczęta przed wyjazdem.
— Więc może woda niedobra.
— Z tegoż samego wodociągu, co i przed wyjazdem.
— Szczególna rzecz; dziwnie mi nie smakuje.
— Przyzwyczaił się pan radca dobrodziej na wsi do wielkich smakołyków, więc teraz herbatka warszawska nie smakuje.
— Może masz słuszność, trzeba zapomnieć i powrócić do dawnych zwyczajów. Tak, trzeba zapomnieć; dość już było hulanki, wypoczynku, swobody, wracamy do normalnego trybu życia.
Obiadek na Piwnej ulicy wydał się panu Dominikowi niemożliwym, ledwie mógł przełknąć potrawy, które mu dawniej tak smakowały; ale po kilku dniach przezwyciężył się i wszedł w zwykłą, normalną kolej życia.
Na Leszno chodził codzień; bywał też w kancelaryach regentów, rozmawiał z jakimiś faktorami i był gorączkowo czynny. Grzegorz patrzył na to ze zdumieniem i ośmielił się nawet wprost zainterpelować swego pana w tym przedmiocie.
— Widziałem wczoraj pana radcę na Miodowej.
— Być może.
— Pan był łaskaw wstępować, jeżeli się nie mylę, do hypoteki.
— A choćby i tak — cóż ci to przeszkadza?
— Uchowaj panie Boże, nic a nic. Tylko tak mówię, ponieważ pana radcę widziałem.
— A cóżeś ty tam robił?
— Miałem interes, do usług pana radcy.
— Proszę!
— Nie wiem, czy dobrze postąpiłem, czy źle... ale widzi pan radca, ludzie to jak zaczną nudzić, a prosić, a dokuczać, tak i wyciągną ostatni grosz.
— W pożyczki się wdajesz?
— Cóż robić! Miałem oszczędzonego grosza sześćset rubli, szewc jeden dowiedział się o tem, a że córkę za mąż wydaje, więc dalej w prośby: pożycz i pożycz. Wciągnęli mnie na piwo, zaczęli molestować, przekładać, że pewne jak mur. Szewca tego znam nie od dzisiaj, porządny człowiek, więc myślę sobie, co ma być, to będzie — pożyczyłem.
— Na wekselek?
— Taki, z przeproszeniem pana radcy, głupi nie jestem, żebym za dobre pieniądze papierek jakiś brał. Choćby przez to samo, że u pana radcy tyle lat usługuję i nieraz mądre słowo usłyszę, nabrałem tyle rozumu, że można pożyczać pieniądze tylko na hypotekę.
— I to nie zawsze, mój bracie. Gruszki z drzew na jesieni tak łatwo nie spadają, jak sumy z hypotek.
— Wiem, wiem, panie radco, ale mój szewc ma domek na Kościelnej, czysty jak szkło, a kilka tysięcy wart, więc się pożyczyło na pierwszy numerek. To chyba pewne?
— Bezwątpienia; a jaki też procent wziąłeś?
— Sześć.
— Proszę!
— Żądałem siedm, szewc słuchać nie chciał i krzyczał jakby go kto ze skóry obdzierał, że rozbój chcę robić; dawał tylko pięć — ale że bardzo go żona oprymowała i córka i przyszły zięć — i przyjaciele się także w to wdali, więc stanęło na sześciu. Trzy dni targowanie to trwało i tylem zyskał, że mnie przez ten czas piwo nie kosztowało ani jednego grosza, a piło się sporo.
— No, to zrobiłeś niezły interes, ale ja trochę lepszy.
— Też pan radca sumę ulokował.
— Nie moją, mój kochany; zkądbym ja sumy do lokacyi posiadał?! Cudzą sierocą, ale na siedm procent i także pewne. — Miałem z tem dość ambarasu, lecz przynajmniej spokojny jestem, że grosz sierocy nie przepadnie.
— Aha, to już wiem, czyje to pieniądze.
— Zkądże możesz wiedzieć czyje?
— Zapewne córeczki po nieboszczyku panu Marcinkowskim, który z panem radcą w jednej sekcyi pracował... Może nie zgadłem?
— No, zgadłeś; tak, to jej pieniądze.
— Pamiętam doskonale; nie szczęściło się tym państwu, chociaż nie byli biedni i mieli ładne widoki. Ona młodo umarła, on jakoś wkrótce po niej, sierotka została. Tak, pamiętam jak dziś.
— Ale tego nie mogłeś wiedzieć, że ja się tem dzieckiem zajmowałem.
— Pan radca nie wspominał o tem, ale jednak coś mi się zdawało — i teraz gdy pan wspomniał o sumie sierocej, odrazu pan Marcinkowski przyszedł mi na myśl.
— A więc tak, domyślny jesteś. Sierotka dziś już jest panną dorosłą, skończyła edukacyę, a mieszka u poczciwych ludzi, którzy chociaż za pieniądze, zajmowali się nią jednak jak własnem dzieckiem i zajmują dotychczas. Nieboszczyk ojciec jej, przed śmiercią, powierzył mi swój cały kapitalik, piętnaście tysięcy — wprost oddał mi go do ręki, bo już na formalności czasu nie było. Wziąłem, obracałem nim jak mogłem i podwoiłem go przez lat piętnaście. Obecnie, ponieważ jestem stary już i nie tęgiego zdrowia, ulokowałem tę sumę na jej imię — i ciężar z serca mi spadł. Mogę umierać spokojnie.
— Pan radca jeszcze może żyć Bóg wie jak długo.
— Zapewne; mogę żyć, a mogę i nie żyć. Com sobie postanowił — spełniłem, dziewczyna majątek ma i na łasce nie będzie.
— Z takim posagiem, proszę pana radcy — a jeszcze przytem, jak słyszę, edukowana i pewnie nie brzydka.
— Piękna co się zowie.
— To też to... taka długo nie posiedzi. Co najpierwszy obywatel może się o nią starać.
— Rzecz to przyszłości — jam swoje zrobił.
— Bardzo pięknie, bardzo godnie, prawdziwie po koleżeńsku pan radca postąpił.
— Tak jak należało. Rachunki wszystkie w porządku, najmniejszy grosik zapisany; nikt nie powie, żem ją w czemkolwiek ukrzywdził.
Pierwszy to raz pan Dominik zwierzył się przed Grzegorzem, ale był tego dnia dziwnie wzruszony — i miał do tego powody.
Pani, u której mieszkała jego wychowanica, oświadczyła mu, że w domu jej zaczął bywać pewien młody człowiek, z zamiarem starania się o rękę panny Zofii, że zasiągnięte o nim informacye przedstawiają go w najpochlebniejszem świetle i że ostatecznie jest wszelkie prawdopodobieństwo, że Zosia wyjdzie za niego.
Wszystko przemawia za nim — jest młody, przystojny, dość wykształcony, ma stanowisko odpowiednie i jaki taki majątek osobisty, a kto go tylko zna, najpochlebniej się o nim wyraża.
Zaczął bywać w tym czasie, kiedy pan Dominik był na wsi.
Wiadomości te bardzo pana Dominika przygnębiły i rozstroiły. W swojem samotnem, smutnem życiu, jedynym jaśniejszym promykiem była właśnie ta Zosia. W jego oczach ona rosła, piękniała, rozwijała się na śliczną dziewczynę i teraz ma ją stracić, ma stracić jedyny cel, jaki miał w życiu, jedyną szczerze kochającą go istotę, istotę, która uśmiechała się zawsze do niego i pieszczotliwie nazywała go wujaszkiem. Pocieszał się wprawdzie stary kawaler myślą, że i po za mąż pójściu będzie mógł Zosię odwiedzać i praw wujaszka nie straci, ale ta pociecha nie wystarczała mu.
— Opiekunem jej już nie będę — mówił półgłosem, chodząc po swojej stancyjce ponurej — nie będę mógł jej codzień odwiedzać, dbać o każdą jej potrzebę, myśleć o nowych sukienkach dla niej i książkach. Wszystko przepadło, weźmie ją człowiek obcy i stanie się dla niej wszystkiem, ja zejdę na drugi i na dziesiąty plan. I co będę robił teraz? jak strasznie długimi wydawać mi się będą dnie... a tak mi było dobrze przez kilkanaście lat! Patrzyłem na to dziecko, jak zaczęło szczebiotać, zaśmiewałem się z jej pierwszych wyrazów; znosiłem zabawki, nie kosztowne — ale ona tak się niemi cieszyła! Radziłem jej jak ubierać lalki, a nieraz ja, biuralista poważny, brałem w grube palce cieniutką igłę i zeszywałem gałganki, na rozkaz tej kapryśnicy małej. Dzień ma dwadzieścia cztery godziny, z tych jedna była dla mnie najmilsza i najszczęśliwsza; jedna, którąm przy tem dziecku przepędzał. Były też i ciężkie, straszne chwile — kiedy chorowała. Com ja wtenczas przeżył, ilem wycierpiał! Najsławniejszych lekarzy do niej sprowadzałem i nie jadłem, nie spałem, nie odetchnąłem swobodnie, dopóki mi nie powiedziano, że niebezpieczeństwo minęło... Ciężko bywa kochać, a przecież kocha się, kocha i jak kocha! Jaką mi rozkosz sprawiały powracające na jej twarzyczkę rumieńce zdrowia! a ile mieliśmy kłopotu z pierwszem wyjściem na pensyę, z egzaminem... Ja, stary, trząsłem się z niepokoju, a ona szczebiotała jak ptaszyna, szczęśliwa z małych koleżanek, książek, nowej sukienki, tornistra. Szaleństwo popełniłem dla tej dziewczyny, kiedy miała lat ośm. Kupiłem jej fortepian, nie z jej funduszów, chowaj Boże, te były nienaruszone, ale z moich własnych. Dwa tygodnie biłem się z myślami — i zostałem pobity; trzy tygodnie studyowałem ogłoszenia, chodziłem po piętrach, szukałem, targowałem się i kupiłem. Używany instrument, ale piękny, sto rubli jak jeden grosz kosztował. Mój Boże, nie byłem utracyuszem z natury, owszem, szanowałem pieniądze i umiałem je składać, ale na tę maleńką kobietę straciłem sto rubli odrazu! Nie, źle mówię, ja nie straciłem pieniędzy tych, zapłaciła mi je z sowitym procentem, tą przyjemnością, jaką miałem słuchając jej gry. Gdy pierwszy raz zagrała «wlazł kotek», o małom się nie rozpłakał, a później grywała większe kawałki, różne sztuczki, wprawki... zdolna dziewczyna, do czego się wzięła, wszystko dobrze robiła, jak należy. I teraz stracić mam ją, oddać obcemu człowiekowi. Cóż on ma za zasługi względem niej, jakie prawa? Prawo miłości — a tak, to najwyższe prawo.
Postanowił niezwłocznie pójść do niej i siedzieć dłużej niż zwykle, zaledwie jednak płaszcz z kołka zdjął i miał go na ramiona zarzucić, ktoś do drzwi śmiało zapukał.
— Cóż za dyabeł — mruknął stary ze złością i drzwi poszedł otworzyć.
Na progu ukazał się Wicuś, ubrany elegancko, według ostatniej mody.
— Przyjechałem naumyślnie, żeby dziadka odwiedzić.
— Bardzo pięknie to z twojej strony, ale gdzież ja cię tu pomieszczę, u mnie, jak widzisz, ciasnota.
— Niech się dziadzio o mnie nie kłopocze. Ja mam swój kącik, wiem, że dziadzio ma mieszkanie szczupłe i subiekcyi robić nie chciałem.
— Gdzieżeś się tedy ulokował?
— Jak zwykle, w Europejskim.
— Drogo strasznie, wydasz dużo pieniędzy, mój chłopcze.
— Trudno; mam już taką naturę, że w drodze sobie nie żałuję. W domu poprzestaję na małem, obywam się byle czem, i to mi jest zupełnie wszystko jedno, ale w obcem miejscu muszę zachowywać pewne decorum. Pozycya towarzyska tego wymaga.
— No tak; chociaż, jeżeli mam prawdę powiedzieć, według mego zdania, koniecznem to nie jest.
— Przeciwnie, niezbędne.
— Szkoda pieniędzy.
— Widzi dziadzio, między obcymi trzeba zawsze to mieć na pamięci, że jak cię widzą, tak cię piszą, a ja chciałbym, żeby mnie dobrze pisano. Rodzice zasyłają dziadziowi najpiękniejsze ukłony i oczekują z upragnieniem obiecanego przybycia. Kiedyż się dziadzio wybierze? Może teraz ze mną razem, weselej będzie niż samemu, tembardziej, że ta nasza kolej piekielnie nudna, wlecze się jak żyd ze smołą.
— Kolej za powoli chodzi?...
— O tak; my dzisiejsi jesteśmy trochę grymaśni pod względem postępu i chcielibyśmy mieć to, co mają zagranicą.
— No, no.
— Czas to pieniądze — powiada anglik. Ale widzę, że dziadzio jest dzisiaj jakiś smutny. Czy nie chory?
— Nie, ale rozstrojony bardzo, mam widzisz bo różne zmartwienia.
— O! to niedobrze; człowiek w takiem położeniu jak dziadzio, nie powinien się martwić. Co tam zresztą, wszystko głupstwo! Niech no się dziadzio trochę rozrusza, wyjedziemy sobie na miasteczko. Ja bo przyznam się, że bardzo lubię Warszawę, czuję tu zupełnie inne powietrze, aniżeli u nas na wsi — i o ile w domu nie mam wielkiej ochoty do życia, o tyle znów tu przypominam sobie, że jestem młody.
— Albo zapominasz kiedy o tem?
— Co dziadzio chce; w takim zakazanym kącie człowiek może nawet zapomnieć, czy żyje na święcie... Niechże dziadzio będzie łaskaw pozwoli, pojedziemy razem, rozrywka nie zaszkodzi.
— Ale dokąd mamy jechać; ja bynajmniej do podróży przygotowany nie jestem.
— Tylko do miasta; nie wydalimy się ani na krok po za rogatki Warszawy, a możemy odbywać podróż choćby do późnej nocy. Zresztą, czyż ja, wnuk, mam tłómaczyć dziadkowi po co się idzie na miasto! Jeszcze mnie na świecie nie było, kiedy dziadzio już tę Warszawę znał na wylot — prawda?
— Ho, ho, mój paniczu, znałem, znałem. Inne to były czasy, inna młodzież, inne wino, inne kobiety. Za dziesiątkę miałem porcyę zrazów z kaszą, aż pachniały, za cztery grosze pyszne piwo owsiane, a dziewczynie w kawiarni jak dałeś za miesiąc usługi kwartę śliwek, to cię w rękę za to pocałowała. Było tanio i dobrze, a dziś wszystko drogo i fuszerka.
— Tak źle nie jest, dziadziu — odrzekł elegancki Wicuś — pieniądze zdrożały zapewne, ale kto je ma, może i teraz żyć porządnie i jako tako radzić sobie na świecie.
— Kosztowna to rada.
— Eh, co tam! Kosztowna czy niekosztowna; skoro inaczej być nie może, musi być tak jak musi. Niech dziadzio się nie wymawia i nie marudzi. Pojedziemy.
Pan Dominik wymawiał się jak mógł, ale w obec nalegań i serdecznych zapraszań Wicusia, musiał ustąpić i pojechał. Przy bardzo wystawnem śniadaniu i butelce wina w pierwszorzędnym handlu, kiedy humor trochę się ożywił, a na bladą zwykle twarz pana Dominika wystąpiły rumieńce, Wicuś uznał, że nadeszła chwila stosowna do rozwinięcia bardziej wyraźnej i energicznej akcyi dyplomatycznej. Zaczął tedy, nastroiwszy głos na tony bardzo minorowe, żalić się, że jest mu bardzo ciężko na świecie.
— Gorączka czynu — mówił — pali mnie jak ogień. Czuję, że zrobiłbym wiele, bardzo wiele, ale pola nie mam i w tem jest właśnie moje nieszczęście; nie ma pola, bo nie ma środków.
— Jakiegoż tobie pola trzeba? — zapytał pan Dominik.
— Ha, pola... oczywiście znalazłoby się, mam nawet upatrzone. Trafia się, proszę dziadzi, folwark duży, możnaby go wziąć w administracyę poręczającą, po prostu w dzierżawę, ale...
— O cóż idzie — bierz.
— Łatwo to powiedzieć. Kaucyę trzeba złożyć, roczną ratę z góry, dom wyporządzić, kupić inwentarz, mieć fundusz na prowadzenie gospodarstwa, na pierwszy rok przynajmniej — a to wynosi...
— Ile?
— Najmniej trzydzieści tysięcy; nie jest to suma nadzwyczajna, ale bądź co bądź, gdy jej w danej chwili nie ma...
— Hm, hm, to u ciebie trzydzieści tysięcy nic nadzwyczajnego, tak to łatwo wymawiasz.
— Zapewne, są przecież setki tysięcy i miliony. W Ameryce naprzykład, dziś milionerów już nie rachują, tylko...
— Kogóż u licha?
— Miliarderów, dziadziu dobrodzieju.
— Miliarderów, a to koniec świata! Ciekawym co taki pan robi z tyloma pieniędzmi.
— Żyje.
— Jakto? tylko żyje! Ależ chłopcze, będąc miliarderem, można dokonywać nadzwyczajnych czynów; będąc miliarderem, można zakładać banki, budować koleje.
— A czemuż dziadzio tego nie robi?
— Ja? alboż mam miliardy?
— Tak mówią.
Pan Dominik nie odpowiedział na to, pochylił głowę, wpatrzył się w stół i zaczął bębnić po nim palcami.
Wicuś dorzucił niedbale:
— Jabym się wcale nie gniewał, żebym miał taką opinię u ludzi, wyrabia ona bowiem duży kredyt moralny i materyalny. Dziadzio pozwoli, że wzniosę toast za jego zdrowie i pomyślność.
Trącili się kieliszkami, stary kawaler był coraz bardziej rozmarzony.
— Wie dziadzio — rzekł Wicuś — ta dzierżawa, o której wspominałem, to złoty interes, dorobić się na niej można bardzo szybko, tylko brak kapitału, brak zaufania. Ludzie są dziś niezmiernie podejrzliwi. Czyby dziadzio nie zechciał mi w tem dopomódz? Ostatecznie, cała przyszłość moja i Józia na tem się opiera. Moglibyśmy ożenić się dobrze i zająć stanowiska odpowiednie. Idzie tylko o tę pierwszą pomoc, dalej damy już sobie radę. Ja, co prawda, z propozycyą wystąpićbym nie śmiał, ale mama nalegała koniecznie. Mówiła: jedź, i wprost udaj się do dziadka, ja wiem, że ten człowiek ma serce złote, zawodu z pewnością nie doznasz.
Pan Dominik wciąż milczał. Wicuś zachodził to z tej, to z owej strony, nareszcie rzekł:
— Bardzo mi przykro, że dziadzio nawet odpowiedzieć mi nie chce.
— Ależ nie, owszem, odpowiem, tylko taka rzecz wymaga namysłu; ja jestem człowiek stary, więc zanim co postanowię, muszę dobrze rozważyć.
— W zasadzie jednak, dziadzio prośby mej nie odrzuci?
— Zapewne, zapewne. W zasadzie dla czegóżby nie. Zresztą tak czy owak, to co mam, stanie się kiedyś waszą własnością, do grobu z sobą nie zabiorę nic, oprócz czarnego garnituru, któregobyś ty z pewnością nie nosił, gdyż wyszedł już z mody. Grzegorz ma polecone, aby mnie w nim pochował.
— Co tam o śmierci myśleć! Na to zawsze jest czas. Niech dziadzio kończy kieliszek, bo jeszcze mamy w butelce sporo, a szkoda takiego wina marnować.
— Szkoda, masz racyę, mój Wicusiu, że szkoda — i powodowany już uczuciem oszczędności, żeby się wino nie zmarnowało, ciągnął pan Dominik kieliszek za kieliszkiem, kropla za kroplą, delektując się trunkiem, który go rozmarzał i do snu usposabiał. Nareszcie, jakby przypomniawszy sobie coś nagle, zerwał się od stołu i rzekł:
— Wybacz Wicusiu, ale muszę cię pożegnać.
— Cóż tak nagłego?
— Mam być koniecznie w pewnym domu, gdzie na mnie czekają. — Widzisz — dodał, spoglądając na zegarek — uchybiłem już termin, z pewnością tam niecierpliwią się.
— Ha, skoro tak koniecznie... ale cóżby się stało, żeby dziadzio tę wizytę, czy też interes, odłożył do jutra.
— Na żaden sposób.
— Domyślam się — rzekł Wicuś z uśmiechem — pewnie kobieta gra w tem rolę. Oj, bałamut z dziadzia!
Pan Dominik zarumienił się po same uszy.
— A choćby nawet kobieta — to tem bardziej, grzeczność dla dam przedewszystkiem; przynajmniej my starzy tej się zasady trzymamy. — No, bywaj zdrów, Wicusiu, jutro przyjdź, wszak nie wyjeżdżasz jeszcze?
— Nie.
— Więc czekam od samego rana.
Pan Dominik wyszedł pierwszy i zaraz wsiadł do dorożki; młody człowiek, zaintrygowany tym pośpiechem, wybiegł ze sklepu i wsiadłszy w drugą dorożkę, kazał jechać w pewnej odległości. Dziadek wysiadł na Lesznie, za Żelazną, przed domkiem, w którym od tylu lat codziennym bywał gościem i po upływie kwadransa wyszedł ztamtąd z dwoma kobietami.
Pierwsza była osoba bardzo poważna, niemłoda, druga zaś ukochana jego sierotka. Umówili się właśnie, że mają robić sprawunki i że w tym celu wyjdą razem. Wicuś obserwował ich zdaleka, starając się, aby sam nie był widziany i stosunek ten bardzo go zaintrygował. Nie udał się za dziadkiem i jego towarzyszkami, lecz postanowił przedewszystkiem zasiągnąć informacyj na miejscu. Udał się więc do stróża i wsunąwszy mu garść miedziaków w rękę, zapytał o pana Dominika i o owe dwie kobiety.
Stróż, ujrzawszy tak hojnego pana, nie szczędził objaśnień i powiedział, że starsza pani jest bardzo godna kobieta, matka dzieciom i że komorne opłaca regularnie jak mało kto. Panienka jest sierotka, mieszka u starszej pani, a za jej utrzymanie płaci właśnie ten wysoki, chudy pan, którego nazywają panem Dominikiem. Pan to ogromnie skąpy, ale bogaty niezmiernie, na Starem Mieście mieszka i podobno ogromne skarby posiada. Teraz podobno pan Dominik worek rozwiązał i wielki majątek panience zapisał; pewnikiem wyjdzie ona za mąż, bo jakiś kawaler przychodzi często, a powiadają o nim że także bogaty.
— Pewnie się ztąd wyniosą — rzekł w końcu gadatliwy cerber — i kamienicę sobie kupią, gdzie na Marszałkowskiej, albo na Nowym Świecie, bo tu w naszych stronach to głównie biedny naród mieszka.
— Więc mówicie stróżu, że taki duży zapis dla niej zrobił.
— Kupę pieniężysków zapisał, to wiadomo, bo starsza pani przy słudze mówiła, a sługa to zaraz na podwórko wyniosła i wszyscy wiedzą.
— Dawno to się stało.
— Niedawno, wielmożny panie, może wczoraj, może onegdaj, w tych dniach.
Wicuś wcisnął stróżowi do ręki jeszcze trochę miedziaków i odszedł przygnębiony i zmartwiony. Umyślnie, aby trochę spokojniej pomyśleć, poszedł pieszo, z Leszna zwrócił na Rymarską, Żabią i wszedł do Saskiego Ogrodu i tam na ławce usiadłszy, kombinować zaczął.
Cała jego dyplomacya, wszystkie zabiegi nie przydadzą się na wiele, w obec tej obdarowanej.
Ale cóż to za jedna? krewna, przyjaciółka, czy kto? Z jakiej racyi przychodzi do stosunków z dziadkiem Dominikiem? Z jakiego powodu robi on dla niej znaczny zapis? zkąd się wzięła ta młoda osoba? Że nie jest krewna, to nie ulega wątpliwości; mama doskonale zna stosunki rodzinne i wie, że Dominik nie ma innych krewnych nad nią, panią Helenę i panią Teresę. Nie możną też przypuszczać, żeby to był romans. Cóż więc jest, jaki to stosunek być może?...
Wicusia aż głowa rozbolała, gubił się w domysłach i nie wiedział, w jaki sposób dójść prawdy, a dójść musiał. Postanowił, że nie wyjedzie z Warszawy, dopóki zagadki tej nie rozwiąże.
Wstał z ławki i chciał iść do hotelu, gdy wtem, prawie tuż przy sobie, ujrzał pana Dominika.
— A! — zawołał — dziadzio! Co za przyjemne spotkanie, sądziłem, że się już dzisiaj nie zobaczymy.
— I ja sądziłem tak samo; co tu robisz w ogrodzie, o tej godzinie?
— Patrzę na ludzi — a dziadzio?
— Ja właśnie powracam ztamtąd, gdzie mnie oczekiwano.
— A teraz co dziadzio robić zamierza?
— Przejdę się trochę i wracam do domu spać.
— Tak wcześnie!
— Znużonym się czuję bardzo.
— Niechże dziadzio nie udaje staruszka, skoro nim nie jest jeszcze.
— Ale...
— Lepiej przepędzimy wieczór razem. Pójdziemy na operę, potem na kolacyę, któż w mieście chodzi spać o tak wczesnej godzinie!!
— Nie mogę.
— Niechże się dziadzio da namówić. Bardzo byłoby mi przyjemnie.
— Nie, daję ci słowo, nie mogę. Bardzo dużo dziś chodziłem, przytem wino, któreśmy pili...
— Spodziewam się, że nie zaszkodziło.
— Nie, ale jestem po nim rozmarzony, senny, a zresztą czyż to tylko wino człowieka obezwładnia? W moich latach, to już lada co działa. Wzruszenie, zmartwienie; to ostatnie najbardziej.
— Jakież dziadzio zmartwienie mieć może; sam jeden, bez rodziny, bez obowiązków...
— Tak ci się zdaje.
— No, przecież o ile wiem, żonaty dziadzio nie był i nie jest, dzieci nie ma.
Pan Dominik westchnął.
— A tak — rzekł — żonaty nie jestem, nie założyłem rodziny, nie spłaciłem długu, jaki zaciągnąłem względem rodziców. Może za to Pan Bóg mnie karze...
— Co dziadzio dziś taki rozstrojony; coś w tem jest.
— Nic, nic, trochę chory jestem, odprowadź mnie do domu, położę się.
Stało się podług życzenia pana Dominika. Wicuś odprowadził go do domu i pomógł mu się rozebrać; niedługo też nadszedł Grzegorz, nastawił samowarek i po wypiciu szklanki herbaty pan Dominik usnął. Grzegorz został na noc, aby w razie jeżeliby się gorzej zrobiło, pomoc dać i doktora sprowadzić.

VII.

Stary kawaler rozchorował się na prawdę. Od tygodnia życie jego wisiało na włosku, dwa razy na dzień przychodził lekarz, a na zapytania Wicusia stanowczej odpowiedzi dać nie mógł, czy też nie chciał.
— Nic, panie, nie wiem — mówił — prorokiem nie jestem, w przyszłości nie czytam. Źle jest, choroba poważna, a pacyent stary — może przetrzyma, a może nie przetrzyma. Czy pan jest interesowany w tej kwestyi?
— Oczywiście, jest to mój dziadek, więc...
— Aha, dziadek bezdzietny, a podobno bogaty. Może więc życzysz pan sobie, żeby testament zrobił?
— Nic mi na tem nie zależy — rzekł Wicuś, siląc się na obojętność — jestem dość zamożny i nie potrzebuję oglądać się na spadki.
— Tem lepiej dla chorego — rzekł doktór.
— Nie rozumiem.
— Bo widzi pan, chorzy nie lubią widzieć przy sobie rejenta i spisywanie ostatniej woli nie sprawia im przyjemności. Działa to fatalnie, chory bowiem domyśla się, że już nie ma żadnej nadziei i że musi się pożegnać z tym światem. Jeżeli więc pan nie wymagasz spisywania testamentu, to dla starego lepiej.
— Ale, proszę pana, czy istotnie nadziei już nie ma?
— I jest i nie ma; powtarzam panu, że nie jestem prorokiem.
— Jednak.
— Czekać cierpliwie, a może zechce pan zwołać konsylium, zawezwać jeszcze kilku lekarzy?
— Jak pan uważa.
— Ja uważam, że to zbyteczne, ale jeżeli idzie o uspokojenie otaczających...
— Zdaję się zupełnie na pana — jak pan zarządzi, tak się zrobi.
— A więc niech chory leży spokojnie, ja tu będę przed wieczorem, zobaczymy, co dalej czynić należy.
Rzekłszy to, doktór wyszedł odprowadzony do drzwi przez Wicusia. W pierwszej stancyi Grzegorz siedział na krześle i drzemał, zmęczony długiem czuwaniem, ujrzawszy wychodzącego doktora, zerwał się na równe nogi i pomógł mu włożyć palto.
— Jakże, wielmożny paniczu — zapytał po wyjściu doktora — cóż powiedział?
— Ni to ni owo, może być dobrze, a może być źle.
— Oni tak zawsze, wielmożny paniczu, ci doktorzy, ni to ni owo, a ja powiadam, że lepszej doktorki, jak tu jest na Krzywem Kole, na całym świecie nie ma. Temu siedm lat ze mną było bardzo źle, duch uciekał, myślałem, że już będzie kaput; tymczasem paniczu wielmożny, jak mi dała ziółek do picia, maści do smarowania i jakem wypił ośm szklanek herbaty z arakiem, jak tylko mogłem przełknąć najgorętszej, na drugi dzień byłem zdrów jak ryba. Jabym do naszego pana tę kobietę sprowadził, ale boję się, żebym nie obraził. On nie lubi, o, bardzo nie lubi, jak obcy ludzie przychodzą i kąty przepatrują.
— Wyście dziś całą noc nie spali, Grzegorzu — rzekł młody człowiek.
— Calusieńką, panie, oka nie zmrużyłem. Ha! cóż robić, tyle lat mojemu panu wiernie usługuję, więc tembardziej w chorobie opuścić go nie mogę. A ciężką noc miał dzisiaj nieborak, wciąż jęczał.
— I nie spał?
— Mało co, oczy miał otwarte.
— Mówił co?
— Nic; w gorączce był, mamrotał niewyraźnie, pokazywał, że mu się pić chce — dawałem limoniadę.
— Idźcież wy teraz, prześpijcie się, ja przy chorym posiedzę.
— Owszem, paniczu, pójdę i wrócę niedługo, spać chyba nie będę, przejdę się po ulicy, orzeźwi mnie powietrze.
Tak też zrobił stary woźny, przeszedł się po ulicy, spotkał znajomego szewca, który także miał jakieś zmartwienie i tak im się złożyło, że poszli razem do bawaryi, której właścicielka akurat znowuż miała smutek; więc się pocieszali we troje w swoich strapieniach i tak im dwie godzinki przyjemnie w tym smutku zeszły, jak gdyby jedna chwila. Byliby jeszcze dłużej siedzieli, ale Grzegorz, zawsze służbista wielki i do punktualności przyzwyczajony, spojrzał na zegarek i, pożegnawszy czule gospodynię i szewca, wyszedł.
Właśnie w chwili kiedy właścicielka bawaryi opowiadała Grzegorzowi i majstrowi o swojem strasznem zmartwieniu z niegodziwą sługą, Wicuś siedział przy łóżku pana Dominika i wpatrywał się w jego twarz kościstą, wychudłą, żółtą jak wosk, wpatrywał się i myślał, jaki będzie koniec tej choroby. Czy dziadek podźwignie się jeszcze z łoża boleści, czy też dni swoje zakończy? Była to dla młodego człowieka męcząca zagadka, a na rozwiązaniu jej, opierał on całą swoją przyszłość i nadzieję.
Śmierci dziadkowi nie życzył; przeciwnie, wolałby żeby starowina wyzdrowiał, żeby przekonawszy się, że życie ludzkie na włosku wisi, zrobił testament i zapisał majątek tym krewnym, którzy mu najwięcej okazywali przychylności. Ma się rozumieć, któż byłby godniejszy, niż właśnie on, Wicuś.
Przecież bawił dziadka na wsi, urządzał mu polowanie, odwiedził go w Warszawie, uraczył dobrem winem, a teraz pielęgnuje go w chorobie. On, młody człowiek, który przyjechał do miasta, po to żeby się zabawić, bywać codziennie w teatrze, coś zobaczyć, rozweselić się, siedzi kamieniem przy łóżku chorego, podaje mu lekarstwo, poprawia poduszki, czuwa nocami, i nie szuka z tego chwały bynajmniej; nawet do rodziców nie napisał, że pan Dominik jest tak niebezpiecznie chory. Nie napisał, gdyż wiedział, że wieść taka rozeszłaby się bardzo prędko po okolicy i że do łoża chorego zbiegłyby się wszystkie siostrzenice, kuzynki, wnuczki, a na co? chory potrzebuje spokoju.
Nie sposób, żeby dziadek nie poznał się na dobrem sercu i delikatności Wicusia, niechże się pozna i niech żyje, to będzie o wiele lepsze, niż śmierć jego i podział majątku pomiędzy spadkobierców wedle prawa.
Dziadek stanowczo się pozna i poznał się, bo oto otwiera oczy, wyciąga do Wicusia rękę kościstą, wychudłą, istną rękę szkieletu i mówi suchym, bezdźwięcznym głosem:
— Wicuś... dobry chłopiec... poczciwe dziecko... Bóg ci zapłać.
Tyle tylko — i znowuż przymyka oczy i leży bezwładnie, nieruchowo, i gdyby nie miarowe podnoszenie się i opadanie klatki piersiowej, możnaby myśleć, że już wszystko skończone i że na łóżku leży trup.
Młody człowiek bacznie wpatruje się w schorowanego starca, jak gdyby chciał przeniknąć, jakie myśli błądzą pod tą czaszką łysą, pożółkłą skórą pociągniętą; ale czaszka dobrze strzeże swoich tajemnic, zwłaszcza gdy język zdrajca z trudnością poruszać się może — jest ona wówczas niby bryła marmuru, niby głaz milczący.
Czemuż nie można przeniknąć, jakie myśli w niej błądzą!
Wicuś samotnie siedząc przy chorym i wpatrując się w niego, doznawał przykrego uczucia. Ponura stancya wydawała mu się niby wielkim grobem murowanym, do którego światło z trudnością się dostaje, zdawało mu się, że ze ścian jej chłód jakiś wieje cmentarny. Wstrząsnął się pomimowoli.
Wziął książkę, którą był sobie kupił na mieście i zaczął czytać, ale wzrok jego coraz z kart książki przenosił się na twarz chorego, a myśl wybiegała w przyszłość. Patrzył na litery, niby czytał, ale nie rozumiał nic. Nagle usłyszał lekkie zapukanie do drzwi.
Wstał, wyszedł do pierwszej stancyi i rzekł:
— Proszę wejść.
We drzwiach ukazała się młoda dziewczyna.
Ujrzawszy Wicusia, zarumieniła się i pomieszana rzekła.
— Przepraszam pana... widocznie omyliłam się.
— A kogóż pani szuka?
— Pana Dominika.
— To jest właśnie jego mieszkanie.
— Nie był już u nas od tygodnia, nie dał znać, zaniepokojona, przychodzę dowiedzieć się, co się stało.
— Dziadek mój jest chory.
— Dziadek pański! więc pan Dominik...
— Tak pani, jest moim dziadkiem ciotecznym, wujem mej matki, chory jest już od tygodnia.
— Ach Boże, czy to co groźnego?
— Choroba bardzo poważna.
— Panie, ja chciałabym go widzieć koniecznie, ja muszę go widzieć, atoli gdy pomyślę, że on leży sam.
— Proszę pani, ja tu jestem ciągle, jest służący, a dwa razy dziennie przychodzi lekarz.
— Ja tu powinnam być przedewszystkiem.
— Czy dziadek jest krewnym pani?
— O, więcej niż krewnym! on jest moim najlepszym opiekunem, przyjacielem, ojcem. Panie! ja muszę go widzieć.
— Nie mogę mieć nic przeciwko temu — rzekł Wicuś, który poznał w nieznajomej osobę widzianą na Lesznie — niech pani raczy spocząć; ja pójdę zobaczę, czy dziadek śpi, ale ponieważ do wspólnie drogiego nam chorego sprowadziły nas obowiązki, z mej strony pokrewieństwa, ze strony pani zaś... wdzięczności.
— O tak panie, wielkiej bezgranicznej wdzięczności, przywiązania takiego, jakie tylko córka dla ojca mieć może.
— Więc — kończył Wicuś przerwane zdanie — ponieważ jesteśmy mu tak blizcy, przeto poznajmy się. Ja jestem...
Wymienił nazwisko i ukłonił się młodej osobie, ona szepnęła swoje i podała mu rękę.
— Niechże pani siądzie, uprzedzę chorego.
Pan Dominik leżał z przymkniętemi oczami. Wicuś pochylił się nad nim i wziął go za rękę.
— Dziadziu — rzekł — ktoś chce dziadzię odwiedzić.
— Nie potrzeba, nie, nie, niech mi dadzą leżeć spokojnie.
— Dziadziu, to jest panna Zofia.
Na dźwięk tego imienia, stary poruszył się żywo.
— Zosia? Zosia to jest, powiadasz?
— Tylko co przyszła.
— A, czyż mogłem się takiego szczęścia spodziewać, proś-że ją, proś zaraz.
Wicuś wyszedł.
— Niechże pani wejdzie — rzekł — ale proszę bez płaczu, niech pani...
— Niech pan będzie spokojny, potrafię ukryć cierpienie i zapanować nad żalem.
Weszła do pokoju chorego cichutko, na palcach, uklękła przy łóżku, wyschłą rękę starca do ust przycisnęła, milcząc. On drugą rękę położył na jej ramionach i łzy stanęły mu w oczach.
— Zosiu — szeptał — dziecko moje... oczom własnym nie wierzę, czy to ty?
— Ja, wujaszku najdroższy, ja ojcze mój kochany. Ach! com przeżyła przez te dni... nareszcie dziś powiedziałam sobie: pójdę sama — i jestem przy tobie wujaszku. Co ci jest, co ci dolega?
— Nie wiem, moje dziecię — starość zapewne. Czas odejść i pożegnać wszystkich, których się kochało. Tak, tak, Zosieńko moja, dziękuję ci, żeś przyszła, a ja sądziłem, że już nie zobaczę cię, moja droga pieszczoszko.
Wicuś skierował się ku drzwiom, chcąc pozostawić dziadkowi możność swobodnej rozmowy z tą, która go ojcem nazywała, ale pan Dominik zatrzymał go.
— Wróć się — rzekł, a zwracając się do Zosi, dodał:
— Zosiu, to mój wnuk, Wicuś, poznajcie się — dobry chłopiec, pielęgnuje mnie w chorobie i gdyby nie jego dbałość i staranność, kto wie Zosiu, czybyś w tej chwili rozmawiała ze mną. — A ty Wicusiu — dorzucił — zbliż się tu do mnie. Poznaj Zosię, nie jest ona moją krewną, ale kocham ją jak kochałbym własne dziecko, gdybym je miał. Jest to córka mojego kolegi biurowego, który umarł młodo — zajmowałem się trochę jej wychowaniem.
— Wszystkiem jesteś dla mnie, wujaszku...
— Ja już przedstawiłem się pannie Zofii — rzekł Wicuś — i bardzo mi jest miło poznać osobę, która jest tak szczerze przywiązana do mojego dziadka.
— Czem to dziecko dla mnie jest — mówił dalej pan Dominik — ty nie wiesz i wyobrażenia mieć nie możesz; jedyny to jaśniejszy promyk w mojem życiu, które upływało samotnie i smutno... a powiem, od lat kilkunastu i jedyny cel tego życia. Tak, moja Zosiu, wielką wyświadczyłaś mi łaskę, żeś przyszła, sądziłem bowiem, że cię już nigdy nie zobaczę.
Mówienie i zmęczenie wyczerpało siły starca, zamilknął i wpadł jakby w sen, z pod niedomkniętych powiek widać było białka oczu, wychudłe ręce złożył na piersiach. Oddychał coraz ciężej. Zosia pocichutku wyszła do pierwszej stancyi, młody człowiek za nią podążył.
— Panie — szepnęła do Wicusia — mnie się zdaje, że jest bardzo źle.
— W istocie, tak...
— Wujaszek wygląda strasznie. Ratujmy go, trzeba po lekarzy posłać.
— Robi się wszystko co można, za chwilę powróci Grzegorz, służący dziadka i poślę zaraz po doktora.
— Ja bo muszę wracać do domu, moja opiekunka nie wie, gdzie jestem i niepokoi się zapewne. Ja tu znów przyjdę z nią, albo z jej siostrą.
— Ja tu ciągle będę.
— Pan także potrzebuje wypoczynku, po kilku nocach niespanych.
Wyszła, podawszy Wiciusiowi rękę drobną, zgrabną, w czarnej rękawiczce; młody człowiek padł na fotel i zakrył oczy rękami. Opanowywało go straszne znużenie i senność, od której całym wysiłkiem woli się bronił, a jednak zupełnie obronić się nie mógł. Znajdował się w stanie pół-czuwania i półsnu; nie zatracił świadomości, a równocześnie widział przed sobą złudne, jakby w majaczeniu sennem, obrazy. Chwilami zdawało mu się, że jest na wsi, wśród pól i lasów, że słyszy śpiew ptasząt i dalekie echo pieśni żeńców, to znów, że się z wieży wiejskiego kościołka dzwony odzywają — i wnet obraz znikał i powracała przed oczy rzeczywistość: umierający starzec o woskowo-żółtej twarzy, a nad nim pochylona młoda dziewczyna w sukni. Świeży kwiatek nad grobem, życie i śmierć uosobione. Nie wiedział, czy marzy, czy śni, ale zdawało mu się, że istotnie w bladej smudze światła, wychodzącej z pokoju chorego widzi postać wysmukłą, przesuwającą się cicho, bez szelestu, niby cień. I zdawało mu się, że dostrzega więcej osób w ponurych izbach dziadka, że słyszy szmery rozmowy przyciszonej, odgłos stąpania ostrożnego, cichego, że widzi dwa światełka czerwone, dolatuje jego uszu westchnienie ciężkie i jakby płacz tłumiony...
Otworzył oczy.
W pierwszej stancyi, gdzie właśnie w fotelu się zdrzemnął, paliła się lampa, we drzwiach klęczał Grzegorz i powstrzymywał łkanie.
Wicuś zbliżył się do starego sługi.
— Co to? — zapytał szeptem.
— Ksiądz u chorego — odrzekł eks-woźny — niech wielmożny panicz tam wejdzie...
— Kiedyż? — która godzina teraz?
— Ósma już... niech panicz wejdzie... później powiem.
Na stoliku ustawionym przy węzgłowiu chorego i pokrytym białą serwetką, płonęły dwie świece. Ksiądz w komży i stule odmawiał modlitwy, opodal klęczał dziadek kościelny, Zosia i jakaś pani niemłoda. Wicuś ukląkł także.
Chory oddychał, lecz oczy miał przymknięte, od czasu do czasu wyschłą pierś jego podnosiło westchnienie. Po skończonym obrządku i modlitwie, kiedy sługa Boży odszedł, obie kobiety powstały i przeszły do pierwszej stancyi, przy chorym Grzegorz pozostał.
— Co się stało, proszę pani — zapytał Wicuś spłakanej dziewczyny — co się tu porobiło, przecież zasnąłem niedawno.
— Spał pan blisko ośm godzin — rzekła Zosia — zmęczenie wzięło górę. Przez ten czas, posyłałyśmy dwa razy po doktora, był, nic dobrego nie wróżył. Chory zażądał spowiednika.
— Dla czegóż mnie nie obudzono?
— Grzegorz chciał to zrobić, ale nie pozwoliłyśmy. Trzeba przecież odpocząć. Pani Wojciechowska, osoba u której mieszkam od dzieciństwa, która zastępuje mi matkę, dowiedziawszy się że wujaszek tak niebezpiecznie chory, przyjechała ze mną natychmiast. Och, panie! co to za cios dla nas, co za cios straszny! Jedyna nadzieja w Bogu. On miłosierny, ulituje się nad nami i odwróci...
Z przybyciem kobiet ponure mieszkanie pana Dominika ożywiło się trochę, uporządkowały one naprędce straszny nieład, jaki tu zawsze panował. Kazały Grzegorzowi piece pootwierać, żeby trochę powietrze odświeżyć. Opiekunka Zosi, gorliwie się do rzeczy zabrała, chory dzięki temu miał świeżutką pościel, bo wysłany zaraz na Leszno Grzegorz przywiózł w dorożce cały tłomok poduszek, prześcieradeł, ręczników.
Kazałam wszystko od siebie przywieźć — mówiła do Wicusia — bo to panie kawaler i bezdzietny, a mówią że bogaty. Dla tego właśnie nie chciałam otwierać tych jego szaf i komód, mogłoby być jakie podejrzenie. Niech więc leży biedaczysko na mojem. Może da Bóg, że wyzdrowieje, a gdyby życie skończył, to trzeba będzie zaraz dać znać i opieczętować wszystko.
— Ach pani — szepnęła Zosia — przecież on jeszcze żyje, po co my o tem mówimy?
— Moje dziecko, inaczej być nie może. Widziałam różne wypadki w mojem życiu i wiem, jak trzeba postąpić.
Wicuś milczał.
— Familia jest — mówiła dalej — a skoro jest i ma jakie prawa, będzie żądała rachunku od tych, którzy byli obecni. Czyż nie prawda, panie Wincenty?
Wicuś nie mógł zaprzeczyć, że natychmiast po śmierci dziadka, skoro tylko wieść o tem na wieś się dostanie, zjadą się zaraz krewni bliżsi i dalsi, zaczną wszystkie kąty przetrząsać, pieniędzy poszukiwać — i wstyd mu było za nich, w obec tej dziewczyny, tak przywiązanej do swego opiekuna i w obec tej kobiety, mieszczanki praktycznej i rozsądnej.
Chciał coś powiedzieć na usprawiedliwienie owych krewnych, do których grona sam należał; chciał zapewnić, że nie są ani chciwi, ani interesowni, lecz wstrzymał się, wiedział bowiem, że nadzieja spadku wszystkie uśpione dotychczas, lub też chwilowo tylko utajone pożądania obudzi, że ci, co się wczoraj kochali, niby całowali, staną się jak najzawziętsi wrogowie i o każdy grosz zawzięcie walczyć będą. Chłopiec to był rozpieszczony trochę, obałamucony przez pochlebstwa, przez zaślepione przywiązanie matki, ale w gruncie serca szlachetny. Teraz w obec tego tak smutnego widoku, w obec chorego starca, który lada chwila ostatnie tchnienie ma wydać, przypomniały mu się jego własne nadskakiwania i zabiegi, dyplomacya, z której się pysznił tak bardzo, przypomniały mu się wszystkie drobne okoliczności, i zawstydził się sam przed sobą, i jedno już tylko, ale prawdziwe, gorące, serdeczne życzenie miał, aby cudem jakim dziadek się podźwignął z choroby i niemocy, aby wstał, wrócił do zdrowia i rozrządził mieniem swojem sam, wedle własnej woli, jak chce i jak za właściwe uzna. Była chwila, że chciał uciec, odjechać daleko, jak najdalej, aby nie patrzeć na to pasowanie się życia ze śmiercią, na te chwile ostatnie, nie patrzeć i nie być posądzonym, że czyha na tę chwilę i że jej przybliżenia się wygląda. Ale jakżeż uciec, jakżeż zostawić go w takim stanie, nie pożegnać go, nie przeprosić, chociażby tylko myślą.
Nie godzi się, nie można.
Postanowił więc zostać i czuwać dalej nad dziadkiem.
Chory wciąż drzemał, ale oddychał spokojniej, noc przeszła bez żadnego wypadku, w oczekiwaniu katastrofy, jak się zdawało nieuniknionej.
Pani Wojciechowska drzemała w fotelu, Grzegorz w kuchence ogień wciąż utrzymywał i węgle do samowaru dorzucał, broniąc się przed snem, który go opanowywał coraz bardziej.
Naprawdę tylko dwoje ludzi czuwało. Wicuś, kilkugodzinnym snem pokrzepiony i Zosia, której nawał przykrych wrażeń zupełnie sen odebrał. Pierwszy to raz w życiu młoda dziewczyna znalazła się przy umierającym; widok człowieka, dla którego miała tak wielki szacunek, wdzięczność i przywiązanie, widok tego człowieka w stanie agonii prawie — straszne czynił na niej wrażenie. Żal ją wielki ogarniał, a zarazem i trwoga niewytłómaczona. Zdawało się jej, że po tych izbach ponurych, skąpo oświetlonych płomykiem przyćmionej lampy, unoszą się jakieś duchy tajemnicze, które się zbiegły gromadą, aby zabrać duszę najlepszego jej opiekuna. Miarowe gdakanie starego zegaru napełniało ją trwogą, wyobrażała sobie, że lada chwila, lada moment, skazówki zatrzymają się, że ręka ducha nie da im się dalej posuwać.
Chcąc odwrócić przygnębiające myśli, zaczęła rozmawiać z młodym człowiekiem.
Z początku rozmowa ta kulawo szła, ale wkrótce potoczyła się żwawiej. Wicuś dowiedział się szczegółowo, jaką rolę dziadek jego odegrał w życiu dziewczęcia, jak sumiennie i poczciwie zastępował jej ojca, jak wiernie strzegł mienia sierocego. Ten ostatni wzgląd, jak się zdawać mogło Wicusiowi, najmniej ją obchodził, głównie wychwalała dobroć pana Dominika, jego sposób obejścia się z nią, uprzedzanie wszelkich jej życzeń, tę troskliwość drobiazgową, prawie że macierzyńską — kobiecą.
Wicuś słuchał tego opowiadania z wielkiem zajęciem i uwagą, wpatrując się w piękną twarz dziewczęcia, w oczy duże, pełne wyrazu i inteligencyi. I zdawało mu się, że on twarz tę już gdzieś widział, że te rysy zna, że takie same oczy spotykał.
Spotykał je istotnie, może w wyobraźni młodzieńczej, w marzeniach.
Pan Dominik przepędził noc zupełnie spokojnie. Rano, skoro się tylko widno zrobiło, doktór przyszedł. Siedział przy chorym, badał go — gdy już miał wychodzić, zatrzymał się w pierwszej stancyi i rzekł do Wicusia:
— Nie spodziewałem się, wcale się tego nie spodziewałem.
— Więc lepiej?
— Natura robi często cuda. Dziadek pański, który według wszelkiego prawdopodobieństwa powinien by już leżeć na cmentarzu, ma się obecnie tak, że jeżeli nie zajdzie znów jaka komplikacya niespodziewana, za parę dni przeniesie się z łóżka na fotel.
— Czy to być może! — zawołał Wicuś ze szczerą, niekłamaną radością. — Panno Zofio, proszę pani, niech no pani posłucha, co doktór mówi.
— Powtórz jej pan to sam — rzekł doktór — wiadomość przyjemniejszą jej się wyda.
Oboje młodzi ludzie zarumienili się, a doktór biorąc kapelusz i laskę, dodał:
— Lekarstwo proszę dawać — wina po troszeczku, a dobrego, wzmacniać, bo człowiek stary kruchy jest i wątły jak małe dziecko.
Zaczęła się rekonwalescencya, pan Dominik przychodził do sił bardzo powoli, pielęgnowany starannie, Wicuś przyniósł starego wina i po troszku dawał dziadkowi. Pani Wojciechowska i Zosia, które po całych dniach prawie przesiadywały przy chorym, gotowały same w kuchence wzmacniające rosoły. Stary kawaler z rozrzewnieniem patrzył na te objawy przychylności i dziękował za wszystko. Błogosławił on w duchu swoją chorobę, gdyż ta dała mu poznać, że nie jest tak opuszczony i samotny jak sądził, że ma na świecie życzliwych.
Grzegorz widząc, że pan jego do zdrowia powraca, nie mógł wytrzymać dłużej, upił się z radości, ale solennie, co się nazywa, w tej samej bawaryi, gdzie sobie zawsze podchmielał i której gospodyni takie częste zmartwienia miewała.
Podziw był wielki między stałymi gośćmi tego zakładu, wiedzieli bowiem wszyscy doskonale, że «stary bogacz» jest na ostatnich nogach i że się na śmierć dysponował, jedna tylko gospodyni nie dziwiła się bynajmniej, dowodząc, że skrzypiącego drzewa najdłużej. Na poparcie swej teoryi przytaczała fakt, że nieboszczyk jej mąż, człowiek zdrów i gruby jak dwóch rzeźników, prawie wcale nie chorował.
— Ledwie że się jednego dnia położył, a już na drugi dzień nie żył. A dla czego? Bo właśnie tęgi był mężczyzna i zdawało się, że sto lat pożyje. Tymczasem nieprawda... a taki co jak cień łazi, to łazi do późnej starości i nic mu.
— I pani nie ułomek — zauważył Grzegorz — a jakoś chwalić Boga, na pogrzeb się nie zanosi.
Bardzo chętna do rozmowy gosposia i ten na pozór dziwny objaw wytłómaczyła dokumentnie, dowodząc, że dla tego jeszcze utrzymuje się przy życiu, że ją zmartwienia wyniszczają, że chociaż się wydaje tęgą i korpulentną, ale czuje w sobie wielką suchość i coraz musi gardło szklaneczką piwa odwilżyć.
— I dawno byłabym już zmarła — rzekła w końcu — ale mi te szelmy sługi nie dadzą! Człowiek zawsze ma z niemi ambaras i zmartwienie... zjeść nie dadzą spokojnie, przespać się, a cóż dopiero umrzeć spokojnie.
— O też pani opowiada! — wtrącił szewc pijany — umrzeć nie dadzą.
Wyniknęła z tego powodu sprzeczka, ale za sprawą Grzegorza, porozumienie nastąpiło wkrótce i towarzystwo bez przeszkód żadnych zabawiało się w wielkiej harmonii.
Grzegorz chciał wracać do swego pana, ale że ledwie się na nogach trzymał, więc go uprzejma gospodyni zaprowadziła do swego mieszkania, znajdującego się tuż przy zakładzie i tam eks-woźny, rzuciwszy się na sofkę, mocno usnął.
Wicuś po raz pierwszy od tygodnia udał się do hotelu, gdzie się był zakwaterował. Wypoczął trochę, odświeżył się, przebrał, i usiadłszy przy oknie, zaczął rozmyślać. Przypomniał sobie całą historyę znajomości swej z dziadkiem, którego dawniej prawie nieznano, a potem tak pokochano nagle. Przypomniał sobie całe dzieje pochlebstw, nadskakiwań, zabiegów, rozmów na osobności, nadziei budowanych na zjednaniu sobie łask, bądź też wprost na śmierci tego człowieka.
I śmierć posłuszna jakby tym życzeniom, przyszła na zawołanie i stawiła się u łoża starca, gotowa go zabrać. Przyszła i lodowatą ręką już miała dotknąć jego czoła.
Wstrzymała się, na szczęście, starzec powstał z choroby, a Wicusiowi kamień spadł z serca. Już nie myśli o nadskakiwaniu, o testamencie bogacza, nie chce patrzeć drugi raz na tak przykry widok. Gorzko mu i przykro, wstydzi się, chciałby to wszystko z karty swego życia wymazać.
Bije się z myślami, czy pójść tam jeszcze, czy nie?
Pójdzie.
Pójdzie, bo chciałby odjechać, więc należy pana Dominika pożegnać, ale czy pożegna i czy odjedzie zaraz? Nie, bo ciągnie go urok tego dziewczęcia o czarnych prześlicznych oczach, wdzięk jej i dobroć. Ona tam na pewno jest u dziadka, na Starem Mieście, siedzi przy nim, rozmawia, książkę mu czyta głośno.
Trzeba tam iść koniecznie.
Wyszedł na miasto, błądził po ulicach, siedział w ogrodzie i znów chodził, aż sam nie wiedząc kiedy, znalazł się w bramie starożytnej kamienicy.

VIII.

Wicuś nie doniósł matce, że pan Dominik był tak blizki śmierci, napisał tylko, że chorował, ale obecnie już przyszedł do zdrowia i wrócił do normalnego trybu życia. W odpowiedzi na to, pani Julia wypisała mu bardzo długi list, pełen wymówek, że tak postępować się nie godzi, że powinna była być zawiadomiona w swoim czasie o wszystkiem, aby mogła przyjechać i przedsięwziąć środki zabezpieczenia przyszłości rodziny. «Zdaje się, moje dziecko — pisała pani Julia — że oszołomiony zabawami i przyjemnościami Warszawy, zapomniałeś o wszystkiem».
Było to zdanie zupełnie słuszne, ale nie zabawy i przyjemności warszawskie były powodem tego oszołomienia, lecz panna Zofia, w której młody człowiek zakochał się szalenie, bez pamięci i po za nią rzeczywiście światu nie widział. Nie istniało już dla niego nic; marzenia o świetnej karyerze, o powodzeniu w towarzystwach, myśli, które go do niedawna jeszcze zajmowały, pierzchnęły niby motyle, odleciały daleko, natomiast jedyną myślą, jedynem marzeniem, jedynym celem życia była ona tylko.
Póki dziadek był w okresie rekonwalescencyi, młody człowiek widywał Zosię codzień, gdyż przychodziła pana Dominika odwiedzać, lecz z wyzdrowieniem staruszka wizyty te ustały. Pan Dominik sam jeździł na Leszno i codzień kilka godzin w małym domku przepędzał. Udało się Wicusiowi dwukrotnie wprowadzić dziadka w dobry humor, tak że pozwolił sobie towarzyszyć, udało mu się kilka razy widzieć pannę Zofię na ulicy i ukłonić się jej zdaleka, ale na tem się wszystko kończyło. Pan Dominik tak się jakoś zręcznie wymykał, że niepodobna było go dopilnować, samemu znów iść wprost nie wypadało, tem bardziej, że opiekunka Zosi nie zapraszała zbyt czule.
Jednego dnia Wicuś spotkał dziadka w ogrodzie. Domyślał się, gdzie starowina dąży i postanowił bądź co bądź, towarzyszyć mu koniecznie.
— Dokąd dziadzio tak śpieszy? — zapytał.
— Ja śpieszę? ależ nie, moje dziecko, bynajmniej nie mam nic pilnego. Owszem, chciałem usiąść i spocząć.
— Jednak zdawało mi się.
— Mój kochany, człowiek w moim wieku i po tak ciężkiej chorobie, choćby chciał, to już śpieszyć nie może, już nie chodzi, ale raczej łazi jak żółw.
— Swoją drogą na Lesznie jest dziadzio codziennym gościem.
— Także nie...
— Wczoraj dziadzio był.
— Ale dziś nie.
— Bo jeszcze czas.
— Otóż nie i bynajmniej nie mam intencyi tam iść.
— To doprawdy wielka szkoda.
— Dla czego?
— Byłbym dziadkowi towarzyszył.
— Proszę!
— Ja w tych dniach zapewne wyjadę, należałoby więc pożegnać panią Wojciechowską i pannę Zofię.
Pan Dominik nie odpowiedział zaraz, pochylił głowę i laską kreślił po ziemi dziwaczne jakieś figury. Po chwili dopiero zapytał:
— Więc naprawdę za kilka dni odjeżdżasz?
— Taki mam zamiar.
— Ale powiedz szczerze, pod słowem.
— Słowa na to dawać nie mogę, bo zamiar może się zmienić. Ja tu mam różne interesa w Warszawie.
— A mówiłeś mi, względem owej dzierżawy, poszukiwania kapitału. Cóż, jesteś bliskim celu przynajmniej?
— Dotychczas pewnego nic nie mam i czasu wiele na to nie było.
— Tak, pielęgnowałeś mnie w chorobie. Nie zapomnę ci tego, ale, mój chłopcze, jesteś nie szczery.
— Ja?
— Tak, tak; nie byłeś ze mną szczery przedtem, na wsi — i tutaj szczery nie jesteś — a jam widzisz stary i doświadczony, nie wiele mówić mi trzeba, nie jedno dostrzegę, nie jednego domyślę się, choćby mi nie chciano powiedzieć.
Młody człowiek zarumienił się.
— I czegóż się dziadzio domyślił?
— Nie będę ci wszystkiego powtarzał, tembardziej, że niektóre domysły moje, jak się pokazało, były błędne.
— Tak?
— Przyznaję się do winy i sądziłem cię za surowo. Przekonawszy się, że nie słusznie, zmieniłem zdanie — i przepraszam cię za sąd przedwczesny.
— A może i o nieszczerość niesłusznie jestem posądzony?
— Słusznie.
— Dowody?...
— Zaraz ci je dam. Nie masz żadnej dzierżawy na widoku, nie masz żadnego kapitalisty, któryby ci dał fundusze. Liczyłeś tylko na mnie, a ja ci biedaku dopomódz w tem nie mogę.
— Ja już o tem nie myślę.
— Tem lepiej, mój Wicusiu, ale natomiast czem innem zaprzątnąłeś sobie głowę.
— Chyba się dziadzio myli.
— Zdaje mi się, że nie.
— Ale o cóż idzie?
— Podobała ci się moja wychowanka.
— O dziadziu!
— Nie zapieraj się, są pewne wrażenia, których ukryć nie można, pomimo wszelkich starań. Tobie się zdaje, że ja nie widzę, a ja widzę doskonale.
— A więc tak, przyznaję, panna Zofia podobała mi się — mało powiedziane, że mi się podobała, jestem nią zachwycony i bywać tam na Lesznie, jest mojem jedynem marzeniem i pragnieniem. Skoro dziadzio koniecznie chciał się dowiedzieć prawdy, oto jest prawda szczera.
— Od kilku dni polujesz na mnie, żebym cię tam zaprowadził.
— Nie zapieram się — i obecnie miałem ten zamiar.
— I powiedz, paniczu — rzekł pan Dominik surowo — do czego cię to doprowadzi, czego właściwie żądasz? Bo jeżeli to jest kaprys chwilowy i zabawka, to wiedz, że ja stanąłbym w jej obronie, ja, który byłem i jestem opiekunem jej i zastępuję ojca, co ją osierocił przedwcześnie.
— O dziadku! — zawołał Wicuś z drżeniem w głosie — nie krzywdź mnie tak... to, co nazywasz kaprysem, jest uczuciem poważnem i głębokiem. Chcę bywać w zamiarach uczciwych, starać się o jej względy i poświęcić dla niej całe moje życie.
— Szczerze to mówisz?
— Czy dziadzio może wątpić?!
— Więc ożeniłbyś się z Zosią?
— Gdyby mnie tylko przyjąć chciała!
— I powiedz-że mój chłopcze, dokądbyś ją zaprowadził? czem zapewniłbyś jej utrzymanie i byt przyszłej rodziny.
Wicuś milczał, stary dalej ciągnął:
— Nie masz majątku, boć wiem przecież, że to, co posiadają twoi rodzice, jest zadłużone prawie nad wartość; nie przyzwyczajono cię do pracy, nie uzdatniono do zajęcia jakiegokolwiek samodzielnego stanowiska. Z czemże więc przyjdziesz do niej i co jej powiesz? Ona nie jest biedna, ojciec zostawił jej pewien fundusz; ja nim administrowałem i podwoiłem go tak, że względnie do naszych stosunków, Zosia jest panienka dość bogata. Któż ci uwierzy, że kochasz ją bezinteresownie; tyś przecie biedny, cóż więc naturalniejszego nad przypuszczenie, że dla jej majątku grasz komedyę miłości.
— O, mój dziadku, dla czegóż mnie tak sądzić mają?
— Poczekaj, pozwól dokończyć. Jeszcze masz jedno remedium, liczysz na mnie, na mój majątek.
— Nie, nie, protestuję, to nie prawda!
— Powoli, powoli, nie gorączkuj się. Ja dziś nie pójdę na Leszno i wyłącznie tobą tylko się zajmę. Trzeba raz wszelkie wątpliwości rozjaśnić, chodź ze mną i do mnie. Zgoda?
— Idę.
— Czy wierzysz, że życzliwy ci jestem?
— Najzupełniej.
— Tak, życzliwy i z całego serca, zaciągnąłem względem ciebie dług wdzięczności i spłacić go chcę.
— Wdzięczności?
— Nie spierajmy się o wyrazy, chodź.
Wyszli z ogrodu i wsiedli do dorożki, a wkrótce znaleźli się na Starem Mieście. Pan Dominik otworzył mieszkanie. W ponurych stancyach mrok już panował, gdyż słońce za mury się skryło.
— Siadaj — rzekł starzec do wnuka, siadaj i słuchaj. Sprawa jest ważna, proszę mi tylko nie przerywać!
— Słucham.
— Otóż wiedz o tem, że bardziej niż ci się zdawać może, ja twego szczęścia pragnę i więcej niż przypuszczasz, dopomódz ci w tem chcę.
— Mój dziadku!
— Pozwól wytłómaczyć się jaśniej — a przedewszystkiem dowiedz się, kto ja jestem.
— Zdaje mi się, że to wiem.
— Właśnie, że nie wiesz. Miałem brata, ale usposobienia nasze różniły się, nadto zaszła pomiędzy nami pewna okoliczność, która nas ostatecznie poróżniła ze sobą. Nie będę ci opowiadał szczegółów. Na drodze naszej stanęła kobieta, bracia byli rywalami — obadwaj nieszczęśliwymi, gdyż przedmiot miłości dostał się trzeciemu. Pomimo takiego rozwiązania tej kwestyi, pomiędzy mną a bratem stanął jakiś cień przykry, a że okoliczności tak zrządziły, że on wyjechał na mieszkanie na wieś — ja zaś pozostałem w Warszawie — stosunki prawie że zostały zerwane. Widywaliśmy się bardzo rzadko, a spotkania nasze były zawsze etykietalne i oziębłe. Brat mój ożenił się, miał trzy córki, jedna z nich właśnie jest twoją matką. Z temi jego córkami, a mojemi synowicami, nie miałem żadnych relacyj — i zapewne nie wiedziałbyś dotychczas o mojem istnieniu, gdyby nie wieści o mojem bogactwie, które doszły i do was.
— Proszę...
— Nie zaprzeczaj, bo tak jest jak mówię. Zaczęły się do mnie zgłaszać synowice, obdarzać upominkami, garnąć mnie do siebie. Ostatecznie człowiek ma serce. Do brata urazy nie żywiłem oddawna i gdyby był chciał tylko, pojednałbym się z nim najserdeczniej. Umarł, przepadło. Dla dzieci jego zawsze byłem życzliwy; nie zrobiłem do nich pierwszego kroku, gdyż mi nie wypadało — jam starszy przecież. Zgłosiły się dopiero niedawno. Lepiej późno, pomyślałem sobie, aniżeli nigdy. Zaproszony, pojechałem na wieś. Jak mnie przyjmowano, wiesz, ale przekonałem się niebawem, że niema karesu bez interesu.
— Doprawdy...
— Nie zaprzeczaj. Może się tego wstydzisz, ale przecież tak było. Terenia, której pod względem materyalnym powodzi się bardzo dobrze, gdyż ma męża człowieka rozumnego i oszczędnego, chciała pieniędzy na postawienie nowego domu, pomimo, że ma mieszkanie bardzo dobre i wygodne. Oczywiście, choćbym miliony posiadał, grosza bym na taki cel nie dał; Helenka żądała pomocy na oczyszczenie majątku z długów, w które weszli z powodu życia nad stan i niepotrzebnych wydatków; twoja matka wreszcie, chciała mieć fundusze na wprowadzenie w świat ciebie i twego brata — wszystkie i wy wszyscy, mówię o dzieciach mych synowie, staraliście się, aby mnie wszelkiemi siłami zjednać sobie i skaptować, abym kogoś z pośród was wyróżnił i obdarzył go milionami. Zdaje mi się, że nie zaprzeczysz, iż tak było.
Młody człowiek schylił głowę i milczał.
— Powiedz-że, czym źle widział? — spytał pan Dominik.
— Niestety, muszę przyznać, że tak było.
— Jechałem na wieś z radością; odzywał się we mnie głos krwi, bliższych nad was krewnych nie mam. Jechałem tedy, jak ci mówię, z radością; pierwsze dni pobytu zachwycały mnie poprostu, zdawało mi się, żem odmłodniał przy was, ale ujrzawszy do czego zabiegi zmierzają, poznawszy żądania, wystosowane bądź wprost, bądź ubocznie, doznałem pewnego rozczarowania i powróciłem do domu smutny. Kładę nacisk na ten wyraz, powróciłem smutny, nie zagniewany, gdyż długie życie i doświadczenie nauczyło mnie pobłażliwości i wyrozumiałości dla ludzi. W niedługim czasie przyjechałeś i ty do Warszawy. Tłómaczyłeś mi, że masz tu jakieś ważne interesa, co wszakże prawdą nie było, tyś przybył do mnie.
— Prawda.
— Wyraziłeś żądanie twoje jasno, chciałeś żebym ci pożyczył znaczną sumę i gdybym ci ją był dał, zgubiłbym cię, biedaku, bezpowrotnie... Cierpliwości, cierpliwości kochanie. Ze sposobu, w jaki brałeś się do rzeczy, z twoich rumieńców, których ukryć nie mogłeś, widziałem, że działasz jakby z przymusu, że ci to nie idzie. Następnie zachorowałem niebezpiecznie — przez ten czas widziałem cię przy sobie. Osłabiony, chwilami bezwładny zupełnie, miałem jednak przytomność umysłu, a wzrok i słuch, słuch szczególniej, tak bardzo zaostrzony, że najlżejsze szmery mogłem rozróżniać najwyraźniej. Obserwowałem cię bacznie, mój Wicusiu, i w postępowaniu twojem widziałem tylko dobre serce i szczerą chęć, szczere życzenie, żebym wyzdrowiał. Zdawało mi się, że czytam w twoich myślach i że nie mylę się. Kiedym był blizki śmierci, kiedy już przyjąłem wiatyk na drogę wieczności, kiedyście przy mnie klęczeli, słyszałem twoje westchnienia i jestem głęboko przekonany, żeś wtedy o majątku moim nie myślał.
Wicuś pochwycił rękę pana Dominika i przycisnął ją do ust.
— Tak, tak — rzekł — dziękuję dziadkowi za to przekonanie...
— Nie zmienię go też. Choroba, która pozwoliła mi poznać bliżej twój charakter, choroba, którą błogosławię, gdyż przekonała mnie, iż mam jeszcze życzliwe serca na świecie, ta choroba sprowadziła do mnie istotę, dla której pewną część mego życia poświęciłem. Tyś jej nie znał, nie wiedziałeś może że istnieje na świecie; przez dłuższy czas byliście przy mnie razem, rozmawialiście i dziwiłbym się gdyby było inaczej, zawiązała się między wami sympatya. Obawa mnie przejęła.
— Ależ dla czego? dla czego, na Boga!
— Dla powodów, którem ci już wyłuszczył, mój chłopcze, dla tego, że niestety, nie widzę w tobie odpowiedniego przewodnika i opiekuna dla mojej sierotki, oto dla tego. Starałem się nie dopuścić do bliższej znajomości między wami, a to tem więcej, że jak zauważyłem, Zosia także ma skłonność do ciebie. Tymczasem trzeba ci wiedzieć, że o nią chce się starać młody człowiek, z majątkiem, ze stanowiskiem, z wyrobionym już charakterem, taki, któryby jej zapewnił los, przyszłość, a może i szczęście. Zosia jest sierotą po moim towarzyszu pracy i przyjacielu serdecznym, opiekowałem się nią dotąd i chciałbym tę opiekę doprowadzić do końca. Zdawało mi się, że ów człowiek, o którym wspomniałem, zastąpi mnie godnie i że będę mógł umrzeć spokojnie, z przekonaniem, że obowiązek mój spełniłem do końca.
Wicuś posmutniał bardzo i głosem bezdźwięcznym zapytał:
— I cóż stoi temu na przeszkodzie?
— Ty.
— Ja?
— Dla tego, że ty — sprowadziłem cię i mam z tobą tę rozmowę. Wspomniałem, że ci dobrze życzę i szczęścia twego pragnę, pragnę też i szczęścia mojej wychowanki, a ponieważ widzę z obydwóch stron skłonność, więc nie miałbym nic przeciwko temu...
Młody człowiek z okrzykiem radości rzucił się panu Dominikowi na szyję.
— Hola! zaczekaj szaleńcze — zawołał stary emeryt — pomaleńku! Cóż to sobie jegomość myślisz, że ja jestem chorągiewka na dachu, że co pięć minut zdanie zmieniam? Nie, kochaneczku; dotychczas nie opuściły mnie jeszcze zdrowe zmysły. Mogę być skłonny do ustępstw, ale pod warunkami, pod warunkami, mój paniczu.
— Jakie dziadzio tylko chce, choćby najcięższe, akceptuję z góry.
— To mi się wcale nie podoba. Człowiek solidny nic z góry nie akceptuje, bo nie może przewidzieć, czy zdoła zobowiązanie spełnić. Otóż moje warunki są tego rodzaju, że ci się może zbyt uciążliwymi wydadzą.
— Niech dziadzio rozkazuje.
— Przedewszystkiem musisz czekać.
— Jak długo?
— Co najmniej trzy lata.
— Trzy lata!!
— Dzieciaku, to moment. Gdy będziesz w moimi wieku, zrozumiesz, że to moment, chwila prawie. Jesteś młody, możesz czekać, ona tem bardziej, więc czekajcie, a przez ten czas, kochanie, trzeba się wziąć do pracy, trzeba czemś być, panie Wincenty, czegoś się nauczyć, przygotować się do zajęcia jakiegoś, choćby skromnego, ale samodzielnego stanowiska.
— Jak to dziadzio rozumie?
— Moje dziecko, ja to rozumiem tak, że lepiej być dobrym, biegłym w swoim fachu szewcem, aniżeli paniczykiem, szukającym karyery i bogatego ożenienia, a przyznaj, że w takiej roli występowałeś ty i twój braciszek. Zmień się chłopcze, a może przykład dobry i brata twego do naśladowania zachęci.
— Cóż mam czynić?
— Wybierz sobie rodzaj pracy, który ci do usposobienia przypada, zostań mechanikiem, fabrykantem, rzemieślnikiem, naucz się wyprawiać skóry, kuć żelazo, robić mydło, słowem cokolwiek, byle porządnie. Niech twe ręce zgrubieją, grzbiet do dźwigania ciężarów przywyknie, zarazem naucz się oszczędzać, grosz zarobiony szanować, wolny od pracy czas kształceniu się umysłowemu poświęcać, a skoro po trzech latach zdobędziesz to wszystko i przyjdziesz tu napowrót — Zosia twoja. Jeżeli ja żyć będę, sam ci ją oddam; jeżeli nie doczekam tej chwili, weźmiesz ją z rąk opiekunki. Oto warunki moje. Zgadzasz się?
— Idę.
— Przewiduję jeszcze jednę trudność. Twoi rodzice nie są dość zamożni, aby ci dopomódz w zamiarach, praca zaś odrazu zarobku nie przynosi.
— Tak, niestety.
— Prosiłeś mnie o pożyczkę trzydziestu tysięcy na karyerę, ja tyle nie mam, a choćbym miał, tobym ci nie dał, ale z niewielkiego funduszu, jaki posiadam, udzielę ci zapomogę na te kilka lat pracy. Zwrócisz ją, gdy się dorobisz, nie mnie, ale jakiemu paniczykowi, który będzie miał chęć wejść na drogę rozsądku. Oto wszystko, mój Wicusiu. Do niej pójdziemy jutro; dwa tygodnie czasu zostawiam ci do namysłu i wyboru zawodu, a potem w świat, w świat chłopcze, uczyć się i zostać człowiekiem.
— O mój dziadku, drogi, prawdziwy przyjacielu!
— Jeszcze jedno, ale pod warunkiem, że zachowasz to przy sobie. Słowo?
— Przyrzekam solennie.
— Chciałbym coś ci o moich mniemanych skarbach powiedzieć. Ja bynajmniej bogaty nie jestem. Miałem w ręku pieniądze, ale powierzone, cudze, ztąd pogłoska o moich bogactwach. Ponieważ byłem zawsze oszczędny i odkładałem na czarną godzinę, więc złożyłem sobie trochę, tyle, że mi przy emeryturze wystarcza na wszystko, a po śmierci mojej zostanie jakaś pamiątka dla wnuków. Otóż, mój Wicku, masz całego dziadka jak na dłoni, poznałeś starego skąpca, kochaj go i zasługuj na to, żeby on cię kochał.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Dwa tygodnie upłynęły jak jedno mgnienie oka. W domku na Lesznie było bardzo wesoło, a potem cień jakiegoś smutku przysłonił piękne oczy panny Zofii. Zamyślała się często, dopiero gdy jak zwykle pan Dominik po południu przyszedł, na twarzy jej malowało się ożywienie. Rozmawiali godzinami całemi, a zawsze o jednym przedmiocie. Zdarzało się niekiedy, że pan Dominik przychodził z miną tajemniczą i mówił:
— Jest list.
W takich razach twarz panny Zofii pokrywała się gorącym rumieńcem i rozmowa z wujaszkiem trwała dłużej niż zwykle.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

W Suchej Wierzbie i w Zawrotkach kłopoty ciągłe. Gliksman stwardniał jak kość, a Handelsbrief nawet nie łaskaw jest rozmawiać ani o kredycie, ani o kupnie zielonego zboża, lub owych białych run, które mają dopiero urosnąć na owcach. Pan Michał i pan Piotr zaczęli się emancypować z pod przewagi swych małżonek i na wzór swego szwagra Edwarda, stali się z początku oszczędni, a następnie skąpi i w skąpstwie tem coraz bardziej awansują. Prawdę powiedziawszy, rozrywki nie ma żadnej, bo któżby uważał za rozrywkę zwykłą herbatę, lub preferansa po szelągu. Pan Piotr i pan Michał, dawniej tak gościnni, teraz nie lubią gdy kto przyjedzie, gdyż dla oszczędności poodprawiali ekonomów i muszą sami bardzo rano wstawać i na skutek tego wieczorami spać im się chce okropnie.
Jedyny raz można było się zabawić co się zowie, na weselu pani Sewerynowej, owej wdówki z Bednarki, która wyszła za mąż za doktora, bo wesela Klarci, najstarszej córeczki państwa Edwardów, nie ma co liczyć. Pan Edward wprost oświadczył, że gdy biedna dziewczyna (ona biedna!) idzie za dzierżawcę, będącego na dorobku, to się hucznego wesela nie wyprawia. Było więc sobie tak zwyczajnie, coś trochę lepszego niż tańcująca herbata, ale nie wiele.
Przyjechał na tę uroczystość i dziadzio Dominik z Warszawy. Wszyscy byli ciekawi, jaki też prezent da wnuczce.
Dał też, bo dał! Jak zaczęli z kochanym panem Edwardem radzić i mądrować, tak wymądrowali... sześć krów holenderskich!
Pani Teresa o mało nie zemdlała.
— Toż dziewce folwarcznej daje się taki prezent — mówiła, załamując ręce.
— Nie, duszko, Tereniu — tłómaczył pan Edward — dziewce, i to bardzo rzadko, daje się jedną krowę i ma się rozumieć najgorszą, a Klarcia dostała sześć i to holenderskich, doskonałych krówek?
Śliczny dziadzio! Jeżeli wszystkie wnuczki krowami będzie obdarzał, to można powinszować sobie.
Wicuś niewiadomo gdzie się obraca. W kilka miesięcy ściągnął do siebie Józia. Oczywiście, rodzice dobrze wiedzą, co się z synami dzieje, ale pan Piotr milczy, a pani Julia opowiada w wielkim sekrecie wszystkim, a nawet i Gliksmanowi, że obadwaj panicze są w Anglii i prowadzą ogromną fabrykę, pożenią się z córkami lordów i podniosą splendor domu ogromnie wysoko.
Pani Teresa już przestała marzyć o nowym domu, przekonała się bowiem, że przysłowie o kropli wody, która skały przebija, jest fałszem, gdyż nie tylko woda, ale nawet łzy, uporu jej męża przełamać nie mogą.
Godzi się więc biedaczka z losem!
Pan Dominik przyjeżdża czasem na wieś i zawsze panu Edwardowi szczególne okazuje względy, a starego domostwa nachwalić się nie może.
Wielkie łaski ma u stryjaszka pan Edward; widocznie poznał swój swego...

Koniec.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.