Old Surehand/Tom III/1

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Old Surehand
Wydawca Wydawnictwo
„Przez Lądy i Morza“
Data wydania 1910
Druk Drukarnia Zygmunta Jelenia w Tarnowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
Szako Matto.

Często zarzucali mi towarzysze moich przygód, a potem czytelnicy moich książek, że z ludźmi złymi, którzy zachowywali się względem nas wrogo i szkodzili nam tylko, postępowałem zbyt łagodnie i pobłażliwie, kiedy dostawali się w moje ręce. Rozpatrywałem te zarzuty w każdym poszczególnym wypadku bezstronnie, ale zawsze dochodziłem do przekonania i dziś to widzę, że postępowanie moje było właściwe. Między zemstą a karą istnieje wielka różnica. Człowiek mściwy nie jest dobrym, działa nietylko nieszlachetnie, lecz nawet niegodziwie. Nie mając do tego prawa, uprzedza sprawiedliwość boską i ludzką, a puszczając wodze swemu egoizmowi i namiętności, okazuje słabość, zasługującą na pogardę. Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa karania. Kara jest zarówno naturalnym, jak nieuniknionym skutkiem każdego czynu, potępionego przez głos sumienia. Lecz nie może każdy, ani nawet ten, względem którego dopuszczono się złego postępku, uważać siebie za powołanego do sądzenia. W jednym przypadku bowiem może kara być niedozwoloną, a w drugim może łatwo nabrać cech zemsty, tak samo godnej potępienia. Gdzież znajdzie się człowiek tak czysty, wolny od winy i moralnie wysoki, żeby bez wezwania przez władzę mógł narzucić się na sędziego nad czynami bliźnich swoich?
Nadto nie należy każdego, kto popełnił błąd, grzech lub zbrodnię, uważać za jedynie winnego. Trzeba zbadać także pobudki czynu. Czy tylko cielesne i duchowe braki są wrodzone? A etyczne nie mogą być takimi? Nadto trzeba uwzględniać moc wychowania! Myślę tu o wychowaniu w szerszem znaczeniu, nietylko o wpływie rodziców, nauczycieli i krewnych. Inne tysiączne warunki życiowe działają na człowieka głębiej i donioślej, aniżeli starania tych osób, które wedle zwykłych pojęć są jego wychowawcami. Jeden wieczór w teatrze, jedna zła książka, jeden nieobyczajny obrazek może przyprawić o zgniliznę owoce dobrego wychowania rodzicielskiego. Ileż to grzechów ma na sumieniu ta hydra o milionach głów, zwana społeczeństwem! To społeczeństwo właśnie zabiera się z prawdziwą rozkoszą do sądzenia, ilekroć toczący je rak pokaże się na jednym z jego członków. Z jakiem to nabożnem wzniesieniem oczu, z jak odpychającem kręceniem nosa, z jaką trwogą przed dotknięciem odsuwają się od biedaka, na którego ciele powszechne zakażenie krwi doprowadziło właśnie do zapalenia i ropienia!
Jeśli mówię tak o stosunkach społeczeństw „cywilizowanych“, to w odniesieniu do ludów pół lub całkiem dzikich musi sąd mój wypaść jeszcze łagodniej. Człowiek dziki lub zdziczały, który nigdy nie miał właściwego miernika etycznego dla swych czynów, albo stracił ten miernik, jeszcze mniej może odpowiadać za swe ułomności, aniżeli grzesznik, który potknął się i upadł, pomimo że rozporządzał wszelkiemi podporami naszego wychwalanego umoralnienia. Prześladowany przez białych, chwytający broń w rękę Indyanin godzien jest raczej litości, aniżeli bata. Człowiek, odepchnięty na zawsze od „very moral and virtuous society“, znajdujący schronienie tylko na „Dzikim Zachodzie“ i upadający tam coraz niżej, ponieważ pozbawiony jest wszelkiego oparcia moralnego, pozostaje wprawdzie pod rygorem krwawych praw preryowych, lecz zasługuje, zdaniem mojem, na pobłażliwość. Wielkoduszny zawsze Winnetou nie odmawiał takim zwyrodniałym ludziom względów, ilekroć go o to poprosiłem. Czasem nawet czynił to z własnego popędu, nie czekając na moją prośbę.
Łagodność nasza przysparzała nam nieraz kłopotów — przyznaję — ale korzyści bezpośrednie postępowania naszego wynagradzały nam to sowicie. Gdybyśmy byli tylko dla przykładu tak postępowali, moglibyśmy wykazać się wielu pomyślnymi wynikami. Kto chciał się przyłączyć do nas, musiał się wyrzec okrucieństw i bezwzględności Zachodu i zostawał potem bezwiednie i mimowoli, jeśli nie w słowach, to w uczynkach nauczycielem i szerzycielem zasad ludzkości, które przy nas, żeby tak rzec, wdychiwał.
Old Wabble był także jednym z takich zwyrodniałych, któremu więcej pobłażaliśmy, aniżeli na to zasługiwał. Nietylko nasza zasadniczo i powszechnie stosowana łagodność grała w tem rolę. Przyczyniał się do tego także jego podeszły wiek i pierwsze wrażenie jego niezwykłej osobistości, które wywarła zwłaszcza na mnie. Nadto ja doznawałem w jego obecności osobliwego uczucia, które sprawiało, że postępowałem z nim łagodniej, niż na to zasługiwał za swoje czyny i tak zuchwale okazywaną bezbożność. Zdawało mi się, że niezależna odemnie, a jednak mieszkająca we mnie, wola nie pozwala mi nań godzić, przypominając mi niejako, że ten grzesznik stanie kiedyś przed boskim trybunałem. Puściłem go wolno nazajutrz po usiłowanem morderstwie i kradzieży koni w farmie Fennera i sądzę, że uczyniłem to zgodnie z wolą Winnetou. Wprawdzie Dick Hammerdull i Pitt Holbers sprzeciwiali się temu, a jeszcze bardziej urzędnik policyjny, Treskow, ale nie robili mi przynajmniej takich wyrzutów, jakie słyszałem od właściciela farmy. Ten nie mógł pojąć, jak mogliśmy bezkarnie wypuścić człowieka, od którego kuli ocaliły mnie jedynie bystre oczy Apacza. Mówił, że takiej głupoty nie spotkał nigdy w życiu i przysiągł, że zemstę weźmie w swoje ręce i zastrzeli Old Wabble’a, jak psa, jeśliby się poważył pokazać kiedy w farmie. Zresztą dowiódł Fenner i dzisiaj, jak miłe były mu nasze odwiedziny. Zaopatrzył nas w żywność, której mogło nam wystarczyć przynajmniej na pięć dni. Przez taki czas nie potrzebowaliśmy tracić czasu na zdobywanie mięsa zapomocą polowania. Korzyść z takiego udogodnienia poznaje się dopiero wtedy, kiedy z powodu blizkości czerwonych, albo białych nieprzyjaciół nie wolno strzelać, kiedy trzeba albo głód znosić, albo narażać się na niebezpieczeństwo zdradzenia się przed wrogami. Ten zapas żywności ułatwiał nam także nasze zadanie, bo mogliśmy, nie zatrzymując się, jechać prędko za Old Surehandem.
Właściwie należało nam zaraz po wyruszeniu z farmy poszukać śladów Old Wabble’a, który dał nam do poznania, co z jego strony grozi nam, a szczególnie mnie. Jeśli się wie o blizkości wroga, który chce wziąć na cel naszą głowę, zawsze lepiej jest znać miejsce jego pobytu w danym czasie. Chcieliśmy jednak jak najrychlej doścignąć Old Surehanda, gdyż przed sobą mieliśmy „generała“ i Toby’ego Spencera, którzy także zdążali do Colorado, przeto osoba starego „króla kowboyów“ miała dla nas znaczenie podrzędne.
Ponieważ Republikan-River zakreśla łuk za farmą Fennera, który chcieliśmy przeciąć, przeto, oddaliwszy się od wody, pojechaliśmy prosto na prerye Rolling, aby później znów wrócić do rzeki. Tu widzieliśmy ślady kowboyów, którzy ostatniej nocy bez skutku szukali Old Wabble’a i jego towarzyszy. Później i te ślady zniknęły. Aż do wieczora tego dnia nie napotkaliśmy żadnej istoty ludzkiej.
O tej porze musieliśmy przejść przez Republikan-River, a choć ta rzeka, jak wszystkie w Kanzas, jest szeroka i płytka, a zatem nietrudna do przeprawy, mimoto poprowadził nas Winnetou do brodu, który znał z dawniejszych czasów.
Znalazłszy się na drugim brzegu, przecięliśmy pas zarośli, które ciągnęły się nad rzeką, i wydostaliśmy się znów na otwartą preryę. Tu niedaleko owych zarośli biegł trop równolegle z rzeką w odległości może pięciuset kroków od nas. Dick Hammerdull wskazał nań palcem i rzekł do swego chudego przyjaciela:
— Czy widzisz ten ciemny pas w trawie, ty stary szopie, Picie Holbersie? Jak sądzisz, co to? Czy to nie trop ludzki przypadkiem?
— Jeśli sądzisz, że to trop, to nie mam nic przeciwko temu, kochany Dicku — odparł zapytany z właściwą sobie oschłością.
— Tak, to jest trop. Musimy pójść tam, żeby zobaczyć, skąd i dokąd prowadzi.
Sądził, że my będziemy tego samego zdania i tam się udamy, ale Winnetou zwrócił się w milczeniu na prawo wzdłuż brzegu, nie troszcząc się o trop. Nie mogąc tego pojąć, odezwał się do mnie Hammerdull:
— Czemuż tam nie jedziecie, mr. Shatterhand? Na Dzikim Zachodzie trzeba przecież każdy zauważony trop odczytać, wzgląd na bezpieczeństwo to nakazuje!
— Przyznaję słuszność — potwierdziłem.
— Musimy więc bezwarunkowo się dowiedzieć, w którym idzie kierunku.
— Prowadzi ze wschodu na zachód.
— Jakto? Tego nikt przed dokładnem zbadaniem nie może wiedzieć. Trop może także biec z zachodu na wschód.
— Jeśli tego nikt odgadnąć nie potrafi, to ja i Winnetou nie jesteśmy chyba ludźmi, bo my to wiemy.
— Nie może być, sir!
Pshaw! Od kilku dni mamy wiatr z zachodu, a z tego powodu wszystka trawa położyła się końcami na wschód. Każdy dobry westman wie, że trop równoległy z tym kierunkiem nie jest tak wyraźny, jak odwrotny. Ten trop leży przynajmniej o pięćset kroków. Skoro go z tej odległości widzimy, w tem dowód, że jechano tędy ze wschodu na zachód.
All devils, to bystry domysł! Jabym na to nie wpadł. Nieprawdaż, stary szopie, Picie Hojbersie?
— Jeśli sądzisz, że uważam cię za niezdolnego do rozwiązania podobnej zagadki, to masz słuszność — przyznał Holbers.
— Słuszność, czy nie, to wszystko jedno. Ty także łyżką nie jadłeś rozumu. Zapamiętaj to sobie! Ale, mr. Shatterhand, musimy mimo to zbadać trop i przekonać się, ile osób go zostawiło.
— Nie potrzebujemy na to zbaczać z drogi o pięćset kroków. Wszak widzicie, że wkrótce z nim się zetkniemy!
— Słusznie! I nad tem się nie zastanowiłem. Tyle lat uważałem siebie za dobrego westmana, a tu nad tą starą Republikan-River poznaję z przykrością, że powinienbym jeszcze wiele rzeczy się nauczyć. Prawda, mr. Shatterhand?
— To bardzo chwalebna świadomość, bo kto zdaje sobie sprawę ze swoich błędów i braków, ten znajduje się już na drodze poprawy. Jest to pociecha dla każdego, kto poczuje, że mu daleko do mistrzostwa.
Nie odjechaliśmy byli jeszcze zbyt daleko od brodu, kiedy rzeka, zboczywszy pod ostrym kątem ku północy, otworzyła na zachód wolną prerye. Zielony pas, który się ciągnął od tej strony i stykał się z zaroślami nad rzeką, kazał domyślać się obecności potoku, wpadającego do Republikan-River dalej po prawej stronie od nas. Do ostatniego zakrętu tego potoku przytykał lasek w odległości może jednej mili angielskiej od nas. Zatrzymaliśmy się, gdyż wspomniany trop zbliżył się był nagle z lewej strony do zakrętu rzeki, przy którym znajdowaliśmy się właśnie. Były to ślady jedynego jeźdźca, który spędził tam bardzo krótki czas. Nie zsiadał wcale, a odciski przednich nóg konia tworzyły półkole, w którego środku stały nogi tylne. Z tego należało wnosić, że jeździec, przybywszy ze wschodu, rozglądał się w trzech pozostałych kierunkach, czyli szukał kogoś, czy czegoś, poczem ruszył prosto do owego lasku, jako do szukanego miejsca. Na skutek tego naszego domysłu zwróciliśmy obaj z Winnetou wzrok w kierunku owego lasku.
Właściwie mogliśmy się o to nie troszczyć, kto był tym jeźdźcem, a lasek także nie miał w sobie nic szczególnego, ale trop był zostawiony zaledwie przed pół godziną, a ta okoliczność była już dostatecznym powodem do ostrożności i rozwagi.
— Uff! Wo-uh-ke-ca! — odezwał się Apacz, podnosząc rękę, by mi pokazać pewien oznaczony punkt lasku.
„Wo-uh-ke-ca“, to wyraz z narzecza Dakoty, oznaczający dzidę. Dziwiło mnie to, że Winnetou nie użył odpowiedniego słowa Apaczów. Przyczyna tego wyjaśniła mi się wkrótce. Zarazem przekonałem się wtedy znowu nie poraz pierwszy, jak bystre miał Winnetou oczy. Patrząc w kierunku jego wyciągniętej ręki, spostrzegłem na skraju lasku drzewo z wysuniętym daleko konarem, do którego przytwierdzona była dzida. Ja zobaczyłem ją, ale reszta towarzyszy nie zdołała jej zauważyć. W tem oddaleniu od nas wyglądała dzida jak kreska zrobiona ołówkiem na niebie, zaczerwienionem od zachodzącego słońca. Gdyby trop nie był zwrócił naszej uwagi na lasek, nikt z nas nie byłby zobaczył tej włóczni, chyba dopiero pod samem drzewem. Dick Hammerdull, usłyszawszy o naszem spostrzeżeniu, rzekł:
— Nie mogę jej dojrzeć, ale jeśli to rzeczywiście włócznia, jak mówicie, to każdy przecież wie, że włócznie nie rosną na drzewach. To pewnie jakiś znak.
— Znak człowieka, pochodzącego z Dakoty — potwierdził Winnetou.
— To więc jest dzida z Dakoty? — zapytał grubas, niezmiernie zdziwiony.
— Tak, nie wiem tylko, którego szczepu z Dakoty.
— Czy szczepu, czy nie, to wszystko jedno! To jest wprost cud osobliwy, że są oczy, które o milę potrafią rozpoznać włócznię. Teraz główna rzecz w tem, czy ta dzida może mieć jakieś znaczenie dla nas.
Ponieważ te słowa były zwrócone do mnie, przeto odpowiedziałem:
— Rozumie się, że nie jest dla nas obojętna. Oprócz Osagów niema tutaj innych Indyan z Dakoty. Ponieważ wiemy, że Osagowie wykopali teraz wojenne topory, wobec tego włócznia ta jest znakiem dla kogoś. Musimy oczywiście zbadać jego przeznaczenie.
— Czy pojedziemy tam?
— Tak.
— To jazda!
Zamierzał już puścić w ruch swoją klacz, lecz ja pochwyciłem jego cugle i upomniałem go:
— Czy chcecie wystawić na szwank swoją skórę? Ta włócznia oznacza prawdopodobnie, że tam siedzą Osagowie i czekają lub czekali na kogoś, bo ten jeździec, którego ślady tu widać, pojechał do nich, a przedtem szukał włóczni oczyma. Jeżeli podążymy wprost jego tropem, to nas zobaczy. Zapewne przyznacie mi słuszność, mr. Hammerdull?
— Hm! Czy przyznam, czy nie, to wszystko jedno, ale mówicie prawdę, mr. Shatterhand. Czy myślicie, że nas jeszcze nie widzieli?
— Tak sądzę. Nic odbijamy ani trochę od krzaków, w których stoimy, nikt więc nie mógł nas zauważyć. Jedźmy dalej! Widzicie, że Winnetou już opuścił to miejsce.
Apacz, człowiek czynu jak zawsze, nie troszcząc się o naszą rozmowę, skierował się był ostrożnie na północ. My ruszyliśmy za nim, a gdy straciliśmy lasek z oczu, zwróciliśmy się na zachód, żeby się dostać do potoku. Znalazłszy się nad jego brzegiem, mogliśmy, jadąc w górę jego biegu, pod osłoną zarośli zbliżyć się do lasku od północy. Tu Winnetou zsiadł z konia, dał mi potrzymać swoją strzelbę i powiedział:
— Moi bracia zaczekają tutaj, dopóki ja nie wrócę. Chcę zbadać, co tam jest pod tem drzewem z włócznią.
Zamierzał więc pójść do lasku na zwiady i wlazł w zarośla, ażeby przystąpić do wykonania tego trudnego zadania. Obowiązki tego rodzaju brał on najchętniej na siebie. My nie sprzeciwialiśmy mu się zwykle, gdyż w podchodzeniu nieprzyjaciela nikt mu dorównać nie mógł. My, zsiadłszy z koni, zapędziliśmy je w zarośla aż do potoku, żeby się napiły wody i usiedliśmy tam na ziemi, by zaczekać na powrót Apacza. Jeśli Osagowie istotnie znajdowali się w lasku, to nieobecność jego mogła potrwać kilka godzin. Lecz on zaledwie po upływie pół godziny zjawił się obok nas i oznajmił:
— Blada twarz siedzi pod drzewem z włócznią i czeka na czerwonego wojownika, który był tam przez pół dnia i odjechał, ażeby zaopatrzyć się w mięso.
Mnie wystarczyły zupełnie te wskazówki, dowodzące ogromnej bystrości Apacza, ale Dick Hammerdull, dla którego nie były dość wyczerpujące, zapytał:
— Czy wódz Apaczów był w lasku?
Winnetou skinął głową potwierdzająco.
— I nie widział żadnego Indyanina?
Apacz potrząsnął głową przecząco.
— A kto może być ten biały, który spoczął pod drzewem?
— Old Wabble — odpowiedział krótko Winnetou.
— Do kroćset piorunów! Czego ten kowboy tam chce?
Winnetou wzruszył ramionami, a grubas pytał dalej:
— Na którego Indyanina czeka Old Wabble?
— Na Szako Matte[1].
— Szako Mattę? Nie znam go i nic o nim jeszcze nie słyszałem. Czy wódz Apaczów go zna?
Winnetou skinął znów głową. Nie lubiał, gdy go o co wypytywano natrętnie, dlatego ja z ukrytą przyjemnością czekałem na chwilę, kiedy skończy się jego cierpliwość. Tymczasem mały grubas dopytywał się dalej ciekawie:
— Czy ten czerwony dzielny jest, czy tchórz?
To pytanie było zbyteczne, bo Szako Matto znaczy „siedm niedźwiedzi“, rozumie się szarych, a tchórzliwy Indyanin nie wychodzi na zwiady. Kto zabił siedm niedźwiedzi i bez towarzyszy wstępuje na ścieżkę wojenną, ten musi odznaczać się odwagą. Winnetou przeto nie odpowiedział już nic, a to skłoniło Hammerdulla do powtórzenia pytania. Gdy i potem nie dostał odpowiedzi, rzekł:
— Dlaczego Winnetou już milczy? Wszak dobrze jest wiedzieć, czy ma się do czynienia z przeciwnikiem dzielnym, czy z tchórzem.
Na to zwrócił się Apacz do niego twarzą i przemówił tonem łagodnym, a mimoto ogromnie odpychającym:
— Dlaczego Old Shatterhand o nic się nie pytał? Trzeba wpierw myśleć, a potem mówić, bo pytać o rzeczy, które można sobie bez niczyjej pomocy wyjaśnić, znaczy marnować czas. Do myślenia wystarczy jeden człowiek, a do mówienia potrzeba przynajmniej dwu. Mój biały brat Hammerdull posiada zapewne bardzo dużo mózgu i dobrym jest myślicielem. Jest przynajmniej dość gruby na to!
Widziałem, że zganiony chciał z początku wybuchnąć gniewem, ale cześć, jaką żywił dla Winnetou, sprawiła, że zapanował nad sobą i odpowiedział spokojnie:
— Czy dość gruby, czy nie, to nietylko obojętne, lecz nawet wszystko jedno. Ośmielam się jednak zauważyć, że nie mogę myśleć brzuchem, bo mózg ma, jak wiadomo, siedzibę w głowie, a nie w brzuchu. Prawda, stary szopie, Picie Holbersie?
— Nie — odrzekł zapytany krótko jak zwykle.
Nie często się zdarzało, żeby cienki odmówił grubemu słuszności, toteż Hammerdull zawołał wielce zdziwiony:
— Nie? Dlaczego?
— Bo stawiałeś pytania, które każą przypuszczać, że istotnie mózg twój nie w głowie leży, lecz w tej okolicy ciała, w której u innych, dobrze zbudowanych, ludzi znajduje się wątroba, albo śledziona.
— Co? Ty drwisz ze mnie? Słuchaj, ty stary szopie, Picie Holbersie! Nie pozwalaj sobie na to, bo łatwo...
Tu ja przerwałem mu skinieniem ręki i nakazałem milczenie, gdyż Winnetou wziął swoją strzelbę i pochwycił konia za cugle, ażeby opuścić miejsce, na którem obozowaliśmy chwilowo. Nie zrobił tego z niechęci do Dicka i Pitta, którzy sprzeczali się napół żartem, a napór poważnie, ale dlatego, że teraz było coś ważniejszego do czynienia. My zabraliśmy także nasze konie i udaliśmy się na skraj zarośli. On poprowadził nas, nie zsiadając z konia, wzdłuż zarośli, dopóki nie zbliżyliśmy się do lasku. Tam rzekł do nas stłumionym głosem:
— Old Shatterhand pójdzie ze mną, a reszta białych braci zostanie tutaj, dopóki nie zabrzmi trzykrotny świst. Potem przyjdą do drzewa, na którem wisi włócznia, gdzie zastaną nas z jeńcami i przyprowadzą konie z sobą.
Powiedział to z taką pewnością, jakby był wszechwiedzącym i mógł z góry oznaczyć, co się stanie. Odłożył strzelbę, a ja moje obydwie, poczem poszliśmy, nie wychylając się z zarośli, w górę potoku, który nas miał zaprowadzić do lasku.
Zmrok już zapadał, my znajdowaliśmy się jeszcze w gęstwinie, a dokoła nas było ciemniej, niż na preryi. Mimoto posuwaliśmy się naprzód bez najmniejszego szmeru. Dotarłszy do miejsca, w którem brzegi potoku zwracały się w prawo, mieliśmy już przed sobą lasek bez podszycia, czyli wygodniejszy do podchodzenia. Przemykając się od drzewa do drzewa, zbliżyliśmy się wreszcie do tego, na którem wisiała włócznia. Stało ono na skraju lasku wśród rzadszych zarośli, wskutek czego było tam jaśniej, aniżeli pod gęstemi koronami, pod któremi myśmy się znajdowali, przeto, nie pokazując się, mogliśmy widzieć, co się dzieje pod owem podejrzanem drzewem.
Była tam dawna, opuszczona jama królicza, pod małym, ale dochodzącym metra wzgórkiem. Pod tym wzgórkiem siedział były „król kowboyów“. Koń jego pasł się w niewielkiej odległości od niego na otwartej polanie. Ta okoliczność dowodziła, że Old Wabble czuł się tu bardzo bezpiecznie, albowiem w przeciwnym razie byłby konia ukrył w lesie, podobnie jak się to stało z drugim koniem, którego ujrzeliśmy przywiązanego do drzewa. Ten silnie zbudowany ogier ciemno-gniady, osiodłany był po indyańsku, a pod siodłem miał na grzbiecie ciemną kapę skórzaną, co jest u Indyan rzadkością. Na kapie powycinane były figury, przedstawiające siedm niedźwiedzi, które wyraźnie odbijały dlatego, że pod czarną kapą podłożona była biała, również skórzana. Na tem zjawisku się opierając, mógł Winnetou tak pewnie twierdzić, że Old Wabble czeka na Szako Mattę, którego nazwisko oznaczało „siedm niedźwiedzi“.
Ten stan rzeczy, jakiśmy zastali, wskazywał na to, że wódz odszedł tylko na krótki czas, by podejść jaką zwierzynę w celu zdobycia żywności. Cennego konia zostawił samego, a z tego należało wnosić, że uważał tę okolicę i lasek za zupełnie bezpieczne. Obecność Old Wabble’a, czekającego nań tak spokojnie, kazała się domyślać, że tu szło o jakąś szczególną zmowę między nimi. Nie trudno było odgadnąć, jakiego to rodzaju zmowa była. Old Wabble’a nazywano dawniej „dręczycielem Indyan“. Wszyscy czerwoni nienawidzili go oczywiście i bali się bardzo. Wódz indyańskiego plemienia wobec tej nienawiści mógł tylko wtedy wejść z nim w przymierze, jeśli się spodziewał po niem wielkich korzyści. Osagowie znajdowali się na ścieżkach wojennych, mogło więc chodzić tylko o jakieś łajdactwo, wymierzone najprawdopodobniej przeciwko białym. Nie poraz pierwszy to łączył się Szako Matto z Old Wabble’m, używając go jako szpiega.
Kiedy Winnetou z taką pewnością mówił, że towarzysze nasi znajdą przy nas dwu jeńców, był przekonany, że niedługo będziemy czekali na powrót Osagi. Ja tak samo sądziłem, gdyż o zabiciu jakiej zwierzyny po nastaniu ciemności nie mogło być mowy. Jakby na potwierdzenie słuszności naszego zapatrywania ujrzeliśmy, patrząc między pnie na daleką preryę, Indyanina, zdążającego do lasku tak swobodnie, jak gdyby się nie obawiał obecności żadnej żywej istoty.
Im bardziej zbliżał się do nas swym szczególnym chodem, którego powodem jest brak napiętków przy mokassynach, tem lepiej można go było poznać. Niezbyt wysoki, lecz niezmiernie szeroko zbudowany, lat może pięćdziesięciu, robił wrażenie człowieka, nadzwyczaj silnego. W jednej ręce niósł strzelbę, a w drugiej zabitą kurę preryową. Dochodząc do lasu, zobaczył widocznie pomimo ciemności ślady, bo zatrzymał się i zwróciwszy się twarzą do gąszczu, zawołał znośną angielszczyzną:
— Kto jest ten, który zostawił ten ślad i znajduje się teraz między drzewami?
Winnetou położył rękę na mojem ramieniu, co miało mi zastąpić widok jego uśmiechu, wywołanego głupiem zachowaniem się Osagi. Jego bowiem pytanie było całkiem zbyteczne, gdyż albo w lasku znajdował się jego przyjaciel i sprzymierzeniec, a w takim razie mógł tam wejść bez obawy, albo ukrył się nieprzyjaciel, przed którego zamachem nie ochroniłoby go to pytanie. Jak się tego Osaga spodziewał, zawołał stary kowboy głosem donośnym:
— To ja, Old Wabble. Chodź tu!
— Czy są z tobą inne blade twarze?
— Nie. Czy nie widziałeś po śladach, że sam przyszedłem?
Wniosek Old Wabble’a nie był słuszny. Wszak mógł mieć towarzyszy, którzy, odłączywszy się od niego, mogli potem podobnie jak my dojść z drugiej strony do lasku. Old Wabble niewątpliwie nie sam znajdował się nad Republikan-River, ale towarzyszy jego nigdzie nie było widać. Albo chciał ukryć przed nimi to, że zetknął się z Osagą, albo zostawił ich może z powodu nas.
Szako Matto zbliżył się powoli do Old Wabble’a, gdyż ciemność nie pozwalała na szybkie kroki, usiadł obok niego i zapytał:
— Kiedy Old Wabble przyszedł tutaj?
— Prawie przed dwiema godzinami — odpowiedział starzec.
— Czy zauważył odrazu znak umówiony?
— Nie. Gdy oglądnąłem się nad zakrętem rzeki, pomyślałem sobie, że ten lasek nadaje się dobrze na kryjówkę. Przyjechałem tu i zobaczyłem włócznię. Bardzo dobre wybrałeś miejsce.
— Jesteśmy tutaj bezpieczni, bo prócz nas niema dokoła nikogo nawet na daleką przestrzeń. Ja jestem tu już od wczoraj, bo w tym dniu miałeś przybyć. Musiałem czekać na ciebie do dzisiaj, zapas mięsa mi się skończył, dlatego odszedłem był, by upolować ptaka.
Old Wabble odczuł ten wyrzut i odpowiedział:
— Niech się wódz Osagów nie gniewa, że musiał na mnie czekać. Powiem mu potem, dlaczego się spóźniłem, a ta wiadomość sprawi mu wielką przyjemność.
— Czy Old Wabble był w farmie Fennera?
— Tak. Przybyliśmy do niej na krótko przed południem. Zwiedzenie trzech innych farm, na które także zamierzacie napaść, zabrało nam więcej czasu, aniżeliśmy przypuszczali. Mimo to byłbyś czekał na nas tylko do nocy, gdyby nie ważna zdobycz, którą możesz otrzymać, jeśli zgodzisz się na moje wnioski.
— Jaką zdobycz ma Old Wabble na myśli?
— O tem dowiesz się później. Najpierw chciałbym opisać stan tych czterech farm, na które się wybieracie.
Przysunąwszy się teraz całkiem blizko do kopca króliczego, słyszeliśmy każde ich słowo, bo w swej dziwnej nierozwadze mówili prawie głośno. Podsłuchana rozmowa potwierdziła moje przypuszczenie co do szpiegostwa Old Wabble’a na rzecz Osagów. Chodziło o ograbienie czterech wielkich farm włącznie z posiadłością Fennera. Były to dawne dzieje, powtarzające się niestety stale. Biali oszukali Osagów w dostawach, a ci, żeby to sobie wynagrodzić, zajęli bydło jednej z farm. Właściciel farmy puścił się ze swoimi ludźmi za nimi w pogoń i zabił kilku ich wojowników. Zdaniem Osagów, wymagało to z ich strony zemsty, dlatego na radzie wojennej postanowiono wydać walkę bladym twarzom. Najpierw miano uderzyć na cztery wielkie farmy nad Republikan-River. Ponieważ jednak służyła w tych farmach pokaźna liczba kowboyów, a czerwoni bali się tych napół dzikich i śmiałych ludzi bardziej, niż innych, przeto wysłali szpiegów, by się dowiedzieć, z ilu kowboyami będzie sprawa. Z ostrożności nie mogli do tego zadania użyć Indyan, a tem mniej wojowników własnego szczepu. Szako Matto zwrócił już był uwagę na kilku mieszańców, o których wiedział, że nie odczuwali tej wielkiej różnicy między złem a dobrem, kiedy nagle przypadek sprowadził mu Old Wabble’a i jego towarzyszy. Widocznie Indyanin był już z nim kiedyś w podobnem porozumieniu, bo byłby mu nie zrobił takiej propozycyi, na którą ten zresztą odrazu się zgodził. Stanęła umowa, że Osagowie zabiorą sobie skalpy, broń i trzody napadniętych, Old Wabble zaś resztę mienia, oczywiście pieniądze lub przedmioty, dające się łatwo sprzedać. Kto właściwie parł do tego łotrostwa Szako Matto, czy Old Wabble, tego można się łatwo domyślić. Wódz Osagów nie nazywał „króla kowboyów“ swoim „białym bratem“, lecz Old Wabblem, w czem dowód, że takie osobniki zarówno u Indyan, jak i u cywilizowanych bladych twarzy podobnej czci doznają.
Gdy Old Wabble puszczał się na zwiady, nie byli jeszcze Osagowie przygotowani do wyprawy, ponieważ zaś zbadanie stosunków obronnych czterech farm było bardzo ważnem dla udania się przedsięwzięcia, przeto wódz wybrał się sam, ażeby nad zakrętem rzeki Republikan usłyszeć sprawozdanie starego. Dzida miała oznaczać miejsce spotkania.
Old Wabble zdał sprawę ze swego poselstwa, a z jego słów wynikało, że farmy można wziąć z małemi stratami w czerwonych wojownikach. Rady jego w tym względzie pomijam, gdyż wskutek naszego wmieszania się w tę sprawę zaniechano napadu. Wódz zresztą mało narazie na to zważał, a wrócił do owej „ważnej zdobyczy“, o której wspomniał Old Wabble na początku rozmowy.
— Wódz Osagów — rzekł chytrze stary kowboy — musi mi odpowiedzieć wpierw na kilka pytań, zanim usłyszy, o co chodzi. Czy znasz wodza Apaczów, Winnetou?
— Znam tego psa!
— Nazywasz go psem? Czy kiedy okazał się wrogiem wobec ciebie?
— Nieraz! Przed trzema laty wykopaliśmy byli topory wojenne przeciw Szeyennom i w kilku potyczkach zabiliśmy byli już wielu ich wojowników. Wtem zjawił się on i objął nad nimi dowództwo u boku ich naczelnika. Winnetou bojaźliwy jest jak kujot, ale przebieglejszy, niż tysiąc bab. Najpierw udał, że chce z nami walczyć, ale nagle cofnął się i zniknął po drugiej stronie Kanzasu. Kiedy my szukaliśmy tam napróżno jego i zbiegłych Szeyennów, on pośpieszył czempędzej do naszych wigwamów i zabrał nasze trzody i inny dobytek. Z naszego obozu urządził twierdzę, w której siedzieli pozostali nasi wojownicy, starcy, kobiety i dzieci i on z Szeyennami. W ten sposób zmusił nas do zawarcia pokoju, który jego nie kosztował ani kropli krwi, a nas pozbawił sławy naszego męstwa. Niech Wielki Duch sprawi, żeby ten parszywy Pimo wpadł mi już raz w ręce!
Fortel wojenny, o którym Szako Matto teraz opowiedział, był arcydziełem mojego Winnetou. Niestety, nie byłem świadkiem tego, ale od niego samego znałem wszystkie szczegóły tego zajmującego manewru, którym nietylko ocalił od pewnej zagłady zaprzyjaźnionych Szeyennów, lecz nawet pomimo liczebnej przewagi nieprzyjaciół poprowadził ich do zwycięstwa bez krwi rozlewu.
— Dlaczego nie zemściliście się na nim? — spytał Old Wale. — Przecież pojmać go tak łatwo! On rzadko przebywa w wigwamach swoich Apaczów, bo zły duch pędzi go ciągle po preryach i górach. Nie lubi otaczać się towarzyszami, wystarczyłoby więc rzucić się na niego, żeby go dostać w swoją moc.
— Mówisz, jak gdybyś się nie zastanawiał nad słowami. Właśnie dlatego, że włóczy się nieustannie, trudno go schwytać. Wskazywano nam już nieraz miejsca, w których się miał znajdować, ilekroć jednak przyszliśmy tam, już go nie było. On podobny jest do zapaśnika, którego nie można ująć, bo ciało ma tłuszczem wysmarowane. Czasem jest się już pewnym, że się go schwyta, ale wtedy zjawia się przy nim blada twarz, którą nazywają Old Shatterhand. Ten biały to największy czarownik na świecie. Jeśli on jest z Apaczem, to i stu Osagów nie zdoła na nich uderzyć, a tem mniej przytrzymać.
— Ja ci dowiodę, że się łudzisz w tym względzie. Czy Old Shatterhanda uważasz także za swego wroga?
— Uff! Jego nienawidzimy jeszcze bardziej, aniżeli Winnetou. Ten jest przynajmniej Indyanin i należy do wielkiego narodu czerwonych, ale tamten to biały, który już za to samo ściąga na siebie naszą nienawiść. On dopomagał raz Utahom, którzy z nami walczyli, okazał się najgroźniejszym wrogiem Ogellallajów, naszych przyjaciół i braci. Okulawił strzałami kilku naszych, kiedy go chcieli pojmać, a teraz ci nieszczęśliwcy podobniejsi są do starych bab, niż do wojowników. Lepiej byłoby się stało, gdyby ich był pozabijał. Ten pies powiada, że tylko wtenczas odbiera życie swoim wrogom, gdy go zmuszą do tego. Pakuje im kule ze swej czarodziejskiej strzelby w kolana, albo w biodra i pozbawia mężów na całe życie zdolności do wojowania. To okropniejsze od najpowolniejszej śmierci. Biada mu, gdy się dostanie w nasze ręce! Ale do tego nigdy nie dojdzie, bo on i Winnetou podobni są do wielkich ptaków, które unoszą się wysoko nad morzem i nie zlatują tyle na dół, żeby je można było złowić.
— Znowu się mylisz. Przeciwnie, oni nawet często na dół zlatują. Wiem nawet, że teraz są na ziemi, że więc bardzo łatwo będzie ich można pochwycić.
— Uff! Czy to możliwe?
— Tak.
— Czy ich widziałeś?
— Nawet mówiłem z nimi.
— Gdzie, gdzie? Powiedz prędzej!
Skwapliwość jego i niepokój dowiodły nam jeszcze raz, jak bardzo pragnął nas pochwycić. Old Wabble odparł po namyśle z tem większym spokojem:
— Mogę ci dopomóc w pojmaniu Winnetou, Old Shatterhanda i jeszcze trzech bladych twarzy, bo wiem, gdzie się znajdują, ale tajemnicę tę wyjawiłbym ci tylko pod pewnym warunkiem.
— Pod jakim?
— Weźmiemy do niewoli wszystkich pięciu. Wy dostaniecie tamtych białych, a mnie zostawicie Old Shatterhanda i Winnetou.
— Kto są te trzy blade twarze?
— Dwaj westmani: Dick Hammerdull i Pitt Holbers, oraz urzędnik policyi, nazwiskiem Treskow.
— Tych nie znam! Ale jak możesz wymagać od nas, żebyśmy, pojmawszy wszystkich pięciu, wzięli trzech, którzy nam są zupełnie obojętni, a tobie oddali dwu, na których nam tyle zależy?
— Muszę tego żądać, bo chciałbym się zemścić na Winnetou i Old Shatterhandzie. Zemsty jestem tak spragniony, że życiebym poświęcił, byleby tylko ją wywrzeć!
— My nie mniejszą złość ku nim żywimy.
— Być może. Ponieważ jednak ja mam ich w pułapce, przeto mnie należy się pierwszeństwo, ja powinienem dostać w swe ręce tych, o których mi chodzi.
Wódz Osagów namyślał się przez chwilę, a potem rzekł:
— Gdzie oni są?
— Całkiem blizko; th’ is very clear.
— Uff, uff! Ktoby to przypuszczał? Ale czy ci nie umkną z tej pułapki?
— Potrzebuję tylko pewnej liczby twoich wojowników, żeby ich pochwycić.
— Potrzeba ci moich wojowników? Inaczej nie zdołasz ich pojmać?
— Nie.
— To znaczy, że ich jeszcze nie masz w swej mocy. Chcesz dopiero przy pomocy moich wojowników złapać ich w matnię. Dziwię się wobec tego, że stawiasz tak wysokie wymagania i żądasz dla siebie tych właśnie, którzy podpadli naszej zemście!
— To nie dostaniecie nic, jeśli nie spełnisz mojej woli.
— Uff! A co tybyś osiągnął, jeśliby ci nie pomogli wojownicy Osagów? Nic, zupełnie nic! Za wiele ode mnie wymagasz!
Sprzeczali się przez kilka chwil. Szako Matto był za mądry na to, żeby się dać okpić, Old Wabble zaś, widząc, że musiałby wyrzec się zemsty, jeśliby nie zmniejszył swych żądań, wolał poprzestać na jednej osobie. Oświadczył więc po namyśle Indyaninowi:
— Dobrze! Na dowód, że jestem ustępliwy, dodam wam do owych trzech białych jeszcze Winnetou, ale Old Shatterhand musi być mój bezwarunkowo. Z nim mam o wiele większy rachunek, aniżeli z Winnetou. Jeżeli mi jego odmówisz, to wolę tamtych trzech zostawić w spokoju. To moje ostatnie słowo. Czyń, co uważasz za stosowne!
Osaga nie czuł wielkiej ochoty do zgodzenia się na to żądanie. Byłby z przyjemnością mnie sobie wziął, ale wkońcu zrozumiał, że lepiej zadowolić się tem, co mu Old Wabble ofiarował, niż wyrzec się sposobności wywarcia zemsty na Winnetou. Nie sprzeciwiał się więc dłużej, lecz rzekł:
— Niech tedy Old Wabble weźmie sobie Old Shatterhanda. Teraz jednak powinienem nareszcie się dowiedzieć, gdzie tych pięciu się znajduje i jak możemy ich schwytać.
Stary kowboy opowiedział, że spotkał nas w farmie Fennera, lecz nie wspomniał o tem, w jak przykrem położeniu znalazł się przy tej sposobności.
— Teraz już wiesz — mówił, kończąc opowiadanie — dlaczego nie mogłem stawić się tu na czas. Musiałem wybadać wszystko, co dotyczy tych pięciu drabów i obmyśleć środki, któreby nam ułatwiły połów. Kowboye w farmie nie wiedzieli, na jakiej ja stopie pozostaję z Winnetou i Old Shatterhandem. Jeden z nich zapytał w farmie, po co oni przybyli nad Republikan-River i podzielił się tą wiadomością z drugimi. Ja podsłuchałem pasterzy, a potem, gdy się ściemniło, podszedłem pod okno. Oni siedzieli z Fennerem w izbie, opowiadając różne przygody ze swego życia. Tu i ówdzie padła uwaga o ich obecnych zamiarach. Udają się do Colorado, dokąd przed nimi pojechał inny biały, również nieubłagany wróg Indyan. Z nim mają się spotkać, nie pamiętam już gdzie, bo dobrze nie dosłyszałem, a potem napadną na gromadę bladych twarzy...
— O którym białym mówisz? — przerwał staremu wódz Osagów.
— Nazywają go zwykle Old Surehand.
— Old Surehand? Uff! Tego psa ścigaliśmy raz bezskutecznie przez trzy dni. On zastrzelił nam wtedy dwu wojowników i kilka koni, a od tego czasu nie pokazuje się w naszych stronach widocznie z obawy przed naszą zemstą.
— Znowu się mylisz. On był przed kilku dniami w farmie Fennera, a ponieważ stamtąd podążył do Colorado, przeto musiał przejeżdżać przez wasz kraj. Z tego wynikałoby, że się was nie boi.
— Zapewne otrzymał od złego ducha dar robienia się niewidzialnym! Za to, jeśli nie pójdzie przez wielkie góry, napewno wpadnie nam w ręce w drodze powrotnej. Niewątpliwie ze strachu przed nami jechał tylko nocą, gdyż w przeciwnym razie bylibyśmy go widzieli.
— Nawet gdyby tak było, bylibyście zobaczyli jego ślady w dzień. Strachu ten hultaj nie zna. Jak mało zresztą ludzie was się boją, możecie wnosić z tego, że śmiertelni wasi wrogowie, Winneton i Old Shatterhand, przybyli tu, choć bezwątpienia wiedzą, że wykopaliście topory wojenne.
— Milcz! Odważyli się na to nie dlatego, że obcą im jest trwoga przed nami, lecz wskutek tego, że Duch Wielki oślepił ich i chce wpędzić w nasze ręce. Przedewszystkiem trzeba się dowiedzieć, gdzie teraz przebywają i którędy podążą dalej.
— Czy sądzisz, że przyszedłem do ciebie, nie zbadawszy tej sprawy? Zarządziłem wszystko tak, że nie potrafią nam ujść. Nie wiem wprawdzie, jak długo zabawili w farmie Fennera, gdyż musiałem odjechać, ale to pewne, że dziś stamtąd wyruszyli, bo chcą doścignąć Old Surehanda. Jasnem jest, że pojadą wzdłuż rzeki, a ponieważ muszą przeprawić się na drugi brzeg, przeto na wszystkich miejscach, nadających się do tego, porozstawiałem moich towarzyszy. Z tego właśnie powodu sam tu przybyłem. Strażnicy mają pilnować, kiedy tych pięciu łotrów przeprawi się przez rzekę, pójść za nimi potajemnie i donieść nam, dokąd pojechali. Przyznasz mi, że chytrze to urządziłem.
— Old Wabble postąpił bardzo rozumnie! — oświadczył Osaga.
Ja i Winnetou, którzy słuchaliśmy tego, byliśmy innego zdania. Stary „king of the cowboys“ pomylił się właśnie grubo, przypuszczając, że podążymy wzdłuż rzeki. My przecięliśmy, jak wspomniano, łuk, zakreślony tu przez Republikan-River i wyprzedziliśmy znacznie jego strażników. Mogli tam czekać, dopóki im się podobało.
— Wódz Osagów — mówił dalej Old Wabble — przyzna mi, że uczyniłem wszystko, co mogłem. Teraz chodzi tylko o to, żeby twoi wojownicy znaleźli się tam, gdzie należy.
— Zaraz po nich wyruszę — rzekł Szako Matto.
— Czy oni są daleko stąd?
— Mają zgromadzić się nad Wara-tu[2], na wielkiej drodze bawołów. Miejsce to leży tak daleko od rzek, któremi lubią podróżować blade twarze, iż wszyscy moi wojownicy mogą się tam zejść, nie narażając się na to, żeby ich jaki biały zobaczył. Blade twarze mogą wprawdzie wiedzieć, że wykopaliśmy topory wojenne, lecz nie domyślą się, skąd grozi im napad.
— Ja nie wiem, gdzie leży Wara-tu. Jak długo trzeba tam jechać na koniu?
— Mój koń wypoczął, a to najlepszy biegun Osagów. Mogę tam być na długo przed świtem, a koło południa przyprowadzić ci tylu wojowników, ilu potrzeba do schwytania czterech białych i Apacza.
— Ilu ich będzie?
— Dwudziestu wystarczy.
— Niech ci się tak nie zdaje. Zadanie nasze byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby Old Shatterhand nie miał tego przeklętego sztućca, który wy uważacie za strzelbę czarodziejską. Wprawdzie niema mowy o jakichś czarach, ale sztuciec ten w ręku swego właściciela przedstawia wartość przynajmniej dwudziestu ludzi, albo trzydziestu strzelb w ręku zwykłych westmanów. Powiem ci, że raz ukradłem Old Shatterhandowi ten sztuciec, lecz nie udało mi się wystrzelić z niego. Ma on konstrukcyę tak tajemniczą, że daremnie łamałem sobie nad tem głowę. Nie zdołałem poruszyć żadnej sprężyny, ani śruby.
— Uff, uff! Ukradłeś mu tę strzelbę i nie zatrzymałeś jej?
— Słusznie się dziwisz temu, że mię zmuszono do jej oddania, ale to było zupełnie tak, jakby wszyscy dyabli sprzysięgli się przeciwko mnie. Powinienem był połamać i rozbić tę strzelbę, ale generał mi przeszkodził. Ten łajdak chciał zachować strzelbę dla siebie i nie pozwolił, żebym...
Utknął w połowie zdania, gdyż przyszło mu na myśl, że lepiej byłoby milczeć o tej sprawie, która się tak źle dla niego skończyła. Wódz Osagów zapytał:
— Old Wabble mówi o jakimś generale. Czemu urywa swoją mowę tak prędko?
— Bo toby do niczego nie doprowadziło: Są ludzie, których imienia lepiej nie przepuszczać przez usta. Mam jednak nadzieję, że on wpadnie mi jeszcze w ręce przed moją śmiercią. Wtenczas dostanie dziesięć razy więcej batów, aniżeli w Helmers Home, gdzie w bezgranicznej swej nikczemności zdradził, że ja... pshaw! Dziś jeszcze tak mnie to gryzie, jak gdyby wczoraj się to stało. Ale naco tracić tyle słów? Musimy jeszcze wiele ważniejszych rzeczy omówić. Wódz Osagów zatem gotów jest pojechać po dwudziestu wojowników? To nie wystarczy. Potrzeba przynajmniej pięćdziesięciu; th’ is clear.
Szako Matto mówił przedtem tylko o dwudziestu, ażeby się nie narazić na podejrzenie, że się boi, teraz jednak zgodził się szybko:
— Old Wabble wie z pewnością, co mówi. Skoro sądzi, że nie obejdzie się bez pięćdziesięciu wojowników, to niech się stanie podług jego woli. Pośpieszę zaraz po nich.
— A ja mam zostać tutaj, dopóki nie wrócisz?
— Tak.
— Czy nie byłoby lepiej, żebym z tobą pojechał?
— Nie. Ty musisz tu zostać, ażeby przyjąć swoich ludzi. Oni nie znają dobrze miejsca, w którem się znajdujesz, dlatego trzeba rozniecić tutaj wielkie ognisko, żeby daleko świeciło.
— Tego uczynić nie wolno, bo zobaczyliby je Winnetou i Old Shatterhand, gdyby nadeszli...
Nie dokończył już, gdyż w tej chwili chwycił go Winnetou obiema rękami za gardło. Szako Matto przystąpił był właśnie do swego konia, ażeby go odwiązać. Gdy Apacz wziął na siebie Old Wabble’a, ja pomknąłem za Osagą, podniosłem się za jego plecyma, chwyciłem go lewą ręką za kark, a prawą uderzyłem go swoim sposobem, a on skurczył się i runął na ziemię. Wtedy ja zaniosłem go na miejsce, na którem przedtem siedział, a tam Winnetou uporał się już był z Old Wabble’m. W dwie minuty może byli obydwaj skrępowani, a Winnetou świsnął trzy razy, bo to był znak, umówiony z towarzyszami. Wkrótce nadeszli wszyscy trzej z naszymi końmi i strzelbami. Jeńców, którzy nie odzyskali byli jeszcze przytomności, położono napoprzek grzbietów końskich i przywiązano jak wory. Następnie wyszliśmy z owego lasku, ażeby nie spotkać się z towarzyszami Old Wabble’a, bo gdyby się był choć jeden z nich dostał niepostrzeżenie do owego drzewa z włócznią, bylibyśmy się narazili na największe niebezpieczeństwo. Pojechaliśmy najpierw w górę potoku, a potem prosto przez preryę. Po pewnym czasie znaleźliśmy odosobnioną grupę krzaków i tam się zatrzymaliśmy. Grunt był tam wilgotny i dość głęboko przez bawoły wygnieciony. Na dnie tego wgłębienia mogliśmy wśród zarośli rozniecić małe ognisko, którego blask nie dochodziłby do preryi.
Odwiązaliśmy od koni obu jeńców i położyliśmy przy ognisku. Z ogłuszenia otrząsnęli się oni już przedtem, ale w drodze milczeli. Gdy teraz ujrzeli nasze twarze, wódz nie odezwał się ani słowem, Old Wabble zaś krzyknął w przerażeniu, szarpiąc nadaremnie więzy:
— Do kroćset piorunów! Znowu ci nabożni pasterze, którzy tym razem nie jedną, lecz dwie owieczki poprowadzą na paszę! Skąd wam przyszło na myśl schwytać mnie znowu? Czy żal wam było tych rozżarzonych węgli, które, jak wam się zdaje, rozsypaliście na mej siwej głowie?
Winnetou był za dumny na to, żeby odpowiadać, a ja poszedłem za jego przykładem. Ale Dick Hammerdull, wiedząc z rozmowy ze mną, co starzec przeciw nam knował, rozsierdził się na Old Wabble’a i, uważając widocznie spokojne słuchanie tych słów szyderczych za tchórzostwo z naszej strony, odpowiedział:
— Nie nazywajcie siebie owieczką! Jesteście gorszym od najgorszych drapieżców, które zabijają widocznie tylko dlatego, że same żyć muszą! Płonie tu ognisko, a ja mam wielką ochotę nasypać wam rozżarzonych węgli na waszą starą perukę. Zrobię to bez wielkich próśb z waszej strony. Możecie mi wierzyć!
— Do tego nie dopuściłby pobożny Shatterhand! — roześmiał się stary kowboy.
— Czyby dopuścił, czy nie, to wszystko jedno. Gdy wczoraj miarka wasza nie była jeszcze pełna, to dziś już się przebrała. Jeśli wam się zdaje, że poprawicie swoje położenie zuchwalstwem, to się grubo mylicie. Dowiodę wam tego zaraz, jeśli jeszcze jedno słowo powiecie, które mi się nie będzie podobało.
— Naprawdę? To pozwólcie mi przynajmniej zapytać, jakiem prawem uważacie nas za jeńców i jak z takimi się obchodzicie!
— Nie pytajcie tak głupio, stary grzeszniku! Old Shatterhand i Winnetou leżeli w lasku za wami i słyszeli każde słowo wasze. Wiemy całkiem dokładnie, jakie mieliście względem nas zamiary. Istnieją więc dostateczne powody tego, żeby uczynić was nieszkodliwymi.
Ta groźba przytłumiła bezczelność starego Wabble’a. Skorośmy się dowiedzieli, że oni chcieli nas pojmać, a potem zabić, to nawet jego zuchwalstwo nie mogło przeważyć szali strachu przed naszą zemstą. Przebaczyłem mu wprawdzie, gdy urządził zamach morderczy na mnie, może i obecnie byłbym się okazał skłonnym do przebaczenia, gdyby tylko o mnie chodziło, ale plan dzisiejszy zwracał się przeciwko nam wszystkim, należało więc nauczyć kowboya, że szyderstwem nic nie osiągnie. On przestał mówić, wobec tego także Dick Hammerdull musiał zamilknąć.
Wtem zaszło coś, co mi ponownie dowiodło, jak pokrewny był duch mój z duchem Winnetou, jak cudownie zgadzały się z sobą nasze myśli. Zaraz po wyjeździe z lasku przyszła mi na myśl farma Fennera i inne, na które planowano napad. Właściciele ich nic nie przeczuwali. Wprawdzie dzięki ujęciu wodza Osagów mogliśmy być pewni, że wykonanie jego zamiarów rozbójniczych dozna zwłoki, ale w tej chwili nie byliśmy panami stosunków, ani nawet czasu, wskutek czego drobne, nieprzewidziane zdarzenie mogło wydrzeć nam zdobyte narazie korzyści. Napad na farmy został odwleczony, ale nie zaniechany. Należało przeto zawiadomić przynajmniej Fennera, który to ostrzeżenie mógł posłać dalej. Ale komu można było poruczyć to poselstwo? W każdym razie nie Treskowowi. Hammerdullowi i Holbersowi, choć byli westmanami, również trudno było powierzyć rzecz tak ważną. Chodziło bowiem nietylko o to, żeby tam dojechali, lecz także, żeby cało wrócili, co było połączone z jeszcze większemi niebezpieczeństwami. Zostawał wreszcie Winnetou, albo ja. Co do mnie, to wolałem, żeby Winnetou wziął tę sprawę na siebie, ponieważ ja lepiej zgadzałem się z naszymi trzema towarzyszami, z którymi on byłby musiał pozostać bez mojego pośrednictwa, jeślibym się udał do farmy Fennera. Wódz Apaczów nietylko przypatrywał się koniowi Szako Malta okiem znawcy, lecz poprostu odważał go i oceniał w myśli. Naraz wstał, podszedł do konia, sięgnął do torby przy siodle, wyrzucił wszystko, co w niej było, na ziemię, włożył do niej kilka kawałków mięsa, zarzucił na ramię swoją strzelbę srebrzystą i zwrócił się do mnie z zapytaniem:
— Co mój brat powie o ogierze Osagi?
— Płuca ma zdrowe — odrzekłem — ścięgna wytrzymałe, a nogi jak u antylopy. Niechaj koń mego czerwonego brata zbierze siły na drogę do Colorado, ja sam nim się zaopiekuję, a Winnetou niech dosiędzie tego gniadego, a on go zaniesie prędko tam i z powrotem.
— Uff! Mój brat Shatterhand wie, dokąd chcę pojechać?
— Tak. My zostaniemy tutaj i zaczekamy. Ty powrócisz jutro, nim słońce zajdzie.
— Howgh! Żegnam moich braci!
Wskoczył na siodło i odjechał, spokojny o to, że ja i bez jego wskazówek spełnię tutaj, co do mnie należało. Inaczej miała się rzecz z towarzyszami. Zaledwie Winnetou odwrócił się od nas, zapytali mię o powód jego nocnej jazdy. Wyjaśniłem im to po cichu, żeby pojmani nie słyszeli, że właścicieli zagrożonych farm postanowiliśmy ostrzec. Po skromnej wieczerzy rozdzieliłem straż w ten sposób, że moglem spać do północy. Czas od tej chwili do rana jest krytycznym w życiu na preryi, chciałem więc o tej porze czuwać, gdyż ufałem więcej sobie niż towarzyszom.
Zaleciwszy im, by jak najbaczniejszą uwagę zwracali na pojmanych, położyłem się i zasnąłem natychmiast. Spałem spokojnie i smacznie, dopóki nie zbudził mnie Dick Hammerdull, który miał trzecią straż. Zastałem wszystko w porządku i wyszedłem z wgłębienia, ażeby przejść się za zaroślami. Po drodze myślałem nad tem, co począć z jeńcami.
Na życie ich nie godziłem, chociaż podług zwyczajów, panujących na sawannie, mieliśmy prawo przez odebranie im życia uczynić ich nieszkoliwymi dla nas i dla drugich. Czy jednak miał ich zbrodniczy zamiar ujść im bezkarnie? A jeśli nie, to jaką karę należało dla nich obmyśleć? Zastanawiałem się nad tem, czyby nie było rzeczą odpowiednią zabrać ich z sobą do Colorado, żeby tymczasem minął czas napadu na farmy, ale tu wyłaniały się różne wątpliwości. Podróż z dwoma skrępowanymi ludźmi byłaby uciążliwa i powolna, pomijając już to, że wleklibyśmy ich właśnie tam, gdzie ich pędziła żądza zemsty. Wolałem wobec tego na razie wstrzymać się z wszelkimi planami na przyszłość i zaczekać na radę Winnetou.
Miejsce, w którem teraz znajdowali się Osagowie, znałem dokładnie, gdyż byłem tam dawniej już kilkakrotnie z wodzem Apaczów. Trzody bawołów, ciągnące w jesieni na południe, a z wiosną z nowu na północ, zwykle zachowują te same drogi, wydeptane głęboko i widoczne przez cały rok. Na takiej ścieżce bawolej leżało Wara-tu, czyli „Woda deszczowa“. Było to miejsce, podobne do tego, na którem my przebywaliśmy obecnie, miało tylko więcej krzaków i trawy, a położone było tak głęboko, że woda deszczowa mogła przetrwać w niem przez cały rok i nie wyparować nawet w porze gorącej. Winnetou umyślnie zaprowadził nas na to miejsce, gdzie teraz obozowaliśmy, bo leżało na drodze z lasku do Wara-tu. Chciał widocznie po powrocie przypatrzeć się choć z daleka „Wodzie deszczowej“.
Noc minęła, zaszarzał świt, wreszcie i poranek nastał jasny, a ja ciągle jeszcze nie budziłem towarzyszy, chcąc, żeby należycie odpoczęli, bo sił było nam bardzo potrzeba. Gdy potem sami wstali, zjedliśmy śniadanie, ale jeńcom nie daliśmy nic w przekonaniu, że kilkudniowa kuracya głodowa nie zaszkodzi takim ludziom. Ja bardzo często znosiłem głód, chociaż nie godziłem na niczyje życie. Cały dzień ten zeszedł nam znowu na śnie i czuwaniu. Przed wieczorem, jak się tego spodziewałem, wrócił Winnetou. Był w drodze prawie dwadzieścia godzin, nie spał ani chwili, mimo to wyglądał tak świeżo i żwawo, jak gdyby się wyspał i wypoczął tak samo, jak my. Także koń, na którym jechał, nie okazywał zmęczenia. Z zadowoleniem i dumą patrzył nań właściciel jego, wódz Osagów. Ja postanowiłem dumę jego zamienić we wściekłość. Wedle prawa sawanny należy pojmany ze wszystkiem, co ma przy sobie, do zwycięzcy. Wszyscy potrzebowaliśmy dobrych koni, a tylko ja i Winnetou mieliśmy znakomite. Klacz Hammerdulla była wprawdzie brzydka, ale za to silna i wytrwała, on zaś byłby z nią się nie rozstał pod żadnym warunkiem. Wierzchowiec Treskowa był ze wszystkich, którymi rozporządzaliśmy, najlepszy, ale już w tej krótkiej podróży naszej okazał się niezbyt pewnym. To samo było z koniem Pitta Holbersa. Do owego dnia nie było wprawdzie powodu do narzekania, ale gdyby kiedy, czego niepodobna uniknąć, zaszedł wypadek, w którym by osiągnięcie ważnego celu lub nawet ocalenie życia własnego zależało od szybkości naszych koni, to te dwa niezdolnością swoją mogły nas narazić na niebezpieczeństwo. Szako Matto nie miał już wobec tego odzyskać swego konia. To była rzecz postanowiona, a równocześnie kara, na którą w każdym razie zasłużył.
Winnetou zeskoczył z siodła, skinął nam głową na powitanie i usiadł obok mnie. Zamieniwszy z sobą spojrzenia, wiedzieliśmy już, jak rzeczy stoją. On zawiózł szczęśliwie ostrzeżenie do farmy Fennera, a u nas nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego. Treskow, Hammerdull i Holbers patrzyli na Apacza z ciekawością i dziwili się, że nie zdawał sprawy z poselstwa swego. Nie śmieli jednak naprzykrzać mu się pytaniami.
W sprawie obecnej jazdy uważał Winnetou każde słowo za zbyteczne. Pozostawała jednak jeszcze jedna ważna sprawa, o której musieliśmy pomówić. Znając dobrze Winnetou, nie wątpiłem, że przerwie zaraz swe milczenie. Oto trzeba było się dowiedzieć, co robią Osagowie nad „Wodą deszczową.“ Chcąc ich podejść, nie mogliśmy z sobą wlec jeńców pod obóz, żeby nam ich nie odebrali. Wszak Osagów było znacznie więcej niż nas, a najmniejsza nieostrożność z naszej strony mogła się stać dla nas niebezpieczną. Winnetou myślał także o tem, bo już może po pięciu minutach milczenia odezwał się:
— Mój brat Szarlih dobrze wypoczął. Czy gotów jest pojechać do Wara-tu?
Potwierdziłem jego pytanie.
— Zabierzemy jeńców aż na granicę Colorado, ale musimy zbadać, co za nami robią Osagowie. Mój brat potrafi o tem się dowiedzieć.
— Czy brat Winnetou pojedzie z nimi stąd prostą drogą?
— Tak.
— Kiedy?
— Skoro tylko napasie się głodny koń Osagi.
— Czy nie byłoby lepiej, żeby Winnetou zaczekał do jutra rana i wypoczął przez tę noc, bo nie wiadomo, czy następna przyniesie nam spokój?
— Wódz Apaczów używa snu tylko wtedy, gdy ma na to czas. Brat Shatterhand ma także ciało żelazne, wie zatem, że nie jestem znużony.
— Czyń, co uważasz za stosowne! Gdzie się spotkamy?
— Brat Szarlih zna ową wielką jamę, którą Dakotowie nazywają Ki-pe-ta-ki[3]?
— Znam. Nazywają — ją tak, bo ma kształt baby siedzącej. Czy tam chcesz na mnie zaczekać?
— Tak. Ponieważ będziesz musiał okrążać i stracić nieco czasu, żeby się przypatrzyć Osagom, przeto my przybędziemy tam prędzej, niż ty i Hammerdull.
— Hammerdull? Czy on będzie mi towarzyszył?
— Tak.
— Czy brat sądzi, że sam nie podołam temu zadaniu?
— Nie wzgląd na liczbę Osagów zmusza mię do tego zarządzenia. Old Shatterhand nie bałby się ich, gdyby nawet dziesięć razy byli liczniejsi, niż są, ale łatwo może potrzebować pomocnika, choćby tylko dla pilnowania konia, którego brat nie weźmie z sobą tak daleko, jak trzeba będzie się zapuścić. Brat Szarlih z pewnością przyzna mi słuszność.
— Przyznaję, chociaż wiem, że raczej twoja miłość, aniżeli obawa o mnie dodaje mi towarzysza.
Zrozumiał, że go przejrzałem, bo uśmiechnął się na moją odpowiedź. Potem zwrócił się do wodza Osagów, z którym nie zamienił był dotąd ani słowa:
— Szako Matto odpowie na moje pytanie: Prawda, że zamierzaliście napaść na cztery farmy bladych twarzy?
Osaga milczał. Winnetou powtórzył pytanie, a gdy znowu nie otrzymał odpowiedzi, rzekł:
— Wódz Osagów do tego stopnia boi się wodza Apaczów, że słowa więzną mu w gardle.
Wyzwanie to nie chybiło celu, bo Szako Matto wybuchnął gniewnie:
— Ja, najwyższy wódz Osagów, zabiłem siedm szarych niedźwiedzi tą ręką. Imię moje powiada to każdemu, kto chce o tem wiedzieć. Jak mógłbym wobec tego bać się kujota, należącego do narodu Pimów?
Nazwa: „Pimo“ była obelgą dla Winnetou. Lecz on nie stracił spokoju i mówił dalej:
— Szako Matto nie przyzna, że chciał napaść na farmy?
— Nie przyznaję, bo to nieprawda.
— My jednak wiemy, że tak jest. Leżeliśmy w lasku niedaleko naznaczonego drzewa, zanim ty przyszedłeś z zastrzeloną kurą, a potem słyszeliśmy wszystko, co mówiłeś z bladą twarzą, zwaną Old Wabble. Twoja włócznia została w drzewie i tym, którzy ją zobaczą, będzie mówiła, jak głupim może być czasem wódz. Winnetou nie słyszał jeszcze, żeby ktoś, chcąc się ukryć, zaopatrywał swoją kryjówkę w znak, świadczący o tem, że tam się ktoś schował. Możesz się już nie przyznawać, że zamierzałeś napaść na farmy, ponieważ napad nie nastąpi. Ja ostrzegłem blade twarze. Teraz batami zabitoby psów Osagów, gdyby nadeszli. Wiedzą także biali, że Old Wabble był twoim szpiegiem. Jeśli się tam raz jeszcze pokaże, nie dostanie kulą w łeb, lecz stryczek na szyję, jak szpieg.
Osaga milczał, chociaż niewysłowiona złość szarpała nim z tego powodu, że Winnetou zdradził jego plany. Old Wabble natomiast zawołał:
— Ja szpiegiem? To kłamstwo! Jeśli Winnetou mnie nazwał szpiegiem, to sam jest największym łotrem na ziemi!
Winnetou nic nie odpowiedział, ale ja, który cieszyłem się przyjaźnią niezrównanego Apacza, nie mogłem puścić bezkarnie tej bezczelności. Old Wabble zasłużył na baty, ale ja poleciłem Holbersowi co innego z nim zrobić.
— Picie — rzekłem — ściągnij mu więzy w przegubach, żeby aż musiał krzyczeć z bolu, a nie rozpuść ich, dopóki nie zaskomli o łaskę!
Holbers zabierał się już do wykonania mego rozkazu, ale szlachetny Winnetou powstrzymał go, mówiąc:
— Nie czyń tego! On nie może mnie obrazić. Dni jego skąpo policzone. Stoi on o wiele bliżej tego dołu, który go pochłonie, aniżeli sam przypuszcza. Umierającego nie należy dręczyć!
— No! — roześmiał się starzec szyderczo. — Teraz nawet czerwony zaczyna kazanie! Gdyby ten dół teraz otworzył się tu przede mną, to kpiłbym sobie z tego. Życie jest niczem i śmierć taksamo, a wasze życie za grobem to oszustwo, wymyślone przez klechów dla dzieci i starych bab. Przypomnijcie sobie, co już wam raz o tem powiedziałem: Wkulałem w życie, nie zapytany o to, czy sobie tego życzę, niech więc mnie dyabeł porwie, jeśli wylatując z życia, zapytam kogoś o pozwolenie. Do tego nie potrzebuję ani religii, ani Boga!
Na te słowa zdjęła mię zgroza, jak wówczas, kiedy je pierwszy raz z ust jego usłyszałem. Czyż mogło takie bluźnierstwo nie spotkać się z należytą karą? Odwróciwszy się od strasznego starca, przystąpiłem do Hammerdulla, żeby go zawiadomić w tajemnicy przed jeńcami, że ma ze mną pojechać do Wara-tu. Wierny towarzysz bardzo się tem ucieszył, gdyż uważał moje wezwanie za dowód zaufania.
Gdy opuszczaliśmy obóz, stało już słońce nizko nad widnokręgiem. Noc się zbliżała, ale nam to nie przeszkadzało, bo prawdziwy westman nie robi różnicy pomiędzy dniem a nocą. Nawet gdy księżyc nie świeci, drogowskazem niezawodnym są mu gwiazdy, te światła niebieskie, niezmierzonej objętości ciała, wobec których ziemia nasza pyłkiem jest drobniuchnym. One człowieka prowadzą po bezdrożnych okolicach wśród ciemnych nocy. One wzrok umierającego skierowują ku niebu i na wielkie, pełne trwogi, pytanie o życie pozagrobowe odpowiadają uspokajająco i pocieszająco.
Słońce zapadło, zorza wieczorna zgasła, ostatnie blade promyki zmierzchu niknęły na widnokręgu, jak umierające nadzieje. Na szczęście jest wschód, który nam przynosi światło i nadzieję! Nastąpiła pierwsza, głęboka ciemność wieczoru, czarniejsza od nocy samej, bo ani jedna gwiazda na niebie jeszcze nie świeciła. Lecz my mimo to pędziliśmy cwałem po równej jak stół preryi. Wzrok nasz bystry i wprawny kierował naszymi krokami, ale jeszcze więcej chroniły nas przed niebezpieczeństwem oczy i instynkt naszych koni. W jednem miejscu zatoczył mój kary łuk, chociaż ja nie zauważyłem do tego powodu. Nie wstrzymałem go jednak, wiedząc, że nie uczynił tego daremnie! Może ominął kolonię psów preryowych, które mieszkają często razem setkami i tak podkopują ziemię, że jeździec musi okrążać, jeśli chce, by koń jego nóg nie połamał. Wreszcie odgłos kopyt stał się silniejszy, to był znak, że nie jechaliśmy już po trawie, lecz znaleźliśmy się w zachodniej części stanu, suchej i mniej urodzajnej niż wschodnia.
Po drodze nie było ani drzewa, ani innego przedmiotu, któryby nam mógł służyć za wskazówkę. Zresztą, gdyby nawet było przeciwnie, bylibyśmy tego nie widzieli z powodu ciemności. W takiem położeniu zdaje się człowiek na ów zmysł, wrodzony tylko miłośnikom dzikich okolic, którego jeszcze żaden uczony nie zdołał określić. „Zmysł lokalny“ nie oznacza go dokładnie, więcej zbliża się do istoty rzeczy wyraz: „zmysł oryentacyjny“. Czy to instynkt? Czy owa tajemnicza zdolność patrzenia, dzięki której ptaki przelotne nie zmylą drogi ze Szwecyi do Egiptu. Ja nie wiem. Ilekroć jednak zdałem się na to ukryte niepojęte oko, zawsze prowadziło mnie ono prosto do celu.
Dick Hammerdull powierzył się zupełnie memu przewodnictwu. Pytał kilka razy, czy znam drogę właściwą, a ja mu odpowiadałem, że w tych bezludnych stronach niema dróg wcale, a zatem nie może być także właściwej, ani fałszywej. On skarżył się swoim sposobem na uciążliwość podróży, co mnie bardzo bawiło:
— Nie gońcie, tak mr. Shatterhand! — mówił. — Mam wrażenie, że jadę kominem, długim na całe mile. Mój kark także coś wart, a jeśli runę z konia i złamię go sobie, to skąd wezmę drugi? Czy nam tak pilno, sir?
— Oczywiście!
— Dlaczego?
— Bo na długi czas przed brzaskiem dnia musimy dojechać do Wara-tu. To miejsce leży na otwartej równinie, przeto za dnia zobaczyliby nas Osagowie.
— Czy zobaczyliby, czy nie, to wszystko jedno, ale wobec tego musimy rzeczywiście się spieszyć, bo jeśliby nas zauważyli, to nadarmo podjęliśmy tę drogę. Picie Holbersie, czy sądzisz...
Ja parsknąłem śmiechem, a on przestał mówić i również zaczął się śmiać. Tak był przyzwyczajony pytać Pitta o radę, że teraz nawet chciał to uczynić, mimo że przyjaciela nie było przy jego boku.
Po pewnym czasie zajaśniała jedna gwiazda, potem druga, do tych przyłączyło się więcej, wkońcu rozpięło się nad nami przepiękne gwiaździste niebo. Jechało się teraz lepiej, co tembardziej mię cieszyło, że teren zaczął się drobno marszczyć. Liczne zagłębienia, ciągnące się nieregularnie, musieliśmy albo przecinać na poprzek, albo okrążać, co oczywiście męczyło konie. Mój wierzchowiec trzymał się jednak dzielnie, a klacz Hammerdulla biegła tak wytrwale, jakby była cieniem mego ogiera. Od czasu do czasu puszczaliśmy konie wolniej i poiliśmy je, ilekroć przybywaliśmy nad wodę. Mimo to na ogół jechaliśmy tak szybko, że konie Treskowa i Holbersa byłyby zostały w tyle.
Tak minęła północ. Gwiazdy wkrótce zniknęły, nie wskutek późnej pory, lecz dlatego, że niebo pokryło się chmurami, które coraz bardziej gęstniały. Zbierało się na burzę.
— Tego jeszcze brakowało! — złościł się Hammerdull. — Znowu robi się czarno, czarniej, niż przedtem. Ja radzę zatrzymać się już tutaj.
— Dlaczego?
— Waru-tu przecież znaczy „woda deszczowa“!
— Cóż z tego?
— Nie potrzebujemy jechać dalej. Jeśli usiądziemy tu, na środku starej preryi i zaczekamy czas jakiś, będziemy mieli tyle wody deszczowej, ile tylko zapragniemy.
— Nie róbcie głupich dowcipów! Wy sobie narzekajcie na tę zmianę pogody, jak chcecie, mnie ona bardzo na rękę.
— Ja tego nie rozumiem!
— Czy tego nie pojmujecie, że w ciemności o wiele łatwiej będzie podejść Osagów?
— Hm, tak. Nie pomyślałem nad tem. Rachuby wasze nie zawiodą, jeśli pomimo ciemności dostaniecie się do Wara-tu.
— Za pół godziny będziemy na miejscu.
— Już? To chyba jest dalej!
— Czemu?
— Szako Matto chciał przecież odjechać wieczorem, a wojowników miał sprowadzić dopiero nazajutrz w południe.
— Inny był tego powód. Miejsce, na którem obozowaliśmy, leży stąd o godzinę drogi bliżej, aniżeli drzewo z włócznią. Osaga byłby nie mógł zaraz po przybyciu do Wara-tu wyruszyć z powrotem, byłby musiał zabawić tam z pół godziny. Nadto byłby nie mógł z lichymi końmi swoich ludzi odbyć drogi powrotnej tak szybko, jak drogę tam na swoim rączym gniadoszu. To wszystko on uwzględniał, kiedy mówił Old Wabble’owi, jak długo potrwa jego podróż. Jeśli jeszcze weźmiecie na uwagę szybkość naszej jazdy, to nie zdziwicie się, gdy wam powiem, że mamy do celu jeszcze tylko dwie mile[4].
Well, jeśli znajdziemy i nie polecimy za daleko w tem egipskiem zaćmieniu słońca, księżyca i gwiazd!
— Nie bójcie się, kochany Dicku! Znam dokładnie te strony.
— Czy znacie, czy nie, to wszystko jedno, bylebyście dobrze trafili!
Niebawem miało się pokazać, czy nie zanadto sobie ufałem. Droga prowadziła dalej przez podługowatą, szeroką kotlinę. Gdybym był ją ominął, to byłoby dowodem, że zabłądziłem. Już mię zaczęły były opadać wątpliwości, kiedy grunt począł się dość nagle obniżać. Zeskoczyliśmy więc z koni i sprowadziliśmy je po zboczu. Na dole wsiedliśmy znowu i przejechawszy w poprzek kotliny, wydostaliśmy się na zbocze przeciwległe. Teraz dopiero mogłem powiedzieć z radością:
— Jechaliśmy tak dokładnie i dobrze, jak w biały dzień. Po pięciu minutach jazdy po płaskiej, nieprzerwanej równinie uderzymy nosami o same Wara-tu.
— Proszę was, sir, użyjcie do tego swojego nosa! Ja mam swój na twarzy do zupełnie innych celów. Cieszę się zresztą nadzwyczajnie, że mimo braku światła nie dostaliśmy się na biegun północny. Czy nad Wara-tu są zarośla?
— Jest mnóstwo, nawet drzew kilka.
— Czy wyjedziemy całkiem na górę?
— Wpierw będę musiał zbadać teren. Gdyby nie było tak ciemno, byłbym was zostawił w kotlince, a sam starał się podejść bliżej. Widzicie, jak nam w pomoc idzie ta burza, która niebawem wybuchnie. Jedźmy powolniej. Teraz trzeba zachować największą ostrożność.
Ściągnęliśmy koniom cugle. Zaledwie ujechaliśmy minutę drogi, kiedy prosto przed nami błysnęło na widnokręgu i oświeciło zarośla, które oddalone były od nas może o pięćdziesiąt kroków.
— Jesteśmy u celu — rzekłem, zsiadając z konia. — Niech się konie położą, a wy przy nich zostaniecie. Macie tu moje strzelby.
— Czy umówimy się o znak, czy też znajdziecie mnie bez tego, sir? — spytał Hammerdull.
— Skoro nie zabłądziłem do Wara-tu, to i was odszukam. Jesteście dostatecznie grubi.
— Teraz wy robicie liche żarty, mr. Shatterhand. Przed wami leży piękne Wara-tu. Uderzcie w nie nosem!
Dałem memu koniowi ręką znak, żeby się położył. Wierzchowiec usłuchał, a klacz Hammerdulla poszła za jego przykładem.
Ruszyłem ostrożnie ku zaroślom, za któremi kryło się Wara-tu. Takie wgłębienie ma kształt misy o pięćdziesięciu może metrach średnicy, napełnione jest wodą i otoczone bądź gęsto, bądź pojedynczo rosnącymi krzakami. Między wodą i zaroślami ciągnie się dość szeroki, wolny od zarośli, pierścień, pokryty muszlowatymi odciskami, utworzonymi przez tarzające się bawoły, które instynktownie przewalają się w miękkim gruncie, ażeby okryć się powłoką z mułu, stanowiącą dla nich ochronę przed pewnymi owadami.
Z łatwością dostałem się do pierwszych zarośli i zaraz zwęszyłem, a równocześnie usłyszałem obok siebie po lewej ręce konie. Pochyliwszy się, zwróciłem się w tym kierunku, gdyż w takich wypadkach stosowną jest rzeczą zająć się także końmi nieprzyjaciół. Zauważone przeze mnie konie były spętane z wyjątkiem jednego, przywiązanego do dwu wbitych w ziemię palików. Za krzakami płonęło ognisko, którego blask padał po przez zarośla na konia. To mi wystarczyło, żeby poznać, co to za zwierzę. Był to szlachetny, bardzo ciemny deresz, podobny do tych, jakie u Komanczów Naini widywałem, a wspaniała grzywa jego spleciona była w coraz to mniejsze warkoczyki, co również przypomniało mi zwyczaj Komanczów Naini. Skąd przyjęli Osagowie ten sposób zdobienia grzywy? Ale to było narazie sprawą uboczną. Ważniejszą była dla mnie ta okoliczność, że przy koniach nie było straży. Widocznie Indyanie czuli się całkiem bezpiecznie! Wróciwszy o kilka kroków, żeby ominąć blask ognia, położyłem się na ziemi i wsunąłem się w zarośla.
Zdarza się czasem, że spełnienie zadania pozornie lub istotnie nadzwyczaj trudnego ułatwia w wysokim stopniu zbieg pomyślnych okoliczności. Tak stało się dzisiaj nad Wara-tu. Ledwie wcisnąłem się w zarośla, ujrzałem wyraźnie całą scenę przed sobą.
Oświetleni przez cztery wielkie ogniska siedzieli Osagowie w liczbie około dwustu na wspomnianym pierścieniu i przypatrywali się z zajęciem sześciu wojownikom, którzy zaczęli byli właśnie taniec bawoli. Rzuciwszy okiem dokoła, zatrzymałem wzrok na jednem z niewielu rosnących tam drzew, do którego przywiązany był Indyanin z twarzą nieubarwioną. Głowa jego była jasno oświetlona. Przestraszyłem się, gdy tę twarz wyraźnie zobaczyłem, gdyż znałem ją dobrze, nawet bardzo dobrze i niezmiernie ją polubiłem. Teraz wyjaśniła mi się obecność konia z grzywą, splecioną w warkoczyki: deresz należał do jeńca. Ta wysoka i szeroka postać, te jędrne, a jednak lekko ruchome członki, te po kaukazku wyrzeźbione rysy dumne, pewne siebie i spokojne, przywiodły mi na pamięć człowieka, którego dawno nie widziałem, o którym często myślałem. To był Apanaczka, młody, szlachetny wódz Komanczów Naini.
Co sprowadziło go do Kanzas? Jak dostał się on, Komancz, w ręce Osagów? Wiedziałem dobrze, jak nieubłagana nieprzyjaźń panowała między tymi szczepami. Jeniec musiał oczywiście zginąć, jeślibym go nie ocalił. Na szczęście nic w tem nie było trudnego. Nikt nań teraz nie zważał, a oczy wszystkich zwrócone były na tancerzy. Za drzewem, do którego był przywiązany, rosły dwa krzaki, jakby wymarzona dla mnie osłona, gdybym chciał zbliżyć się do niego od tyłu.
Równie prędko, jak mi te myśli przyszły, zostały też wykonane. Cofnąłem się w zarośla, podniosłem się do postawy stojącej i pośpieszyłem do Hammerdulla.
— Wstawajcie! — rozkazałem. — Wsiądźcie na swoją klacz i jedźcie!
— Co się stało? — zapytał. — Odjeżdżamy?
— Osagowie mają jeńca, którego ja znam i muszę uwolnić.
Heavens! Kogo, mr. Shatterhand?
— O tem później. Chodźcie już, chodźcie!
Mego karego, gdy zerwał się na dany znak, wziąłem za cugle i pociągnąłem za sobą. Hammerdull mimo swej tuszy szybko wskoczył na siodło i ruszył za mną. Nie zaprowadziłem go tam, gdzie sam byłem przedtem, lecz na przeciwległą stronę zarośli, położoną za plecami Apanaczki.
— Zaczekajcie tu na mnie! Przyprowadzę jeszcze jednego konia.
Z temi słowy zniknąłem mu z oczu. Musiałem się śpieszyć, gdyż pojmanego należało oswobodzić przed zakończeniem tańca bawolego, który teraz zajmował uwagę Osagów. Pobiegłem na drugą stronę do deresza i odwiązałem go od palików. Koń oparł się, stanął i parsknął głośno. To groziło mi niebezpieczeństwem, ale na szczęście wiedziałem, jak sobie poradzić.
— Eta, kawah, eta, eta! — przemówiłem doń pieszczotliwie, głaskając go po szyi.
Usłyszawszy znajome dźwięki, zaniechał zaraz oporu i poszedł za mną. Gdy przybyłem z nim do Hammerdulla, zajaśniała na niebie silna błyskawica i huknęły pierwsze grzmoty. Teraz należało jeszcze bardziej się śpieszyć, bo taniec mógł się prędzej skończyć z powodu burzy!
— Potrzymajcie tego konia. Dosiędzie go uwolniony jeniec — rzekłem do Dicka. — Gdy wrócę, dacie mi moje strzelby.
Well! Sprowadźcie go, ale sami nie wpadnijcie w błoto! — odpowiedział.
Znowu błysnęło i zahuczały grzmoty. Wcisnąwszy się jak najprędzej w zarośla, rzuciłem się na ziemię i poczołgałem się po trawie. Wojownicy tańczyli jeszcze, a Osagowie przyśpiewywali im, wykrzykując co chwila: peteh, peteh, peteh[5], a przytem klaskali w ręce. Nie mogli oczywiście wobec tego słyszeć szelestu gałęzi, dlatego ja posuwałem się szybko naprzód i przybyłem do pojmanego o wiele prędzej, aniżeli uważałem to za możliwe. Nie widziałem, żeby kto na niego patrzył, a jego uwaga również, jak mi się zdawało, zajęta była owym tańcem. Aby mu dać poznać, że ktoś myśli o jego uwolnieniu, dotknąłem najpierw jego stopy, a on drgnął lekko, ale tylko na chwilę.
— Go oksz[6]! — rzekłem o tyle głośno, żeby tylko on to pomimo tańca usłyszał.
Jeniec skinął głową na znak, że poczuł moją rękę i zrozumiał moje słowo. Trzema rzemieniami był przywiązany do drzewa. Jednym przymocowane były do drzewa nogi, drugim szyja, a trzecim ręce. Wydobywszy nóż, przeciąłem z łatwością rzemienie na nogach i rękach, ale do rzemienia, krępującego szyję, musiałem się podnieść, a to było niebezpieczne. W pomoc przyszedł mi przypadek. Jeden z tańczących zbliżył się z powodu zbyt żywych ruchów zanadto do brzegu, miękki grunt usunął mu się pod nogami, a on wpadł w kałużę. Rozległ się powszechny śmiech, a oczy wszystkich zwróciły się na ociekającego wodą naśladowcę bawołów. Ja skorzystałem z tego, stanąłem szybko na nogach, pociągnąłem nożem po rzemieniu i położyłem się równie prędko na ziemię. Nikt tego nie zauważył.
— Bejteh took ominu[7]! — wezwałem Apanaczkę ostrożnie i cofnąłem się o kilka kroków w zarośla.
Mając go ciągle na oku, widziałem, jak stał przez chwilę, potem przykucnął nagle i pomknął za mną w krzaki. Teraz już nie dbałem o nic, bo pochwycić nas nie mogli. Wziąłem uwolnionego za rękę i pociągnąłem za sobą, wciąż jeszcze w pochylonej postawie. Wtem oświetliła błyskawica zarośla, huknął straszny piorun i naraz chlupnęło z nieba jezioro deszczu na ziemię. Taniec się skończył niewątpliwie, a wtedy spostrzegli z pewnością Osagowie brak Komancza. Teraz już się podniosłem i poprowadziłem Apanaczkę za sobą do Hammerdulla. Za nami zawyło sto głosów. Dick podał mi moje strzelby, Komancz zaś wskoczył na swego konia, nie dziwiąc się wcale temu, że go tu zastał. Ja i Hammerdull dosiedliśmy również prędko koni i odjechaliśmy, coprawda niezbyt pospiesznie, gdyż szum deszczu tłumił odgłos kroków końskich.
Ruszyliśmy nie w tę stronę, z której przybyliśmy, lecz tam, gdzie miałem się spotkać z Winnetou, to jest do Ki-pe-ta-ki. Z Wara-tu trzeba było tam jechać cztery godziny. Gdy obliczyłem odległość i wziąłem to na uwagę, że Winnetou nie potrzebował zbyt prędko wyjeżdżać z naszego obozu, wydało mi się prawdopodobnem, że jeszcze przed nim dotrzemy do miejsca „Starej kobiety“. On niewątpliwie przypuszczał, że stracimy dużo czasu, zanim podejdziemy Osagów, tymczasem wszystko poszło tak prędko! W jakim celu byliśmy właściwie w Wara-tu? Żeby się dowiedzieć, ilu Osagów się zgromadziło i w razie możności bez niebezpieczeństwa dla siebie zawiadomić ich, że blade twarze ostrzeżono przed napadem? Skutek podróży tej byłby nie wielki, gdyby nie to, że uratowaliśmy Apanaczkę, którego ja tak polubiłem na Llano Estacado. Jakiś głos wewnętrzny, czy przeczucie mówiło mi, że ja tym dzielnym, młodym wodzem Komanczów Naini zajmę się więcej, aniżeli dotychczas, że mój stosunek do niego przybierze jeszcze inną postać. Ja wierzę takim głosom, bo one nie zawodzą.
Apanaczka nie mógł mnie dokładnie zobaczyć, nie wiedział przeto, kto był jego wybawcą. Ja jechałem z Hammerdullem naprzód, a on za nami. Z powodu deszczu mógł on widzieć tylko zarysy naszych postaci, a musiał się trzymać blizko nas, jeśli miał nie stracić nas z oczu. Chcąc, żeby jeszcze dłużej pozostał w nieświadomości co do mej osoby, nachyliłem się do Hammerdulla i powiedziałem doń pocichu:
— Jeśliby się obcy oto zapytał, nie wyjawcie mu, kto jestem!
— A on co za jeden?
— To wódz Komanczów, ale nie zdradźcie się przed nim z tą wiadomością, bo domyśli się, że ja go znam.
— Czy wolno mu powiedzieć, że jedziemy do Winnetou?
— Nie. O Apaczu nic mu nie mówcie!
Well! Niechaj wszystko pokryje milczenie!
Osagowie zapewne dosiedli czemprędzej koni i pomimo deszczu rozbiegli się po okolicy Wara-tu, ale na szczęście żaden nie zbliżył się do nas, choć jechaliśmy dość powoli. Wobec obfitości fal, spadających z nieba, nietrudno było zabłądzić. Nadto panowała ciemność wprost nieprzebyta, błyskawice, choć częste i oślepiające, nie pomagały w oryentacyi, raczej ją utrudniały, gdyż nagła zmiana od głębokiej ciemności do jaskrawego światła drażni oko, a błyskawica nie ukazuje przedmiotów w rzeczywistym kształcie. Gęsty deszcz lał przez dwie godziny. Rozmowa była niemożliwa, musieliśmy więc ograniczyć się na najpotrzebniejszych okrzykach. Wobec tego nic obawiałem się, żeby mię Apanaczka poznał prędzej, niż to było moim zamiarem, zwłaszcza że miałem na sobie inne ubranie, aniżeli wówczas, gdyśmy się poraz pierwszy spotkali. Nadto zesunąłem był tak nizko szeroką kresę mego kapelusza, że z pewnością wygląd mój był całkiem zmieniony.
Wreszcie deszcz ustał, chmury jednak nie ustąpiły, ciemności więc dalej panowały. Ja podpędziłem konia, ażeby uniknąć przedwczesnych zapytań, a Apanaczka zabrał się do Hammerdulla. Jakkolwiek nie miałem zamiaru zwracać uwagi na ich rozmowę, to jednak uchwyciłem kilka wyrazów grubasa, które mnie zajęły. Nie puszczałem konia tak szybko i nadsłuchiwałem poza siebie, nie zdradzając się przytem postawą. Apanaczka posługiwał się żargonem, używanym między białymi i czerwonymi, składającym się ze słów angielskich, hiszpańskich i indyańskich. Każdy dobry westman rozumie ten żargon i nieźle nim mówi. Właśnie usłyszałem był odpowiedź Hammerdulla:
— To player[8] i nic więcej.
— Co to jest player?
— Człowiek, który wszędzie się włóczy i wykonywa tańce niedźwiedzie i bawole.
— Uff! Blade twarze to szczególni ludzie. Czerwoni są za dumni na to, ażeby tańczyć dla obcych. A jak się nazywa?
— Kattapattamattafattarattagattalattasza.
— Uff, uff, uff! Będę musiał często słyszeć to imię, zanim zdołam je zapamiętać. Czemu ten dobry biały, który mię ocalił, nie mówi z nami?
— Bo nicby nie słyszał!
— Czy on głuchy?
— Zupełnie.
— Ubolewam nad tem, bo on nie usłyszy podziękowania, które mu Apanaczka chce złożyć. Czy ma skwaw i dzieci?
— Ma dwanaście skwaw, bo każdy player musi mieć dwanaście żon i dwa razy po dwudziestu synów i córek, a wszyscy głusi.
— Uff, uff! W takim razie z żonami i dziećmi mówi tylko znakami?
— Tak.
— Zapewne ma dziesięć razy po dziesięć i więcej różnych znaków! Jak je pamięta? To widocznie bardzo odważny człowiek, skoro jako głuchy puszcza się w lasy dzikie i ostępy, bo tu grożą niebezpieczeństwa dwa razy większe, jeśli trzeba się zdać tylko na oczy.
Czy Dick Hammerdull, mówiąc o mej głuchocie, uczynił to dla jakiegoś określonego zamiaru, czy też przyszło mu to na język, jak jego zwykłe wyrażenie „to wszystko jedno“, tego nie mogłem dociec. Naraz zaszedł wypadek, który zadał kłam jego twierdzeniom. Pomimo odgłosu kroków naszych koni wydało mi się, że usłyszałem tętent. Zatrzymałem się sam i pocichu poleciłem grubasowi Apanaczce, żeby przystanęli. Miałem słuszność. Zbliżał się do nas jeździec, choć nie jechał wprost na nas. Z łatwo zrozumiałych powodów byłem skłonny przypuścić, że to Osaga, Gdyby mój domysł okazał się prawdziwym, mógł ten nieznajomy jako poseł między nami a Osagami donieść im, że pochwyciliśmy ich wodza. Zależało nam na tem, żeby ich o tem zawiadomić, dlatego postanowiłem go pochwycić.
— Zostańcie tu i potrzymajcie mego konia i strzelby! — szepnąłem do towarzyszy, zsiadając z konia i oddając karego Apanaczce, a strzelby Hammerdullowi.
Następnie pobiegłem w lewo, gdzie spodziewałem się spotkać jeźdźca. On nadjechał, a ja pochyliwszy się, puściłem go tak daleko, jak było mi potrzeba do rozbiegu, poczem rozpędziwszy się, wskoczyłem z tyłu na jego konia. Kiedy mnie mijał, widziałem, że to Indyanin. Nie spodziewając się niczego, tak się przeraził, uczuwszy mnie za sobą, że nie wykonał najmniejszego ruchu na swoją obronę. Ścisnąłem go za gardło tak silnie, że puścił cugle, a ręce opadły mu na dół bezwładnie. Niestety koń jego nie zachował się tak biernie. Gdy zauważył nagle podwójny ciężar, stanął dęba, a potem zaczął niebezpiecznie podskakiwać i rzucać się na wszystkie strony. Nie było to dla mnie drobnostką, bo siedziałem za siodłem i musiałem trzymać jeźdźca, oraz pochwycić cugle. Za dnia byłoby mi to łatwiej poszło, ale w tej ciemności nie mogłem cugli zobaczyć i starałem się tylko o to, żeby nie dać się zrzucić na ziemię. Wtem wynurzyła się obok mnie postać, która sięgnęła koniowi ręką do pyska. Ja uwolniłem swoją prawą rękę, wydobyłem rewolwer i spytałem:
— Kto to? Czy mam strzelić?
— To ja, Apanaczka — zabrzmiała odpowiedź. — Niech Old Shatterhand strąci Osagę!
Wódz Komanczów poznał po tupocie kopyt, w jakiem znajdowałem się położeniu, zeskoczył z konia i rzuciwszy Hammerdullowi cugle mojego, pospieszył mi z pomocą, pochwycił konia rozhukanego za uzdę i zmusił do spokoju. Teraz ja zrzuciłem pojmanego na ziemię i zeskoczyłem sam, ażeby go natychmiast znowu pochwycić, bo bezwładność jego mogła być tylko podstępem, którym chciał mnie może oszukać. Lecz on i teraz nie stawił oporu. Wprawdzie był przytomny, ale wskutek przestrachu stracił zdolność panowania nad sobą.
— Czy Apanaczka mnie poznał? — zapytałem Komancza.
— Gdy poleciłeś mi przytrzymać twego konia, wydało mi się, że to twój Hatatitla — odpowiedział. — Potem zauważyłem, że twój towarzysz otrzymał od ciebie dwie strzelby, a nie jedną, a chociaż potem jeszcze miałem pewne wątpliwości, przecież, gdy cię zobaczyłem na koniu jeńca, poznałem, kto jesteś. Na taki skok odważyłby się, zwłaszcza w nocy, tylko Winnetou i Old Shatterhand, chociaż ten biały myśliwiec nie słyszy teraz niestety! Co uczynimy z tym jeńcem? To Osaga.
— Przypuszczam, że to wywiadowca, którego musimy zabrać z sobą. Przywołaliśmy Hammerdulla. Indyanin zaczął się wreszcie ruszać, spróbował nawet oporu, lecz nic nie wskórał. Przywiązaliśmy go do konia i wybraliśmy się w dalszą drogę.
Niech nikt nie myśli, że wdałem się zaraz z Apanaczką w długą rozmowę, czegoby się nie dało uniknąć między białymi. Gdy dwaj przyjaciele po długiej rozłące spotkają się wśród takich okoliczności jak obecne, to możnaby spodziewać się, że najpierw upomną się serca o swoje prawa. Tak było i w tym wypadku, tylko serca nasze nie korzystały ze swoich praw zapomocą wielu słów. Gdy ruszyliśmy dalej, zbliżył Komancz swego konia do mego, ujął mię za rękę i rzekł serdecznie uradowany:
— Apanaczka dziękuje dobremu Wielkiemu Manitou, że pozwolił mu zobaczyć znowu najlepszego ze wszystkich białych myśliwców. Old Shatterhand ocalił mnie od pewnej śmierci!
— Od czasu, kiedy musiałem rozstać się z walecznym wodzem Nainich, tęskniła ciągle za nim dusza moja — odpowiedziałem. — Wielki Duch kocha swoje dzieci i spełnia ich życzenia wtedy właśnie, kiedy one uważają to za niemożebne!
Więcej już nie mówiliśmy. On trzymał mnie dalej za rękę i tak jechaliśmy tuż obok siebie, dopóki noc nie ustąpiła przed szarością dnia. Przy świetle poranku przekonałem się, że nie zmyliłem kierunku. Ucieszyłem się tem, bo chciałem przed Winnetou stanąć u celu podróży.
Ki-pe-ta-ki leży na zachodzie Kanzasu, który, jak wiadomo, jest formacyą kredową. Tam i na południowym zachodzie dobywają teraz sól w wielkiej ilości. Jeśli gdzie pokaże się jej więcej, a woda deszczowa, albo źródlana rozpuści ją i wypłucze, powstają podziemne jaskinie, których pokrywa zapada się, ponieważ nie ma oparcia. Te zapadliny mają głębokie, pionowe ściany i bardzo ostre krawędzie. Jeśli ściany są zwarte, tworzy się po pewnym czasie jezioro, wypełniające całe wgłębienie, jeśli zaś porowate, to woda przecieka na boki i tylko głębiej położone miejsca zachowują pewną wilgoć, sprzyjającą powstaniu i utrzymaniu się mniej lub więcej bujnej roślinności. Z początku składa się ta roślinność z krzewów, potrzebujących soli, później zasiewają się i rosną rośliny, soli nieprzyjazne, w miarę jak znika zawartość soli. Jeśli wgłębienie takie leży w zupełnie gładkiej równinie, czyni osobliwe wrażenie, gdyż z daleka widać tylko czuby drzew, które zapuściły korzenie w głęboko położonem dnie.
Takiem miejscem było Ki-pe-ta-ki, czyli w języku Dakotów Stara kobieta. Pełne roślinności, odgraniczone ostro od nieurodzajnej równiny, wyglądało w zarysach, jak siedząca na ziemi Indyanka.
Słońce wschodziło właśnie na widnokręgu za nami, gdyśmy ujrzeli przed sobą tę zieloną skwawę. Przybyliśmy na miejsce od lewego biodra figury, a Winnetou należało spodziewać się od prawej. Dla ostrożności kazałem się zatrzymać i obszedłem dokoła „Starą kobietę“. Nie było ani śladu ludzkiej istoty, sprowadziliśmy więc konie po mniej stromem miejscu na dno, gdzie zdjęliśmy jeńca z konia i przywiązaliśmy do drzewa. Był to jeden z najlepszych koni Osagów. Muszę nadmienić, że pojmany należał do tego szczepu, był pomalowany w barwne pasy i nie mówił ani słowa.
Teraz mogłem zapytać Apanaczke o to, co on przeżył od czasu naszego rozstania się do chwili obecnego spotkania, wolałem jednak zaczekać, dopóki sam nie zacznie o tem mówić, gdyż wojownikowi o tak niezwykłym charakterze nie chciałem naprzykrzać się ciekawością. Ale Dick Hammerdull był mniej delikatny, bo zaledwie usiadł, zwrócił się do Indyanina z zapytaniem:
— Słyszę, że mój czerwony brat jest wodzem Komanczów. Jak się to stało, że wpadł w ręce Osagów?
Apanaczka uśmiechnął się lekko i dotknął ręką swoich uszu.
— Czy walczyłeś z nimi? — badał grubas dalej.
Komancz odpowiedział tym samym ruchem. Wobec tego zwrócił się Hammerdull do mnie:
— Zdaje się, że nie chce mnie odpowiadać. Zapytajcie go wy, mr. Shatterhand!
— To także nie odniosłoby skutku — odrzekłem.
— Dlaczego?
— Czy nie rozumiecie jego ruchów? Daje wam zapomocą nich do poznania, że nic nie słyszy.
Te słowa rozjaśniły grubasowi całą sprawę. Otworzywszy szeroko usta, roześmiał się wesoło i rzekł:
Well! To on także ma dwanaście żon i dwa razy po dwudziestu synów i córek.
— Prawdopodobnie!
— W takim razie ja muszę się pilnować, ażebym nie ogłuchł, bo jakbyśmy sobie w dalszej podróży radzili, gdybyśmy wszyscy trzej nic nie słyszeli! Cisza, jaka tu panuje, jest trochę przykra. Czy nie macie, sir, dla mnie jakiej roboty, ażeby mi się czas nie dłużył tak bardzo?
— Owszem. Wyjdźcie na górę i patrzcie, kiedy nadejdzie Winnetou. Zależy mi na tem, żebym to naprzód wiedział.
— Czy wam zależy, czy nie, to wszystko jedno, ale wam powiem.
Gdy się westman oddalił, uznał Apanaczka za stosowne przynajmniej jedną uwagą wyświetlić sprawę swej niewoli u Osagów. Rzucił na jeńca wzgardliwe spojrzenie i rzekł:
— Synowie Osagów to nie wojownicy. Boją się broni walecznych mężów i napadają tylko na bezbronnych.
— Czy mój brat nie miał broni z sobą?
— Miałem tylko nóż, bo wszelką inną broń musiałem zostawić w domu.
— Aha! Mój brat był w drodze po świętą Yatkuan[9].
— Słusznie się brat domyśla. Apanaczkę wysłała rada starszych na północ, żeby szukał świętych kamieniołomów. Brat Shatterhand wie, że żaden wojownik, wysłany przez swój szczep w tę podróż, nie bierze z sobą innej broni prócz noża. Nie potrzebuje ani łuku, ani strzały, ani tomahawka, gdyż mięsa mu jeść nie wolno, tylko rośliny, bronić się przed nieprzyjacielem również nie musi, bo zakazanem jest napadać na człowieka, udającego się do świętych kamieniołomów. Apanaczka nie słyszał jeszcze, żeby to prawo, obowiązujące wszystkie szczepy, kiedykolwiek przekroczono. Osagowie tylko dopuścili się tej hańby, pojmawszy mnie i związawszy, chociaż tylko nóż miałem przy sobie i dowiodłem im zapomocą wampum kalumetu, że znajduję się w drodze po świętą glinę.
— Pokazałeś im wampum? Nie widzę go. Czy je straciłeś?
— Tak. — Odebrali mi je i wrzucili do ognia.
— Nie do uwierzenia! Coś takiego nie zdarzyło się jeszcze nigdy. Przez to samo spalili w ogniu swój honor i zniszczyli na zawsze. Powinni byli obejść się z tobą jak z gościem, gdybyś nawet był ich największym wrogiem.
— Uff! Oni chcieli mnie nawet zabić.
— Czy broniłeś się, gdy cię schwytali?
— Czy było mi wolno?
— Nie.
— Gdybym się był bronił, byłoby popłynęło dużo krwi. Zdałem się przeto na moje wampum i odwieczne prawa, których jeszcze nikt nie naruszył, i poszedłem za nimi do obozu posłusznie jak dziecko. Teraz może każdy uczciwy wojownik plunąć w twarz każdemu Osadze, którego spotka i...
Zamilkł, bo Hammerdull przyszedł z wiadomością, że widać Winnetou. Chciałem Apaczowi zrobić niespodziankę obecnością Komancza Naini, poprosiłem więc Apanaczkę, żeby został przy jeńcu, a sam udałem się z Hammerdullem na drugą stronę Ki-pe-ta-ki, skąd oznajmieni mieli się ukazać. Spodziewałem się oczywiście pięciu osób, a mianowicie Winnetou, Treskowa, Holbersa, Old Wabble’a i Szako Matty, lecz ku swemu ździwieniu zauważyłem oprócz nich jeszcze jednego Indyanina i to przywiązanego do konia jak to spostrzegłem, gdy się do nas więcej zbliżyli. Winnetou więc prowadził jeńca, również Osagę, na co wskazywały barwy na jego twarzy.
Wyszedłem daleko z zarośli, ażeby Winnetou nie potrzebował badać terenu i odrazu mię poznał. Apacz skręcił też prosto ku mnie i zapytał:
— Czy zdarzył się bratu jaki wypadek, że przybył tu przede mną?
— Nie. Wszystko odbyło się rychlej i lepiej, aniżeli przypuszczałem, dlatego jestem tu prędzej.
— Niech brat zaprowadzi nas do swoich koni! Mam mu coś ważnego powiedzieć.
Szako Matto rzucił na mnie dumne spojrzenie, usłyszawszy te słowa. Ja to zauważyłem i odrzekłem:
— Konie znajdują się na drugiej stronie, ale my rozłożymy się zaraz tutaj na dole.
Bystry Winnetou domyślił się natychmiast, że idzie o coś tajemnego, spojrzał mi w twarz, a na ustach jego zaigrał przelotnie uśmiech zadowolenia. Wódz Osagów natomiast zrobił szorstką uwagę:
— Old Shatterhand usłyszy, co zaszło, i będzie musiał wkrótce puścić mnie na wolność!
Nie odpowiedziawszy mu, zszedłem do wgłębienia. Tamci poszli za mną, a Hammerdull i Holbers prowadzili konie obu Indyan. Podczas tego rzekł grubas do swego długiego przyjaciela:
— I u was zatem stało się coś bardzo ważnego, ty stary szopie, Holbersie?
— Jeśli sądzisz, że to ważne, to zgadłeś — brzmiała odpowiedź.
— Czy zgadłem, czy nie, to wszystko jedno, ale to nie jest tak ważne, jak to, co...
— Przestańcie paplać! — przerwałem mu. — Czekajcie na swoją kolej! Są tu przed wami inni, którzy będą mieli coś do powiedzenia!
Zrozumiał, że omal nie popełnił błędu i zamknął sobie dłonią usta.
Przybywszy na dno zapadliny, odwiązaliśmy jeńców od koni, położyliśmy ich na ziemi, a sami usiedliśmy obok nich. Winnetou nie mógł wiedzieć, z czem ja kryłem się przed nim, dlatego rzucił mi pytające spojrzenie. Ja narazie nie zaspokoiłem jego ciekawości, lecz poprosiłem go, żeby on się podzielił ze mną tą ważną wiadomością, którą zapowiedział.
— Spodziewam się — rzekłem — że nie spotkało was nic przykrego?
Nim Winnetou zaczął mówić, wtrącił Old Wabble szyderczym tonem:
— Nawet coś bardzo przykrego dla was! Jeśli wam się zdaje, że wciąż jeszcze pewnie nas macie w swoim ręku, to mylicie się grubo!
Pshaw! — roześmiałem się ja na to. — Teraz nawet lepsze karty mamy w ręku, niż przedtem.
— Jakto?
— Dziś pojmaliśmy jeszcze jednego jeńca.
— I sądzicie, że to dla was takie korzystne? Niech wam Winnetou powie, jak rzeczy stoją!
Apacz przezwyciężył tym razem swoją dumę i rzekł ze wzgardą:
— Stary kowboy ma jad w ustach. Nie bronię mu plwać nim na nas.
— Tak, to jad, od którego wszyscy zginiecie, jeśli natychmiast nas nie puścicie na wolność, th’ is clear!
— Niepotrzebnie nas straszycie! — zauważyłem ja z przekąsem.
— Będziecie wy inaczej śpiewali, gdy się dowiecie, co zaszło podczas waszej nieobecności.
Wskazał na świeżo schwytanego Indyanina i mówił dalej:
— Wojownicy Osagów, nie mogąc się doczekać powrotu swego wodza, wysłali do niego tego człowieka, ażeby zbadał przyczynę jego długiej nieobecności. Ten przyszedł do lasku, w którym wzięliście nas do niewoli, ale nas już nie zastał. Wtedy ruszył naszym tropem i znalazł nasze wczorajsze obozowisko. Czy niczego się jeszcze nie domyślacie?
— Domyślam się tylko, że go przytem schwytano.
— Bardzo ładnie! Ale tego nie wiecie, że on miał towarzysza, który, będąc rozsądniejszym i ostrożniejszym od niego, umknął i pośpieszył po kilkuset Osagów, którzy już wkrótce was dopędzą. Radzę wam uwolnić nas natychmiast, gdy bowiem nadejdą Osagowie i zastaną nas jeszcze w waszym ręku, nie oszczędzą was, lecz zdmuchną, jak wiatr nędzne zapałki!
— Czy to wszystko, co chcieliście mnie powiedzieć? — zapytałem.
— Narazie. Jeśli jednak będziecie na tyle głupi, żeby nie posłuchać mojej rady, to dowiecie się więcej!
— To lepiej będzie, jeśli zaraz wystąpicie z tą nową groźbą!
— Nie. Chciałbym wpierw zobaczyć, czy Old Shatterhand ma choć setną część tego rozsądku, który mu ludzie błędnie przypisują.
— Tyle rozsądku nie potrzeba na to, żeby się wyśmiać z waszej groźby, wystarczy go sto razy mniej. Jeślibyśmy nawet przypuścili, że wszystko tak jest, jak mówicie, to w każdym razie wy znajdujecie się jeszcze w naszej mocy, a Osagów tutaj niema. Kto nam zabroni, żebyśmy was nie zdmuchnęli, jak wiatr nędzne zapałki?
Pshaw! Tego nie uczynicie, bo jesteście zbyt dobrym i miłosiernym chrześcijaninem, a nadto wiecie, że Osagowie pomściliby krwawo śmierć naszą.
— Co może zdziałać tych kilku ludzi wobec takich, jak Winnetou, nie mówiąc już o mnie!
— Zarozumiałość wasza jest wielka. To rzecz znana. Domyślam się nawet, co was napełnia taką otuchą.
— Co?
— Byliście, jak Winnetou w farmie Fennera i prosiliście o pomoc. Prawdopodobnie jest już w drodze kilku biednych kowboyów, którymi chcecie nas zastraszyć.
Pshaw! Gdybyście choć trochę umieli obliczać czas i przestrzeń, to byście wiedzieli, że z farmy Fennera byłbym nie mógł jeszcze wrócić. Byłem w zupełnie innej stronie, a na dowód z jaką miłością pamiętałem tam o was, przywiozłem wam tutaj kogoś.
— Ciekaw jestem, kogo? Pokażcie go nam!
— Chętnie zrobię tę przyjemność wam i waszemu sprzymierzeńcowi.
Powiedziałem Hammerdullowi do ucha kilka słów, a on skinął głową z uśmiechem, wstał i oddalił się zaraz. Wszyscy, nawet Winnetou, choć on nie okazywał tego po sobie, z napięciem oczekiwali, kogo grubas przyprowadzi. Gdy zaś przyszedł wkrótce z pojmanym Osagą, zawołał Szako Matto z przestrachem:
— Uff, uff!
All devills! — krzyknął Old Wabble. — To właśnie ten...
Utknął w połowie zdania. Dałem Hammerdullowi znak, żeby odprowadził czerwonego napowrót, bo ten mógł zdradzić obecność Apanaczki, i rzekłem do starego kowboya:
— Ten czerwony miał sprowadzić setki Osagów. Czy i teraz jeszcze sądzicie, że oni przyjdą?
— Niech was dyabeł porwie! — syknął do mnie.
— Uff! — wtrącił szybko Szako Matto. — Old Wabble zapomniał zupełnie o Nainim!
— O, nie! — odparł zagadnięty. Zwróciwszy się zaś do mnie, dodał: — Mam jeszcze jedną kartę, której wy nie potraficie przybić, chociaż uważacie się za tak mądrego!
— Co to za karta?
— Zaraz się dowiecie. Przypominacie sobie zapewne Llano, gdzie mieliście zaszczyt...
— Być przez was okradzionym — wtrąciłem.
— To także prawda, ale ja chciałem powiedzieć coś innego — rzekł starzec ze śmiechem. — Był tam młody wódz Nainich. Jak on się nazywał?
— Apanaczka — odpowiedziałem, udając, że nie domyślam sic niczego.
Yes. Apanaczka! Lubiliście go bardzo. Nieprawdaż?
— Nie przeczę.
— Słyniecie z nadzwyczaj dobrego serca, przypuszczam więc, że miłość wasza ku niemu nie zmalała.
— Przeciwnie, wzmogła się nawet!
Old Wabble mówił tonem wyższości, jak gdyby był pewny swej sprawy, a ja nie starałem się wyprowadzić go z tego błędu, zauważywszy, że Apanaczka sam już zabierał się do odegrania roli, do której ja chciałem go dopiero powołać. Hammerdull nie wrócił po odprowadzeniu Osagi, a zamiast niego ukazał się w krzakach wódz Nainich. Zapewne domyślił się, że chciałem jego osobą zrobić niespodziankę i zakradł się aż tu, nie czekając na moje wezwanie. Oczywiście dostrzegłem go tylko ja i bystry Winnetou.
— Wzmogła się nawet? — powtórzył za mną Old Wabble. — To znaczy, że jak dawniej uważacie go za swego przyjaciela i brata?
— Istotnie!
— Dla którego żadna ofiara nie byłaby zbyt wielką?
— Tak. Nie zostawiłbym go w niebezpieczeństwie, choćbym miał własne życie narazić.
— Bardzo ładnie! Właśnie mogę wam powiedzieć, że on znajduje się w tak wielkiem niebezpieczeństwie, jakie tylko być może.
— Rzeczywiście?
— Całkiem pewnie.
— Jakież to niebezpieczeństwo?
— On jest jeńcem Osagów.
— Nie wierzę temu.
Old Wabble spojrzał był na mnie jakby w nadziei, że ja się bardzo przestraszę. Gdy jednak odpowiedź moja nastąpiła tak prędko i w tak obojętnym tonie, zapewnił mnie skwapliwie:
— Może wam się ciągle zdaje, że ja blaguję? Bądźcie pewni, że mówię prawdę!
— Głupie gadanie!
— Zapytajcie o to tego Osagę, którego Winnetou wczoraj pochwycił! On przyniósł nam tę wiadomość, która nas ucieszyła tak, jak was z pewnością zmartwi.
— Mimoto wasze przekonanie o jego niewoli jest błędne!
— Mogę na to sto razy przysiąc!
Pshaw! Przysięgi Old Wabble’a nic w moich oczach nie znaczą! Czy pojmanie Apanaczki miało być owym atutem, którego ja nie potrafiłbym przybić?
— Oczywiście!
— Domyślam się, jaki macie w tem cel. Przypuszczacie, że wydamy was za niego!
— Widzicie, jak mądrzejecie, gdy was trącić nosem na miejsce właściwe! Odgadliście istotnie.
— Żal mi was, że jest miejsce, o które teraz wasz nos musi trącić.
— Jakie miejsce?
— Ten krzak na prawo od was. Zwróćcie łaskawie swój nos w tamtą stronę!
Old Wabble popatrzył w oznaczonym kierunku. Apanaczka, który słyszał każde słowo nasze, rozsunął teraz gałęzie rękoma i wyszedł do nas. Gdyby piorun był uderzył przed Szako Mattą i Old Wabble’m, byliby się tak nie przerazili, jak na widok wodza Nainich.
— No? — spytałem. — Kto z nas ma silniejszy atut?
Nikt mi nie odpowiedział. Wtem zabrzmiał głos tego, który zwykle mówił tylko wtedy, gdy go pytał przyjaciel Dick Hammerdull, to jest głos Pitta Holbersa:
Heigh-day, a to gaudium! Nie będzie żadnej wymiany jeńców. Old Wabble przegrał.
Starzec zgrzytnął strasznie zębami, zaklął okropnie i krzyknął głosem przerywanym z wściekłości:
— Psie, stokrotnie przeklęty! Jesteś w przymierzu z piekłem i wszystkimi dyabłami. Niewątpliwie zapisałeś im duszę swoją, bo inaczej nie udawałoby ci się każde przedsięwzięcie. Plwam na ciebie! Nienawidzę ciebie nienawiścią, jakiej jeszcze nikt nie odczuwał. Słyszysz, ty psie przeklęty!
— Ja ubolewam nad tobą z całego serca — odpowiedziałem spokojnie. — Poznałem wielu ludzi godnych pożałowania, ale tyś najgodniejszy ze wszystkich. Ty nie pojmujesz tego wcale, jaką litość sobą wzbudzasz. Oby kiedyś Bóg miał nad tobą choć drobną część tej litości i miłosierdzia, jakie ja teraz dla ciebie odczuwam. Oto odpowiedź na twe przekleństwo, albowiem każde przekleństwo z ust twoich zmienia się w błogosławieństwo dla tego, na kogo je rzucisz. Skończyłem z tobą. Jesteś tak nędzną istotą, że widok twój sprawia ból oku. No, zabieraj się stąd czemprędzej!
Poszedłem ku niemu, rozciąłem mu więzy i odwróciłem się od niego. Myślałem, że zerwie się natychmiast i ucieknie, lecz on wstał powoli, potem położył rękę na mem ramieniu, a wkońcu rzekł tonem wyraźnego szyderstwa:
— Boli cię oko na mój widok? Puszczasz mnie dlatego wolno? Nie wyobrażaj sobie jednak, że tak nieskończenie wyżej odemnie stoisz pod względem moralnym! Jeśli rzeczywiście żyje Bóg, w którego ty tak chełpliwie wierzysz, to ja w jego oczach równy jestem tobie, bo w przeciwnym razie on musiałby być gorszym drabem niż taki, za jakiego ty mnie uważasz. On stworzył mnie i ciebie, a jeśli ja wypadłem mu inaczej niż ty, to nie ja temu winienem, lecz on. Do niego więc zwróć się ze swem oburzeniem, nie do mnie, a gdyby rzeczywiście istniało życie wieczne i sąd ostateczny, z którego ja śmieję się serdecznie, to nie on mnie, lecz ja jego powinienem sądzić za to, że wyposażył mnie tak zwanemi wadami i grzechami. Zrozumiesz chyba nareszcie, jakie to dziecinne i śmieszne głupstwa ta wasza nabożność i bogobojność! Ty myślisz pewnie, że kierujesz się dobrocią, tymczasem w gruncie rzeczy postępujesz odpowiednio do poznania, które i ja posiadam, że nikt nie jest ani zły, ani dobry, bo Bóg, wynalazca grzechu pierworodnego, musiałby sam być temu winien. Bywaj zdrów, człowieku miłości i miłosierdzia! Pomimo twojej głupoty jestem dziś z ciebie zadowolony. Nie sądź jednak, że przy spotkaniu się z tobą przemówię do ciebie inaczej, aniżeli kulą! Dla nas obydwu niema miejsca na sawannie. Jeden z nas musi się stąd wynieść, a ponieważ ty się tak boisz widoku krwi ludzkiej, to ja ci jej trochę puszczę przy najbliższej sposobności. Was, inni panowie, żegnam temi samemi słowy i to samo wam obiecuję. Do widzenia!
Jeńcy nie mieli oczywiście broni, bo im ją odebrano. Strzelba Old Wabble’a wisiała na kuli u jego siodła, a nóż wetknął sobie za pas Dick Hammerdull. Stary kowboy przystąpił do grubasa i sięgnął ręką po nóż, lecz Dick cofnął się i zapytał:
— A ty czego szukasz za moim pasem?
— Mego noża! — oświadczył Old Wabble zuchwale.
— On teraz jest nasz, a nie twój!
— Oho! Czy mam do czynienia z opryszkami i złodziejami?
— Stul pysk, bo ci skoczę do niego, ty stary drabie! Znasz prawa preryi i wiesz, do kogo należy broń jeńca!
— Nie jestem już jeńcem, lecz wolnym człowiekiem!
— Wolnym, czy nie, to wszystko jedno, ale mnie to nic nie obchodzi. Jeśli Old Shatterhand wrócił ci wolność, to nie wynika z tego jeszcze, żebyś musiał i broń odzyskać.
— To zatrzymaj ją sobie i bądź przeklęty, gruby mopsie! Ja dostanę inny nóż od Osagów!
Poszedł do swego konia, zdjął strzelbę z siodła, zarzucił ją na plecy i chciał skoczyć na siodło. Wtem powstał Winnetou, wyciągnął doń rękę i rozkazał:
— Stać, powiesić strzelbę napowrót!
W postawie i twarzy Apacza było coś tak nieodpartego, że Old Wabble usłuchał go wbrew swemu zwyczajowi. Powiesił strzelbę na siodle, ale potem zwrócił się do mnie i zawołał:
— Co to ma znaczyć? Przecież koń i strzelba należą do mnie!
— Nie — odparł Winnetou. — Dając ci wolność, chciał mój brat Shatterhand okazać ci tylko odrazę, którą każdy musi wobec ciebie odczuwać. Zgadzamy się z nim wszyscy, gdyż wzdrygamy się na myśl o dotknięciu się ciebie ręką, nożem lub kulą. Nie oddajemy więc ciebie naszej zemście, lecz sprawiedliwości wielkiego Manitou. Byłbyś także wziął sobie swojego konia i broń, ale ponieważ zagroziłeś nam puszczeniem krwi, przeto nie otrzymasz teraz nic oprócz wolności. Odejdziesz teraz natychmiast, ale gdybyś się za dziesięć minut pokazał w pobliżu, to rzemień owinie ci się około szyi i przywiąże do gałęzi jednego z drzew. Powiedziałem. Howgh! A teraz precz!
Old Wabble roześmiał się głośno, skłonił się głęboko i odrzekł:
— Przemówiłeś, jak król. Szkoda tylko, że twoje słowa w moich uszach brzmią, jak szczekanie psa! Idę, ale zobaczymy się jeszcze!
Odwrócił się, wyszedł po pochyłem zboczu wgłębienia na górę i zniknął. Gdy dla ostrożności udałem się za nim kawał drogi, zobaczyłem, jak chwiejnym krokiem podążał zwolna po równinie. Szanowałem dawniej tego człowieka nietylko dla jego wieku, lecz i dlatego, że uważałem go za dzielnego westmana, teraz jednak zmieniłem moje zdanie pod tym względem. Gdybyśmy nawet mogli byli uważać go za lepszego człowieka, jako „man of the west“, przecież byłby nam na nic się nie zdał. Tym razem puściłem go wolno nie tyle wskutek namysłu, ile chwilowego odruchu przed uczuciem wstrętu, które nie pozwoliło mi przemówić doń ani słowa więcej.
Winnetou zgodził się na moje zarządzenie, ale Hammerdull i Holbers nie. Widziałem to po ich minach, ale nie odważyli się czynić mi wyrzutu z tego powodu. Natomiast Treskow, którego prawniczo-policyjne uczucia obrażała moja łagodność, rzekł do mnie, kiedy wróciłem:
— Nie weźcie mi tego za złe, mr. Shatterhand, że was zganię. Pomijam to, że nawet jako chrześcijanin nie postąpiliście poprawnie, bo chrześcijaństwo uczy, że po każdym złym uczynku powinna nastąpić kara. Ale postawcie się w położenie kryminalisty, przedstawiciela świeckiej sprawiedliwości! Co powiedziałby taki na to, że za każdym razem puszczacie wolno tak zepsutego i niepoprawnego łotra, jak ten Fred Kutter. Ten człowiek zasłużył już na śmierć więcej niż sto razy, jeśliby się tylko wzięło w rachubę jego zbrodnie jako „zabójcy Indyan“. A jeśli twierdzicie, że nas to nic nie obchodzi, to dowiedziono przecież, że kilkakrotnie godził na wasze i nasze życie, a teraz znowu zagroził nam śmiercią. Co ma prawnik na to powiedzieć, że staracie się poprostu uchylić od niego zasłużoną karę! Żadną miarą nie pojmuję pobudek waszego postępowania.
— Czy ja jestem prawnikiem, mr. Treskow? — odpowiedziałem na jego wyrzuty.
— Zdaje mi się, że nie.
— Albo kryminalistą?
— Prawdopodobnie nie.
— A zatem! Mimo to nie mam wcale zamiaru odwracać od niego zasłużonej kary, nie chcę tylko być jego sędzią ani katem. Jestem mocno przekonany, że już oddawna wisi nad jego głową ów miecz nieszczęsny, którym ugodzi go wyższa i potężniejsza ręka. Coś mię wstrzymuje od uprzedzania sprawiedliwości boskiej. Jeśli nie możecie zrozumieć mojego postępowania, to przyznajcie przynajmniej, że w duszy i sercu człowieka są prawa, których nie wolno przekraczać, nieubłagane i potężniejsze od wszystkich waszych pisanych paragrafów.
— Być może! Ja pod tym względem nie jestem tak czuły, jak wy. Muszę jednak zwrócić waszą uwagę na skutki, wynikające z waszego posłuszeństwa wobec tych tajemniczych, a niezrozumiałych dla mnie wewnętrznych praw.
— Jakie skutki? Wymieńcie mi taki wypadek!
— Ułaskawiliście Old Wabble’a. A co teraz uczynimy z wodzem Osagów i jego współwinnym? Czy także puścimy bezkarnie?
— Gdyby to zależało odemnie, tobym to zrobił.
— W takim razie niech dyabli porwą wszystkie wasze prawa preryowe, których wy nie stosujecie, pomimo że tak sławicie ich bezprzykładną surowość.
— Przedewszystkiem jestem chrześcijaninem, a dopiero potem westmanem. Biali oszukali Osagów, a ci postanowili sobie powetować to zapomocą napadu. Oni wedle swoich zapatrywań uważają się za zupełnie uprawnionych do tego. Czy wolno nam Szako Mattę karać za niewykonany zamiar?
— Pomińmy więc sprawę napadu. Ale tego mu nie można darować, że godził na nasze życie, chciał nas pochwycić i zabić!
— Czy spełnił ten zamiar?
— Nie, ale powinnibyście wiedzieć, że już samo usiłowanie jest karygodne!
— Hm, z was straszny prawnik!
— Jestem do tego uprawniony, to mój obowiązek. Was proszę, byście to samo stanowisko zajęli.
— Dobrze. Przypuśćmy, że samo usiłowanie jest karygodne. Czy jednak zamiar wodza Osagów urządzenia napadu na farmy i zabicia nas wszedł w okres usiłowania?
Treskow zawahał się z odpowiedzią, a potem mruknął:
— Zamiar... zamiar... usiłowanie... Usiłowanie na dalszą metę... Hm, to również nie zaszło! Dajcie mi spokój z tą drobiazgowością!
— Aha! Zaczynacie powoli ustępować ze swego stanowiska! Powiedzcie przecież jasno i pewnie: czy sam zamiar jest karygodny?
— Moralnie, ale nie sądowo.
Well! Czy należy Szako Mattę ukarać?
Milczał przez chwilę, poczem zawołał gniewnie:
— Jesteście najprzykrzejszym adwokatem, z jakim kiedykolwiek sędzia miałby do czynienia. Nie chcę nic więcej wiedzieć o tej sprawie!
— Powoli, powoli, mr. Treskow! Jestem surowszy, aniżeli wam się wydaje. Za sam zamiar nie możemy go ukarać, ale ja jestem za tem, żebyśmy zarządzili środki zapobiegawcze, które podobne są do kary jak rodzeństwo.
— To co innego! Cóż wnosicie?
— Teraz nic jeszcze. Nie tylko ja mam tu coś do powiedzenia.
— Bardzo słusznie! — potwierdził Dick Hammerdull skwapliwie. — Jakąś nagrodę musi oczywiście ten czerwony otrzymać. Nieprawdaż, stary szopie, Holbersie?
— Hm, jeśli sądzisz, że zasłużył na klapsa, to masz słuszność, kochany Dicku — odpowiedział długi.
— Naradźmy się więc, jak z nim postąpić! — rzekł Treskow, przybierając najsurowszą minę.
Wysoce zajmująca była gra wyrazów twarzy Szako Matty, gdy przysłuchiwał się naszej wymianie zdań. Nie stracił on ani słowa z tej rozmowy, wiedział więc, w jaki sposób zająłem się jego sprawą. Oko jego, patrzące z początku posępnie, spoczywało teraz na mnie z zupełnie innym, niemal przyjaznym wyrazem. Widać było, że odczuwał dla mnie wdzięczność. Mogło mi to być obojętne, bo nie kierowały mną uczucia osobiste, kiedy z jego powodu popadłem w zatarg z Treskowem. Gdy ten wezwał nas teraz poważnym tonem do narady, przerwał wódz Osagów milczenie i zwrócił się do mnie:
— Czy zechce teraz Old Shatterhand mnie wysłuchać?
— Mów! — rzekłem doń.
— Słyszałem słowa, których nie mogę dobrze pojąć, bo są mi obce, to jednak zrozumiałem, że Old Shatterhand był po mojej stronie, a tamta blada twarz przeciwko mnie. Winnetou, wódz Apaczów, milczał podczas tej sprzeczki. Zapewne więc godzi się na postanowienie swego przyjaciela i brata. Wprawdzie są oni obaj nieprzyjaciółmi Osagów, lecz wszyscy czerwoni wiedzą, jak sprawiedliwie myślą ci dwaj słynni wojownicy i jak sprawiedliwie postępują. Wzywam ich, by i dziś byli sprawiedliwi!
Zamilkł i popatrzył na mnie, jakby czekał na odpowiedź.
— Wódz Osagów — oświadczyłem — słusznie określił nasz sposób postępowania, niechaj się też nie obawia niesprawiedliwości z naszej strony. Muszę jednak sprostować jego mylne zapatrywanie, jakobyśmy byli wrogami Osagów. Pragniemy zawsze żyć w zgodzie ze wszystkimi czerwonymi i białymi ludźmi. Gdy nam jednak stanie ktoś w drodze, a nawet godzi na życie nasze, czyż mamy się nie bronić? A jeśli, broniąc się, zwyciężymy napastnika, czyż ma on prawo twierdzić, że jesteśmy jego wrogami?
— Old Shatterhand miał niewątpliwie mnie na myśli, mówiąc o obronie przed napastnikiem. Ale kto może o sobie powiedzieć ze słusznością, że go zaczepiano? Wódz Osagów, Szako Matto, chciałby zapytać, na co blade twarze mają sędziów i sądy?
— Ażeby wydawać wyroki i wymierzać sprawiedliwość.
— Czy te wyroki są zgodne z prawem, czy istotnie wymierzają sprawiedliwość?
— Tak.
— Czy Old Shatterhand wierzy w to, co mówi?
— Tak. Wprawdzie sędziowie są także ludźmi, którzy mogą się mylić, dlatego...
— Uff, uff! — wtrącił skwapliwie — dlatego mylą się zawsze, ilekroć chodzi o sprawiedliwość względem czerwonych mężów. Old Shatterhand i Winnetou siedzieli już przy stu obozowych ogniskach i tysiące razy słyszeli skargi, podnoszone przez czerwonych przeciwko białym. Nie chcę ani jednej z nich przytaczać, ani dodawać do nich nowej, ale jako wódz Osagów pozwolę sobie przedstawić, co już wycierpiał mój naród i co go teraz znów spotkało. Ileż to razy oszukały nas blade twarze, a my nie znaleźliśmy sędziego, któryby się zlitował nad nami i przyznał nam nasze prawa! Przed miesiącem dopuszczono się znowu względem nas wielkiego oszustwa, a gdy domagaliśmy się sprawiedliwości, wyśmiano nas. Co czyni biały człowiek, gdy sędzia odmówi mu sprawiedliwości? Zwraca się do sądu wyższego, a gdy i ten go z niczem odprawi, wymierza sobie sam sprawiedliwość: lynchuje swego przeciwnika, lub tworzy związki, które potajemnie i wbrew prawom niosą sobie pomoc, jeśli otwarcie i prawnie nie mogą jej uzyskać. Czemu czerwonemu mężowi nie wolno uczynić tego, co czyni biały? Wy mówicie: lynch, my mówimy: zemsta, wy mówicie: związek, a my: narada starszych. To wszystko jedno. Ale gdy wy pomagacie sobie sami, nazywacie to sprawiedliwością wymuszoną, a gdy my sami sobie radzimy, wy to określacie jako grabież i rabunek. Właściwa prawda jest ta: Biały to człowiek honorowy, który czerwonego nieustannie oszukuje i okrada, a czerwony to złodziej i rozbójnik, z którego biały ciągle skórę zdziera. Przytem mówicie ustawicznie o wierze i pobożności, o miłości i dobroci! Oszukano nas niedawno na mięsie, prochu i wielu innych rzeczach. Gdyśmy przyszli do ajenta z prośbą o pomoc, spotkaliśmy się z szyderczo uśmiechniętemi minami i lufami, groźnie do nas wymierzonemi. Wobec tego wzięliśmy sobie prochu i mięsa, gdzie się dało, bo bez tego żyć nie możemy. Za to zaczęto nas ścigać i zabito nam wielu wojowników. Jeśli wyruszyliśmy teraz, by pomścić śmierć poległych, to kto temu winien? Kto jest oszukanym, a kto oszustem? Kto ograbionym, a kto grabieżcą? Kto zaczepionym, a kto nieprzyjacielem? Niech Old Shatterhand da mi na te pytania słuszną odpowiedź!
Zwrócił na mnie spojrzenie, pełne oczekiwania. Cóż miałem i mogłem mu na to odpowiedzieć jako człowiek uczciwy? Winnetou wybawił mnie z tego drażliwego położenia i zabrał głos, choć milczał dotychczas:
— Winnetou jest najwyższym wodzem wszystkich plemion Apaczów. Żadnemu z wodzów nie może bardziej chodzić o dobro jego ludzi, aniżeli mnie o szczęście mego narodu. Zarzuty Szako Matty nie są dla mnie nowością. Ja sam podnosiłem je nieraz już przeciwko bladym twarzom, ale bez skutku. Czy jednak w wodzie, w której znajdują się ryby drapieżne, każda ryba musi żyć mięsem drugich? Czy w lesie, w którym żyją skunksy, musi każde zwierzę być śmierdzielem? Czemu wódz Osagów nie czyni żadnej różnicy? Żąda sprawiedliwości, a sam postępuje niesprawiedliwie, odnosząc się nieprzyjaźnie do ludzi, niewinnych niesprawiedliwości, wyrządzonej jemu i jego ludziom! Czy może nam przytoczyć choćby jeden wypadek, w którym by Old Shatterhand, albo Winnetou okazali się wrogami człowieka spokojnego? Czy nie słyszał nigdy, że przeciwnie nawet najgorszych wrogów oszczędzamy, jak tylko jest to możliwe? Gdyby zresztą dotąd o tym nic nie wiedział, to przekonał się teraz sam, kiedy mój brat i przyjaciel Shatterhand przemawiał za nim, chociaż wódz Osagów godził na jego życie. Szako Matto nie potrzebuje nadarmo słów tracić, bo my wiemy dobrze i oddawna to, co on nam chce powiedzieć, ale on zapewne nie wie tego, o czem my go pragniemy pouczyć, że kto żąda sprawiedliwości, sam nie powinien być niesprawiedliwym. On zamierzał nas oskalpować, a teraz widzi, że my mogliśmy zabrać mu skalp i życie. Ale niech zachowa sobie jedno i drugie. Odzyska nawet wolność, choć jeszcze nie dzisiaj. Za jego nieprzyjaźń odpłacimy mu dobrocią, a jego żądzę krwi względnością. Jeśli potem jeszcze będzie utrzymywał, że jesteśmy wrogami Osagów, to nie będzie godzien tego, żeby imię jego postało kiedy jeszcze na ustach czerwonego, albo białego wojownika. Szako Matto wygłosił długą mowę, a ja poszedłem za jego przykładem, chociaż jego słowa i moje były zupełnie zbyteczne. Powiedziałem. Howgh!
Teraz nastała głęboka cisza. Nietylko przemówienie, lecz także osoba i sposób wyrażania się Winnetou wywołały to wrażenie. Obaj wiedzieliśmy, iż słowa jego stosowały się nietylko do Osagi. Były zwrócone także do innych, a szczególnie do Treskowa. Szako Matto leżał z miną niewzruszoną. Nic nie wskazywało na to, żeby przemowa Apacza nań oddziałała. Treskow spuścił oczy i patrzył w bok, jakby w zakłopotaniu. Wreszcie spojrzał na mnie i powiedział:
— Zaprawdę, człowiek, obcując dłużej z wami i z Winnetou, musi wreszcie, czy chce, czy nie chce, przyjąć wasz sposób myślenia. Jeśli teraz uwolnicie wodza Osagów i jego ludzi, to ja pierwszy temu się nie sprzeciwie. Boję się tylko, że on potem na czele swoich ludzi puści się za nami, ażeby spróbować szczęścia i nas pochwycić.
— Zobaczymy! Z waszych słów wnioskuję, że uważacie teraz naradę za zbyteczną.
— Tak jest rzeczywiście. Czyńcie, co chcecie!
Well! Uporam się rychło! Słuchajcie zatem, co postanawiam w porozumieniu z Winnetou! Szako Matto pojedzie z nami na taką odległość, z której nie będzie mógł być dla nas niebezpiecznym. Będzie wprawdzie skrępowany, ale otaczany takimi względami, jakie każdy prawy westman powinien mieć dla wodza walecznego narodu. Obaj wojownicy jego są wolni. Niech wrócą nad Wara-tu i oznajmią Osagom, że wódz ich pojmany, że blade twarze ostrzeżono, że gdyby mimo to odważyli się napaść na farmy, to wódz ich zginie od kuli. Rozwiążcie im rzemienie!
Wezwanie to odnosiło się do Hammerdulla i Holbersa, którzy też zaraz uwolnili jeńców. Ci, zerwawszy się z ziemi, chcieli pobiec do swoich koni, lecz ja zabroniłem im tego, mówiąc:
— Stać! Nie pojedziecie do Wara-tu, lecz pójdziecie pieszo. Wasze konie i strzelby my zabieramy. Czy je odzyskacie, to będzie zależało od zachowania się Szako Matty. Idźcie więc i powiedzcie braciom swoim, że to Old Shatterhand oswobodził wczoraj Apanaczke, wodza Nainich!
Nie mogli pogodzić się z tą myślą, że będą musieli bez koni i bez broni wracać. Spojrzeli pytająco na swego wodza, a on im rzekł:
— Czyńcie, co wam Old Shatterhand rozkazał! Gdyby wojownicy Osagów nie wiedzieli, jak mają postąpić, niech zapytają Honskej-nonpeja[10], na którego zdaję dowództwo. On zrobi, jak należy!
Przypatrywałem się ostro jego twarzy, gdy mówił do swoich ludzi, lecz ani jeden rys jej nie okazywał, czy to odstąpienie dowództwa oznaczało dla nas na później walkę, czy pokój. Obaj uwolnieni weszli na zbocze, a potem oddalili się w tym kierunku, w którym udał się był Old Wabble.
Konie ich zatrzymałem z kilku powodów. Mając wierzchowce, byliby się dostali do Wara-tu o wiele rychlej, niż pieszo i spodziewany pościg byłby mógł się zacząć o kilka godzin wcześniej. Zyskaliśmy więc dużo na czasie. Nadto były to bardzo dobre konie, bo jeńcy wysłani byli w daleką drogę, którą należało prędko przebyć, a my właśnie takich koni potrzebowaliśmy. Broń ich także mogła nam się przydać. Apanaczka, który, jak wiadomo, miał tylko nóż, wziął sobie niezłą strzelbę Szako Matty. Porzucił oczywiście narazie pierwotny zamiar udania się po świętą glinę i postanowił towarzyszyć nam do Colorado. Ponieważ należało się spodziewać prawie napewno, że Osagowie, otrzymawszy wiadomość o dostaniu się wodza w nasze ręce, ruszą natychmiast do Ki-pe-ta-ki, a stamtąd za nami, by go uwolnić, przeto nie mogliśmy zabawić dłużej na tem miejscu. Szako Mattę przywiązano do konia, zostawiwszy mu jednak do pewnego stopnia swobodę ruchów. Holbers i Treskow dosiedli koni Osagów, a resztę zwierząt wzięto pod juki. Tak opuściliśmy miejsce „Starej kobiety“.
W dalszej drodze musieliśmy oddalić się od rzeki Republikan, bo skręcała na północ do Nebraski. Jechaliśmy wprost na zachód, aby się dostać do rzeki Salmon. Podwójne niebezpieczeństwo nam groziło. Przed nami podążał oddział „generała“, którego trop spodziewaliśmy się znaleźć niebawem, a za nami Osagowie, których pościg był bardzo prawdopodobny. Ani jedno, ani drugie jednak nie budziło w nas wielkiego niepokoju. Nie przeczuwaliśmy, że zagrażało nam jeszcze trzecie niebezpieczeństwo, o wiele bliższe, choć jechaliśmy wprost na nie.
Mogliśmy dla zmylenia Osagów zwrócić się nieco na południe, ale po pierwsze nie baliśmy się tych Indyan, po drugie przez to okrążenie byłby się opóźnił termin spotkania się naszego z Old Surehandem. Zachowaliśmy więc kierunek zachodni aż do południa dnia następnego, o tym czasie bowiem otrzymaliśmy wiadomość, która skłoniła nas wbrew naszym pierwotnym zamiarom do zboczenia na południe.
Natknęliśmy się na trzech jeźdźców, od których usłyszeliśmy, że po całej okolicy, leżącej przed nami, snuje się bardzo liczna zgraja trampów. Spotkani przez nas ludzie wpadli byli w ręce części tej bandy i nietylko zostali zupełnie ograbieni, lecz nadto jeden z nich otrzymał dość niebezpieczną ranę postrzałową w udo. Kto słyszał o trampach lub, co gorsza, poznał ich osobiście, ten pojmie, że nie pragnęliśmy zobaczyć się z tymi niegodziwymi ludźmi, których każdy prawy westman unika, jak plugastwa, bo wstydzi się mierzyć z nimi swe siły. Jak najwprawniejszy i najwytworniejszy szermierz na florety nie da rady widłom ordynarnego parobka stajennego, tak każdy uczciwy myśliwiec na preryi ustępuje, o ile możności, z drogi tym wyrzutkom społeczeństwa ludzkiego. Nie czyni tego z obawy przed nimi, lecz z odrazy dla nikczemności ich postępowania.
Z tych samych pobudek i my zwróciliśmy się na południe, a przeprawiwszy się już wieczorem przez północne ramię rzeki Salmon, rozłożyliśmy się na prawym jej brzegu na nocleg.
Tu dopiero opowiedział mi Apanaczka, co przeżył od czasu, gdyśmy się rozstali na Llano Estacado. Jego jazdy z Old Surehandem do fortu Terrel, jak wspomniano, nie uwieńczył pożądany skutek, gdyż nie znaleźli tam poszukiwanego Dana Ettersa. Nikt tam wogóle nie słyszał tego nazwiska, ani nie znał jego właściciela.
— Sprawdziła się więc moja ówczesna przepowiednia — rzekłem ja, gdy Apanaczka skończył. — Nie dowierzałem owemu „generałowi“, bo czułem, że on usiłuje Old Surehanda wywieść w pole co do tego Ettersa, nie zdołałem tylko odgadnąć, w jakim celu to czyni. Wyglądało to tak, jakby on dokładniej znał stosunek Old Surehanda do Ettersa, niż to po sobie okazywał. Zwróciłem na to uwagę naszego przyjaciela, lecz on nie chciał wierzyć. Czy mówił o tem z bratem Apanaczką?
— Nie.
— Nie wspomniał ani słowem, dlaczego tak gorliwie szuka Ettersa?
— Ani jednem.
— Potem rozstaliście się nad Rio Pecos, a ty wróciłeś do swego szczepu?
— Tak, pojechałem do Kaam-kulano.
— Gdzie matka przyjęła cię z radością?
— Poznała mnie w pierwszej chwili i przyjęła z miłością, ale potem opuścił ją znowu duch jej — odrzekł nagle zasępiony.
Nie zważając na jego nastrój, zapytałem:
— Czy przypominasz sobie jeszcze słowa, które z ust jej słyszałeś?
— Tak. Ona mówi je stale.
— Czy i dziś jeszcze wierzysz, że one należą do guseł indyańskich?
— Tak.
— Wiara twoja jet w tym względzie błędna. W duszy matki tkwią obrazy zdarzeń i osób, które nie mogą stać się wyraźniejszemi. Czy nie zauważyłeś u niej chwili, w którejby te obrazy stały się jaśniejszymi?
— Nie. Nie przebywałem z nią wiele, gdyż musiałem ją pożegnać wkrótce po powrocie do domu.
— Dlaczego?
— Wojownicy Nainich, a szczególnie Wupa Umugi, wódz ich, nie chcieli mi przebaczyć, że mój biały brat, Old Shatterhand, uznał mię za godnego wypalenia z nim fajki przyjaźni i wierności. Tak mi utrudnili życie w „Dolinie zajęczej“, że odszedłem.
— Dokąd?
— Do plemienia Komanczów Kanean.
— Czy ci przyjęli mego brata natychmiast?
— Uff! Gdyby to nie Old Shatterhand powiedział, śmiałbym się z tego pytania! Byłem najmłodszym wodzem Nainich, ale nikt mię tam pokonać nie zdołał. To też ani jeden głos nie podniósł się przeciwko mnie, kiedy mężowie Kaneanów naradzali się nad przyjęciem mnie do swego szczepu. Teraz jestem najwyższym wodzem tego plemienia.
— Cieszy mię to bardzo, bo cię lubię. Czy nie mogłeś zabrać matki od Nainich?
— Chciałem to uczynić, ale mąż, którego ona jest żoną, nie dopuścił do tego.
— Guślarz? Nie nazywasz go ojcem, lecz mężem, którego matka twoja jest żoną? Zauważyłem to już wtedy, że go nie kochasz.
— Nie mogłem wtedy oddać mu mego serca, a teraz nienawidzę go, bo oddziela mię od kobiety, która mię na świat wydała.
— Czy wiesz napewno, że to twoja matka?
Spojrzał na mnie wzrokiem człowieka, zaskoczonego niespodzianką i powiedział:
— Dlaczego mnie tak pytasz? Wiem, że Old Shatterhand nie powie nigdy słowa bez powodu, że czyni i mówi wszystko po głębokim namyśle. Zapewne i teraz dla ważnej przyczyny zadaje mi tak osobliwe pytanie.
— Rzeczywiście mam do tego powód, ale to nie owoc namysłu, lecz skutek głosu, który już dawniej odzywał się w mem sercu. Czy Apanaczka odpowie mi na pytanie?
— Odpowiem, choćbym nie rozumiał, dlaczego pytasz. Skwaw, o której mówimy, jest moją matką. Nigdy nie myślałem inaczej i kocham ją bardzo.
— Czy ona rzeczywiście — jest żoną guślarza?
Apanaczka znowu odparł tonem zdziwienia:
— Nie rozumiem i tego pytania. Zawsze przecież uważali ich wojownicy nasi za męża i żonę.
— Ty także?
— Oczywiście.
— Ale jego nie lubisz?
— Powiedziałem już, że go nienawidzę.
— Wszak jesteś pewien, że to twój ojciec.
— Zawsze nazywano go moim ojcem.
— A on siebie tak nazywał? Przypomnij sobie!
Spuściwszy głowę, milczał Apanaczka przez chwilę, potem podniósł twarz nagłym ruchem i rzekł:
— Uff! Teraz sobie przypominam, że nigdy, ani razu nie nazwał mnie szi yej.
— Ale matka mówiła do ciebie se tsej?
— Także nie!
Wyrazy, oznaczające „mój synu“, są u większości plemion indyańskich inne, gdy je mówi ojciec, a inne, gdy ich używa matka. U Nainich ojciec odzywał się do syna szi yej, a matka se tsej. Apanaczka mówił dalej:
— Oboje mówili do mnie tylko: omi[11]. Matka nazywała mnie czasem se tsej, lecz tylko wtedy, gdy mówiła o mnie z drugimi.
— To szczególne, to osobliwe! Chciałbym teraz wiedzieć jeszcze, czy on nazywa ją iwo uszingwa[12], a ona jego iwuete[13].
Namyślał się znów przez chwilę, a potem odpowiedział:.
— Zdaje mi się, że nazywali się tak, kiedy byłem jeszcze bardzo młody, ale od owych czasów nie słyszałem tych słów w ich ustach.
— Od tego więc czasu używała tylko słów Tibo taka i Tibo wete?
— Tak.
— A ty uważasz te słowa za wyrazy guślarskie?
— Tak.
— Dlaczego?
— Bo ojciec twierdził zawsze, że to gusła. Jest to niewątpliwie prawda, bo niema czerwonego, ani białego męża, któryby wiedział, co znaczyło słowo Tibo. A może wie to brat Shatterhand?
Ja także tego nie wiedziałem. Przypomniały mi się wprawdzie francuskie nazwiska Thibaut i Thibault, lecz łączenie ich z równobrzmiącem Tibo wydało mi się rzeczą zbyt śmiałą. Chciałem właśnie dać odpowiedź, wyrażającą tę myśl, lecz nie zdążyłem, gdyż uprzedziły mię dwie osoby, które nie uważały na pierwszą część rozmowy, potem jednak, usłyszawszy z ust moich słowa Tibo taka i Tibo wete, zwróciły się do nas z tem większem zajęciem.
Swego czasu przyrzekłem był na Llano Estacado Apanaczce, że nikomu nie wyjawię tych słów tajemniczych. Dotrzymałem obietnicy tak wiernie, że nawet wobec Winnetou nie wspomniałem o nich. To też zdziwiłem się niemało, kiedy teraz Apacz przerwał naszą rozmowę słowami:
— Tibo taka i Tibo wete? Ja znam te słowa!
A prawie równocześnie z nim zawołał wódz Osagów:
— Ja także znam Tibo taka i Tibo wete! Byli w obozie Osagów i ukradli nam dużo futer i koni.
Apanaczka zdumiał się oczywiście tak samo jak ja i zwrócił się najpierw do Winnetou:
— Skąd Wódz Apaczów zna te słowa? Czy był kiedy w obozie Nainich?
— Nie, ale ojciec mój Inczu-czuna spotkał był raz mężczyznę i kobietę, którzy nazywali się Tibo taka i Tibo wete. On był bladą twarzą, a ona Indyanką.
— Gdzie ich spotkał? Gdzie to było?
— Na skraju Estacada. Oni sami i konie ich były już blizkie śmierci głodowej. Kobieta trzymała na rękach chłopczyka, owiniętego w chustę. Ojciec mój zajął się nimi, zaprowadził do najbliższej wody, by ich nakarmić i napoić, a gdy przyszli do siebie, chciał ich zaprowadzić do najbliższej osady bladych twarzy. Oni woleli jednak, żeby im pokazał, gdzie przebywali wówczas Komancze. Jechał więc z nimi przez dwa dni, dopóki nie znalazł śladów tych Indyan. Ponieważ ci byli jego śmiertelnymi wrogami, przeto musiał zawrócić, lecz wybawionej przez siebie rodzinie dał mięsa i dynię wody i dokładne wskazówki, gdzie miała szukać Komanczów.
— Kiedy to się zdarzyło?
— Kiedy ja byłem małym chłopcem. — Czego jeszcze dowiedział się brat mój o tych dwu osobach i ich dziecku?
— Słyszałem, że kobieta utraciła duszę, że mówiła bezładnie, a gdzie tylko znalazła krzak jaki, odrywała zieloną gałązkę i owijała ją sobie dokoła głowy.
— Więcej nic nie wie Winnetou?
— To wszystko, co mi ojciec opowiadał o tem spotkaniu.
Apacz potwierdził ruchem ręki, że nic więcej niema do powiedzenia i zapadł w poprzednie milczenie. Wtem odezwał się Szako Matto:
— Ale ja mogę więcej powiedzieć, bo znam lepiej tych złodziei, aniżeli Winnetou, wódz Apaczów.
Teraz chciał Apanaczka zabrać głos, lecz ja dałem mu znak, ażeby milczał. On to zapewne był tym chłopcem małym, a ponieważ Osaga posądził o kradzież owego mężczyznę i kobietę, którzy uchodzili za jego rodziców, przeto chcąc zapobiec bezpośredniej, a ciężkiej obrazie, przemówiłem zamiast niego:
— Niech wódz Osagów, Szako Matto, podzieli się z nami wiadomościami o tych osobach! Prawdopodobnie nie usłyszymy o nich nic dobrego.
— Old Shatterhand ma słuszność — potwierdził Osaga. — Czy znał Old Shatterhand człowieka, który nazywał się Raller i był u bladych twarzy oficerem?
— Nie znam oficera o tem nazwisku.
— W takim razie jest tak, jak się później domyśliłem. On podał nam wówczas fałszywe nazwisko i przybył do nas tylko w tym celu, by nas okpić. Szukaliśmy go wszędzie, a ja byłem nawet w fortach i w wielkich miastach bladych twarzy, ażeby się o niego dopytać, ale nigdzie nie znali oficera nazwiskiem Raller.
— Są tu dwa wypadki możliwe: albo on był oficerem i nie nazywał się Raller, albo się tak nazywał i nie był oficerem. Czego chciał od wojowników Osagów?
— Zjawił się był sam u nas w ubraniu oficera i przedstawił się jako poseł białego ojca[14] w Waszyngtonie. Oświadczył nam, że wybrano nowego białego ojca, który go wysłał do nas, by nam oznajmić, że miłuje czerwonych mężów, że chce żyć z nimi w pokoju i lepiej o nich się starać, aniżeli dawniejsi biali ojcowie, którzy nie byli względem nich dobrzy i uczciwi. Ta zapowiedź podobała się wojownikom Osagów. Przyjęli więc posła jak przyjaciela i brata, okazując mu większą cześć, aniżeli swemu najstarszemu wodzowi. Zawarli także z nim umowę, którą zobowiązali się dostarczyć jemu skór i futer, a on za to miał im dać stosowną ilość broni, prochu, ołowiu, noży, tomahawków, gotowych ubrań i ozdób dla kobiet. Zostawił im dwa tygodnie czasu do namysłu nad umową i odjechał. Powróciwszy jeszcze przed tym terminem, przyprowadził z sobą białego męża, bardzo piękną, młodą, czerwoną skwawę i małego chłopaka. Biały mąż miał rękę zawiniętą wskutek rany postrzałowej, która, jak badanie wykazało, goiła się dobrze. Młoda kobieta była jego żoną, a chłopak synem, ale piękne ciało kobiety było próżne, albowiem duch je opuścił. Mówiła o Tibo taka i Tibo wete i splatała sobie gałązki na głowie. Powtarzała także wyrazy: Wawa Derrik, ale my nie wiedzieliśmy, co to znaczy, a biały, którego była żoną, zapewniał, że także nie rozumie jej mowy. Przyjęto ich u nas bardzo serdecznie, a Ratler odjechał potem znowu.
Szako Matto przerwał tu opowiadanie, a ja skorzystałem z tego i zapytałem:
— Czy z zachowania się wzajemnego obydwu białych można było wnosić, że łączyła ich przyjaźń, czy tylko zwykła znajomość? Ta okoliczność będzie niewątpliwie bardzo ważna w tej sprawie.
— Byli przyjaciółmi, gdy im się zdawało, że na nich ludzie patrzą, a ilekroć myśleli, że ich nikt nie widzi, kłócili się z sobą.
— Czy mąż tej kobiety miał jakie znamię na ciele?
— Nie. Oficerowi tylko, który się nazywał Raller, brakowało dwu zębów.
— Gdzie? — spytałem czemprędzej.
— Na przodzie w górze, jednego z prawej, a drugiego z lewej strony.
— To Etters! — zawołałem.
— Uff! To był Dan Etters! — odezwał się nagle milczący zazwyczaj Winnetou.
— Etters? — zapytał wódz Osagów. — Zdaje mi się, że nie słyszałem tego nazwiska. Czy ten człowiek tak się nazywał?
— Pierwotnie może inaczej. Był to lub jeszcze jest wielki zbrodniarz, który przybierał wiele fałszywych nazwisk. Jak nazywał rannego białego? Musiał przecież czasem w rozmowie wypowiedzieć jego nazwisko.
— Gdy byli w zgodzie, nazywał go Lo-tej, a gdy sądząc, że są sami, kłócili się z sobą, mówił do niego często w gniewie: E-ka-mo-tej.
— Czy to nie pomyłka? Czy wódz Osagów zapamiętał sobie dobrze te nazwiska? Może zmieniły się w jego pamięci w tym długim czasie?
— Uff! — zawołał. — Szako Matto pamięta zwykle imiona ludzi, których nienawidzi, tak dobrze, że zostaną mu w głowie aż do śmierci.
Mimowoli oparłem łokieć na kolanie, a głowę na dłoni. Wpadłem na myśl śmiałą, a jednak dość blizką prawdy, lecz wahałem się ją wyjawić. Winnetou spojrzał na mnie, uśmiechnął się lekko i rzekł:
— Niech moi bracia przypatrzą się Old Shatterhandowi! Wygląda teraz tak, jak wtedy, gdy wpadnie na ważny trop.
Ja wątpiłem bardzo, czy mina moja była tak mądra. Wiem również, że ilekroć zagłębię się w myślach, przybieram dość głupi wyraz twarzy. Dick Hammerdull widocznie także to spostrzegł, bo zauważył do słów Winnetou:
— Mnie się zdaje, że jest przeciwnie. Mr. Shatterhand wygląda teraz tak, jak gdyby zgubił właśnie ważny trop, a nie znalazł. Czy nie tak, stary szopie, Holbersie?
— Hm! — mruknął długi, stając po mojej stronie. — Jeśli ci się zdaje, że twoja twarz wygląda mądrzej od jego, to jesteś ropuchą, uważającą się za żywy wizerunek boski!
— Milcz! — ofuknął go grubas. — Co ty wiesz o bogach i ich wizerunkach? Mnie porównywać z ropuchą! To obraza majestatu, za którą powinienbyś dostać przynajmniej dziesięć lat eastern penitentiary[15].
— Ty milcz! — odparł Pitt Holbers. — Nie ja, lecz ty dopuściłeś się obrazy majestatu, porównywając twarz Old Shatterhanda z swoją. Ty właśnie wyglądasz tak, jakbyś nie zgubił ślad, lecz nigdy go nie znalazł. Jestem wprawdzie twoim przyjacielem, lecz nie pozwolę, żebyś bezkarnie obrażał mr. Shatterhanda!
Ta nagana, dana przyjacielowi, była widocznie poważnie pomyślana, bo byłby wbrew swemu zwyczajowi nie mówił tak długo. Ja podziękowałem mu za to spojrzeniem, chociaż wiedziałem, że Dick Hammerdull żartował. Zwróciwszy się do Winnetou i Szako Matty, powiedziałem:
— Może ja się mylę, ale wpadłem na myśl, której nie chciałbym odrzucić bez zbadania. Zdaje mi się, że teraz wiem, co znaczy tajemnicze słowo: Tibo. Idzie tylko o to, czy wódz Osagów dobrze zachował w pamięci te dwa nazwiska, które przedtem wymienił. Pierwsze z nich brzmiało: Lo-tej. Jest to właściwością wymowy Szako Matty, że pierwszą literę wymówił napół jak „l“ i jak „r“. Prawdopodobnie było to: „Lothaire“, francuskie imię.
— Tak, tak! — wtrącił Osaga. — Tak brzmiało to imię, gdy je wymawiał Raller.
— Dobrze! W takim razie drugie słowo „eka-motej“, było francuskiem „escamoteur“, oznaczającem człowieka, który z wielką wprawą dokazuje sztuczek czarodziejskich. Potrafi n. p. sprawić, że różne przedmioty w niepojęty sposób znikają i ukazują się napowrót.
— Uff, uff, uff! — zawołał Szako Matto. — Widzę, że Old Shatterhand znajduje się na dobrym tropie!
— Rzeczywiście? — zapytałem ucieszony.
— Czy może ten ranny biały popełnił wówczas to głupstwo i zabawiał Osagów takiemi sztuczkami?
— Istotnie. Robił to, że wszystko znikało i ukazywało się znowu. My uważaliśmy go za tak wielkiego czarownika, jakiego nigdy wśród czerwonych mężów nie było. Mężczyźni, kobiety, chłopcy i dziewczęta przypatrywali mu się ze zdumieniem, a często nawet z przerażeniem.
— Teraz przypomnę wodzowi Apaczów człowieka, o którym on także słyszał. W obecności jego i mojej opowiadano nieraz o słynnym niegdyś, a później zapomnianym, eskamoterze i o jego sztuczkach, które uznano nietylko za niezrównane, lecz wprost niemożliwe do spełnienia dla innych. Nazywano go mr. Lothaire, the king of the conjurers.
— Uff! — potwierdził Apacz. — Słyszeliśmy o nim nieraz w fortach i przy obozowych ogniskach.
— Czy mój brat wie, dlaczego ten człowiek musiał potem zniknąć?
— Podrabiał pieniądze i puszczał je w obieg. Kiedy go miano zaaresztować, zastrzelił dwu urzędników policyjnych, a jednego zranił.
— Nietylko to! — dodał Treskow. — Nie znam wprawdzie osoby, ale o tym wypadku słyszałem, albowiem wspominano o nim często w kołach urzędniczych, jako bardzo pouczającym dla służby policyjnej. Temu Lothaire’owi udało się kilka razy uniknąć pościgu w sposób nader wyrafinowany. Nadto, gdy uciekał, popełniał nowe morderstwa. Łotrostwa jego były tak niezwykłe, że stały się przedmiotem nauki. Pochodził on nie pamiętam z której francuskiej kolonii, gdzie także nie mógł się już pokazać. Był to, jeśli się nie mylę, Kreol z Martyniki, a ostatni raz widziano go w forcie Bents nad Arkanzasem.
— Lothaire było tylko jego imię. Zdarza się często, że tacy ludzie obierają sobie imiona za nazwiska artystyczne. Czy nie przypominacie sobie, mr. Treskow, jego właściwego nazwiska?
— Nazywał się... Nazywał... hm, jakżeż on się nazywał? Było to także nazwisko czysto francuskie. Ach! Nazywał się Lothaire Thibaut i... a do kroćset! Otóż mamy wyraz Tibo, który, jak słyszałem, napróżno starano się odgadnąć.
— Istotnie zagadka już rozwiązana! „Taka“ znaczy mąż, a „wete“ żona. Thibaut taka i Thibaut wete, to, pan i pani Thibaut. Żona guślarza, podając swoje pełne nazwisko, mówiła Tibo wete elen. Co może znaczyć to „elen“. Ja się domyślam.
— Czy byłoby to imię Ellen?
— Prawdopodobnie. Jeśli żona guślarza nie zamienia w obłąkaniu siebie z inną, lecz jest rzeczywiście Thibaut wete Ellen, to jest ochrzczoną Indyanką z plemienia Mokwi.
— Dlaczego Mokwi?
— Bo mówi także o swoim wawa, czyli bracie Derriku. Taka, wete i wawa, to wyrazy, wzięte z języka Mokwi. Thibaut taka był słynnym eskamoterem i znikł wśród Indyan, bo między białymi nie mógł się już nigdzie pokazać. Jako eskamoter łatwo został guślarzem u Indyan i zdobył sobie u nich wielkie poważanie.
— Ale barwa, barwa skóry indyańskiej!
Pshaw! To drobnostka dla takiego sztukmistrza! Teraz jestem prawie pewien, że Tibo taka i Tibo wete nie są mężem i żoną. Gdyby zaś nimi byli, to w każdym razie Apanaczka nie jest ich dzieckiem, a przynajmniej nie synem eskamotera, który też nigdy nie obchodził się z nim jak z synem.
Apanaczka bardzo uważnie słuchał naszego wnioskowania, albowiem każde słowo miało dla niego wielkie znaczenie. Na twarzy jego przebijały się najsprzeczniejsze uczucia. Wątpliwość, czy guślarz był jego ojcem, oraz podejrzenie, że mógł być zbrodniarzem, mniej go dotykały. On bolał z pewnością więcej z tego powodu, że chciałem mu odebrać matkę. Zauważyłem jego niepokój, wydało mi się nawet, że zamierzał obalić moje domysły, lecz ja skinąłem nań, żeby milczał, i zwróciłem się znowu do Szako Marty:
— Przerwaliśmy wodzowi Osagów opowiadanie, a teraz prosimy, by mówił dalej. Biały, który nazywał siebie Rallerem, nie dotrzymał oczywiście zawartej z wami umowy?
— Nie, gdyż był to oszust, jak przeważna większość bladych twarzy. Wojownicy Osagów nie złamali umowy, wydobyli futra i skóry z dołów, w których je przechowywali, i przynieśli mu je do obozu — odpowiedział Szako Matto.
— Gdzie znajdował się on podówczas?
— Nad rzeką, zwaną przez białych Arkanzas.
— Aha! Tam właśnie widziano Thibauta poraz ostatni. Jak się to wszystko pięknie zgadza! Czy skór było dużo?
— Bardzo wiele tobołów. Ogromne czółno było pełne.
— Co? Raller miał czółno?
— Nawet bardzo wielkie. Zbudowaliśmy jemu z drągów i skór. Samych tylko futer bobrowych było więcej, niż dziesięć razy po dziesięć wiązek, jedna po dziesięć dolarów, nie licząc innych futer, które kosztowały razem jeszcze więcej.
— Takie mnóstwo? Przecież nie mógł wieźć ich daleko, lecz musiał je wkrótce sprzedać. Dokąd chciał to zawieźć?
— Do fortu Mann.
— Aha! Fort ten leżał nad rzeką Arkanzas, wtem miejscu, w którem przecinała ją bardzo ożywiona droga Cimarron. Tam panował wielki ruch, przebywało zawsze wielu handlarzy futer ze znacznymi kapitałami, którzy mogli każdej chwili taką sumę zapłacić. Była tam także silna załoga wojskowa. Tem, że się tam wogóle puścił, a w dodatku dla wykonania takiego oszustwa, dokazał zuchwalstwa, nie mającego równego sobie. Z waszej zaś strony było to wielką nieostrożnością powierzać mu tyle towarów. Domyślam się, że wyjechał od was całkiem swobodnie, żeście mu nie dodali nikogo dla straży.
— Old Shatterhand odgadł dobrze. Uważaliśmy go za wysłannika wielkiego białego ojca, sądziliśmy więc, że możemy mu zaufać. Pozyskał nas sobie właśnie tem, że sam prosił, byśmy go odprowadzili do fortu Mann, gdzie mieliśmy otrzymać zapłatę w towarach.
— Ilu Osagów towarzyszyło mu?
— Sześciu. Ja także byłem z nimi.
— Czy w łodzi zmieściło się tyle osób? Chyba nie!
— Dwu ludzi wziął on do czółna dla pomocy przy wiosłach, a czterech innych musiało konno podążyć za nim wzdłuż brzegu. Ażeby nie pozostać w tyle za szybko idącym statkiem, musieliśmy wybrać najlepsze konie.
— Jak on wszystko sprytnie obmyślił! Jestem pewien, że mu także o te konie chodziło.
— Old Shatterhand zgadł. Działo się to w tej porze, kiedy rzeka ma dużo wody i prąd silny. Łódź przeto dotarła do fortu o dzień prędzej, aniżeli my na koniach. My przybyliśmy wieczorem już dość późno, bo gdy nas tylko wpuszczono, zaraz bramę zamknięto. Wyjść już potem nie mogliśmy. Przy naszych koniach zostało przed fortem dwu wojowników na straży. Raller ugościł nas obfitem jadłem i wodą ognistą, której tyle wypiliśmy, że potem spaliśmy do wieczora dnia następnego. Gdyśmy się przebudzili, nie było już ani Rallera, ani owego białego ze skwawą i dzieckiem, ani koni naszych, ani wojowników, którzy ich mieli pilnować. Gdyśmy zażądali wyjaśnienia, jak się to wszystko stało, powiedziano nam, że Raller sprzedał wszystkie futra jeszcze przed naszem przybyciem. Gdy myśmy zapadli w twardy sen, upojeni wodą ognistą, on kazał otworzyć bramę, poczem on, ów biały i skwaw z dzieckiem zniknęli z fortu. Ponieważ była noc, nie mogliśmy już odszukać jego śladów, lecz musieliśmy zaczekać do następnego rana, co nas wielce rozgniewało. Rozdrażnienie nasze zwiększyło się, gdy na nasze żądanie, żeby nam wydano futra, które się znajdowały w łodzi, żołnierze i reszta bladych twarzy z nas się wyśmiała. Kiedyśmy okazali gniew z tego powodu, zamknięto nas, nie dano jeść, ani pić i wypuszczono dopiero po trzech dniach. Wtedy oczywiście już ani śladu nie było po oszustach. Gdyśmy mimo to zaczęli szukać, znaleźliśmy w zaroślach nad rzeką trupy wojowników, którzy mieli pilnować koni. Zabito ich przed fortem, a potem tam zawleczono i ukryto.
— Czy zawiadomiliście o morderstwie przełożonego fortu?
— Chcieliśmy to uczynić, lecz nas nie wpuszczono, nawet zagrożono nam powtórnem zamknięciem, gdybyśmy poważyli się bramę przekroczyć. Tak straciliśmy zdobycz z polowań całego roku, a nadto dwu wojowników i konie. Zamiast użyczyć nam pomocy, o którą prosiliśmy, chciały nas władze białych uwięzić. Morderca i oszust Raller nie był posłem białego ojca. Bylibyśmy go za ten podstęp ukarali, gdybyśmy byli mieli konie i mogli zaraz wyruszyć. Oto jest sprawiedliwość bladych twarzy, które mówią o miłości, dobroci, zgodzie i przebaczeniu i nazywają siebie chrześcijanami, a nas poganami! Teraz Old Shatterhand usłyszał, co wiem o Tibo taka i Tibo wete. Czy teraz jeszcze uważa białych za lepszych ludzi od czerwonych, o to go już nie zapytam.
Niestety musiałem jako biały wstrzymać się od wyrzeczenia sądu o tem, co on opowiedział. Dałem tylko obojętną odpowiedź:
— Wodzowi Osagów wiadomo, że ja żadnej rasy nie uważam za lepszą od drugiej. U wszystkich narodów w każdym kraju znajdują się dobrzy i źli ludzie. Czy Szako Matto spotkał się kiedy potem z tymi białymi?
— Nie.
— I nie słyszał nic więcej o nich?
— Nie. Dziś po raz pierwszy od owych czasów obiły mi się o uszy nazwiska Tibo taka i Tibo wete. Wszędzie i nieustannie szukaliśmy człowieka z dwiema lukami w zębach, ale wszelkie pytania i badania były dotychczas daremne. Upłynęło już od tego czasu więcej niż dwadzieścia lat i zim, myśleliśmy więc, że już nie żyje. Jeśli go jednak śmierć jeszcze nie porwała, to błagam wielkiego i sprawiedliwego Manitou, by go sprowadził w nasze ręce, albowiem wielki Manitou jest dobry i sprawiedliwy; blade twarze natomiast wcale nie odznaczają się temi zaletami, chociaż nazywają siebie jego ulubionemi dziećmi.
Nastąpiło teraz głuche milczenie, gdyż nikt z nas białych nie czuł się na siłach, żeby obalić zdanie Osagi. Jeśli kiedy byłem w kłopocie, to zawsze wtedy, gdy w milczeniu musiałem przyjmować zarzuty, stawiane rasie białej przez inne. Wszystko, co by można przytoczyć przeciw temu, nie odnosi skutku przynajmniej w pierwszej chwili. Jedyną radą na to jest dowodzić własną osobą i własnem życiem, że zarzuty tego rodzaju nie mogą mnie dotykać. Gdyby każdy tak postępował, pewnie w krótkim czasie zamilkłyby te zarzuty.
Rozmowa, która się właśnie skończyła, obchodziła najbardziej Apanaczkę. Niewątpliwie byłby on o niejedno jeszcze zapytał, okazał się jednak na tyle rozsądnym, że milczał na dany przeze mnie znak. Wobec Szako Matty nie należało obszerniej omawiać jego blizkiego stosunku do Tibo taka. Byłem nawet bardzo zadowolony z tego, że Osadze nie przyszło na myśl pytać, czy Tibo taka i guślarz Komanczów są jedną i tą samą osobą.
O Rallerze, rzekomym wysłaniku „wielkiego białego ojca“, budziła się we mnie pewna myśl, czy też przeczucie niewyraźne. Milczałem teraz o tem, chociaż często na podstawie takich na pozór nieuzasadnionych przypuszczeń i mimowolnych skojarzeń myśli dochodziłem do pewnych wyników. Nie wyjawiałem swych myśli o Rallerze, lecz jakiś głos wewnętrzny parł mię, żebym ich w sobie nie tłumił.
Gdy Szako Matto wspomniał, że Raller podawał się za oficera, zaraz przyszedł mi na myśl „generał“. Nie miałem co prawda uzasadnionej podstawy do połączenia tych dwu osób w tak blizki stosunek. Obaj byli zbrodniarzami i obaj przywłaszczyli sobie godność wojskową. To były dwie okoliczności i to niedostateczne do przypuszczenia, że są jedną i tą samą osobą. W mojem jednak wyobrażeniu zbliżali się oni do siebie tak bardzo, że nie przedstawiali wkońcu dwu postaci, lecz jedną. Życie duchowe człowieka kryje w sobie tajemnicze prawa, siły i zjawiska, których działania zwykle nie spostrzegamy, lub nie staramy się zauważyć. Kto jednak tyle czasu przesiedział nad swojemi książkami, kto tyle nocy przeleżał pod dachem puszczy, pod niebem pustyni lub sawanny i wnikał w siebie głęboko, ten nauczył się rozumieć odruchy i głosy swojej jaźni i ufać im, gdyż na to zasługują.
Z tymi ludźmi i stosunkami łączyłem oczywiście jak najściślej Old Surehanda. On był w każdym razie ośrodkiem tych tajemnic i nieświadomie trzymał w swym ręku klucz do ich rozwiązania. Postanowiłem wobec tego zachować przypuszczenia moje dla siebie, a dopiero po spotkaniu się z nim ubrać je w słowa.
Długo jeszcze nad tem myślałem, zanim zasnąłem. Nazajutrz rano rozpatrzyłem jeszcze raz swoje domysły i przyszedłem do przekonania, że prawie wykluczonem jest, żebym się mylił. Nie miałem tylko jeszcze odpowiedzi na pytanie, kto mógł być owym wawą Derrikiem. Trudno mi było to odgadnąć, gdyż prawdopodobnie nie znałem tego człowieka, który się krył pod tem nazwiskiem.
Droga nasza prowadziła teraz przez okolicę zupełnie pozbawioną drzew i zarośli, między północnem a południowem ramieniem rzeki Salmon. Prerya porosła była tylko trawą bawolą. Gdy popołudniu zbliżyliśmy się do ramienia południowego, zobaczyliśmy jeźdźca, który daleko przed nami zdążał wpoprzek naszego kierunku od północy. Zatrzymawszy się zaraz, zsiedliśmy z koni, by nas nie spostrzegł, lecz on nas zauważył i zwrócił konia ku nam. Wobec tego wskoczyliśmy znowu na siodła i ruszyliśmy naprzeciw niego.
Pokazało się niebawem, że mamy przed sobą białego, który stropił się i stanął na widok, że nasza gromadka składa się z ludzi o dwu barwach. To budzi zawsze podejrzenie, dlatego on czekał na nas ze strzelbą, gotową do strzału. Gdyśmy się znaleźli w odległości może trzydziestu długości końskich przed nim, wezwał nas, byśmy się zatrzymali, grożąc, że w przeciwnym razie strzeli. Groźba ta podobała się niezmiernie Hammerdullowi, bo podpędził klacz i śmiejąc się, zawołał do obcego:
— Nie róbcie głupich żartów, sir! Czy naprawdę wyobrażacie sobie, że my zlękniemy się waszej pukawki? Odłóżcie ją i uspokójcie się, bo my jesteśmy także dobrze usposobieni!
Pełna twarz grubasa promieniała przychylnością, której obcy jeździec nie zdołał się oprzeć, zarówno jak jego koń, który zarżał radośnie. Spuszczając strzelbę, odpowiedział obcy:
— Gotów jestem zrobić wam tę przyjemność. Narazie nie wyobrażam sobie o was ani nic dobrego, ani nic złego, chociaż mam dostateczny powód do podejrzenia.
— Podejrzenia? A to dlaczego?
— Biali i czerwoni nie należą do siebie. Ilekroć widzi się te barwy w zgodzie, trzeba zwykle drogo opłacać koszta tego widowiska.
— W zgodzie? Czyż nie widzicie, że jeden z Indyan jest jeńcem?
— Tem gorzej, że drugiemu nie założyliście rzemieni. Ten jeniec służy, zdaje się, jako lep, na który mają ludzie iść w pułapkę!
— Czy wy się przylepicie, czy nie, to wszystko jedno, ale to pewna, że nam się nie wymkniecie teraz. Chcielibyśmy usłyszeć, kto jesteście i w jakim celu odbywacie konne przejażdżki po preryi.
— Przejażdżki? Cieszyłbym się, gdyby tak było. Jazda, którą przetrwałem, wcale nie była przyjemna.
— Dlaczego?
— Powiedzcie wpierw, co wy za jedni, a może usłyszycie odpowiedź!
— Ach, tak! W tej chwili służę wam potrzebnemi wiadomościami — a wskazując na nas ręką po kolei, dodał: — Ja jestem cesarzem brazylijskim, coście zapewne odrazu poznali. Skrępowany Indyanin, to jeden z trzech króli, wspomnianych w biblii. Jak wiadomo, jeden z nich był biały, drugi czerwony, a trzeci czarny, ten właśnie będzie tym drugim. Ten z wielką i małą strzelbą, to Biham, który was wkrótce skłoni do mówienia. Ten biały koło niego (miał na myśli Treskowa) to zaklęty królewicz z Marokka, a obok niego widzicie jego błazna nadwornego.
To ostatnie określenie odnosiło się do Holbersa. Ten obrażony zawołał z gniewem:
— Stul dziób, ty stary szyderco! Tak się zachowujesz, jak gdybyś w menażeryi pokazywał obcemu bestye w klatkach!
— Bestye, czy nie, to wszystko jedno. Jeśli sądzisz, stary szopie, Holbersie, że powinienbym mu podać nasze właściwe nazwiska, to chyba nie znasz ani mnie, ani zwyczajów Zachodu. On jest jeden, a nas cała gromada, on więc musi odpowiadać, nie my. Jeśli dalej będzie milczał, to wbiję mu strzelbę w brzuch, albo po nim przejadę.
Hammerdull żartował oczywiście. Czy obcy tak to przyjął, tego nie można było poznać, bo, wybuchnąwszy tylko śmiechem, zawołał:
Lack-a-day! Co? Ta koza miałaby po mnie się przejechać? Wszak pogubiłaby odrazu wszystkie kości! Zresztą spróbujcie! Come on!
Grubas miał tak wysokie wyobrażenie o swej bezwłosej kobyle, że nic go tak nie gniewało, jak żarty z jej brzydkiej postaci. To też dobry jego humor zniknął nagle, a zaledwie nieznajomy przestał mówić, zabrzmiała odpowiedź:
— Zaraz, zaraz! Go on!
Znane słowa, nacisk kolan, oraz zwolnienie cugli tak podziałały na klacz, że natychmiast rzuciła się na konia nieznajomego, który zaraz się potknął, a po drugim ataku usiadł na zadzie. Stało się to tak szybko i tak niespodzianie, że jeździec nieznajomy, nim po myślał o obronie, puścił strzemiona i wyleciał z siodła. Teraz Hammerdull się zaśmiał, podrzucił z radości w górę swoje krótkie ręce i zawołał:
Heigh-day! Jak ten piernikarz leci! Żeby się tylko nie połamał! A co, ty stary szopie, Holbersie, dobrze się spisała moja koza?
Długosz odpowiedział ze zwykłym sobie spokojem:
— Jeśli sądzisz, że zasłużyła na worek owsa, to masz słuszność, kochany Dicku!
— Na owies zarobiła, a tutaj ma niestety tylko trawę do jedzenia!
Obcy dźwignął się, podniósł strzelbę, która mu była wypadła z ręki, i zmartwiony wskoczył na siodło. W obawie, żeby z tych żartów nie wynikło coś poważnego, przemówiłem ja do niego:
— Jak najlepszy kowboy może przecenić konia swojego, a niedocenić cudzego, tak wy pomyliliście się widocznie w ocenie jeźdźców. Okoliczność, że czerwony jest naszym jeńcem, nie uprawniała was jeszcze do uważania nas za ludzi, którym należy niedowierzać. Jesteśmy uczciwymi westmanami. Wiemy, że na północy, skąd wy jedziecie, włóczą się trampi, których chcielibyśmy uniknąć, dlatego pragniemy usłyszeć, kim wy jesteście.
Z jego stroju i uzbrojenia wywnioskowałem, że był kowboyem.
— Z powodu tych trampów właśnie — rzekł teraz dobrowolnie — nie ufałem wam i teraz jeszcze muszę niedowierzać.
— Hm! Nie mogę wam nakazać, żebyście nam wierzyli, spodziewam się jednak, że zmienicie swe stanowisko, jeśli imię Winnetou nie jest wam obce.
— Winnetou? Któż go nie zna!
— Czy wiecie, jak on jest zwykle odziany i uzbrojony?
— Tak. Nosi ubranie skórzane, derkę santillo dokoła bioder, długie włosy i strzelbę srebrzystą na...
Zamilkł, wpatrzył się w Apacza, uderzył się ręką w czoło i zawołał:
— Gdzież były dotąd moje oczy! Toż to słynny wódz Apaczów! Teraz jestem spokojny! Kim są drudzy, o to już nie dbam. Gdzie jest Winnetou, tam panuje uczciwość, a nie szelmostwo. Teraz niczego nie potrzebuję przed wami ukrywać.
Well! Pytaliśmy już was kilkakrotnie, kto wy jesteście.
— Nazywam się Bell, a służę w farmie Harboura.
— Gdzie leży ta farma?
— O dwie mile stąd na południe, nad rzeką.
— Chyba niedawno założona, bo przedtem nie nie było tam farmy.
— Istotnie. Harbour jest tu dopiero od dwu lat.
— Widocznie to odważny człowiek, skoro się osiedlił w tem pustkowiu.
— I to prawda. Z Indyanami dawaliśmy sobie radę dotychczas, ale trampów musimy brać poważniej. Usłyszawszy, że nad Nordforkiem włóczy się ich banda, pojechałem tam, by się dowiedzieć, co zamierzają. Przekonałem się, że niema powodu do obaw, gdyż dążą do Nebraski. Czy chcecie, panowie, daleko jeszcze dzisiaj dojechać?
— Pojedziemy jeszcze z godzinę, zanim rozłożymy się obozem.
— Gdzie?
— Gdzie znajdziemy odpowiednie miejsce.
— Czy można udzielić wam pewnej rady?
— Prosimy.
— Możebyście zajechali do naszej farmy, zamiast zostawać w czystem polu?
— Nie znamy właściciela.
— To gentleman w całem tego słowa znaczeniu, a zarazem wielki wielbiciel Winnetou, którego widział kilka razy. Często opowiada o nim i o Old Shatterhandzie, oraz o ich wspaniałych ogierach...
Utknął powtórnie, rzucił badawczo okiem na mego konia i z radością w głosie rzekł w dalszym ciągu:
— Jak się to dziwnie składa! Ja tu mówię o Old Shatterhandzie i widzę karosza, tak podobnego do konia Winnetou, jak jajo do jaja. Widzę też u was dwie strzelby, sir. Czy jedna z nich to niedźwiedziówka?
— Zgadliście.
— A druga to sztuciec Henry’ego?
— Tak.
Thunder-storm! Może wyście Old Shatterhand?
— Nie kto inny!
— Wobec tego musicie usłuchać mej prośby i udać się ze mną do Harboura. Nie wyobrażacie sobie, jak wielką radość sprawicie swą obecnością jemu i jego ludziom. Nocleg w farmie w każdym razie przyjemniejszy, aniżeli na preryi pod gołem niebem. Konie wasze dostaną dobrego obroku, a wam też podadzą coś lepszego do jedzenia, niż możecie znaleźć na sawannie.
Zapraszał serdecznie i w dobrej wierze. Koniom naszym należało się trochę ziarna, a nam dawała farma sposobność uzupełnienia prowiantów, które nam się kończyły. Zaopatrzeni w świeżą żywność, mogliśmy podróżować swobodnie dalej, nie tracąc czasu na polowanie. Ażeby się dowiedzieć, co sądzi o tem zaproszeniu Winnetou, rzuciłem nań pytające spojrzenie, on zaś, odpowiedziawszy mi spuszczeniem powiek, zwrócił wzrok na Osage. Zrozumiałem tę wskazówkę i rzekłem do kowboya:
— Widzicie, że mamy jeńca, a bardzo nam zależy na tem, żeby nam nie uciekł. Czy możemy liczyć na to, że w farmie nie przedsięwezmą nic dla uwolnienia go?
— Zapewniam, że u nas będzie tak strzeżony, jak w najsurowszem więzieniu.
Well! Niech się stanie zadość waszej woli. Odwiedzimy Harboura, skoro twierdzicie, że przyjmie nas tak chętnie.
— Wierzcie mi, mr. Shatterhand, że przybycie wasze zmieni dla niego dzień dzisiejszy w uroczystość.
Już zabieraliśmy się do wyruszenia z tego miejsca, kiedy Szako Matto, który, jakkolwiek nogi miał przywiązane do konia, mógł nim jednak kierować, ponieważ zostawiliśmy mu wolne ręce, zatrzymał konia, jakby chciał okazać, że nie pojedzie. Gdyśmy go zapytali o przyczynę tego zachowania się, oświadczył:
— Wódz Osagów pragnie coś powiedzieć Old Shatterhandowi i Winnetou, zanim ruszymy dalej.
— Słuchamy! — zachęciłem go.
— Wiem, że nie godzicie na moje życie i że puścicie mnie wolno, gdy osiągniemy taką odległość, z której nie będę mógł powrócić rychło do domu, żeby przyprowadzić swoich wojowników przeciwko wam. Dlatego właśnie na Honskej-Nonpeja zdałem dowództwo nad synami Osagów, że nie chciałem, żeby was ścigali, on bowiem był przeciwny walce i napadowi na blade twarze. Oddawszy jemu teraz komendę z oświadczeniem, że sam będzie wiedział, co należy czynić, sprawiłem, że odgadnie moją wolę i zaniecha dalszych kroków nieprzyjacielskich. Czy Old Shatterhand uwierzy moim słowom?
— Wystawimy cię na próbę, gdyż wróg nie zmienia się tak prędko w przyjaciela.
— Posłuchajcie, co wam jeszcze powiem! Gdybym teraz odzyskał wolność, nie opuściłbym was.
— Uff! — zawołał Winnetou.
— Wódz Apaczów może się dziwić, ale jest tak, jak powiedziałem. Pojechałbym rzeczywiście dalej.
— Dlaczego? — zapytałem.
— Chodzi mi o Tibo taka.
— Tak? Ta przyczyna wydaje mi się niejasną.
— Bo Old Shatterhand przypuszcza, że wczoraj uszła mej uwagi rzecz dla mnie nadzwyczaj doniosła.
— O czem wódz Osagów mówi?
— Powiedziano, że Tibo taka jest guślarzem Komanczów Naini. Ja milczałem, ale długo nad tem myślałem. Dziś postanowiłem pojechać z wami, gdybyście mię nawet uwolnili, ponieważ chcę zdobyć sobie przyjaźń wodza Komanczów, Apanaczki.
— Na co?
— Gdy on zostanie moim przyjacielem, dopomoże mi pochwycić guślarza Nainich.
Na to podniósł Apanaczka rękę, jakby do przysięgi i oświadczył:
— Nigdy tego nie uczynię, nigdy!
Ja wyciągnąłem doń rękę i zawołałem tym samym tonem:
— Uczynisz to!
— Nigdy! — stwierdził ponownie.
— Uczynisz to nawet bardzo chętnie — zauważyłem ja stanowczo.
— Wolę umrzeć! Wprawdzie nienawidzę go, ale zawsze to ojciec.
— Nie jest nim.
— Żona jego jest moją matką!
— Ona również nie jest jego żoną!
— Co Old Shatterhand powiedział! Czy potrafi udowodnić swój domysł?
— Nie, ale czuję wewnętrznie, że to prawda.
— Tu potrzeba dowodów, a nie uczuć!
— Ty jesteś dzieckiem porwanem, a porwali cię Tibo taka i Etters. To dla mnie nie ulega wątpliwości. Że Tibo wete wzięła udział w porwaniu, tego narazie tylko się domyślam, lecz przyjdzie czas, kiedy to zostanie napewne stwierdzone, a wtedy mi uwierzysz. Gotów jestem pojechać z tobą i wodzem Osagów do Nainich i zdemaskować guślarza tych Indyan. Teraz jednak nie mówmy o tem, lecz jedźmy dalej!
Kowboy stanął na czele jako przewodnik, a my ruszyliśmy za nim. Już po upływie pół godziny pokazała się na równinie bujna roślinność, z czego poznaliśmy, że zbliżamy się do rzeki. Niebawem pojawiły się także i drzewa najpierw pojedynczo, a potem w grupach, między któremi pasło się bydło i owcę. Dalej ciągnęły się pola kukurydzy, a wreszcie wynurzył się przed nami budynek, który miał nas przyjąć w gościnę.
Kiedy go zobaczyłem, byłbym najchętniej zawrócił z drogi, przeszyło mię bowiem jakieś ostrzegawcze drgnienie. Położony był podobnie jak farma Fennera, tylko znacznie dalej na zachodzie i nad inną rzeką. U Fennera groziła mi śmierć, a widok tego budynku również nie nastroił mnie wesoło. Jeśli bowiem człowiek przeżyje w jakiemś miejscu przykry wypadek, albo groźne niebezpieczeństwo, to znalazłszy się na miejscu, podobnem do tamtego, łatwo poddaje się obawie, że tu może go spotkać coś równie przykrego.
Ja oczywiście nawet nie wspomniałem towarzyszom, że opanowało mię przeczucie jakiegoś nieszczęścia, bo może byliby mię wyśmiali. Bell pojechał był nieco naprzód, by nas oznajmić, a dzięki temu właściciel farmy przygotował się na nasze przyjęcie. Prócz niego poznaliśmy jeszcze jego żonę, trzech synów i dwie córki, same silne i dzielne postaci, które z pewnością nie przestraszyłyby się kilku Indyan. Cała rodzina przyjęła nas chętnie, a jej szczery nastrój udzielił się także służbie, która z ciekawością przypatrywała się słynnemu wodzowi Apaczów. Winnetou powitał ich dumnem, lecz łaskawem skinieniem głowy, jak król. Nie dziwiło mię to, bo on rzeczywiście, przynajmniej mojem zdaniem, był królem, jeśli chodziło o jego czyny, zapatrywania i charakter.
Farma podobna była raczej do południowej hacyendy, z tą tylko różnicą, że zbudowana była z drzewa, gdyż kamień nad rzeką Salmon jest rzadkością. Szeroka palisada z wielkich pni otaczała obszerne miejsce, na którego stronie północnej wznosił się dom mieszkalny. Na stronie południowej stała szopa dla bydła. Na prawo i na lewo ciągnęły się zabudowania gospodarskie, domy dla czeladzi i zwykłych gości. Za palisadą znajdowało się kilka zagród dla koni, bydła i owiec, a między niemi osobne dla koni wierzchowych Harboura i jego rodziny. Tam właśnie umieszczono nasze konie, a ponieważ chcieliśmy zabezpieczyć je przed okradzeniem, przeto na życzenie moje i Winnetou postawiono przy nich na straży dwu peonów[16]. Dom Harboura składał się z trzech izb. Pierwszą jego połowę przez całą szerokość zajmował pokój mieszkalny o trzech oknach, opatrzonych szybami. Umeblowanie, wykonane własnoręcznie, było proste, lecz trwałe. Na ścianach wisiały trofea myśliwskie i broń. Tylną szerokość domu zajmowała kuchnia i sypialnia, które miano odstąpić dla nas. My jednak oświadczyliśmy, że wolelibyśmy spać w pokoju mieszkalnym przy otwartych oknach.
Gdyśmy się przywitali z rodziną i sami zaprowadzili nasze konie do ogrodzenia, gdzie poruczyliśmy je pieczy peonów, nakazywał nam wzgląd na własne bezpieczeństwo zapytać gospodarza, czy w farmie przebywa kto prócz stałych mieszkańców.
— Przed godziną — brzmiała jego niepokojąca odpowiedź — zjawił się tu lekarz, który odprowadza chorą kobietę do fortu Walace.
— Skąd przybyli? — spytałem.
— Z Canzas-City. Ona cierpi na nieuleczalną chorobę i chce powrócić do swoich krewnych.
— Stara, czy młoda?
— Tego nie mogłem zobaczyć. Choroba jej, rodzaj raka, tak jej twarz zniszczyła, że musi nosić gęstą zasłonę. Przyjechali na dwu koniach, a mają także z sobą jednego jucznego.
— Czy przybyli w towarzystwie?
— Nie.
— W takim razie ten lekarz jest albo bardzo śmiałym człowiekiem, albo bardzo nieostrożnym. Żal mi tej kobiety, skoro musi tak długą podróż odbywać na siodle. Są przecież inne sposoby podróżowania.
— Ja także wspomniałem o tem lekarzowi, lecz on odpowiedział mi, zresztą słusznie, że ta brzydka i przykra dla otoczenia choroba zmusiła go do tej jazdy we dwoje.
— Temu zapatrywaniu istotnie nie można nic zarzucić. Kiedy mają odjechać?
— Jutro rano. Oboje byli bardzo znużeni, posilili się naprędce i kazali się zaprowadzić do oficyny, bo chcieli się wyspać. Konie ich umieszczono na tylnym dziedzińcu.
Obecność kobiety chorej na raka i lekarza, jej towarzysza, nie mogła budzić w nas obawy o nasze bezpieczeństwo. Nie potrzebowaliśmy zaprzątać swych myśli temi osobami, współczuliśmy tylko z niemi.
Ponieważ przed domem nie było ławek, przeto weszliśmy do izby, gdzie szybko podano nam dobry posiłek, który mieliśmy spożyć z gospodarzem i jego rodziną. Wodzowi Osagów pozwoliliśmy, żeby usiadł pomiędzy mną a Winnetou. Przedtem zdjęliśmy z niego wszystkie pęta, co on przyjął z dumną wdzięcznością, jako dowód naszego zaufania. Ja byłem pewien, że nie pożałuję tego zarządzenia, które Treskowowi niebardzo się podobało.
Gdy się ściemniło na dworze, zapalono dużą lampę, która oświetliła obszerną izbę. Jak wszędzie światło otwiera usta i rozwiązuje języki, tak i wtedy rozmowa nasza z każdą chwilą stawała się żywszą i bardziej zajmującą. Opowiadano zdarzenia, których nie zmyśliłby najsprytniejszy pisarz, bo niema istotnie literata z bujniejszą wyobraźnią, niż jest samo życie. Szczególnie Dick Hammerdull bawił nas swoim szczególnym sposobem opowiadania. To wszystko jednak nie usunęło jednej luki, której zapełnienia spodziewał się farmer i jego rodzina. Oto oni życzyli sobie, żeby i Winnetou opowiedział jaki wypadek ze swego ruchliwego życia, lecz milczący Apacz nawet w ściślejszem gronie znajomych byłby się nie podjął roli opowiadającego dla zabawy. On był człowiekiem czynu. Wprawdzie miał wielki dar wymowy, lecz z tej obfitej krynicy czerpał jedynie wówczas, kiedy to było nieodzowne. Wtedy mowa jego, obrazowa, jak potężna rzeka, zalewała logikę przeciwnika i w sposób błogosławiony zmieniała posuchę w żyzność, a pustkę w bujność.
Także Harbour opowiadał zajmująco. Dawniej jeździł daleko po Stanach, przeżył wiele osobliwych zdarzeń, wkońcu zdobył szczęście dzięki udałej, a zarazem uczciwej spekulacyi. Potem zmienił ten awanturniczy sposób życia i po kilku próbach w innych stronach przed dwoma laty tutaj założył sobie gospodarstwo.
Najwięcej podobała mi się u niego pogodna, a mocna ufność w Bogu, która mu wszędzie towarzyszyła. Niemało także cieszyło mnie to, że nie hołdował zwykłym tu zapatrywaniom na rasę czerwoną. Opowiedział on kilka przykładów z życia czerwonych, ludzi, których charakter mógł każdemu białemu być wzorem. Kiedy zaś Treskow mimo to twierdził, że Indyanie niezdolni są do cywilizacyi i chrześcijaństwa, rozgniewał się i zadał mu poważne pytanie:
— Co wy właściwie rozumiecie przez cywilizacyę i chrześcijaństwo? Jeśli jedno i drugie tak znacie, jak się z waszych słów okazuje, to powiedzcie, co one przyniosły czerwonemu? „Po owocach ich poznacie mówi Pismo Święte. A jakie to owoce otrzymali Indyanie od cywilizowanych i chrześcijańskich białych! Ja dziękuję wam za cywilizacyę, żyjącą z grabieży ziemi i brodzącą w krwi. Nie bierzmy na uwagę tylko rasy czerwonej, nie! Popatrzmy także na inne części świata! Czy najbardziej cywilizowani z cywilizowanych nie rabują wszędzie, nie kradną ziemi, czy nie burzą państw, nie niszczą narodów, nie wydzierają milionom ludzi ich odziedziczonych praw? Jako dobry człowiek, jakim niezawodnie być chcecie, powinniście zdanie swoje kształtować nie wedle przekonania zdobywców, lecz zapatrywań i uczuć zwyciężonych, uciśnionych i podbitych. A jeśli mi zarzucacie, że zdobywcy i twórcy nowych państw istnieli od początku świata, to wam odpowiem tak: To byli Macedończycy, Grecy, Rzymianie, Persowie, Mongoli i Hunnowie, a więc poganie, nieznający Chrystusa, który nakazuje nam „kochać bliźniego, jak siebie samego!“ Jeśli owi poganie uganiali po świecie z krwawym mieczem w ręku, to dla nas, chrześcijan, istnieje inny rodzaj zdobywania. „Przynoszę wam pokój; zostawiam wam mój pokój“, powiedział Zbawiciel świata, a wy nieście ten pokój jako chrześcijanie przez wszystkie kraje i do wszystkich ludów! Włóżcie, jak Piotr, miecze do pochew! Waszą jedyną bronią niech będzie miłość, a na waszym sztandarze niech widnieje tylko słowo przebaczenia. Jak był człowiek, który wynalazł pierwszą broń morderczą, tak znajdzie się kiedyś człowiek, który ostatnią broń skruszy swemi pięściami. Ale kiedy to się stanie? Rozkaz taki wydał Chrystus prawie przed dwoma tysiącami lat. Czyż mają upłynąć nowe tysiące, zanim się go wykona? Powtarzam jeszcze raz: dopóki krew ludzką przelewa się zapomocą żelaza, prochu i ołowiu, dopóty nie może być mowy o prawdziwej cywilizacyi!
Dzielny farmer przestał mówić, a nikt nie odważył się zaprzeczyć mu choćby słowem. Pierwszy przerwał ciszę zwykle tak milczący Winnetou. Ująwszy rękę Harboura, uścisnął ją serdecznie i rzekł:
— Mój biały brat wypowiedział właśnie słowa, które kryją się w głębi mojej duszy. Mowa jego była mową prawdziwego chrześcijanina. Z jakiego źródła czerpał brat te myśli, które niestety nieliczne tylko blade twarze wyznają?
— Z serca nie białego, lecz czerwonego człowieka, który był kapłanem i krzewicielem prawdziwego chrześcijaństwa. Żaden biały nauczyciel, ani mowca, nie może iść z nim w porównanie. Poraz pierwszy spotkałem go po tamtej stronie gór Mogollon nad Rio Puerko. Byłem wtedy w niewoli u Nawajów, którzy mnie przeznaczyli byli na pal. Ów czerwony mąż ukazał się między nimi i wygłosił mowę tak potężną, że puścili mnie wolno, zanim jeszcze przebrzmiały jego ostatnie słowa. Był to wielki duch, a zarazem istny Goliat, który nie bał się nawet szarego niedźwiedzia.
— Uff! To mógł być tylko Ikwet Sipa.
— Nie. Wódz Apaczów myli się zapewne. Nawajowie nazywali go Sikis Sas.
— To zupełnie to samo. On był Mokwi, a obie te nazwy znaczą w obu językach: „wielki przyjaciel“. Biali w Nowym Meksyku i w innych krajach, gdzie mówią po hiszpańsku, nazywają go padre Diterico.
— Winnetou go znał?
— Widziałem i słyszałem go nieraz jeszcze jako mały chłopiec. Dusza jego należała do wielkiego Manitou, serce do uciśnionej ludzkości, a ramię do każdego białego i czerwonego człowieka, któremu groziło niebezpieczeństwo, lub potrzeba było pomocy. Oczy jego promieniały tylko miłością, słowom jego nikt nie mógł się oprzeć, a wszystkie jego myśli zmierzały do tego, żeby dokoła siebie rozsiewać dobro i szczęście. On sam przyjął chrześcijaństwo i swoje dwie siostry uczynił chrześcijankami. Dobry Manitou użyczył im wielkiej piękności, wielu wojowników narażało życie swoje, ażeby zdobyć ich miłość, ale zawsze napróżno. Starsza nazywała się Tohua[17], a młodsza Tokbela[18]. Pewnego dnia zniknęły razem z bratem i nikt ich więcej nie widział.
— Nikt? — zapytał farmer.
— Nikt! — odrzekł Winnetou. — Z niemi przepadły nadzieje czerwonych wojowników, a w Ikwet Sipie utraciło chrześcijaństwo największego kaznodzieję, jakiego wydała ziemia między jednem morzem a drugiem. Był on przyjacielem, bratem i wiernym doradcą ojca mego, Inczu-czuny, który go umiłował całem sercem i wiele byłby dał za to, nawet życie byłby naraził, byle się dowiedzieć, jakie nieszczęście spotkało to rodzeństwo, że zniknęło i nie pokazało się już nigdy.
Farmer słuchał słów Winnetou z wielką uwagą, a potem spytał:
— Jeśli poprzedni wódz Apaczów byłby poniósł dla nich tak wielkie ofiary, czy obecny byłby także gotów to uczynić?
— Tak. Nie wahałbym się ani przez chwilę spełnić tego, czego nie mógł zrobić dla nich Inczu-czuna, wielbiciel „Wielkiego przyjaciela“!
— W takim razie sprowadził was dzisiaj do mnie przedziwny i szczęśliwy przypadek. Oto ja mogę wam udzielić o tych ludziach pewnych wyjaśnień.
Żeby określić moc wrażenia tych słów, wystarczy powiedzieć, że Winnetou, wzór spokoju i panowania nad sobą, nie wstał z krzesła, lecz zerwał się jak sprężyną pchnięty i chwytając oddech, zawołał: — Możesz nam udzielić wyjaśnień co do Ikwet Sipy, padra Diterica, którego uważaliśmy za przepadłego? Czy to możebne? To chyba pomyłka, złudzenie!
— To nie złudzenie, lecz rzeczywistość. Mam o nim wiadomości pewne, choć niestety nie tak radosne, jakbym sobie życzył. On już nie żyje.
— Uff! Nie żyje?
— Tak.
— A jego siostry?
— O nich nic nie słyszałem. Nie wiem nawet, co się z nim działo od chwili jego zniknięcia do śmierci, nie wiem także, jak go zamordowano i kto był jego mordercą.
Na te słowa szarpnął się Winnetou, a wspaniałe i długie włosy jego spadły mu przez ramiona do przodu i zakryły twarz.
— Uff, uff! — zabrzmiało z poza tej zasłony. — Zamordowano go... zamordowano...! Morderca zabrał nam cenne życie Ikwet Sipy! Czy to prawda? Mów prędzej, prędzej!
— Prawda.
— Udowodnij to!
Apacz odrzucił obiema rękami włosy w tył, w oczach zamigotały mu błyskawice, a usta otworzył, jakby chciał wchłonąć odpowiedź farmera.
— Ja widziałem grób jego — rzekł Harbour.
— Kiedy? Gdzie?
— Opowiem to, a wodza Apaczów proszę, by usiadł i wysłuchał mnie spokojnie.
Winnetou opadł zwolna na krzesło, odetchnął głośno i głęboko i rzekł, przesunąwszy dłonią po czole:
— Mój biały brat ma słuszność. Wojownik, a zwłaszcza wódz, nie powinien poddawać się uczuciom. Zachowam się spokojnie, cokolwiekbym usłyszał.
Harbour popił herbaty ze stojącej przed nim filiżanki i zapytał:
— Czy wódz Apaczów był kiedy w parku San Louis?
— Już kilka razy — odparł Winnetou.
— Czy zna okolicę Foam-Cascade?
— Tak.
— A niebezpieczną ścieżkę górską na Devils-head?
— Nie znam ani tej drogi, ani Devils-head, ale znajdę napewno jedno i drugie. Howgh!
— Tam ja postanowiłem wyrzec się Dzikiego Zachodu i dzikiego życia. Byłem już wtedy żonaty i miałem już dwu synów, którzy wówczas byli jeszcze mali. Nieźle nam się powodziło, ale kogo życie Dzikiego Zachodu raz w swe szpony pochwyci, tego niełatwo wypuszcza. Stało się więc, że zostawiłem żonę i dzieci w domu, a sam przyłączyłem się do kilku ludzi, którzy udawali się do Colorado, aby tam szukać złota. Dostaliśmy się tam szczęśliwie, lecz im dalej szliśmy, tem bardziej ja tęskniłem za żoną i za dziećmi. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że co innego jest łazić po górach, narażać się na setki niebezpieczeństw w stanie kawalerskim, a zupełnie co innego, gdy się ma żonę i dzieci. Pierwotnie było nas czterech, ale na góry doszło nas tylko trzech, gdyż jeden opuścił nas u stóp gór z braku odwagi. Wśród nieopisanych trudów i niewygód szukaliśmy złota przez dwa miesiące, ale napróżno. Na nieszczęście jeden z nas, który najlepiej umiał szukać, spadł ze skały i skręcił kark. Ja i mój towarzysz przyszliśmy wobec tego do przekonania, że teraz tem bardziej nic nie znajdziemy. Tak się stało. Nawet upolować zwierzyny nie mogliśmy, przymieraliśmy więc głodem. Ubrania nasze się podarły, a buty z nóg pospadały. Jednem słowem nędza była straszna. Ja osłabłem, a mój towarzysz jeszcze bardziej. Na ostatku on zachorował i przypłacił to życiem. Oto musieliśmy przeprawić się przez potok, mocno wezbrany wskutek deszczów. Ja radziłem zaczekać, dopóki woda nie opadnie, lecz jemu się zdawało, że przedostaniemy się szczęśliwie, dlatego ja ustąpiłem. Woda jego porwała, a ja po kilku godzinach szukania znalazłem go z roztrzaskaną głową na dnie przepaści. Pochowałem go z żalem i nakryłem trzema stopami zimnej ziemi, dorzucając do tego gorącą modlitwę. Kiedy zostałem sam, nie miałem nic innego do wyboru, jak tylko zwrócić bose, poranione nogi ku domowi. Z braku sił szedłem bardzo powoli i śmiertelnie nużony dotarłem po kilku dniach do Devils-head. Skała ta jest tak podobna do dyablej głowy, jak gdyby na tem miejscu czart pozował rzeźbiarzowi. Rzuciłem się tam na wilgotny mech i zacząłem płakać. Położenie moje było straszne. Byłem obdarty, wycieńczony, niespokojny o los żony i dzieci, a nadto zagrożony śmiercią głodową, bo wskutek zepsucia się zamka u strzelby, nie mogłem nic upolować już od dwóch dni. Zamknąłem oczy, ażeby zasnąć, a może i nie przebudzić się więcej. Ale otworzyłem je raz jeszcze mimowoli. Obróciłem się tymczasem na bok i wzrok mój padł na drugą stronę skały, gdzie widniały litery, wyryte nożem, lub podobnem narzędziem. To mnie podniosło. Wydało mi się, że wstąpiły we mnie nowe siły, wstałem i poszedłem, ażeby napis przeczytać. Zblizka zobaczyłem tam nietylko litery, lecz także figury, których znaczenia prawie całkiem nie rozumiałem. Były to figury ludzkie, umieszczone w górze i po obu bokach wyrytego w skale krzyża. Pod krzyżem napisane było wyraźnie: „Na tem miejscu został padre Diterico zamordowany przez J. B. z zemsty na bracie E. B.“ Pod temi słowami widać było słońce, po jego prawej stronie było E., a po lewej B.
Wtem przerwał Winnetou opowiadającemu:
— Czy rzeczywiście można było przeczytać na skale padre Diterico?
— Tak.
— A morderca był oznaczony literami J. B.?
— Tak.
— Zna może brat Harbour człowieka, którego imię i nazwisko zaczyna się od J. B.?
— Takich ludzi będą pewnie tysiące, lecz ja nie znam nikogo.
— Czy mój brat sądzi, że ten grób nie kłamie?
— Jestem tego pewien.
— A jednak to może być kłamstwo.
— Komu przyszłoby to na myśl i z jakich powodów wykułby takie kłamstwo na skale?
— Gdzie był ten grób? Chyba nie w twardej skale.
— Nie, lecz tuż pod nią. Wzgórek był mchem porosły i widocznie pielęgnowany.
— Na pustkowiu, w górach? Uff!
— To jeszcze nic dziwnego. Ja nie pojmuję tego, co mi się potem zdarzyło. Możecie sobie, panowie, wyobrazić, jakiego uczucia doznałem, kiedy tak niespodzianie znalazłem grób Diterica. Osłabłem jeszcze bardziej, krzyknąłem i upadłem. Obudziłem się dopiero około południa następnego dnia, czyli spałem prawie całą dobę. Znużony i wygłodniały z biedą zawlokłem się do poblizkiego źródła, a potem zsunąłem się w zarośla, gdzie na szczęście znalazłem kilka jadalnych grzybów, po spożyciu których zasnąłem powtórnie. Obudziłem się pod wieczór i zobaczyłem koło siebie pół pieczonej owcy. Kto mógł to położyć koło mnie? Nie było to dla mnie rzeczą obojętną, ale ja mimo to zadałem sobie to pytanie zaledwie raz, a potem zabrałem się do jedzenia i jadłem, dopóki się nie nasyciłem i nie zasnąłem po raz trzeci. Spałem do rana i wstałem silniejszy. Reszta mięsa leżała na dawnem miejscu. Schowałem ją i udałem się na poszukiwanie za jadłodawcą. Nie znalazłem jednak żadnych śladów, a nawet wołania nic nie pomogły. Wobec tego wróciłem do grobowca i wyjąwszy mięso z kryjówki, puściłem się na dół drogą, wiodącą do Foam-Cascade. Przebyłem ją szczęśliwie i drugiego dnia, kiedy kończył się już zapas mięsa, spotkałem się z myśliwcem, który wziął mnie w opiekę. Jak zeszedłem i dostałem się do domu, to rzecz uboczna. Główną opowiedziałem, a wódz Apaczów uwierzy teraz memu twierdzeniu, że padre Diterico został zamordowany i już nie żyje.
Winnetou schylił nizko głowę, opartą na dłoni. Twarzy jego widzieć nie mogłem, ale gdy ją podniósł, ujrzałem jeszcze na niej wyraz powątpiewania. Gdy zwrócił na mnie pytające spojrzenie, odpowiedziałem mu na jego nieme wezwanie:
— Mojem zdaniem nie ulega żadnej wątpliwości, że tam popełniono morderstwo.
— Mój brat wierzy zatem grobowi i pismu? — zapytał Apacz.
— Tak.
— Czy nie mógł inny człowiek nazywać się padre Diterico?
— To możliwe.
— W takim razie napis nie jest dowodem, że w grobie spoczywa padre Diterico. Może tam leżeć padre tego samego imienia.
— To jest ten, którego masz na myśli!
— Brat Shatterhand ma chyba jeszcze inne dowody?
— Tak.
— Nasz gościnny mr. Harbour opowiedział mi daleko więcej, niż sądzi. Znalazłem nareszcie szukanego daremnie tak długo wawę Derrika.
— Uff, uff! Któż to jest?
— Ikwet Sipa.
— Uff!
— Zdziwisz się jeszcze bardziej, gdy ci powiem, że Tokbela, młodsza siostra padra, jest Tibo wete, skwaw guślarza Nainich.
— Uff! Czy jesteś wszechwiedzący?
— Nie. Ja tylko myślę należycie. Mogę ci też powiedzieć, że Tehua, starsza siostra padra, żyje może także.
— Twoje myśli działają cuda, wskrzeszają umarłych!
— Słyszałeś, że pod napisem wyryte było słońce. Starsza siostra nazywała się Tehua, czyli „Słońce.“. Ona to postawiła pomnik, a zatem żyła jeszcze, kiedy brata jej zamordowano.
— Uff! To myśl taka prosta i słuszna, że dziwię się, dlaczego sam na nią nie wpadłem. Ale jeśli Tehua rzeczywiście jeszcze żyje, to gdzie mamy jej szukać?
— To wie ona jedynie. Ukrywa się zapewne i stara się, żeby nikt nie znalazł jej kryjówki.
— Z czego to wnosisz?
— Pół upieczonej owcy pochodziło od niej.
— Uff!
Bystry zazwyczaj Winnetou dzisiaj tylko dziwił się wszystkiemu. Lecz to nie dowodziło jeszcze, jakobym ja przewyższał go zdolnością logicznego myślenia i wnioskowania. Przewaga moja polegała na tem, że uzbierałem więcej myślowego materyału. Gdyby Winnetou był nim rozporządzał, byłby pewnie przedemną doszedł do tych wyników.
— Twierdzę — mówiłem dalej — że mięso było od niej. Więcej powodów skłania mię do tego zapatrywania, z tych tylko jeden powiem dziś tutaj. Jadłodawca, któryby nie stał w żadnym stosunku do grobu, byłby mógł się pokazać, a ten się ukrywał, stąd wniosek, że go coś łączy z czynem zbrodniczym.
— Możnaby także przypuścić, że to był sam morderca, gdyż on właśnie nie może pokazywać się na miejscu zbrodni — wtrącił Apacz. — Wiadomo, że mordercę zawsze coś ciągnie tam, gdzie się dopuścił zbrodni.
— Przyznaję memu bratu słuszność. Muszę jednak zauważyć, że ten, czy ta, która przyniosła mięso, okazała litościwe usposobienie i łagodne serce. Jak się to zgadza z właściwościami charakteru, przypisywanemi zwykle mordercy?
— Czy Old Shatterhand sądzi rzeczywiście, że to była Tehua?
— Tak.
— Pocóż miałaby żyć w ukryciu, skoro wie, ilu przyjaciół martwi się z jej powodu w ojczyźnie?
— Może to tajemnica, której teraz jeszcze zbadać niepodobna. Możliwe, że Tehua czeka tam na mordercę, jeśli także zna zwyczaj zbrodniarzy odwiedzania miejsca własnych zbrodni. Może nie wraca do ojczyzny dlatego, że wstrzymuje ją jej rodzina?
— Rodzina? Czy mój brat sądzi, że ona może być mężatką?
— Jeśli młodsza siostra ma męża, czyż starsza nie mogła jeszcze prędzej wyjść za mąż?
— To słuszne, ale jedna okoliczność niweczy obliczenia brata Shatterhanda pomimo ich bystrości.
— Jaka?
— Nasz brat Harbour był przyjacielem padra i znał jego siostry, a one jego. Nie?
— Tak.
— On upadł pod grobowcem z głodu na ziemię, a nieznana ręka przyniosła mu mięso. Gdyby to była siostra Diterica, Tehua, byłaby się nie ukrywała przed przyjacielem, lecz przeciwnie, byłaby się nim zaopiekowała osobiście.
— Byłaby to może uczyniła, gdyby go była poznała. Zważ, że od czasu jej zniknięcia upłynęło przeszło dwadzieścia lat. Wygląd jego zmienił się z biegiem lat wogóle, a wtedy trudy i niewczasy z pewnością jeszcze bardziej zatarły jego właściwe rysy.
— Ależ pomyśl, że słaba niewiasta nie wiodłaby w Rocky-Mountains tak samotnego ciężkiego życia!
— Czy ona sama tam przebywa? Czy właśnie pod tym względem niema wielkiej różnicy między zahartowaną Indyanką a słabą kobietą białą?
— Uff! Brat Shatterhand odpiera dziś z łatwością wszystkie moje zarzuty. Ja muszę uznawać słuszność jego twierdzeń. Oko moje zostało chyba dzisiaj porażone ślepotą!
— Nie są to twierdzenia, raczej domysły. Celem naszej podróży było do dziś Foam-Cascade. Gdy tam będziemy, odwiedzimy grób i przekonamy się, które z moich myśli były słuszne, a które fałszywe.
— Tak, odszukamy grób i postaramy się znaleźć ślad mordercy. Biada mu, gdy go pochwycimy! Nigdy nie sprzeciwiałem się bratu Shatterhandowi, ilekroć rządził się łagodnością, ale w tym wypadku nie będę znał łaski!
Słowa te znowu okazały, jak niezwykłym człowiekiem był Winnetou. On spodziewał się, że po przeszło dwudziestu latach odnajdzie ślad mordercy. Ja nie wątpiłem, że mu się to uda, chociaż wielu ludzi uśmiechnęłoby się, gdyby usłyszeli o jego zamiarach, które istotnie można było przeprowadzić choćby przez otwarcie grobu, gdyby wszelkich innych wskazówek zabrakło. Na szczęście już teraz nasunęło mi się kilka myśli, które mogły przyczynić się do ułatwienia naszego zadania. Przyznając słuszność Apaczowi co do konieczności ukarania zbrodniarza, oświadczyłem:
— I ja jestem gotów w tym wypadku postąpić z największą surowością. Żywię także silne przekonanie, że nie napróżno udamy się do grobowca.
— Na jakiej podstawie doszedł mój brat do tego przekonania?
— Czy Winnetou sądzi, że był tylko jeden morderca, czy też więcej!
— Przypuszczam, że było ich więcej.
— Słusznie! Jeden z nich jest już w drodze na górę.
— Uff! Kto taki?
— Douglas, zwany „generałem“.
— Uff, uff! Ten człowiek mógł wziąć udział w morderstwie? Jak Old Shatterhand wpadł na ten domysł?
Czytelnicy przypomną sobie, że swego czasu generał zgubił był w farmie Helmera pierścień, który mnie potem oddano[19]. Dotąd nosiłem ten pierścień na palcu, a teraz go zdjąłem i podałem Apaczowi, mówiąc:
— Mój brat zna zapewne ten pierścień jeszcze z Helmers-Home, niech się przypatrzy literom, wyrytym na stronie wewnętrznej.
Winnetou przyglądnął się pierścieniowi, przeczytał E. B. 5. VIII. 1842, podał następnie pierścień farmerowi i rzekł:
— Jeśli brat nasz Harbour chce się przekonać, że jesteśmy już na tropie morderców, niechaj porówna te litery z napisem na skale grobowej!
Spojrzawszy na pierścień, zagadnięty zawołał:
All devils! To samo E. B., które na owej skale znalazłem aż dwa razy! W nazwisku mordercy było także B., które wprawdzie jeszcze...
Nie słyszałem, co dalej powiedział, gdyż uwagę moją zaprzątnęło co innego. Oto, zwróciwszy wzrok na farmera, który siedział prosto przede mną pod oknem, zobaczyłem twarz mężczyzny, stojącego na dworze i zaglądającego do środka. Twarz ta była jasna, jak u białego i wydała mi się znajomą, chociaż nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie ją już raz widziałem. Miałem właśnie przestrzec wszystkich przed niepowołanym podsłuchiwaczem, kiedy siedzący obok mnie Szako Matto wyciągnął prędko rękę i prawie krzyknął donośnym głosem:
— Tibo taka! Za oknem stoi Tibo taka!
Wszyscy, którzy znali to nazwisko, zerwali się na równe nogi. To był istotnie guślarz Komanczów Naini! Twarz jego nie wyglądała dziś czerwono-brunatno, lecz była jasna, jak u białego, wskutek czego nie poznałem go odrazu. Obecność takiego wroga za oknem izby, jasno oświetlonej, groziła nam wielkiem niebezpieczeństwem. Przypomniałem sobie strzał Old Wabble’a w farmie Fennera i rozkazałem:
— Światło zgasić czemprędzej! Mógłby strzelić!
Nie dokończyłem był jeszcze tego ostrzeżenia, kiedy rozległ się brzęk rozbitej szyby i ukazał się w oknie wylot lufy. Ja jednym skokiem znalazłem się pod najbliższym kątem ściany, żeby się ratować, a w tej samej prawie chwili huknął strzał, dla mnie niewątpliwie przeznaczony. Na szczęście kula przeleciała nad mojem krzesłem i wbiła się w ścianę kuchenną. Lufa cofnęła się, a wtedy ja poskoczyłem do lampy i zgasiłem ją. Izbę zaległa ciemność, a wtedy ja pobiegłem do drzwi, otworzyłem je, dobyłem rewolweru z za pasa i wyjrzałem na dwór. O tym czasie ani jedna gwiazda jeszcze nie świeciła na niebie, ciemność panowała nieprzejrzana, nikogo więc nie można było zobaczyć. Nawet słyszeć nic nie mogłem, bo obecni wszczęli straszny zgiełk, który Winnetou nadaremnie starał się stłumić. Apacz przyszedł do mnie, rzucił szybko okiem w ciemności nocne i rzekł:
— Nie zostawajmy tutaj, lecz śpieszmy dalej w pole!
Gdyby guślarz był sprytny, byłby nie opuścił swego stanowiska, lecz zaczekał, dopókibym ja nie ukazał się w drzwiach, i dał drugi strzał, tymczasem on uciekł zaraz, po pierwszym daremnym. Gdy szybkim biegiem oddaliliśmy się z Winnetou od domu na tyle, że nam hałas naszych ludzi nie przeszkadzał, położyliśmy się na ziemi i zaczęliśmy nadsłuchiwać. O ziemię odbijał się wyraźnie szybki tętent trzech koni, jadących od farmy na zachód.
Liczba koni wskazywała, że guślarz nie sam był w farmie. Dziwiło nas niemało, jak wogóle potrafił tak daleko z południa dostać się nad Kanzas przez kraje wrogich szczepów indyańskich? Jaki powód i cel mogła mieć jego daleka niebezpieczna podróż?
Przywykły do obejmowania każdego zdarzenia szybką myślą, nie pomijającą najmniejszej drobnostki, ażeby móc potem bez wahania coś przedsięwziąć i z góry zapobiec przyszłym niebezpieczeństwom, zastanowiłem się prędko nad temi pytaniami, a taksamo Winnetou. Wnet mieliśmy odpowiedź na nasze wątpliwości. Gdy jeszcze tętent nie przebrzmiał, rzekł Apacz:
— Tibo taka białym się zrobił, białym lekarzem, który odprowadza kobietę z twarzą, zarażoną rakiem, do fortu Walace. Co brat Shatterhand myśli o tem?
— Że dobrze zgadłeś. Chora lady, to Tibo wete, na ciele niewątpliwie zdrowa, którą on przedstawia jako chorą, ażeby mógł twarz jej zasłonić i ukryć w ten sposób przed ludźmi to, że jedzie z czerwoną. Nie dążą oni oczywiście do fortu Walace, lecz z „generałem“ do Colorado. Spotkamy morderców nad grobem zamordowanego. Chodź, zapytamy farmera!
Wróciwszy, zastaliśmy wszystkich przed domem ze strzelbami w rękach. Dick Hammerdull, który choć słyszał nasze rozmowy, odnoszące się do nazwiska Tibo, ale nie pojął wszystkiego, rzekł głośno:
— Jeśli to rzeczywiście był Tibo taka, w takim razie przyszli tutaj Komancze, żeby napaść na farmę. Grozi nam wielkie niebezpieczeństwo. Mr. Harbour, zwołajcie wszystkich swoich ludzi i przygotujmy się do obrony!
Gdy grubas wydawał ten ważny rozkaz dzienny do armii, ja udałem się na drugą stronę domu, by popatrzeć do naszych koni. Uspokoiłem się, gdy je wszystkie zobaczyłem. Po chwili rozległ się w ciemności rozkazujący głos farmera, a gdy wyszedłem za przedni róg domu, zobaczyłem zgromadzone wojsko liniowe i pospolite ruszenie. Tylko Winnetou brakowało, bo on wstąpił do izby, zapalił z całym spokojem lampę i usiadł na krześle. Na dworze sprzeczali się z sobą wszyscy, każdy doradzał co innego. Ażeby położyć kres temu zamieszaniu, krzyknąłem głośno:
— Cicho, ludzie! Czemu się tak rozdrażniacie?
— Dlaczego się rozdrażniamy? Co za pytanie! —odparł Harnmerdull. — Komancze!
— Gdzie?
— Gdzieżby, jeśli nie tutaj? Wszak guślarz ich dał już jeden strzał!
— Pewnie, kochany Dicku, wam w głowę, w której, zdaje się, nie wielki porządek panuje. Skąd wzięliby się tu nad Salmenem Komancze?
— Przyjechali na koniach!
— Prawdopodobnie także na małpach i wielbłądach! Pomyślcie tylko, przez które kraje musieliby się przeciskać, a w każdym narażać na niebezpieczeństwa! Wszak po drodze mieszkają Keiowejowie, Cherokejowie, Choktawowie, Kreekowie, Seminole, Quapawowie, Senekowie, Wyandoci, Peoriasi, Ottawowie, Modocy, Miami, Szawneje, Kuchaowie, Arrapahoje, Szeyennowie, Osagowie i wiele innych szczepów. Chyba ludzie, pozbawieni zdrowego rozsądku, odważyliby się na taką wyprawę wojenną. Jak może zresztą rozumny człowiek uważać coś takiego za możliwe?
— Czy to możliwe, czy nie, to wszystko jedno, nawet zupełnie obojętne, jeśli się nie może stać. Czy nie mam słuszności, stary szopie, Holbersie?
— Barania głowo!
Długi Pitt powiedział tym razem swemu przyjacielowi tylko to jedno słowo, lecz zaznaczył niem dość dobitnie swoje zdanie. Wszyscy roześmiali się, lecz Hammerdull dotknięty tą przygrywką odparł gniewnie:
— Nie rzucaj tak dokoła bydlęcemi głowami, bo będziesz musiał rzucić i swoją! Chciałem was ostrzec przed Komanczami i nie jestem temu winien, że oni przyjść nie mogą. A co byłoby, gdybym był nie ostrzegł, a oni się zjawili?
Przyjaciele znowu się poróżnili, lecz my wiedzieliśmy, że wkrótce się pogodzą.
Ucieszyła mnie obecność Szako Matty w grupie obrońców farmy. Mógł on skorzystać ze sposobności, umknąć, a nawet zabrać nam najlepszą z naszej broni; skoro nie uczynił tego, dał pewny dowód, że istotnie zamierza jechać z nami dobrowolnie. Przystąpiwszy do niego, powiedziałem mu:
— Od tej chwili wódz Osagów jest wolny. Nasze rzemienie nie dotkną już jego członków; teraz może pójść, gdzie zechce.
— Zostanę z wami — odrzekł. — Apanaczka miał mnie zaprowadzić do Tibo taka, lecz skoro ten sam przyszedł, już mi nie ujdzie. Czy wy ruszycie za nim?
— Bezwarunkowo. Czy poznałeś go natychmiast?
— Oczywiście. Czego on chce tu w Kanzas? Czemu zakradł się nocą do farmy?
— On nie zakradł się, lecz uciekł z głośnym, choć na szczęście nieszkodliwym, hukiem. Zaraz ci to udowodnię.
Zwróciłem się teraz do stojącego przy mnie farmera:
— Czy lekarz z chorą kobietą jest jeszcze?
— Nie — odpowiedział. — Kowboy Bell zawiadomił mnie, że odjechał.
— To nie był lekarz, lecz guślarz Komanczów Naini, a ta kobieta, to była jego żona. Czy kto z was rozmawiał z nią?
— Nie, ale ja słyszałem jej głos.
— Co mówiła?
— Żądała od wrzekomego lekarza myrtle-wreath, a on wyprowadził ją z izby czemprędzej.
— Miał dopiero jutro rano odjechać. Dlaczego zmienił tak nagle to postanowienie?
Wtem przybliżył się do nas kowboy i oświadczył:
— Ja mogę wam to najlepiej wyjaśnić, mr. Shatterhand. Ten obcy przyszedł był na dziedziniec do koni, a usłyszawszy głośny śmiech w izbie, gdzie mr. Hammerdull opowiadał właśnie jedną ze swych wesołych historyi, zapytał mnie, kto się tam znajduje. Powiedziałem mu to oczywiście i dostrzegłem mimo ciemności, że się przestraszył. Potem obaj poszliśmy na front domu, skąd on zdaleka spojrzał przez okno do izby. Potem dał mi kilka dolarów i powiedział w zaufaniu, że nie może tu dłużej pozostać, gdyż niedawno wygrał z wami ciężki proces o pieniądze w Kanzas-City, a wy poprzysięgliście mu z tego powodu krwawą zemstę. Prosił mię też, żebym po jego oddaleniu się nie zawiadomił was o tem, że on był tutaj, gdyż obawiał się, że poszlibyście jego tropem i zastrzelili go pewnie. Żal mię zdjął nad nim, dopomogłem mu więc do opuszczenia potajemnie naszego domu i dziedzińca. Otworzyłem mu tylną furtę i wypuściłem go razem z kobietą i koniem jucznym. On widocznie przywiązał w odpowiedniem miejscu wszystkie trzy konie i zakradł się z powrotem.
— Nie inaczej zrobił, mr. Bell. Popełniliście wielki błąd, lecz nie jesteście temu winni, bo nie wiedzieliście, że to łotr i wielki zbrodniarz. Czy mówił wam tylko o mnie?
— Tak.
— A o młodym czerwonym wojowniku, którego nazywamy Apanaczką?
— Ani słowa!
Well! Chciałbym teraz zobaczyć izbę, w której on z żoną przebywał.
Kowboy zapalił latarnię i zaprowadził mię przez dziedziniec do nizkiego budynku o jednej tylko izbie i płaskim dachu. Należało się spodziewać, że w tem niebezpieczeństwie, w jakiem się znajdował, nie okazał się guślarz na tyle nieostrożnym, iżby zostawił po sobie jakie ważne wskazówki. Mimo to postanowiłem zbadać wszystko, bo tak nakazywało mi moje doświadczenie w tych sprawach. Pisarz, nie przedstawiający zdarzeń przeżytych, lecz układający powieści, kazałby Old Shatterhandowi poprostu znaleźć torbę, sakiewkę lub list, co wyjaśniłoby tajemnicę, lecz ja nie mogę korzystać z tego zwyczaju i przyznaję się, że nic nie znalazłem. Spełniwszy moją powinność, wróciłem zadowolony do izby, gdzie zastałem wszystkich swoich, zajętych rozmową o tem intermezzo.
Nazwałem siebie zadowolonym nie bez powodu. Wszak podobnie jak w farmie Fennera uniknąłem prawie cudem śmierci. Ten głos wewnętrzny, który mię ostrzegał, gdy się zbliżałem do farmy Harboura, był niezawodnie głosem mego anioła stróża. Nie usłuchałem go, a jednak on mię ocalił, zwracając w chwili niebezpieczeństwa wzrok mój na okno, z którego groziła mi śmierć. Podobieństwo tego zdarzenia do wypadku w farmie Fennera było uderzające, brakowało tylko napadu na nasze konie lub na nas samych.
Może kto z uśmiechem wzruszy ramionami, czytając moje słowa o aniele stróżu. Kochany niedowiarku! Nie pochlebiam ja sobie bynajmniej, że cię nawrócę i wpoję w ciebie moje przekonanie, ale bądź pewny, że nie dam sobie wydrzeć wiary w anioła-stróża. Wierzę nawet silnie, że nie jednego, lecz kilku mam aniołów stróżów. Są ludzie, którzy pozostają pod opieką wielu takich niebiańskich stróżów. Władcy państw i narodów, od których zależy dobro milionów ludzi, kapitan okrętowy, którego najdrobniejszy błąd w obliczeniu może sprowadzić zatonięcie okrętu, dyplomata, igrający narodami, wódz poruszający armie, lekarz, któremu z pióra spływa życie lub śmierć chorych, oni wszyscy bardziej potrzebują opieki i porady aniołów, aniżeli tłusty rentyer, nie znający innej pracy, ani innego zawodu prócz odcinania kuponów. Może mię kto wyśmieje, ja przyjmę to ze spokojem. Jestem silnie przekonany, że moi niewidzialni unoszą się dokoła mnie, kiedy siedzę i piszę te słowa. Jeśli który z czytelników, który dawniej błądził po manowcach, wróci na dobrą drogę dzięki moim książkom, to jego anioł stróż przyjdzie do mego i obaj cieszyć się będą z wyników swojego wpływu, pod którym ja pisałem, a tamten czytał. Nie mówię tego wcale dla przechwałki! Kto wie, że dzieło swoje tylko w bardzo małej części zawdzięcza samemu sobie, ten nie może być innym, jak tylko pokornym i skromnym. Ja dlatego tylko występuję publicznie z tem zdaniem, że w naszych czasach materyalistycznych, w naszem, pozbawionem ideałów i wiary, fin de siecle mało kto zdobywa się na odwagę, żeby powiedzieć iż nie ma nic wspólnego z modą przeczenia wszystkiemu.
Jaka to pocieszająca i uspokajająca, jak zachęcająca i podniecająca świadomość, że wysłańcy Boga otaczają nas ciągle! Co za moralna potęga tkwi w tem wierzeniu! Kto jest pewien, że troszczą się o niego niewidzialne istoty, znające każdą myśl jego, słyszące każde słowo i widzące czyn każdy, ten będzie się starał, o ile tylko zdoła, nie ściągnąć na siebie niezadowolenia posłów Sędziego świata. Ja za żadne skarby nie oddałbym tej wiary, tak pozbawionej dzisiaj kredytu, a nazywanej wierzeniem w bajki.
„Anioł stróż? To śmieszne! — rzekł do mnie raz uczony jegomość, który wiele podróżował i znany był w kilku częściach świata. — Czy pan go znasz? Czy widziałeś go pan, słyszałeś, mówiłeś z nim może? Pokaż mi go pan, a wtedy uwierzę, że istnieje!“
W rok potem spotkałem tego jegomościa w Tyrolu. Przywitawszy się ze mną, rozpoczął rozmowę niejasnemi dla mnie słowy:
— Są; teraz w to wierzę; ja mam także swojego.
— Co? — spytałem zdumiony.
— Anioła stróża. Czy przypominasz pan sobie jeszcze naszą rozmowę?
Ten uczony był w górach. Pukając po kamieniach i szukając roślin, zalazł był zbyt blizko krawędzi zbocza, głęboko i stromo spadającego. Wiotka warstwa ziemi obsunęła się i porwała go z sobą, poza krawędź. Runął w przepaść, uderzając się o ostre wyskoki skał, aż wreszcie zawisł na pniu kosodrzewiny. Ostry koniec pnia wbił mu się w połę surduta, która mogła się przerwać każdej chwili. Lecz cudem jakimś poła wytrzymała przeszło pół godziny, co w takiem niebezpieczeństwie było wiecznością. Nieszczęśliwiec krzyczał o pomoc, ale napróżno. Patrząc w głąb, dostał zawrotu głowy, w oczach zrobiło mu się ciemno, a w uszach huczało jak trąby i kotły. Puls bił mu jak młotem, ciało trzęsło się w dreszczach. W śmiertelnym strachu zaczął się biedak modlić: — Panie, w ręce twoje oddaję duszę moją! — Zdołał tylko to wykrztusić, poczem całe życie przemknęło przed oczyma duszy jego jak sen, lecz z jaskrawą wyrazistością. Teraz poznał siebie poraz pierwszy dokładnie. Zobaczył swoje błędy, sterczące jak strome lodowce, obojętność dla wiary jak bezdenne przepaście, które go chciały teraz pochłonąć. Przerażenie przypomniało mu stosowną modlitwę: — Panie odpuść mi, bo wierzę w Ciebie! — westchnął nabożnie i z żarliwością, wywołaną śmiertelnym strachem, zaczął wierzyć, że jednak istnieją aniołowie stróże, że tylko Bóg może go przez nich ocalić. Niebawem zaczęło się budzić w nim wrażenie, że czuje jakąś rękę na swem czole, przerażenie ustępowało miejsca coraz silniejszej ufności, że zbliża się chwila ratunku. Wiedział, że to nie złudzenie, zdawało mu się, że ktoś naprawdę trzyma połę jego surduta na pniu kosodrzewiny. Gdy po ustąpieniu zawrotu głowy spojrzał na dół swobodnie, zobaczył gospodarza oberży, u którego od kilku dni mieszkał, nadchodzącego z synem. Obaj oni byli znakomitymi turystami. Gdy go spostrzegli, zaczęli mu dodawać odwagi. Syn wrócił czemprędzej po ludzi i sznury, ojciec zaś, wydostawszy się na górę, zwolna wprawdzie, lecz z pocieszającą pewnością siebie, stanął nad wiszącym i rzucił mu pętlę, którą ten wsunął sobie pod pachę. Teraz mógł już bezpiecznie się utrzymać i doczekać zupełnego ocalenia, którego też dokonano niebawem. To tylko pojąć trudno, że ciało mimo licznych uderzeń o skały nie doznało obrażeń znaczniejszych, prócz kilku sińców. Ale cudem chyba należy nazwać to, w jaki sposób oberżysta i jego syn zostali wezwani na pomoc. Oto jego najmłodsze dziecko, ośmioletnia dziewczynka, przyszła do niego z ogrodu i powiedziała, że ten pan, który zawsze kwiatów szuka, spadł z góry i zawisł nad przepaścią. Ta strona góry jednak była od wsi odwrócona, a zatem z ogrodu gospody niewidoczna, a dziecko nie było dalej niż w ogrodzie. Na zapytanie ojca oświadczyła dziewczynka, że słyszała wołanie o pomoc, choć oddalenie było tak wielkie, iż głos nie mógł dolecieć do ogrodu. Gdy ojciec nie chciał spełnić prośby dziecka, zaczęło tak płakać, że dla uspokojenia go ruszył na miejsce wypadku. Ocalony jest jeszcze teraz silnie przekonany, że zawdzięcza życie dwu aniołom stróżom i wierzy, że jeden trzymał go, a drugi posłał dziewczynkę do gospodarza.
Pytanie, czy widziałem lub słyszałem mego anioła stróża, nie wprawia mnie nigdy w kłopot. Widziałem go oczyma duszy i słyszałem w mem sercu, a wpływ jego odczuwałem niezliczone razy. Czy jestem może szczególnie usposobiony do tego? Chyba nie! Każdemu człowiekowi danem jest zauważyć władztwo anioła stróża. Jedynym warunkiem jest tu znać dobrze samego siebie i wykonywać nad sobą ustawiczną kontrolę. Tylko ten, kto ma właściwą samowiedzę i uważa na siebie, potrafi rozróżnić, czy myśl jaką poddał mu ktoś drugi, czy też pochodzi ona z jego własnej głowy, czy jakieś uczucie lub postanowienie powstało w nim samym, czy też zewnątrz jego duchowego ja. Lecz czy wielu ludzi zna samych siebie?
Ileż to razy zdarzało się, że postanowiłem silnie i niezłomnie dokonać jakiegoś określonego czynu, a potem zaniechałem go bez widocznego, we mnie leżącego powodu. A przeciwnie, jak często czyniłem coś takiego, co nawet w części nie pochodziło z mej woli. Działał tu wpływ z poza mej istoty, a zawsze z najlepszym skutkiem. Ileż to razy zdziwiony stałem wobec spowodowanego przez siebie zdarzenia, ile razy po osiągnięciu założonego celu musiałem sobie powiedzieć: — Tego nie zrobiłem ja, lecz Bóg. — Jak często obca mi całkiem idea przerywała bieg moich myśli, zwracając je w niespodzianym dla mnie kierunku. Ilekroć ostrzegało mnie przed ludźmi, którzy mnie wydawali się przyjaznymi i przed wypadkami, których sobie poprostu życzyłem, jakieś duchowe tchnienie, które okazywało się aż nadto uzasadnionem, gdy go posłuchałem. Ileż to razy przeczuwałem i przeżywałem naprzód sytuacye, które wedle obliczeń ludzkich mogły nawet nigdy nie zajść w mojem życiu, a jednak, gdy wystąpiły w myśl tego obrazu duszy, ze zdziwieniem i z wdzięcznością musiałem uznać, że celem tego przeczucia było moje dobro i zbawienie.
Jakaż to oddzielona od mej indywidualności inteligencya, jaka moc, leżąca poza mną, mogła tak mną władać, ostrzegać mnie i karać wyrzutami sumienia, ilekroć byłem nieuważny lub nieposłuszny? Nie był to instynkt, ani przypadek, lecz anioł boży, dodany mi przez Pana Zastępów, jako przewodnik, ostrzegacz i doradca.
A zatem mój duch opiekuńczy ocalił mnie u Harboura tak samo, jak w farmie Fennera. Świadkowie świeżego wypadku, niespokojni jeszcze, omawiali go z iście pierwotnem ożywieniem. Pojawieniem się Tibo taka i Tibo wete najbardziej zaciekawiony był Apanaczka, który ich oboje uważał za swych rodziców i trwał w tem mniemaniu wbrew przeciwnym dowodom z mojej strony. Z wyjątkiem mnie i Apacza wszyscy napierali na niego, żeby się dał przekonać, lecz on milczał i potrząsał głową. Dla mnie i dla Winnetou było to zupełnie zrozumiałem. Bo i cóż on miał odpowiedzieć? My byliśmy dla pary Tibo źle usposobieni, on nie mógł ich bronić, a nie miał dostatecznych powodów do tego, żeby się ich wyprzeć. Nic wiec dziwnego, że nie odzywał się ani słowem.
Zebrani snuli rozmaite domysły co do podróży guślarza z żoną aż do Kanzas, zastanawiali się nad powodem i celem tej podróży, lecz nikt nie trafił w sedno rzeczy. Ja i Winnetou bawiliśmy się, słuchając, jak oni wysilali swoją bystrość, sprzeczali się z sobą i wikłali całą sprawę jeszcze bardziej. My nie potrzebowaliśmy wyprowadzać ich z błędu, dlatego musieli się ostatecznie zadowolić zapewnieniem z naszej strony, że nazajutrz udamy się za guślarzem, że wnet wyjaśni nam się niejedna sprawa, która dotąd była ciemna.
Zamierzaliśmy wyruszyć wcześnie, dlatego przygotowano nam nocleg w izbie. Ponieważ niedowierzałem Tibo taka, który mógł w nocy powrócić i wyrządzić jakąś szkodę, przeto radziłem, żebyśmy urządzili straż, jak to było naszym zwyczajem, ilekroć obozowaliśmy w nocy na dworze. Ale Harbour sprzeciwił się temu, mówiąc:
— Nie, sir, ja nie mogę do tego dopuścić. Wy jesteście w drodze i nie wiecie, co was spotka. Może przez cały szereg nocy nie będziecie mogli spać spokojnie. Wyśpijcie się więc przynajmniej u mnie porządnie! Mam kowboyów i peonów, którzy za ten zaszczyt, że was widzieli, chętnie obejmą straż.
— Jesteśmy wam bardzo wdzięczni, mr. Harbour — odrzekłem. — Przystajemy na to, lecz pod warunkiem, że ci ludzie nie będą opieszali w spełnieniu swego zadania, lecz wykonają je tak, jak wymaga tego nasze położenie.
— To samo się przez się rozumie. Mieszkamy i żyjemy w kraju półdzikim i przywykliśmy do uważania. Zresztą idzie tu tylko o jednego człowieka, który ze strachu przed wami umknął potajemnie. Gdyby był na tyle zuchwały, żeby powrócił, wygarbowaliby mu moi ludzie skórę tak dokładnie, że garbarz nie miałby już co koło niej robić. Możecie więc położyć się spać bez obawy.
Harbour uspokoił nas, lecz ja przed udaniem się na spoczynek poszedłem jeszcze do zagrodzenia, żeby popatrzeć na nasze konie.
Farmer miał słuszność, mówiąc, że niebezpiecznym dla nas był tylko guślarz, który zresztą z powodu żony nie mógł nic złego przeciwko nam przedsięwziąć. Lecz mnie mimo to sen odbiegał. Znowu nasunęło mi się porównanie dnia dzisiejszego z dniem, spędzonym w farmie Fennera, i co chwila powracałem do myśli: Teraz brakuje tylko jeszcze napadu!
Z tego powodu zasnąłem dość późno. Potem jakiś dziwny sen, którego treści nie mogę sobie przypomnieć, tak mocno zaczął mnie trapić, że wkrótce się zbudziłem. Wstawszy, wyszedłem pocichu, żeby nikogo nie obudzić. Ponieważ świeciły gwiazdy, przeto widać było dość daleko. Udałem się znowu do zagrody, przed którą stali dwaj peoni na straży.
— Czy wszystko w porządku? — spytałem, zamknąwszy za sobą furtę ogrodową.
— Tak — odpowiedziano mi.
— Mój kary i koń Winnetou kładą się w nocy zazwyczaj, a teraz stoją. To mi się nie podoba.
— Wstały właśnie teraz, bo wyście się zbliżyli.
— Z pewnością nie z tego powodu. Popatrzmy do nich!
Konie zwróciły były głowy ku domowi, a oczy ich gorzały niepokojąco. Ujrzawszy mnie, parsknęły. Był to skutek starannego wychowania. Nauczyły się one w nieobecności panów nawet wobec zbliżającego się niebezpieczeństwa zachowywać się spokojnie, a gdy panowie byli przy nich, oznajmiały im to niebezpieczeństwo parskaniem. Zwietrzywszy je i teraz, podniosły się, lecz stały cicho, bo mnie przy nich nie było, gdy zaś przyszedłem, ostrzegły mię. Wróciwszy do dozorców, powiedziałem im:
— Coś wisi w powietrzu. Miejcie się na baczności! Ludzie jacyś są blizko domu. Czy to przyjaciele, czy wrogi, to się dopiero pokaże. Już to jest podejrzane, że się ukryli, bo przyjaciele nie potrzebują tego czynić. Albo siedzą tam za krzakami, albo leżą już bliżej w wysokiej trawie.
— Do dyabła! To chyba nie trampi, z powodu których Bell jeździł nad Nord-river?
— Zobaczymy. Lepiej będzie, jeśli sami zagramy pierwszą nutę, nie czekając aż nieprzyjaciel rozpocznie. O, tam prosto naprzeciw bramy podniosło się coś z trawy! Nie mogę już pójść do izby, ale zbudzę towarzyszy! Czy macie strzelby?
— Tam stoją oparte.
— Weźcie je, ażeby bronić wchodu, lecz nie strzelajcie, dopóki wam nie powiem!
Złożywszy dłonie koło ust, krzyknąłem trzy razy, naśladując głos orła tak donośnie, że słychać go było pewnie na pół mili angielskiej wokoło. W kilka sekund potem zabrzmiał taki sam okrzyk po trzykroć w izbie. Była to odpowiedź Winnetou, który zrozumiał dobrze cel tego ostrzegawczego znaku. Wkrótce potem zerwało się z trawy mnóstwo ciemnych postaci, a powietrze zadrgało wyciem, w którem poznałem hasło do ataku Indyan Szeyennów.
Co ich tu sprowadziło? Dlaczego zapuścili się tak daleko w dół od źródliska rzeki Republican? Chcieli napaść na farmę, wykopali zatem topory wojenne tak samo jak Osagowie. My nie potrzebowaliśmy ich się obawiać, gdyż nietylko w zgodzie, lecz nawet w przyjaźni z nimi żyliśmy. Na dowód wystarczy przypomnieć to, co Szako Marto opowiadał staremu Wabble’owi o Winnetou pod „drzewem z włócznią“. Wódz Apaczów, stanąwszy ongiś na ich czele, dopomógł im do zdobycia obozu Osagów, mógł więc śmiało liczyć na ich wdzięczność. Ja nie byłem wprawdzie przytem, ale wiedziałem, że żaden przyjaciel Winnetou nie będzie wrogiem Old Statterhanda. Uspokoiłem się więc natychmiast, skoro tylko poznałem, że napastnikami są Szeyennowie.
Uderzyło mnie to, że nie napadli najpierw na konie, jak to zwykle czynią Indyanie. Atak wymierzony był widocznie na dom, wskutek jakiegoś szczególnego powodu. Zagrodzenia nie trzeba było bronić, gdyż żaden czerwony tam nie przyszedł, ujrzałem ich natomiast wszystkich zgromadzonych przed domem. Zapewne zamierzali zakraść się do drzwi, wywalić je i wpaść do wnętrza domu, lecz ja przeszkodziłem im krzykiem orła, bo tem zbudziłem mieszkańców. Napad nie udał im się w zupełności.
Byłem bardzo ciekaw, co teraz nastąpi. Nie mogąc wtargnąć do domu, stanęli Indyanie przed drzwiami bezradnie, jakby sobie nie zdawali z tego sprawy, że przecież mieszkańcy domu mogli strzelać przez okno. Wyjąc i rycząc utworzyli przed budynkiem półkole, sięgające od jednego rogu do drugiego. Potem się uciszyli. Znając Winnetou, byłem pewien, że teraz przemówi. On rzeczywiście, otworzywszy drzwi, stanął w nich bez obawy i zawołał donośnym głosem:
— Słyszę okrzyk wojenny Szeyennów. Tu stoi wódz Apaczów, Winnetou, który palił z nimi fajkę pokoju i przyjaźni. Jak nazywa się wódz wojowników, których widzę przed sobą?
Ze środka półkola odpowiedziano:
— Dowódzcą Szeyennów jest Wicz Panaka[20].
— Winnetou zna wszystkich wybitnych wojowników Szeyennów, lecz mu nie wiadomo o Wicz Panace. Od kiedyż to on jest wodzem?
— Na to odpowiada on tylko wówczas, gdy mu się podoba!
— A teraz mu się podoba?
— Nie.
— Dlaczego? Czy wstydzi się swego imienia? Poco Szeyennowie przyszli do tego domu z okrzykiem wojennym?
— Po Szako Mattę, wodza Osagów.
— Uff! A skąd wiedzą, że on jest tutaj?
— Nie potrzebują tego nikomu wyjawiać.
— Uff, uff! Szeyennowie potrafią tylko ryczeć, ale nie mówić. Winnetou przyzwyczajony jest otrzymywać odpowiedzi na swe pytania. Jeśli mu nie odpowiecie, wejdzie do domu i zaczeka spokojnie na dalsze wypadki.
— Zdobędziemy dom szturmem.
— Spróbujcie! My mamy strzelby.
— Spalimy go!
— Uważajcie, żeby wam nie było przy tem za gorąco.
— Żądamy wydania Osagi Szako Matty. Gdy go dostaniemy, odejdziemy.
— Lepiej zrobią Szeyennowie, jeśli opuszczą nas zaraz, nie czekając na wydanie wodza Osagów.
— Nie oddalimy się, dopóki nie będziemy go mieli w swych rękach. Wiemy, że w tym domu znajduje się Old Shatterhand, Winnetou i młody wojownik Apanaczka. Tego ostatniego również musicie nam wydać.
— Czy chcecie zabić Szako Mattę?
— Tak.
— I Apanaczkę?
— Jemu nic się nie stanie. Jest tu między nami ktoś, kto pragnie z nim się rozmówić. Potem będzie mógł odejść, dokąd mu się spodoba.
— Nie wyjdzie ani on, ani Szako Matto.
— Wobec tego musimy Old Shatterhanda i Winnetou uważać za nieprzyjaciół i zabić ich obydwu.
— Spróbujcie, czy tego dokonacie!
— Winnetou jest chyba rażony ślepotą! Czy nie widzi, że tu stoi ośm razy po dziesięciu wojowników? Czyż oprą się nam ludzie, znajdujący się w domu, jeśli szturm przypuścimy? Wszystkich czeka niechybna śmierć. Zostawiamy wodzowi Apaczów godzinę czasu, żeby się mógł naradzić z Old Shatterhandem. Gdy ten czas upłynie, a Szako Matto i Apanaczka nie będą nam wydani, będziecie musieli zginąć. Howgh!
Zanim Winnetou na to odpowiedział, stało się coś, czego ani on, ani wódz Szeyennów się nie spodziewał. Tę niespodziankę urządziłem im ja. Sposób wykonania napadu na farmę kazał się domyślać, że podjęli się tego przeważnie ludzie niedoświadczeni. Uderzać na dom tylko z przodu, a nie otoczyć go równocześnie, utworzyć potem półkole i wystawić się na nasze kule, to były błędy, godne politowania. Ośmdziesieciu Szeyennów nie zrobiło wrażenia na Apaczu, jak to poznałem z tego, że nazywał ich tylko Szeyennami, a nie wojownikami Szeyennów. Ja także nie uważałem za stosowne postąpić z nimi jak z doświadczonymi wojownikami, lecz postanowiłem uporać się z nimi jak najrychlej, by się nie mogli potem chełpić, że obeszliśmy się z nimi jak z dojrzałymi ludźmi. Nie pokazując się, wymknąłem się z zagrodzenia, i położywszy się na ziemi, poczołgałem się aż do miejsca, na którem stał „Nóż Żelazny“. Przyszło mi to z łatwością, ponieważ Indyanie patrzyli na dom, nie zważając na to, co się działo za nimi. Kiedy wódz ich wymówił „howgh!“, podniosłem się, skoczyłem naprzód, przebiłem się przez szereg Indyan i stanąłem obok dowódzcy, zanim mieli czas pomyśleć nad przeszkodzeniem temu. Winnetou nie odparł był jeszcze odpowiednio śmiesznej groźby, kiedy ja zawołałem głośno:
— Nie potrzeba na to godziny, żeby Szeyennowie dowiedzieli się, co postanowimy. Mogą usłyszeć to zaraz.
Nagłe ukazanie się moje wewnątrz półkola Indyan wywołało oczywiście wśród nich poruszenie. Ja, nie troszcząc się o to, mówiłem dalej:
— Tu stoi Old Shatterhand, którego znają zapewne wszyscy Szeyennowie. Jeśli który z nich ma odwagę podnieść na mnie rękę, niech bliżej przystąpi.
Zamiar swój osiągnąłem w zupełności. Poruszenie Indyan ustąpiło miejsca zupełnej ciszy. Już wystąpienie moje zaskoczyło ich bardzo, a wyzwanie zupełnie stropiło, zwłaszcza że stałem wśród nich tak spokojnie, jak gdybym nie uważał ich za groźnych, chociaż nawet strzelby w ręku nie miałem. Skorzystałem z tego wrażenia, jakie na nich wywarłem i, pochwyciszy dowódcę za rękę, rzekłem doń:
— Wicz Panaka zaraz usłyszy, co chcemy z Szeyennami uczynić. Niech idzie ze mną!
Trzymając go za rękę, poszedłem do domu. Była to z mej strony już nie odwaga, lecz bezczelność, rzadko spotykana, ale dzięki jej urzeczywistniłem swój cel, bo Wicz Panaka tak się przeraził, że nawet nie stawił mi oporu, lecz posłusznie, jak dziecko, poszedł za mną do Winnetou, który stał jeszcze w drzwiach i chwycił go za drugą rękę. Wciągnąwszy go do środka, zamknęliśmy drzwi za sobą.
— Prędzej światła, prędzej, mr. Harbour! — zawołałem do ciemnej izby.
Wkrótce zabłysło światło lampy. Twarz „Noża Żelaznego“, którą teraz wyraźniej zobaczyliśmy, wcale nie wydała nam się inteligentną. Porwanie jego odbyło się tak prędko, że Szeyennowie dopiero teraz poznali, jaki popełnili błąd, dopuszczając do tego. Podnieśli straszny krzyk i wołania, lecz my nie troszczyliśmy się o to, gdyż oni nic nie mogli przeciwko nam przedsięwziąć, dopóki dowódca ich był w naszej mocy.
— Niech Wicz Panaka usiądzie z nami — rzekłem, wskazawszy mu krzesło. — Jesteśmy przyjaciółmi Szeyennów i cieszymy się, widząc u siebie ich wodza jako gościa.
To także wydało mu się tak osobliwem, że usiadł bez wahania. Przybył na czele ośmdziesięciu ludzi, żeby zdobyć farmę, a w dziesięć minut po pierwszym okrzyku wojennym znajdował się w niej, lecz nie jako zwycięzca. Wpadł w nasze ręce i musiał się z tem pogodzić, że drwiąc z niego, nazwaliśmy go gościem. Bezczelnością swoją zapobiegłem rozlewowi krwi, powagę chwili zamieniłem w śmieszność i sprawiłem to, że Szeyennowie wobec nas byli bezsilni.
W twarzy i wzroku Winnetou wyczytałem dla siebie uznanie, które mnie napełniło radością i zadowoleniem. Podawszy rękę Apaczowi, żeby mu podziękować, rzekłem:
— Czytam w duszy mego brata i oświadczam mu, że on był moim nauczycielem, a ja jego uczniem.
Winnetou uścisnął moją rękę w milczeniu. Słowa były tu zbyteczne, gdyż ja go bez nich zrozumiałem.
Wicz Panaka siedział między nami w zakłopotaniu, patrząc ponuro w ziemię. Szako Matto zajął miejsce naprzeciw niego, zwrócił nań posępnie oczy i zapytał:
— Czy dowódca Szeyennów zna mnie? jestem wódz Osagów, Szako Matto, którego wydania on żądał. Jak Wicz Panaka sądzi, co z nim zrobimy?
Na ukrytą w tych słowach groźbę odpowiedział zapytany:
— Old Shatterhand nazwał mnie gościem!
— To uczynił Old Shatterhand, lecz nie ja. Ty przeznaczyłeś mnie na śmierć, przeto ja mam teraz prawo żądać twojej.
— Old Shatterhand mnie obroni!
Na to wezwanie, zwrócone bezpośrednio do mnie, odpowiedziałem surowo:
— To będzie zależało od tego, jak się teraz zachowasz. Jeśli mi udzielisz wiadomości, których od ciebie zażądam, zostaniesz pod moją opieką, w przeciwnym razie nie. Spotkaliście dzisiaj białego człowieka z czerwoną skwawą?
— Spotkaliśmy.
— Ten biały powiedział wam, że my znajdujemy się tutaj, a z nami Szako Matto?
— Tak jest.
— Za tę przysługę zażądał od was wydania Apanaczki, który tu siedzi obok ciebie?
— Tak.
— Co chciał z Apanaczką uczynić?
— Nie wiem. Nie pytałem go o to, gdyż ten czerwony wojownik jest mi zupełnie obojętny.
— Gdzie jest teraz ów biały?
— Tego nie wiem.
— Nie okłamuj mnie! On chciał dostać w swe ręce Apanaczke, a ty miałeś mu go sprowadzić, musisz zatem wiedzieć, gdzie on teraz przebywa. Jeśli jeszcze jedno kłamstwo powiesz, wydam cię Szako Macie, który jest twoim wrogiem śmiertelnym. Wyjaw zatem, gdzie znajduje się biały!
Groźba nie chybiła celu, bo Szeyenn odpowiedział:
— Jest z moimi wojownikami.
— Ale bez skwawy?
— Ona jest tam, gdzie zostawiliśmy konie.
Teraz zabrał głos Winnetou.
— Bywałem często u Szeyennów, ale nigdy nie widziałem tam Wicz Panaki. Jak mam to sobie wytłumaczyć?
— My należymy do szczepu Szeyennów Nukweint, u których wódz Apaczów nie był jeszcze.
Winnetou milczał teraz, wobec tego ja przedłożyłem Szeyennowi następujące pytanie:
— Widzę, że porwaliście za tomahawki. Przeciw komu wymierzona jest wasza wyprawa?
Zawahał się z odpowiedzią, lecz na groźny mój ruch, którym wskazałem na Szako Mattę, przyznał się:
— Przeciw Osagem.
— Słyszeliście, że Osagowie opuścili swój obóz, by wyruszyć przeciwko bladym twarzom, i postanowiliście skorzystać ze sposobności do napadu?
— Tak.
— Cieszcie się zatem z tego, żeście z nami się spotkali, bo Osagowie wrócili już do domu i byliby wam, ośmdziesięciu wojownikom, zabrali skalpy. Wielkie to szczęście dla was, żeście się z nami zetknęli. Spodziewam się, że to was skłoni do zachowywania pokoju na przyszłość. Cóż zamierzacie teraz uczynić?
— Zabierzemy z sobą Szako Mattę. Apanaczkę możecie sobie zatrzymać.
— Nie narażaj się na śmiech! Wiesz przecież dobrze, że jesteś moim jeńcem. Czyż sądzisz, że my boimy się twoich ośmdziesięciu ludzi? Szeyennowie Nukweint znani są z tego, że zupełnie nie rozumieją się na walce.
— Uff! — wybuchnął z gniewem. — Kto ci to kłamstwo powiedział?
— To nie jest kłamstwo, lecz prawda, której sami dowiedliście dzisiaj. Napad tak głupio urządziliście, jak gdybyście byli małymi chłopcami. Potem ja stałem pomiędzy wami, a nikt nie poważył się mnie dotknąć. Następnie wziąłem cię za rękę, a ty poszedłeś ze mną do domu, jak dziecko. Jeśli wiadomość o tem puścimy w świat, śmiech wielki przeleci sawannę i góry, a inne szczepy Szeyennów wyrzekną się was, bo musiałyby się was wstydzić. Jeśli chcesz walki, to zabijemy cię tutaj, skoro tylko twoi ludzie dadzą jeden strzał. Wasze kule nam nie zaszkodzą, ponieważ nas chronią ściany. Przypatrz się natomiast naszej broni! Znasz zapewne...
Pshaw! — przerwał mi Winnetou, przystępując do „Noża Żelaznego“. — Po co te długie mowy! Zaraz uporamy się z Szeyennami!
Zdarł Wicz Panace z piersi worek z gusłami, a Szeyenn zerwał się z krzykiem przerażenia, by mu go wyrwać. W tej chwili jednak ja przyskoczyłem, przygniotłem go do krzesła i rzekłem:
— Siedź! Jeśli będziesz posłuszny, otrzymasz gusła z powrotem, inaczej nie!
— Tak, jeśli będzie posłuszny — potwierdził Winnetou. — Życzę sobie, żeby Szeyennowie odeszli w pokoju. Gdy to uczynią, nic im się złego nie stanie i nikt się nie dowie, że zachowali się tu jak małe dzieci. Jeśli jednak Wicz Panaka na to się nie zgodzi, wrzucę jego gusła do ognia, a zaraz potem przemówią nasze strzelby. Howgh!
Kto wie, czem są gusła dla czerwonego, a zwłaszcza dla wodza, jaki to wstyd stracić je, ten nie zdziwi się, że Szeyenn, chociaż po dłuższem wahaniu, przystał na żądanie Apacza.
— Ja także stawiam warunek — oświadczył Treskowo
— Jaki? — spytałem.
— Szeyennowie muszą nam wydać Tibo taka i Tibo wete!
— Nikomu to ani w głowie! Byłby to największy błąd z naszej strony. Zresztą jestem pewien, że guślarza już niema między Szeyennami. Widząc, że zabieram ich wodza, zrozumiał pewnie odrazu, co się święci i ulotnił się czemprędzej, jest mi to bardzo na rękę, a dlaczego, to później zrozumiecie.
Po zawarciu pokoju odjechali Szeyennowie jeszcze przed południem zadowoleni, że niefortunny ich napad na farmę skończył się bez rozlewu krwi. My wyruszyliśmy także w godzinę po nich. Szako Matto otrzymał broń swoją napowrót i jako wolny człowiek nam towarzyszył. Był on bardzo zły z tego powodu, że guślarz umknął mu znowu, lecz wesoły zawsze Dick Hammerdull starał się go pocieszyć, mówiąc:
— Niech wódz Osagów nie rozpacza. Guślarza dostaniemy jeszcze, bo, co ma wisieć, nie utonie.
— On nie ma zawisnąć, lecz zginąć śmiercią dziesięćkrotną! — mruknął Osaga.
— Czy umrze pojedyńczo, czy podwójnie, czy sześciokrotnie, to wszystko jedno, w każdym razie wisieć będzie. Dla takiego draba niema piękniejszej śmierci jak na powrozie! Nieprawdaż, ty stary szopie, Holbersie?
Yes, kochany Dicku — odparł długi. — Ty zawsze masz słuszność.

Przypisy

  1. Siedm niedźwiedzi.
  2. Woda deszczowa.
  3. Stara kobieta.
  4. Angielskie.
  5. Bawół, bawół, bawół!
  6. Uważaj!
  7. Chodź za mną!
  8. Aktor.
  9. Czerwona glina do fajek.
  10. Długa ręka.
  11. Ty.
  12. Moja żono.
  13. Mój mężu.
  14. Prezydent Stanów Zjednoczonych.
  15. Bardzo surowe więzienie w Filadelfii.
  16. Parobek do koni.
  17. Słońce.
  18. Niebo.
  19. Old Surehand, tom I.
  20. Nóż żelazny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.