Old Surehand/Tom III/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Old Surehand
Wydawca Wydawnictwo
„Przez Lądy i Morza“
Data wydania 1910
Druk Drukarnia Zygmunta Jelenia w Tarnowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
Kolma Puszi.

W dzień po opuszczeniu farmy Harboura zdarzyło nam się nieszczęście. Koń Treskowa upadł, wyrzucił jeźdźca z siodła, a zaraz potem, zerwawszy się, popędził dalej, wlokąc za sobą jeźdźca, zawieszonego jedną nogą w strzemieniu. Wprawdzie nie uciekł, bo zatrzymaliśmy go wkrótce, ale uderzył Treskowa dotkliwie kopytem w plecy. Ugodzony wprost nie czuł tej strony ciała, jakby sparaliżowany i nie mógł prawie nogą poruszyć. Niepodobna też było wsadzić go na konia, wskutek tego musieliśmy na dłużej tam się zatrzymać.
Na szczęście znalazła się woda w pobliżu. Zanieśliśmy tam chorego z myślą rozłożenia się na tem miejscu obozem.
Winnetou zbadał Treskowa. Pokazało się, że ani łopatka, ani inna kość nie była uszkodzona, tylko miejsce uderzone spuchło bardzo i nabrało ciemnej barwy. Zastosowaliśmy celem leczenia zimne okłady i masaż. Lecz ostatni zabieg wkrótce zarzuciliśmy wobec tego, że Treskow nie był naturą odporną i nie należał do westmanów, którzy w szkole trudów i niewygód nauczyli się znosić ból bez wydania głosu z siebie.
Bezwładność nogi i ręki ustąpiła nazajutrz, a po upływie dwóch dni następnych znikła spuchlizna prawie zupełnie, a bólu nie odczuwał chory o tyle, że mogliśmy puścić się w dalszą drogę.
Przez ten przykry wypadek straciliśmy całe trzy dni, czyli czas, którego niepodobna było odrobić. Musieliśmy pogodzić się z myślą, że nie dościgniemy Old Surehanda przed jego przybyciem do parku. W zwykłych warunkach nie miałoby to wielkiego znaczenia, lecz on był sam, a nadto szli za nim ludzie, którym nie można było ufać. Gdyby Old Surehand wiedział, że „generał“ dążył równocześnie z nim do tego samego parku, zachowałby wszelkie środki ostrożności, lecz on właśnie tego nie wiedział. Starego Old Wabble’a my musieliśmy się strzec. Wprawdzie nie wiedziałem, dokąd on ze swoimi towarzyszami miał się udać, ale po tem, co go z naszej strony spotkało, można było się spodziewać, że dla zemsty będzie nam następował na pięty. Zatrzymanie jego konia przez nas nie zmieniało sprawy, mogło ją co najwyżej opóźnić, ale tej zwłoki nie mogliśmy brać w rachubę wobec tego, że myśmy trzy dni stracili. Nie schodził mi także z myśli Tibo taka. Nie znałem celu jego podróży, bo wiadomość, podana przez niego, że jedzie do fortu Walace, była kłamstwem. Obaj z Winnetou podejrzewaliśmy, że „generał“ wezwał guślarza, żeby ten udał się do Colorado i zeszedł się z nim tam w oznaczonem miejscu. On jeden, skrępowany nadto obecnością kobiety, nie był dla nas groźny. Ponieważ jednak tak zwane szczęście sprzyja przynajmniej pozornie częściej złemu, aniżeli dobremu, przeto wypadało liczyć się także z tym człowiekiem.
Byliśmy więc podczas tej dalekiej podróży bardzo ostrożni. Przekroczywszy granicę, wjechaliśmy w głąb Colorado bez żadnej przeszkody, lecz nie znaleźliśmy ani śladu wspomnianych osób. Znajdowaliśmy się w pobliżu Rush-Creeku. Winnetou znał tam stare, dawno opuszczone obozowisko, do którego chcieliśmy dotrzeć koło wieczora. Wedle opisu Apacza było na tem miejscu źródło, nigdy nie wysychające i otoczone wałem kamiennym, który stanowił dobrą osłonę, choć był tylko tak z kamieni ułożony, jak to wieśniacy niektórych okolic układają jedne na drugich kamienie, znajdowane na roli. Dla westmana jest taki wał, choćby nie wysoki, bardzo pożądaną osłoną przeciwko nieprzyjaciołom.
Na krótko przed południem zauważyliśmy trop około dwudziestu jeźdźców, którzy szli z północnego wschodu prawdopodobnie także nad Rush-Creek. Ślady wskazywały, że konie były podkute, a ta okoliczność i lichy, często przerywany porządek, w jakim ci ludzie jechali, dowodził, że byli to biali. Bylibyśmy podążyli tym tropem, gdyby nawet był nie schodził się z kierunkiem naszej drogi, bo na Dzikim Zachodzie trzeba zawsze wiedzieć, kogo się ma przed sobą. Jasnem było dla nas, że ci ludzie wybrali się w góry, bo podówczas mówiono o wielkich ilościach złota i srebra, znalezionych w tych okolicach. Prawdopodobnie było to towarzystwo awanturników, którzy z powodu takich wieści zbierają się szybko, a potem równie prędko się rozchodzą. Są to natury zuchwałe i bez sumienia, które spodziewają się od życia wszystkiego, a mimo to nie martwią się zbytecznie, jeśli im życie nic nie da.
Ślady zostawiono przed pięciu godzinami, wobec tego nie spodziewaliśmy się, że dziś spotkamy się z tymi ludźmi, dojechaliśmy więc swobodnie aż do miejsca, na którem oni byli się zatrzymali. Kilka próżnych puszek z konserw, porzuconych nierozważnie, zdradzało, że jedli tam obiad. Leżała też tam próżna flaszka. Zsiedliśmy z koni, aby zbadać miejsce dokładnie, lecz nie znaleźliśmy nic podejrzanego. Dick Hammerdull podniósł flaszkę, potrzymał pod światło, a zobaczywszy, że w niej jeszcze jest kilka łyków, przyłożył ją do ust, lecz zaraz odrzucił. Splunąwszy z kwaśną miną, zawołał:
— Fe! Wystała woda, stara, woda letnia! A ja myślałem, że to łyk dobrej brandy! Ludzie, którzy to zostawili tutaj, nie mogą być gentlemanami. Kto wozi z sobą flaszkę, a w niej wodę, ten nie może wymagać, żebym ja go szanował. Co ty na to, stary szopie, Holbersie?
— Hm! — mruknął Pitt. — Jeśli spodziewałeś się wódki, to żal mi ciebie z całej duszy, kochany Dicku. Czy ty sądzisz, że tu na Zachodzie postawi ci ktoś przed nosem pełną flaszkę brandy?
— Pełną, czy próżną, to wszystko jedno, byleby w niej było cośkolwiek. Ale zostawiać wodę, to poprostu haniebny postępek względem mnie!
Najrozumniejszy człowiek popełni nieraz głupstwo i to niekiedy wówczas, gdy ma wszelkie warunki, żeby być rozumnym. Tak nam się właśnie zdarzyło. Innym można to darować, ale że Winnetou i ja nie zwróciliśmy uwagi na tę flaszkę, to było wprost niedbalstwem z naszej strony. Próżne puszki z konserw nie miały żadnego znaczenia, ale powinniśmy byli pomyśleć o tej flaszce. Gdyby w niej była wódka, wypitoby ją pewnie, a potem porzucono, ale w niej była woda, woda! Wzięto więc ją nie na wódkę, lecz na wodę, czyli używano jej jako manierki, którą napełniano wodą i chowano w torbie u siodła, ażeby móc gasić pragnienie tam, gdzie nie byłoby wody. Na Dzikim Zachodzie była podówczas flaszka wielką rzadkością, której nie wyrzucano, lecz przeciwnie starannie przechowywano. Znalezioną przez nas zapomniano z pewnością, na ten domysł powinniśmy byli wpaść odrazu. Jeśliby właściciel, zauważywszy jej zgubę, był zawrócił, musiałby nas odkryć. Nie pomyśleliśmy nad tem i do dzisiaj gniewa mnie ta nierozwaga, której skutki nastąpiły niebawem.
Ci ludzie obozowali na tem miejscu ze trzy godziny, a opuścili je byli przynajmniej przed dwoma. Jechaliśmy ich śladem przez trawiastą sawannę, dopóki nie spostrzegliśmy na widnokręgu zarośli, a za niemi po prawej ręce lesistego wzgórza. Było to przedgórze doliny Sandy, przez której rzeczułkę przeprawialiśmy się dziś rano. Winnetou wskazał je ręką, mówiąc:
— Musimy przejść obok tej góry, jeśli chcemy dostać się do obozu. Niech moi bracia pójdą za mną!
To rzekłszy, skręcił na prawo.
— A ten trop? — zapytałem. — Nie zostaniemy na nim?
— Dzisiaj nie. Jutro zobaczymy go znowu.
Obliczenie to było słuszne. Bylibyśmy do tropu wrócili, gdybyśmy byli tak obojętnie nie zostawili owej flaszki. Ruszyliśmy spokojnie za Apaczem, który także nie przeczuwał, jakie nieszczęście czekało nas w obozowisku.
Jadąc ciągle okolicą, zarosłą krzakami, minęliśmy w godzinę potem wspomnianą górę, za którą wznosiły się dalej wzgórza lub wysuwały jak kulisy. Wjechaliśmy między te wzgórza, powierzając się pewnemu przewodnictwu Winnetou i przybyliśmy pod wieczór na dolinę, której środek zajmowała cicha sadzawka. Cieniste drzewa otaczały dolinę; a za sadzawką wznosiły się kupy kamieni, które wyglądały jak ruiny zamieszkanych niegdyś budowli.
— Oto obóz, o którym mówiłem! — oświadczył Winnetou. — Tu jesteśmy bezpieczni przed wszelkim napadem, jeśli u wejścia do doliny postawimy kogoś na straży.
Miał słuszność. Nie znałem miejsca, lepiej nadającego się na bezpieczny obóz. Dzięki miękkości gruntu pojechaliśmy prawie niedosłyszalnie aż do sadzawki. Tam zatrzymał się nagle Winnetou, położył palec na ustach, nakazując nam milczenie i zaczął nadsłuchiwać.
My poszliśmy za jego przykładem. Po drugiej stronie brzmiały dźwięki, tylko dla bystrego ucha dosłyszalne z tej odległości, w której myśmy się znajdowali. Apacz zsiadł z konia i dał mnie znak, żebym uczynił to samo. Zostawiwszy konie przy towarzyszach, pomknęliśmy cicho ku kamieniom. Im bardziej zbliżaliśmy się, tem wyraźniejsze stawały się dźwięki. Był to wysoki, męski głos tenorowy, albo nizki kobiecy altowy, nucący powoli i ze skargą pieśń w języku indyańskim. Nie była to ani nuta indyańska, ani melodya wedle naszych pojęć, lecz coś pośredniego, jak gdyby czerwony przystosował się do sposobu śpiewania bladych twarzy. Byłbym się założył, że śpiewająca osoba stworzyła sobie sama pieśń melodyę, które wydobywały się z jej duszy, ażeby przebrzmieć równie tajemniczo jak powstały.
Posuwając się coraz dalej, dotarliśmy do wązkiej wyrwy w wale kamiennym, przez którą mogliśmy zaglądnąć.
— Uff, uff! — rzekł Winnetou niemal głośno.
— Uff, uff! — powtórzyłem ja prawie równocześnie, gdyż również zdumiałem się na widok, który naszym oczom się przedstawił.
Kamienie tworzyły wał, ocieniony drzewami i porosły krzakami, o czterdziestu może metrach średnicy, a grunt pokrywała wysoka trawa. Na skraju wału, tuż obok wyrwy, siedział... Winnetou!
Istotnie z większego oddalenia można było tego Indyanina wziąć za Winnetou. Głowa jego była odkryta. Długie, ciemne włosy, zwinięte w węzeł, spływały mu po plecach aż do ziemi. Jego bluza myśliwska i legginy były ze skóry, a nogi tkwiły w mokassynach. Biodra owinął sobie kocem, za którym tkwił nóż. Obok niego leżała dwururka. Na szyi miał zawieszone rozmaite potrzebne przedmioty, ale nie zauważyłem między nimi takiego, któryby można było wziąć za worek z gusłami.
Czy to wszystko nie było prawie takie same jak u Winnetou? Indyanin ten był wprawdzie starszy od Apacza, lecz dziś jeszcze było widać, że kiedyś był piękny. Rysy jego twarzy, poważne i surowe, miały w sobie coś kobiecego. Bądź co bądź zdziwiło mię podobieństwo jego do Winnetou, a gdy przeminęło zdumienie, opanowało mię uczucie, którego nie potrafię określić. Stałem przed czemś zagadkowem, przed obrazem, zakrytym niewidzialną zasłoną.
Czerwony śpiewał ciągle jeszcze półgłosem. Miękki, głęboko odczuty ból jego pieśni nie zgadzał się z rysami jego śmiałej, energicznej twarzy. Z drugiej strony surowy, nieubłagany wyraz jego oblicza odbijał nieprzyjemnie od przedziwnie łagodnego blasku oczu, naprawdę czarnych, choć właściwie czarne oczy rzadko się u ludzi widuje. Ten czerwony nie był tem, czem się wydawał i nie wydawał się tem, czem był. Czy ja go już gdzieś widziałem? Albo nigdy, albo setki razy! Był dla mnie zagadką, ale o ile i dlaczego, z tego nie mogłem sobie zdać sprawy.
Winnetou podniósł rękę w górę i szepnął:
— Kolma Puszi!
Jego oczy się rozszerzyły, kiedy jednem spojrzeniem obejmowały obcego Indyanina, co bardzo rzadko widywałem u Apacza.
Kolma Puszi! A więc słusznie się domyślałem. Mieliśmy przed sobą, zaiste, zagadkową postać. W wysokich parkach żył Indyanin, którego nikt nie znał bliżej, który nie należał do żadnego szczepu i gardził dumnie wszelkiem pożyciem z ludźmi. Polował wszędzie, a gdzie go widziano, tam znikał równie szybko, jak się pokazywał. Nie występował nigdy wrogo przeciw nikomu, ale też nikt nie mógł się pochlubić, żeby mu był choć przez dzień towarzyszem. Jedni widywali go na koniu, drudzy idącego pieszo, ale zawsze sprawiał wrażenie człowieka, umiejącego dobrze władać bronią, z którym niema żartów. Osoba jego w oczach Indyan i białych uchodziła za neutralną i nietykalną. Zamach na niego byłby tylko wywołaniem gniewu wielkiego Manitou i jego zemsty. Byli nawet Indyanie, którzy o nim twierdzili, że to już nie był człowiek, lecz duch słynnego wodza, wysłany przez Manitou z wiecznych ostępów, żeby zbadał, jak się powodzi na ziemi jego dzieciom czerwonym. Nikt nie zdołał dowiedzieć się, jak się nazywał, a ponieważ każdy przedmiot i osoba musi mieć nazwę, przeto i jego z powodu ciemnych jak noc oczu nazwano Kolma Puszi, czyli „ciemne oko“. Kto nadał mu tę nazwę, kto ją wymówił po raz pierwszy, tego nikt oczywiście nie wiedział.
Ten tajemniczy Indyanin siedział teraz przed nami. Winnetou nie znał go także, nie spotkał się z nim nigdy przedtem, lecz teraz odrazu powiedział, że to Kolma Puszi. Mnie nawet przez myśl nie przeszło wątpić o prawdziwości tych słów, ktokolwiek bowiem słyszał kiedy o tym Indyaninie, a potem go zobaczył, musiał poznać na pierwszy rzut oka, że to on, a nie kto inny.
Nie uważaliśmy za potrzebne podsłuchiwać go dłużej, a ponieważ nie chcieliśmy zbyt długo zatrzymywać towarzyszy, przeto podnieśliśmy się z ziemi, umyślnie wywołując szelest. Szybko, jak błyskawica, pochwycił Kolma Puszi swoją strzelbę, zwrócił ku nam wylot luf, zgrzytnął kurkami i zawołał:
— Uff! Dwaj ludzie! Co za jedni?
Słowa te padły również prędko, jak rozkaz wodza w niebezpiecznej chwili. Winnetou chciał już odpowiedzieć, kiedy usposobienie obcego zmieniło się nagle. Spuścił strzelbę, trzymając ją jedną ręką za lufę, a drugą wyciągnął jakby na powitanie i zawołał: — Inczu-czuna! Inczu-czuna, wódz Apa... Nie, to nie Inczu-czuna. To może być tylko syn jego Winnetou, o wiele większy i słynniejszy syn jego!
— Ty znałeś ojca mego, Inczu-czunę? — spytał Winnetou, wchodząc ze mną przez wyrwę.
Zdawało się, że Kolma Puszi namyśla się, czy zaprzeczyć, czy potwierdzić pytanie, ponieważ jednak zaprzeczyć już nie mógł, przeto odrzekł:
— Znałem go. Widziałem go raz, a może dwa razy. Ty jesteś jego odbiciem.
Głos jego brzmiał miękko, a jednak silnie i stanowczo.
— Tak, jestem Winnetou. Poznałeś mnie. A ciebie nazywają Kolma Puszi?
— Winnetou mnie zna?
— Nie. Nie widziałem ciebie nigdy, lecz domyślam się, że to ty jesteś, o którym tylko dobrze mówią. Kolma Puszi pozwoli, żebyśmy obok niego usiedli?
Wymieniony zwrócił wzrok i na mnie, a oblókłszy mnie badawcze m spojrzeniem, odpowiedział:
— Ja także słyszałem o Winnetou tylko dobre rzeczy. Wiem, że z nim jest często słynna blada twarz, która nie dopuściła się jeszcze nigdy złego czynu i nazywa się Old Shatterhand. Czy to ten biały?
— To on — potwierdził Winnetou.
— Usiądźcie i witajcie!
Podał nam rękę, która wydała mi się niezwykle małą. Winnetou oznajmił mu:
— Mamy z sobą towarzyszy, którzy czekają tam nad wodą. Czy mogą przyjść do nas?
— Wielki Manitou stworzył ziemię dla wszystkich dobrych ludzi. Dla waszych towarzyszy będzie tu dość miejsca.
Ja poszedłem po nich. Po drugiej stronie wału było większe wejście, aniżeli wyrwa, przez którą wcisnęliśmy się byli z Winnetou. Gdy teraz towarzysze i ja przez to wejście wstąpiliśmy do wnętrza, ujrzeliśmy obu Indyan obok siebie pod drzewem. Kolma Puszi patrzał na nas z oczekiwaniem, a oko jego spoczęło na zbliżających się z owem zajęciem, którem się darzy nieznajomych, mających być tylko przez krótki czas towarzyszami. Dopiero na widok Apanaczki, który wjechał ostatni, wzrok jego zatrzymał się na nim, jak przykuty. Poderwawszy się nagle z ziemi, jakby pchnięty niewidzialną siłą, odjął zeń wzrok na chwilę i postąpił ku niemu kilka kroków. Potem stanął, zaczął z niesłychanem zajęciem śledzić jego ruchy, a wkońcu zbliżył się do niego całkiem i zapytał z niepokojem:
— Kto... ty... jesteś? Powiedz... powiedz mi!
Zapytany odparł z uprzejmą obojętnością:
— Jestem Apanaczka, wódz Komanczów Kanean.
— Czego... chcesz... w Colorado?
— Zdążałem na północ do świętych kamieniołomów i po drodze spotkałem się z Winnetou i Old Shatterhandem, którzy jechali w góry. Porzuciłem pierwotny plan i przyłączyłem się do nich.
— Uff, uff! Wódz Komanczów! To nie może być!
Wpatrywał się wciąż jeszcze w Apanaczke tak badawczo, że młody Indyanin zapytał:
— Czy znasz mnie? Czy widziałeś mię kiedy?
— Musiałem, musiałem cię widzieć, lecz chyba we śnie, we śnie młodości, która już dawno minęła.
Usiłował zapanować nad wzruszeniem, podał Apanaczce rękę i mówił dalej:
— Bądź mi również pozdrowiony! Dzisiaj mam dzień, jakich mało było w mojem życiu!
Wrócił do Winnetou, przy którym ja tymczasem byłem usiadł, i wciąż jeszcze patrząc na Apanaczkę, opadł na swoje miejsce, jak gdyby śnił o swej młodości. Takie zachowanie się jest u Indyan rzadkością i nie podobna go nie zauważyć. Uderzyło też ono Winnetou, zarówno jak mnie, lecz nie daliśmy nic poznać po sobie, choć nas ta scena bardzo zajęła.
Koniom dano wody i podostatkiem zielonej paszy. Uzbierano sporo chróstu i gdy się ściemniło, rozniecono ognisko, a Dick Hammerdull odszedł, by jako pierwszy stanąć na straży u wejścia do doliny. Reszta towarzyszy miała pełnić straż po kolei, jak zwykle.
Wszyscy siedzieliśmy szerokiem kołem przy ognisku. Byliśmy zaopatrzeni w żywność i udzieliliśmy jej trochę Kolmie Puszi, sądząc, że on nie ma nic do jedzenia.
— Moi bracia są dla mnie uprzejmi — rzekł — ale ja mógłbym im także dać mięsa tyle, że nasyciliby się wszyscy.
— Gdzie je masz? — zapytałem.
— Przy koniu.
— Czemu nie zabrałeś go tutaj?
— Bo nie chciałem tu zostać, lecz pojechać dalej. Mój koń stoi w miejscu, bezpieczniejszem od tego.
— Czy nie uważasz tego obozowiska za bezpieczne?
— Dla jednego nie, ale gdy was jest tylu, że możecie wystawić straże, to nie potrzebujecie się niczego obawiać.
Byłbym chętnie wdał się z nim w rozmowę, lecz zaniechałem tego, ponieważ on zapytał oczywiście o cel naszej podróży, a usłyszawszy, że zdążamy do parku Louis, jeszcze bardziej milczał. Nas to ani nie uderzało, ani nie obrażało. Na Dzikim Zachodzie musi człowiek nawet z dobrymi znajomymi być ostrożnym. Tylko Dick Hammerdull był niezadowolony, że tak mało dowiedzieliśmy się od tego obcego Indyanina, dlatego zapytał go swoim poufałym sposobem:
— Mój czerwony brat słyszał, że my przyjechaliśmy tu z Kanzas. Czy wolno nam teraz zapytać, skąd on przybył?
— Kolma Puszi przybywa stąd i zowąd. Jest jako wiatr, który leci po wszystkich drogach — brzmiała nieokreślona odpowiedź.
— A gdzie stąd się uda?
— Tam, dokąd koń jego zwróci swe kroki.
Well! Czy tam, czy ówdzie, to wszystko jedno, trzeba jednakże przynajmniej to wiedzieć, dokąd koń ma pójść! Nieprawdaż?
— Jeśli Kolma Puszi wie, to wystarczy.
— Oho! To ja nie potrzebuję wiedzieć?
— Nie.
— To bardzo szczera, a nietylko szczera, lecz nawet grubiańska odpowiedź. Czy nie tak, Picie Holbersie, ty stary...
Spostrzegł, że Holbersa w tej chwili nie było, dlatego połknął ostatnie słowo. Kolma Puszi zaś zwrócił się do niego i rzekł tonem poważnym:
— Biały mąż, Dick Hammerdull, nazywa mnie grubianinem. A czy z jego strony było to delikatnie i uprzejmie, że chciał mi usta otworzyć, skoro ja lubię trzymać je zamknięte? Gruba twarz blada nie zna widocznie dobrze Dzikiego Zachodu. Tu zawsze jest lepiej, gdy nikt nie wie, skąd się przybywa i gdzie się zdąża. Kto cel drogi zatai, tego niebezpieczeństwo nie wyprzedzi, ani się nań nie zaczai. Niechaj sobie to Hammerdull zapamięta!
— Dziękuję! — roześmiał się skarcony. — Szkoda, straszna szkoda, że mr. Kolma Puszi nie został nauczycielem! A ma do tego uzdolnienie! Zresztą ja nie myślałem nic złego. Czerwony brat podoba mi się nadzwyczajnie, dlatego cieszyłbym się bardzo, gdyby droga jego była tą samą, co nasza.
— Że mój gruby brat biały źle nie myślał, tego jestem pewien, bo w przeciwnym razie byłbym mu nie odpowiedział wogóle. Czy droga moja będzie ta sama, to się dopiero pokaże. Zastanowię się jeszcze nad tem. Howgh!
Na tem skończyła się rozmowa. Ponieważ nazajutrz mieliśmy wcześnie wyruszyć, przeto położyliśmy się wkrótce spać, gdy Holbers, oddawszy straż Treskowowi, wrócił do obozu.
Nie wiem, jak długo już spałem, kiedy mię zbudziły głośne wrzaski. Otworzywszy oczy, zobaczyłem nad sobą człowieka, który zamierzył się, by mię uderzyć kolbą od strzelby. Zanim zdołałem się poruszyć, otrzymałem cios, który mię pozbawił przytomności, szczęściem nie na zawsze.
Miły czytelniku, czy potrafisz wyobrazić sobie uczucie i stan duszy człowieka, który się budzi z głębokiego ogłuszenia i dochodzi do poznania, że ma głupią głowę i nierozważną, skoro przyjęła uderzenie kolbą? Los człowieka z taką głową po ciosie jest bardzo przykry. Najpierw nie czuje on jej i żyje tylko po szyję. Dopiero z czasem jakiś szum i brzęczenie świadczą, że go nie ścięto zupełnie, lecz tylko uderzono w najwyższą część ciała. Że tą częścią jest głowa, tego tak zaraz jasno się nie wie, lecz dopiero wtedy, gdy szum zmieni się w ucisk i śrubowanie, jakby ktoś czaszkę gniótł w tłoczni do wina. W następnym stanie każde uderzenie pulsu, zaopatrujące w krew mózgownicę, sprawia wrażenie, jakby głowa leżała pod tłuczkiem moździerza, a równocześnie w tem domostwie rozumu grzebały lwie pazury.
Tak, było i ze mną. Przebywszy opisane powyżej stany, wywołane uderzeniem kolbą w głowę, ujrzałem przed oczyma wszystkie barwy, a w uszach miałem szum stu wybrzeży morskich. Nic nie widziałem, ani nie słyszałem, wreszcie zemdlałem znowu.
Kiedy powtórnie przyszedłem do siebie, poczułem, że znośnie rozporządzam siłami ducha i ciała, nie mogłem tylko rozróżnić, czy z pomiędzy barków wyrasta mi głowa, czy kolba od strzelby. Spróbowałem oczywiście tych sił i otworzyłem oczy, lecz widokiem, który moim oczom się przedstawił, wcale się nie zbudowałem. Opodal płonęło ognisko, a przede mną siedział Old Wabble z oczyma, zwróconymi na mnie, a pełnemi nienawiści.
— Nareszcie... nareszcie! — zawołał. — Wyspaliście się, mr. Shatterhand! Śniliście o mnie, nieprawdaż? Jestem pewien, że ukazałem wam się we śnie jako anioł i gotów jestem grać dalej tę rolę; th’ is clear! Jakiego anioła widzicie we mnie teraz: mściciela, czy zbawcę?
Pshaw! — odrzekłem. — Wy nie macie zdolności ani na jednego, ani na drugiego.
Gniewało mię to niezmiernie, że musiałem odpowiadać temu człowiekowi, ale dumne milczenie byłoby tu najgorszym sposobem postępowania. Powiódłszy oczyma w koło, przekonałem się, że wszyscy byliśmy pojmani, nawet Treskow, który ostatni stał na straży, a widocznie nie dość był baczny, bo pozwolił się niespodzianie zaskoczyć. Wszyscy byliśmy skrępowani. Na lewo ode mnie leżał Winnetou, na prawo gruby Dick Hammerdull. Odebrano nam broń i wypróżniono kieszenie. Z dwudziestu drabów, siedzących dokoła nas, nie znałem prócz Old Wabble’a nikogo. Byli to niewątpliwie ci ludzie, których trop widzieliśmy dzisiaj. Skąd oni wzięli się w tym obozie? Jechali przed nami w lewą stronę, a my skierowaliśmy się przecież w prawą. Wtem przypomniałem sobie flaszkę z wodą i odrazu zrozumiałem, jaki błąd popełniliśmy pod tym względem.
Stary „król kowboyów“ zajął miejsce wprost przede mną. Radość z pojmania mnie przebijała się w każdej zmarszczce jego pooranego oblicza. Długie, siwe włosy, spadające mu z głowy w wężowatych kosmykach, nadawały tej twarzy wyrazu starej eumenidy albo gorgony męskiej, z której rąk polipowych nie było wyjścia. Migotliwe światło to buchającego w górę, to znów przygasającego ognia, nadawało tej chwiejnej postaci wyglądu tajemniczego. Gdyby nie zupełnie naga rzeczywistość, pozbawiona wszelkiej poezyi, byłbym sądził, że patrzę na scenę z bajki.
Na pytanie jego nie mogłem mu dać lepszej odpowiedzi od tej, którą usłyszał. On wziął ją za to, czem była, t. j. za szyderstwo, dlatego huknął na mnie:
— Nie poczynajcie sobie tak zuchwale, bo wam ścisnę pęta tak mocno, że krew tryśnie! Nie pozwolę na to, żebyście mnie wyśmiewali. Nie jestem Indyaninem! Czy rozumiecie, co chcę przez to powiedzieć?
— Że wogóle nie należycie do istot, zwanych ludźmi.
— A do jakich?
— Wyszukajcie sobie w państwie zwierzęcem jak najbrzydsze i najbardziej pogardzane stworzenie, a będziecie mieli to, czem jesteście.
Starzec roześmiał się chrapliwie i zawołał:
— Ten drab rzeczywiście nie zrozumiał mnie w swej głupocie! Oświadczyłem wam, że nie jestem Indyaninem. Czerwoni włóczą długo jeńców z sobą i prowadzą do swych pastwisk. Potem karmią ich dobrze, by ich uczynić zdolnymi do wytrzymania wielkich męczarni. Sam doświadczyłem w waszem towarzystwie, że to daje jeńcom sposobność do czekania na szczęśliwą chwilę. Kto nie ma nadziei ucieczki, a chce umrzeć prędko i bez bolu, chwyta się starego i zużytego środka, a mianowicie: obraża Indyan, w których ręce się dostał, ażeby zapomnieli się w gniewie i zabili go w jednej chwili. Jeśli sądzicie, że wam tu wypadnie wybrać między jednem albo drugiem, to grubo się mylicie. U mnie nie znajdziecie sposobności do ucieczki, bo ja ani myślę włóczyć was długo z sobą, a z drugiej strony nie doprowadzicie do tego, żebym was prędko przebił kulą lub nożem i wyrzekł się widoku, jak ładnie i powoli przeniesiecie się z tego życia do waszej wiecznej i sławionej przez was szczęśliwości. Przygotowałem dla was taki koniec, że nie będziecie mogli dość mi się nadziękować. Czy przypominacie sobie jeszcze, co podczas owej nocnej jazdy przez Llano nabajdurzyliście mi o wiecznem życiu?
Ja milczałem, a on mówił dalej:
— Ponieważ, jak powiadacie, w niebie jest tak cudownie, przeto jako wasz najlepszy przyjaciel żałuję z całego serca, że giniecie z pragnienia za tem nadziemskiem życiem. Otworzę wam więc drzwi waszego raju, a zapomocą kilku małych przykrości, które wam sprawię, dokonam tego, że wspaniałości tamtego świata wydadzą wam się jeszcze doskonalszemi.
— Nie mam nic przeciw temu — mruknąłem jak najobojętniej.
— O tem jestem przekonany! Przypuszczam również, że za moją uprzejmość względem was wyświadczycie mi pewną grzeczność. Oto pragnę się dowiedzieć, jak jest na tamtym świecie, dlatego pytam was, czy nie bylibyście skłonni po przeniesieniu się tam zjawić mi się jako duch, albo widmo, ażeby pouczyć mię o tamtejszych stosunkach. Byłbym wam za to bardzo wdzięczny i przyjąłbym was serdecznie. Czy zrobicie to dla mnie, mr. Shatterhand?
— Owszem, uczynię nawet więcej, niż żądacie i przed śmiercią jeszcze stanę przed wami i to tak, że nie jedno, lecz tysiąc widm zobaczycie!
Well! A zatem w tej sprawie zgoda między nami — śmiał się. — Nie tracicie wprawdzie nigdy odwagi, ale jeśli teraz jeszcze żywicie jaką nadzieję, to chyba nie znacie dobrze Freda Cuttera, którego nazywacie Old Wabble’m. Postanowiłem skończyć z wami rachunki, które będziecie musieli przypieczętować własnem życiem. Nie uchroni was przedtem nawet wasz spryt, który zresztą nie jest tak wielki, jak wam się zdaje. Wczoraj n. p. popełniliście błąd, którego powinniście się wprost wstydzić.
— Macie na myśli ową flaszkę!
— Istotnie! Teraz widzę, że nie jesteście jeszcze tak zupełnie głupi, jak przypuszczałem. Gdyby nie to, że stoicie w obliczu śmierci, mógłby z was jeszcze być dzielny westman. Ta flaszka była waszem nieszczęściem. Niejednego już flaszka pozbawiła życia, mianowicie jej zawartość, ale żeby kogoś próżna flaszka wyprawiła do wiecznych ostępów, to chyba się jeszcze nie zdarzyło. Czy nie wąchaliście tej flaszki?
Na to odpowiedział za mnie Dick Hammerdull:
— Czy sądzicie, że mybyśmy przyłożyli do nosa przedmiot, który wy mieliście w rękach?
— Pięknie mówisz grubasie, ale ciebie także odejdzie ochota do żartów! Wam się zdawało, że ja tę flaszkę wyrzuciłem jako niepotrzebną, tymczasem to była moja karafka, którą zapomniałem. Jeśli wiecie, czem jest łyk wody tam, gdzie jej niema, to nie zdziwicie się, że zauważywszy zgubę, zatrzymałem się natychmiast i zawróciłem. Są okolice, w których życie człowieka zależy od kilku kropel wody. Gdy dojechałem do skraju preryi, na której w południe spoczywaliśmy, spostrzegłem was, lecz nie poznałem odrazu. Wy jechaliście dalej i zbliżyliście się do mnie. Wtedy przekonałem się ku mej radości, że mam przed sobą gentlemanów, których szukałem. Wobec tego popędziłem natychmiast z powrotem po moich ludzi. Potem śledziłem was z nimi aż do doliny, gdzie wasz strażnik pozwolił nam napaść na was, kiedyście spali snem sprawiedliwych, marząc może o pomyślnym wyniku swej podróży. Żal mi serdecznie, że was musiałem zbudzić. Zapraszamy was do naszego towarzystwa na dalszą drogę. Mr. Shatterhand nie pojedzie niestety z nami, albowiem już o świcie w tej pięknej dolinie wstąpi na drabinę niebieską.
— Nie gadajcie niepotrzebnie głupstw! — rzekł jeden z jego ludzi, oparty o drzewo, z rękoma skrzyżowanemi na piersiach. — Co wy macie do załatwienia z Old Shatterhandem, to nas nic nie obchodzi. Główna rzecz, to dane nam przyrzeczenie.
— Dotrzymam go! — odpowiedział Old Wabble.
— To zacznijcie o tem mówić!
— Na to jeszcze czas.
— Ale my chcemy zaraz wiedzieć, jak sprawa będzie załatwiona.
— Wszak to już wiecie.
— Nie. Dopóki nie rozmówicie się z Winnetou, dopóty wszystko inne nie przedstawia dla nas żadnej wartości. Oderwaliście nas w Kanzas od najlepszych interesów, przeto teraz, po schwytaniu tych drabów, powinniście nam dowieść, że istotnie spełnią się wasze obietnice.
— Dlaczego nie miałyby się spełnić?
— To zwróćcie się do Winnetou, a nie paplajcie tak długo z Old Shatterhandem! Apacz jest dla nas ważniejszą osobą!
— Tylko powoli, mr. Cox, powoli! Czasu mamy dość, możecie więc poczekać.
A zatem człowiek, stojący pod drzewem, nazywał się Cox. Z tego, co mówił o Kanzas i stosunkach tamtejszych, domyśliłem się, że ludzie, którzy na nas napadli, należeli do trampów, unikanych przez nas tak gorliwie. Cox był pewnie dowódcą oddziału, Old Wabble zaś nakłonił go, żeby mu pomógł w ściganiu nas.
Położenie nasze było bardzo przykre, znajdowaliśmy się bowiem w rękach ludzi niebezpieczniejszych od najgorszej hordy Indyan. Mój los był wprost okropny. Miano mnie tam zamordować, a należało się spodziewać napewno, że Old Wabble wykona swą groźbę, jeśliby nie zaszły jakieś pomyślniejsze dla mnie okoliczności.
Cox zbliżył się do Apacza i przemówił:
— Mamy do was interes, mr. Winnetou i przypuszczamy, że przystaniecie na nasze żądanie.
Winnetou zrozumiał, podobnie jak ja, że milczenie byłoby w tym wypadku niestosowne. Należało właśnie poznać zamiary tych ludzi i porozumieć się z nimi.
— Jaki interes ma blada twarz na myśli? — zapytał Apacz.
— Powiem krótko i otwarcie. Old Wabble chciał zemścić się na Old Shatterhandzie, a obawiając się, że sam tego nie dokona, przyszedł do nas i wezwał nas do pomocy. My zgodziliśmy się, lecz pod warunkiem, że otrzymamy dobrą nagrodę. On nam obiecał za to dużo złota. Zapewne rozumiecie mnie teraz?
— Uff!
— Nie wiem, co oznacza wasz okrzyk, domyślam się jednak, że zgodę. Tu w Colorado odkryto pokłady złota, a my właśnie chcieliśmy z Kanzas przenieść się tutaj na poszukiwania. Wiadomo wam, że to rzecz bardzo zwodnicza, że mimo wysiłków można często nic nie znaleźć. Nic dziwnego, że myśl Old Wabble’a wydała nam się doskonałą. Oto wy, mr. Winnetou, wiecie podobno o wielu miejscach, obfitujących w złoto.
Winnetou, któremu chodziło przedewszystkiem o to, żeby mnie ocalić, namyślał się przez chwilę, zanim dał następującą odpowiedź:
— Niejeden czerwony mąż zna miejsca, w których kryją się całe pokłady złota.
— A wy także?
— Oczywiście.
— Czy pokażecie nam takie miejsce?
— Czerwoni nie mają zwyczaju tego zdradzać.
— A jeśliby się ich do tego zmusiło?
— Toby nie pomogło, bo czerwoni mężowie raczej giną, niż to wyjawiają.
Pshaw! Czy tak chętnie umierają?
— Winnetou nie bał się nigdy śmierci.
— Słyszałem o tem. Tym razem jednak nie o was tylko idzie, lecz o wszystkich towarzyszy waszych. Old Shatterhand zginie, to już nie da się zmienić, bo przyrzekliśmy to Old Wabble’owi, ale siebie i drugich możecie ocalić przez wskazanie nam pokładów złota.
— Czy to postanowiono niezłomnie?
— Tak.
— A słowa dotrzymacie?
— Z pewnością!
— Blada twarz pozwoli, że się nad tem jeszcze zastanowię!
Winnetou zamknął oczy na dowód, że się namyśla. Nastąpiła chwila milczenia. Istotnie znał on pokłady złota, ale nikt nie potrafiłby nawet największą groźbą zmusić go do zdradzenia tego. Chodziło mu o dwie rzeczy: żeby wyratować mnie, którego śmierć była już postanowiona, i zaczekać na sposobność uwolnienia nas wszystkich.
— Kiedyż dostanę odpowiedź? — zapytał Cox, gdy mu przerwa wydała się za długą?
— Blade twarze nie dostaną złota — rzekł Winnetou, otwierając oczy.
— Wzbraniasz się wskazać nam jeden taki placer?
— Nie.
— Jak mam to rozumieć? Nie odmawiasz nam pomocy, a jednak każesz wyrzec się złota. To sprzeczność!
— To nie jest sprzeczność. Winnetou zna nietylko miejsca, zawierające niewiele złota, lecz nawet wielką i bogatą bonancę. Gdyby szło tylko o niego, toby nie zdradził położenia tych miejsc. W tym wypadku jednak, w którym wchodzi w grę życie tylu ludzi, pokazałby wam bonance, gdyby był pewny, że ją znajdzie. — Co? Znasz bonancę i mógłbyś jej nie znaleźć?
— To jest możliwe, bo Winnetou nie pożąda złota. Ilekroć na nie natrafi, wnet o tem zapomina. W Colorado widziałem właśnie bonance, niezmiernie bogatą, lecz niestety zapomniałem drogi, wiodącej do niej.
All devils! Jak można zapomnieć drogi do niezmiernie bogatej bonancy? Coś podobnego jeszcze się chyba nie zdarzyło! Nie wiesz nawet, w których to stronach?
— To wiem. Bonanca leży nad Squirrel-Creekiem. Jadąc raz z Old Shatterhandem ponad wodą, zauważyłem, że na brzegu pod mchami coś błyszczy. Gdyśmy zsiedli z koni i zbadali grunt, pokazało się, że woda naniosła tam dużo złota. Były tam małe nuggety i większe kawałki.
— Jak wielkie? — zapytał Cox, a wszyscy jęli nadsłuchiwać nabożnie.
— Niektóre sięgały wielkości ziemniaka.
— Do kroćset! Toż tam leżą miliony! I wy je zostawiliście?
— A poco mieliśmy je zabierać?
— Czy słyszeliście coś podobnego, towarzysze? Ci ludzie znaleźli olbrzymią bonancę i nie wiedzieli, czy mają sobie złoto zabrać! I to jest Winnetou, słynny, wielki mądrala!
Pomruk zdumienia towarzyszył słowom Coxa. Nikt nie podał w wątpliwość prawdziwości słów Apacza, bo on znany był wszędzie jako przyjaciel prawdy. Ja byłem pewien, że on i teraz nie dopuścił się kłamstwa. Zapewne znał bardzo obfitą bonance, jednak nie nad Squirrel-Creekiem, lecz zupełnie gdzieindziej.
— Czemu biały mąż tak bardzo się dziwi? — zapytał Winnetou. — Wszędzie znajdują się pokłady, z których wódz Apaczów z Old Shatterhandem mogą sobie wziąć złota. Ilekroć go też potrzebują, udają się na miejsce, do którego im w danym czasie najbliżej. Teraz właśnie jechaliśmy po złoto.
— Domyśliliśmy się, że dążyliście w góry w tym, albo podobnym celu. Ale jak to pogodzić? Mówiłeś przecież, że już nie wiesz, gdzie leży bonanca!
— Ja rzeczywiście zapomniałem, ale brat Shatterhand zapamiętał sobie dobrze to miejsce.
Teraz się pokazało, do czego zmierzał Winnetou. Ponieważ zdaniem jego tylko ja znałem położenie bonancy, przeto napastnicy musieli mnie zachować przy życiu. Apacz z wielkim sprytem nie podkreślał tych słów, ażeby się nie zdradzić z tem, że są umyślne. Zamiar mu się udał, bo Cox zawołał:
— To wszystko jedno, czy miejsce to zna Winnetou, czy Shatterhand. Obydwaj są naszymi jeńcami. Skoro więc Winnetou nie może nas zaprowadzić, to Old Shatterhand będzie nam przewodnikiem.
— Spytajcie wprzód, mr. Cox, czy ja na to się zgodzę? — rzekł Old Wabble.
— Dlaczego?
— Bo Old Shatterhand należy do mnie.
— Tego wam nikt nie zaprzecza!
— Jakto?
— Wszak chcecie go zabrać nad Squirrel-Creek, gdy on ma zginąć dzisiaj na tej dolinie!
— O tem niema co mówić. Będzie żył i zaprowadzi nas do bonancy.
— Na to ja nie pozwolę!
— Czyście rozum postradali, stary Wabble’u?
— Właśnie dlatego, że mam więcej rozumu, niż wy, nie dopuszczę do tego.
— Wy macie więcej rozumu? Czy o tem ma świadczyć gotowość wyrzeczenia się przez was bonancy?
— Tak!
All devils! Oszaleliście naprawdę!
— Nie bójcie się tego! Wiem, co czynię. Wynająłem was do schwytania Old Shatterhanda, a za to dałem wam radę, żebyście zmusili Winnetou do pokazania wam pokładów złota. Bonanca więc należałaby wyłącznie do was, a ja za korzyść, w której nie będę miał udziału, nie oddam wam Old Shatterhanda, którego tak szczęśliwie pochwyciliśmy.
— Wszak go nam nie wydajecie!
— Przeciwnie!
— Jakto?
— Czy sądzicie, że zdołacie zaprowadzić go aż do bonancy?
— Oczywiście!
— To się bardzo mylicie!
— Chciałbym wiedzieć, jakby on się temu sprzeciwił?
— O sprzeciwianiu się on nie myśli ani na chwilę, on wam się wyrwie i ucieknie.
Na to wybuchnął Cox głośnym śmiechem i zawołał:
— Wyrwie się i ucieknie! Słyszeliście, ludzie? Człowiek, przez nas pojmany, miałby nam umknąć!
Wszyscy zawtórowali śmiechem, lecz Old Wabble krzyknął gniewnie:
— Wprost trudno to wysłowić, jak jesteście głupi! Jeśli sobie wyobrażacie, że utrzymacie w swych rękach tego draba, to ubolewam bardzo nad wami! On pięściami żelazne łańcuchy rozrywa, a gdzie nie może siłą nic wskórać, ucieka się do podstępu, w którym jest mistrzem.
— My nie potrzebujemy łańcuchów. Nam wystarczą rzemienie! A co do podstępu, to chciałbym widzieć człowieka, któryby potrafił uciec takim dwudziestu ludziom, jak my! Czterdzieści oczu zauważy chyba jego podstęp, choćby był najchytrzej obmyślany!
— Śmieszne jest to wasze pochlebne pojęcie o waszych zdolnościach! Czy nie słyszeliście, ile razy on był pojmany przez Indyan i zawsze im uciekł?
— My nie jesteśmy Indyanami!
— Z białymi także tak było. Ten łotr potrafi bez trudności to zrobić, co dla drugich byłoby niemożliwością. Jego trzeba zastrzelić jak najprędzej, bo wyśliźnie wam, się jak woda przez palce.
— Robicie słonia z komara. Powtarzam jeszcze raz, że chciałbym widzieć człowieka, któryby potrafił z moich rąk się wydostać. Obstaję przy tem, że Old Shatterhand zaprowadzi nas do bonancy!
— A ja na to nie pozwalam!
Stanęli naprzeciw siebie, jakby gotowi do walki, z jednej strony szyderca, kłamca i bluźnierca, Old Wabble, a z drugiej gwałtownik, wódz trampów, który bez skrupułu dał się wynająć do schwytania mnie i wydania mordercy. Do bójki jednak nie doszło. Cox położył staremu Wabble’owi rękę na ramieniu i rzekł groźnie:
— Czy wam się naprawdę zdaje, że będę was pytał o pozwolenie?
— Spodziewam się!
— To się łudzicie!
— Chcecie mnie oszukać i złamać słowo co do Old Shatterhanda?
— Słowa dotrzymamy.
— Dotychczas na to się nie zanosi!
— Obiecaliśmy wam, że schwytamy Old Shatterhanda i wydamy w wasze ręce. Rzeczywiście pojmaliśmy go i z pewnością wam wydamy, tylko nie dzisiaj.
— Pocieszcie się sami tą obietnicą! Ja wam powtarzam, że nie zdołacie jej spełnić.
— To już nasza rzecz. Gdybyście chcieli przeszkodzić nam w zabraniu go, to popatrzcie, ilu nas jest!
— Tak, na tem wy się opieracie! — krzyknął wściekle.
— Widzicie zatem, że musicie się poddać. Bądźcie jednak spokojni, bo to tylko na krótko!
— Ja twierdzę, że na zawsze! On z pewnością ucieknie! Najlepiej będzie, jeśli mu odrazu dam kulę w łeb i zakończę sprzeczkę!
— Nie ważcie się, mr. Wabble! Jeśli zastrzelicie Old Shatterhanda, albo tylko zranicie, to bądźcie pewni, że w następnej chwili dosięgnie was moja kula. Zapamiętajcie to sobie!
— Co, wy się ośmielacie mnie grozić?
— Tu nie potrzeba śmiałości. Wyruszyliśmy z wami i chcieliśmy zgodnie działać, ale tu idzie o bonance, wartą może miliony, wobec której wasze życie dla nas nic nie znaczy. Old Shatterhand pojedzie z nami, a gdybyście go tylko zadrasnęli, przeniesiecie się na tamten świat tą drabiną niebieską, którą jego chcecie posłać!
— Co, grozicie mi śmiercią? To jest ta zgoda, o której mówicie?
— Tak. A z waszej strony to ładnie, że chcecie nas pozbawić bonancy?
— Ostatecznie ustąpię, ale pod pewnym warunkiem.
— Jakim?
— Jeśli bonance znajdziecie, przypuścicie mnie do udziału w zdobyczy; th’ is clear!
Well! Zgadzamy się na dowód, że mamy względem was dobre zamiary.
— Powinniście tak zrobić, bo przecież złoto, które zabierzecie, mnie będziecie zawdzięczali. Zresztą Shatterhanda ja sam przypilnuję.
Zwrócił się do mnie i rzekł:
— Mam doskonały środek do powstrzymania was od ucieczki.
Wskazał na mój sztuciec i niedźwiedziówkę i mówił dalej:
— Bez tych strzelb nie uciekniecie, pod tym względem znam was dobrze. Raz już je posiadałem, lecz niestety tylko na krótko. Teraz będą moje na zawsze.
— Jak długo potrwa to „zawsze“? — spytałem.
Dopóki żyć będę!
— To byłoby bardzo krótko, bo śmierć stoi już za wami. Zresztą nie będziecie potrzebowali tak długo troszczyć się o nie. Jestem przekonany, że niebawem je odzyskam.
Pshaw! Tym razem nie liczcie na swoje szczęście!
— Nigdy nie liczę na szczęście, ani na przypadek. Mówię tak, bo wiem, iż czas mojej śmierci jeszcze nie nadszedł.
— Tak? Czy łączą was z niebem tak dobre stosunki, że stamtąd wyprawią do was osobnego posłańca i zaproszą was pokornie do szczęśliwości wiecznej, gdy was tam będą potrzebowali?
— Nie bluźnijcie! Śmierć mnie jeszcze oszczędzi, gdyż mam jeszcze dużo zdziałać.
— Sądzicie więc, że Pan Bóg zaczeka, aż tych dzieł dokonacie? To Pan Bóg jest bardzo uprzejmy! Nieprawdaż?
Nie otrzymał oczywiście na to odpowiedzi, dlatego kopnął mnie i zawołał:
— Gadajcie, kiedy was pytam! To dla was wielki i niezasłużony zaszczyt, że Old Wabble z wami mówi! Kiedy wygnaliście mię z Ki-pe-ta-ki bez strzelby i bez konia, nie sądziliście chyba, że doścignę was tak rychło. Udałem się do Osagów i dostałem innego konia i strzelbę, ale te niedołęgi pozbawione są ducha przedsiębiorczości. Honskej-Nonpej nie miał ochoty puszczać się za wami. Zaniechał nawet kroków nieprzyjacielskich względem bladych twarzy i udał się z wojownikami do domu. Ale mnie to nie powstrzymało. Zwróciłem się do trampów i nakłoniłem ich, żeby mi pomogli, a koszta tego zapłacicie wy. Teraz mam mego konia i strzelbę, a do tego wasze konie i strzelby. Jesteście więc wobec mnie niczem, zasługujecie tylko na to, żeby was kopnąć!
Uderzył znowu z całej siły mnie i Winnetou. Już był podniósł nogę, by i Hammerdulla potrącić, lecz opuścił ją, mając widocznie grubasa za osobistość, niegodną nawet tego rodzaju uwagi. Gdy się odwrócił, rzekł Hammerdull z humorem, którego nie stracił nawet w tem położeniu:
— To szczęście wasze, najszanowniejszy mr. Wabble!
— Co? — spytał stary.
— Że cofnęliście nogę.
— Czemu?
— Bo właśnie brzuch mam bardzo czuły.
— Możemy spróbować!
Kopnął go mocno. Grubas pomimo rozmiarów ciała był bardzo zręczny. Jakkolwiek miał tak samo jak my nogi skrępowane, a ręce związane na plecach, zgiął nogi w kolanach, przysunął je do ciała, a odbiwszy się rękoma od ziemi, podskoczył jak pchnięty sprężyną i z taką siłą uderzył głową w brzuch Old Wabble’a, że sam padł na swoje miejsce, a stary kowboy na wznak w ogień i przysmalił sobie białą grzywę i górną część ubrania, chociaż bardzo prędko się zerwał na równe nogi. Rozległ się śmiech ogólny, a Old Wabble, rozzłoszczony tem, rozgniewał się nie na Hammerdulla, lecz na trampów, którzy z niego się śmiali.
Grubas tymczasem zwrócił się do Pitta Holbersa:
— Ty się nie cieszysz, stary szopie, Holbersie?
— Hm, jeśli sądzisz, że to był dobry figiel, to masz słuszność! — odrzekł mu długi przyjaciel, oschłym sposobem jak zwykle.
— Jemu się zdawało, że ja zniosę spokojnie tę obelgę. Co tybyś był zrobił?
— Wrzuciłbym go w ogień, jak ty.
— W ogień, czy nie, to wszystko jedno, bo przecież wleciał. Wszak to widziałeś!
Teraz dopiero przystąpił Old Wabble, by się zemścić na grubasie, lecz Cox powstrzymał go słowami:
— Dajcie pokój tym ludziom, to nie spotka was więcej nic takiego! Old Shatterhand należy do was, ale tamci są nasi, a ja nie pozwolę dokuczać im niepotrzebnie.
— Skąd to nagle uczucie ludzkości u was? — mruknął stary kowboy.
— Nazywajcie to sobie, jak chcecie. Ci ludzie muszą z nami jechać, a ja nie mogę wlec się z rannymi i pobitymi. Mam zresztą coś więcej do czynienia, aniżeli sprzeczać się z nimi. Nie wiemy jeszcze, gdzie są ich konie. Trzeba poszukać!
Konie, wyprowadzone z obwałowania na wolne pole, przywiązane były do kołków, przeto znalazły się wkrótce. Trampi postanowili jeszcze do rana trochę się przespać, wyznaczywszy wprzód dwu ludzi dla straży. Old Wabble wpadł na bardzo nieprzyjemny dla mnie pomysł. Oto położył się pomiędzy mną a Winnetou i przywiązał sobie do ręki rzemień, którym ja byłem skrępowany. Ta nadzwyczajna ostrożność starca mogła zabić we mnie wszelką myśl o ucieczce.
A jednak ja myślałem o ucieczce!
Niema położenia tak złego, żeby człowiek nie mógł się z niego uwolnić albo własną siłą, albo z pomocą obcą. Ja też nie wątpiłem o możności ratunku. Przecież uniknąłem natychmiastowej śmierci, którą mi Old Wabble groził. Do Squirrel-Creeku było daleko, a w drodze mogła się nadarzyć sposobność do ucieczki. Zresztą nie sięgałem wzrokiem tak daleko, raczej oglądałem się za pomocą bliższą. Nadzieję pokładałem w Kolmie Puszi.
Jeśliby kto zapytał, czemu od chwili udania się na spoczynek nie wymieniłem tego nazwiska, tobym odpowiedział, że powodem tego była nieobecność Kolmy Puszi w gronie pojmanych, co zauważyłem zaraz, gdy tylko ochłonąłem z omdlenia.
Gdzie ten zagadkowy Indyanin mógł być?
W pierwszej chwili obudziło się we mnie podejrzenie, czy nie pozostawał on w porozumieniu z trampami, lecz nieufność ta musiała wkrótce ustąpić. Sława, jakiej zażywał Kolma Puszi, czyniła niemożliwem, żeby zbliżył się do takich ludzi, a wobec tego zachodziło inne pytanie, czy on nie umknął, usłyszawszy, że nadchodzą trampi. Lecz tego także nie spodziewałem się po nim, bo dlaczego w takim razie nas nie zbudził i nie ostrzegł. Nie, jego zniknięcie musiało mieć inną przyczynę,
Dick Hammerdull pytał Kolmę Puszi, czy pojedzie z nami, on zaś odpowiedział, że namyśli się nad tem. Nie miał tu swego konia, lecz gdzieś indziej, kiedy więc zasnęliśmy, oddalił się potajemnie, albo żeby go sprowadzić, albo żeby wogóle więcej nie wrócić. W tym drugim wypadku opuścił nas bez pożegnania, żeby się uwolnić od natrętnych pytań. Podczas krótkiego pobytu z nami okazał, że nie lubi zbyt ciekawych ludzi.
Jeśli więc odszedł, ażeby nie wrócić, to nie mogliśmy spodziewać się niczego, jeśli zaś chciał konia sprowadzić, to oddalił się na krótki czas przed napadem i niezawodnie hałas, sprawiony przez trampów, skłonił go do zachowania ostrożności. Może potem podszedł do nas potajemnie, zobaczył zmianę położenia i podsłuchał wszystko, co się stało i o czem mówiono. Jeśli zatem był takim, za jakiego uważałem go, to niewątpliwie postanowił nas uwolnić, zwłaszcza że okazał nietylko radość z powodu spotkania się z Winnetou, lecz zarazem o wiele żywsze, tajemnicze zajęcie się Apanaczką, a osób, z którymi się tak współczuje, nie opuszcza się w niebezpieczeństwie. Jeśli moje domysły były słuszne, to Kolma Puszi znajdował się gdzieś w pobliżu i czekał tylko na sposobność, żeby nas o tem zawiadomić. Łatwo sobie wyobrazić, że z wielkiem napięciem wyczekiwałem, co dalej nastąpi. Wiedziałem też, że Winnetou, obdarzony niezrównaną bystrością umysłu, z pewnością to samo myślał, co i ja.
Z przyjemnością zaznaczam, że oczekiwania moje się spełniły. Obaj dozorcy siedzieli przy ognisku, które wciąż podsycali. Strażnik po przeciwnej stronie, widocznie znużony, położył się, a kolega jego po naszej stronie odwrócił się do mnie plecami i zakrył go sobą, oczywiście na moje szczęście, bo to była sprzyjająca okoliczność dla Kolmy Puszi. Doliną przeciągał wiatr, sprawiając szelest liści i gałęzi, co mogło doskonale przygłuszyć szmer, wywołany przez skradającego się człowieka.
Podnosząc od czasu do czasu głowę, przypatrywałem się śpiącym i po upływie pół godziny byłem pewien, że oprócz dozorców, Winnetou i mnie, nikt nie czuwał. Po prawej stronie ode mnie leżał Hammerdull, a po lewej Old Wabble, dalej Winnetou, a obok niego Pitt Holbers, po którym następowali trampi.
Kiedy pomyślałem, że teraz byłaby najlepsza pora, żeby Indyanin nadszedł, jeśli to wogóle możliwe, usłyszałem po prawej stronie powolny ruch i jakaś głowa przysunęła się do mojej. Był to oczekiwany.
— Niech się Old Shatterhand nie rusza! — szepnął do mnie. — Czy biały brat myślał o mnie?
— Tak — odrzekłem równie cicho.
— I sądził, że ja przyjdę?
— Oczywiście.
— Kolma Puszi chciał zbliżyć się do Winnetou, ale tam niema osłony. Niech mi biały brat powie, czego sobie życzy! Ja go wysłucham.
— Czy chcesz nas wyswobodzić?
— Tak.
— Gdzie?
— To oznaczy Old Shatterhand, bo wie to sam najlepiej.
— Musimy to tak urządzić, żebyśmy mogli uwolnić towarzyszy. Dlatego tutaj tego dokonać nie możemy. Czy czerwony brat zechce dążyć za nami?
— Owszem.
— Jak długo i jak daleko?
— Dopóki nie będziecie wolni.
— Czy słyszałeś, o czem mówiono?
— Kolma Puszi leżał za kamieniami i słyszał wszystko.
— I to, że udajemy się nad Squirrel-Creek?
— Tak. Biali chcą znaleźć bonancę, której tam niema.
— Czy czerwony brat zna Squirrel-Creek?
— Znam te strony i wszystkie dalsze.
— Czy na drodze do tej rzeki jest miejsce, któreby się nadawało do wyratowania nas z niewoli dzisiaj wieczorem? Chodzi mi o to, żeby tam było więcej drzew i zarośli niż tutaj, gdzie jeden rzut oka wystarcza, żeby nas wszystkich zobaczyć.
— Kolma Puszi zna takie miejsce. Możecie tam dojechać w oznaczonym czasie i nie wpadnie to w oko, gdy się tam zatrzymacie. Ale czy biali pójdą tam za wami?
— Napewno. Nie znają tych stron widocznie i niewątpliwie bez zastrzeżeń powierzą się naszemu przewodnictwu.
— W takim razie niech Old Shatterhand zdąża prosto na południowy zachód, a gdy przyjdzie nad Rush-Creek, niech się przeprawi przez tę rzekę. Następnie pójdzie drugim brzegiem, aż do miejsca, w którem zlewają się północna i południowa odnoga tej rzeki. Potem trzeba minąć ostatni łuk południowej odnogi, a następnie udać się prosto na północny zachód, przez wznoszącą się zwolna preryę, pokrytą gęsto zaroślami, aż do widocznego zdala wzgórza skalistego, u którego stóp wytryska kilka źródeł. Tam rośnie dużo drzew, a koło źródła, najbardziej posuniętego na północ, macie rozbić obóz.
— Dobrze. Znajdę to źródło.
— Kolma Puszi tam przyjdzie.
— Ale nie przed nami, lecz po nas.
— Czy Old Shatterhand sądzi, że o tem nie wiem? Wszak trop zdradziłby mnie. Co Old Shatterhand ma mi jeszcze powiedzieć?
— Narazie nic, bo nie wiem, jak ułożą się szczegóły dzisiaj wieczorem. Prawdopodobnie zdołasz zbliżyć się do nas, ale w takim razie tylko do Winnetou, albo do mnie, bo nikt inny nie potrafi wyzyskać szybko pomocy, której nam zamierzasz udzielić.
— Mogę więc już zniknąć?
— Tak. Dziękuję teraz czerwonemu bratu, a nawzajem, gdy będę wolny, życie dla niego narażę w potrzebie!
— Wielki Manitou kieruje krokami swoich dzieci, może więc i Kolma Puszi będzie kiedyś potrzebował pomocy Winnetou i Old Shatterhanda. Ja jestem wam przyjacielem, a wy bądźcie mnie braćmi!
Odsunął się tak samo bez szmeru, jak się przyczołgał. Winnetou, leżący po drugiej stronie Old Wabble’a, krząknął nieznacznie, ażeby mię zawiadomić, że zauważył bytność Kolmy Puszi. Człowiek o tak bystrych zmysłach mógł to oczywiście spostrzec.
Byliśmy obydwaj zadowoleni z tego, że nasze obecne położenie nie potrwa długo, mogliśmy więc zasnąć spokojnie. Ja jednak jeszcze dużo myślałem o Kolmie Puszi. Mówił prawie płynnie po angielsku i używał wyrażeń „północny i południowy zachód“, których nie słyszeliśmy u Indyan. Jak doszedł do takiej wprawy, skoro z nikim nie obcował i wiódł tak samotne życie? Może dawniej żył bliżej z białymi, a w takim razie przykre doświadczenia chyba odtrąciły go od nich i popchnęły do obecnego odosobnienia.
Kiedy się zbudziłem rano, zauważyłem, jak trampi dzielili się łupem, u nas zdobytym. Old Wabble wziął sobie moje rzeczy, a Cox srebrzystą flintę Winnetou, nie zastanowiwszy się nad tem, że wszędzie, gdzieby ją u niego widziano, zdradziłby się jako złodziej i rozbójnik, bo strzelba ta znana była na Dzikim Zachodzie. Ogiera Apacza przeznaczył dla siebie, a Old Wabble’owi poradził:
— Konia, na którym jeździł Old Shatterhand, weźcie sobie, mr. Cutter. Niech to będzie dowodem, że dobrze wam życzę.
Ale Old Wabble, potrząsnąwszy głową, odparł:
— Dziękuję bardzo. Ja go nie chcę!
Wiedział, dlaczego to robił, bo znał już mego Hatatitlę.
— Czemu nie? — zapytał Cox ze zdumieniem. — Jesteście przecież dobrym znawcą koni i wiecie chyba, że żaden nie może się równać z tymi karymi.
— To prawda, ale ja wolę wziąć tego.
Wskazał przy tem na konia Szako Matty. Cox dał komu innemu mego rumaka, a resztę naszych zwierząt rozdzielił między swoich towarzyszy. Tylko klacz Hammerdulla nikomu się nie podobała.
Cieszyłem się już z góry tem, co teraz musiało nastąpić, bo nasze konie nie znosiły na siodle obcego.
Żywność zabrano nam także, a tylko trochę zostawiono na śniadanie. Po napojeniu koni mieliśmy wsiąść i odjechać. Nas przywiązano do szkap, zostawiając nam o tyle swobodę ruchów, że mogliśmy trzymać rękami cugle. Wreszcie przyprowadzono konie zabrane.
Konie Osagów nie sprawiły trudności tym, którzy mieli na nich jechać, ale gorzej już poszło z dereszem Apanaczki, bo zaledwie jeździec go dosiadł, zaczął uciekać i długo trwało, zanim dał się zawrócić. Potem wsiadł Cox na Ilczi Winnetou, a koń pozwolił na to tak spokojnie, jakby był najpokorniejszą szkapą z maneżu. Tramp chciał już usadowić się wygodnie, kiedy nagle wyleciał wielkim łukiem w powietrze. Równocześnie zabrzmiał nieopodal głośny krzyk: to mój Hatatitla zrzucił swego draba na ziemię.
Obaj zrzuceni wśród przekleństw podnieśli się z ziemi i ze zdziwieniem zobaczyli, że konie stoją tak spokojnie, jak gdyby nic nie zaszło. Wskoczyli więc znów na siodła, ale zaraz spadli napowrót. Trzecia próba skończyła się tak samo. Old Wabble śmiał się z trampów ukradkiem, wreszcie wybuchnął głośniej i zawołał do dowódcy:
— Teraz już wiecie, mr. Cox, dlaczego nie chciałem tego czarnego dyabła. Te ogiery tak są tresowane, że najlepszy jeździec nie utrzyma się na nich ani minuty.
— Czemu dopiero teraz mi to mówicie?
— Bo chciałem, żebyście się przekonali, jak to przyjemnie czasem spaść z konia na ziemię.
— Niech was dyabeł porwie! Czy te konie rzeczywiście nikogo na sobie nie ścierpią?
— Nikogo.
— To okropne! Cóż poczniemy wobec tego?
— Jeśli chcecie odbyć podróż bez kłopotów, to posadźcie na nie narazie poprzednich właścicieli. Potem spróbujemy nakłonić te bydlaki do posłuszeństwa.
Postąpiono wedle tej rady, wskutek czego my ruszyliśmy w drogę na naszych koniach. U wylotu doliny zbliżył się do mnie Cox i rzekł:
— Przypuszczam, że nie myślicie pogarszać swego położenia przez upór. Czy znacie drogę?
— Tak.
— I w błąd nas nie wprowadzicie?
— Ani mi się śni!
— Dokąd jedziemy dzisiaj?
— Do źródła po drugiej stronie rzeki Rush.
Było mi to bardzo na rękę, że uważał mnie za przewodnika. Jak wiadomo, wedle słów Winnetou ja tylko dokładnie pamiętałem drogę do bonancy. Ażeby wybadać, o ile trampowie znają miejsca, do których dążyliśmy, zapytałem go:
— Wy pewnie znacie także drogę do Squirrel-Creeku?
— Nie.
— Może kto z waszych ludzi ją zna?
— Także nie.
— Nikt z was tam nie był?
— Nikt. Wy nam pokażecie drogę.
— Dlaczego nie Winnetou?
— On zapomniał, gdzie leży złoto.
— Czy sądzicie, że ja was tam zaprowadzę?
— Naturalnie.
— Osobliwy z was człowiek!
— Jakto?
— Jaką korzyść będę miał z tego, że pomogę wam zdobyć złoto? Żadnej! Mnie śmierć przeznaczona bez względu na to, czy dostaniecie bonancę, czy nie. Czy myślicie, że będzie mnie przyjemnie zrobić z was milionerów za to, żeście nas napadli, ograbili i mnie postanowili zamordować?
— Hm! — mruknął, nic nie mówiąc.
— Nie rozpatrzyliście widocznie sprawy z tej strony?
— Rzeczywiście nie zastanowiliśmy się nad tem, ale przecież musicie mieć wzgląd na swoich towarzyszy.
— Jakto?
— Jeśli nie znajdziemy bonancy, wszyscy będą musieli umrzeć!
— Co mnie to obchodzi, skoro ja także muszę zginąć? Czy o mnie kto dba? Co mi z tego, że inni będą żyli, jeżeli ja padnę?
Chimney corner! Nie okażecie się chyba względem nich tak okrutnym?
— Ja? Okrutnym? Z was ciekawy osobnik! Chcecie zapobiec okrucieństwu z mej strony, a sami zamierzacie ich zamordować, jeśli nie dostaniecie złotaǃ Uwolnijcie nas tylko, a nie będzie mowy o okrucieństwie!
— Nie oszalałem jeszcze na szczęście!
— To nie czyńcie mnie wyrzutów, które wam się należą!
Patrzył przez czas jakiś przed siebie, a potem rzekł:
Wellǃ Mówmy z sobą otwarcie! Czy rzeczywiście myślicie zataić przed nami pokłady złota?
— To się rozumie!
— Wybijcie to sobie z głowy! To spowodowałoby bezwarunkowo śmierć waszych towarzyszy, a wam przyniosłoby szkodę.
— Dlaczego tylko szkodę?
— Bo to jeszcze nie jest pewne, czy wydam was staremu Wabble’owi.
— A... a! — ozwałem się przeciągle.
— Tak — potwierdził. — On jedzie teraz przodem i nie słyszy tego, co do was mówię. Jeśli nam pokażecie bonancę, a ona istotnie taka obfita, jak przedstawił Winnetou, to może także was wypuszczę, nietylko waszych towarzyszy.
— Naprawdę?
— Tak.
— Przyrzekacie?
— Napewno przyrzec nie mogę niestety.
— To szkoda, że wspominacie o możliwości uwolnienia mnie. Ja muszę napewno wiedzieć, co mię czeka.
— Obietnica moja nie jest bez podstawy. Wszystko zależy od bogactwa bonancy. Jeśli oczekiwania nasze pod tym względem spełnią się, to i wy będziecie zadowoleni. Znacie zapewne dobrze stan bonancy?
— Istotnie wiem, że tam kryją się miliony.
— Wobec tego jesteście już prawie wolni.
— Ale co na to powie Old Wabble?
— To was nic nie obchodzi. To moja rzecz! Jeśliby zechciał robić mi jakie trudności, to napędzę go poprostu do dyabła.
— To nie uchodzi. Przecież on ma dostać udział w bonancy!
— To drobnostka! Czy nie zauważyliście, że powiedziałem mu to tak na wiatr? Nie będę na tyle głupi, żeby mu dotrzymać słowa!
A jednak był Cox głupi, głupszy nawet, aniżeli temi słowy okazał. Jeśli gotów był złamać słowo, dane Old Wabble’owi, jakżeż mogłem wierzyć, że ze mną nie postąpi tak samo! Przeciwnie, byłem pewien, że nawet nie myślał wypuścić mnie na wolność po zdobyciu bonancy. Co więcej, także towarzysze moi nie mogli być pewni swego życia, bo przecież mordercy byliby usunęli także świadków gwałtu, popełnionego na mnie. Cox chciał tylko zapewnić sobie moją gotowość do wskazania mu pokładu złota, a posiadłszy placer, byłby niewątpliwie nie zawahał się złamać danego słowa. W tem wszystkiem najbardziej oburzała mnie jego śmiałość w stosowaniu względem mnie poufałego tonu, musiałem jednak milczeć, bo nakazywał mi to wzgląd na moje bezpieczeństwo.
— Czy już rozważyliście to sobie? — zapytał po chwili.
— Tak.
— Cóż uczynicie?
— Spróbuję, czy dotrzymacie słowa.
— Pokażecie więc bonancę?
— Tak.
Well! To istotnie najlepsze wyjście z tej sprawy, bo gdybym nawet złamał słowo i pozbawił was życia, to wam byłoby to wszystko jedno, czy złoto przeszłoby w nasze ręce, czy zostałoby nadal w ziemi.
Było to przyjemne zakończenie rozmowy! Dla mnie rzeczywiście było rzeczą obojętną, co się z tem złotem stanie, bo go zresztą nad Squirrel-Creekiem nie było. Nadto spodziewałem się tego zadośćuczynienia, że nie ja, lecz Cox zostanie oszukany.
Wkrótce po jego oddaleniu się usłyszałem za sobą równie zajmującą rozmowę jadących za mną Dicka Hammerdulla, Pitta Holbersa i jednego trampa, który ich pilnował, czego zresztą tak surowo nie brano, bo trampi pozwalali nam jechać wedle upodobania, byli bowiem pewni, że im nie umkniemy.
— Jesteście więc rzeczywiście pewni, że macie nas w swej mocy? — zapytał Hammerdull strażnika.
— Tak — odrzekł ten.
— To jesteście w grubym błędzie, gdyż my się wcale za waszych jeńców nie uważamy.
— A jednak jesteście w niewoli u nas.
— Śmieszność! Jedziemy tylko z wami trochę na wycieczkę.
— Skrępowani?
— To dla naszej przyjemności!
— Dziękuję za taką przyjemność! A to nic, że jesteście ograbieni?
— To wprost smutne! — roześmiał się grubas.
Nie tracił humoru, bo podobnie jak Pitt przed wyruszeniem na Zachód zaszył sobie pieniądze.
— Dobrze, że się tem nie martwicie — rzekł tramp ze złością. — Ale ja byłbym poważniejszy na waszem miejscu!
— A po co mamy spuszczać głowy? Jest nam dzisiaj tak dobrze, jak zawsze.
Na to zaklął tramp i zawołał:
— Chcecie ze mnie drwić, draby! Ale wy z pewnością dyabelnie się złościcie z tego powodu, że wpadliście w nasze ręce!
— Czy się złościmy, czy nie, to wszystko jedno, ale wy chyba także spokojnie się nie zachowujecie. Czy nie tak, stary szopie, Holbersie?
— Ja sądzę tak samo, kochany Dicku — odpowiedział długi.
— Ja się złoszczę? — krzyknął tramp. — Wy wszystko odwracacie!
— O nie! Wiemy nawet, że się rozzłościcie jeszcze bardziej.
— Kiedy i na co?
— Kiedy? Gdy pożegnamy się z wami. A na co? Na to, że stracicie towarzystwo tak poczciwych i wesołych ludzi, jak my.
— To humor rozpaczy u was, nic więcej! Domyślacie się chyba, co was czeka!
— Nie! Cóż postanowiliście z nami zrobić?
— Zdmuchnąć wszystkich!
Pshaw! To nam nic nie zaszkodzi, że nas zdmuchniecie, bo my zaświecimy siebie nanowo.
— Szaleńcy z was, czyści szaleńcy!
— Skoro uważacie nas za waryatów, to muszę na chwilę zostawić żarty na boku i złożyć wam poważne oświadczenie. Jeśli kto z nas trzech jest waryat, to tylko wy, na to mogę przysiąc! Czyż to nie jest właśnie nieuleczalnem szaleństwem sądzić, że my się już nie wyratujemy z klatki, w którą nas zapakowaliście? Ja mimo swej tuszy wyśliznę wam się przez najmniejszy otwór. Długiego Pitta Holbersa nie utrzymacie wcale, bo nosem przewyższa wszystkie kraty wasze i sieci. O Old Shatterhandzie i Winnetou nawet nie mówię! Kto sobie uroi, że ich zatrzyma, ten chyba rozum postradał do reszty. Bądźcie pewni, że ulecimy wam, zanim się tego spodziejecie, albo nawet nie ulecimy, lecz coś lepszego uczynimy. Oto odwrócimy całą sprawę i was weźmiemy do niewoli. Dłużej niż jeden dzień pozostawać w zależności od was byłoby hańbą, której ja, człowiek wątłego ciała, nie przeżyłbym wprost. Wyrwiemy im się, nieprawdaż, stary szopie, Holbersie?
— Hm! — mruknął długi. — Jeśli sądzisz, że się wyrwiemy, to masz słuszność, kochany Dicku.
— Wybyście się nam wyrwali? — roześmiał się tramp szyderczo. — Więzimy was przecie tak dobrze pewnie, jak się przypadkowo także Holbers nazywam.
— Ach, także Holbers? Piękne nazwisko! Prawda? Czy na imię wam także Pitt?
— Nie. Na imię mi Izajasz. Czy was to może zajmuje?
— Izajasz? Uff! Oczywiście, że zajmuje.
— Krzyczycie „uff!“ Czy was może boleśnie drasnęło moje imię?
Zamiast odpowiedzieć jemu na pytanie, zwrócił się Dick do Holbersa:
— Czy słyszałeś, Picie? Ten człowiek nosi biblijne imię Izajasz!
— Jeśli sądzisz, że słyszałem, to masz słuszność — odrzekł długi.
— Cóż ty na to?
— Nic.
— Masz właściwie słuszność, kochany Picie. Skoro bowiem drab ten jest trampem, to ja także uważam milczenie za lepsze, ale taki już jestem ciekawski, że trudno mi trzymać usta zamknięte.
— Co to za tajemnicze zwroty? — zapytał strażnik. — Czy pozostają może w jakim związku z moją osobą, albo nazwiskiem?
— Tak się zdaje.
— Jakto?
— Czy w waszej rodzinie jest więcej takich imion biblijnych?
— Jest jeszcze jedno.
— Jakie?
— Joel.
— Uff! Znowu jeden z proroków. Wasz ojciec pewnie bardzo pobożny i obznajomiony z biblią. Nieprawdaż?
— O tem nic nie wiem. To tylko wiem, że był bardzo rozsądny i nie pozwolił klechom nic w siebie wmówić, a ja wdałem się w niego.
— W takim razie matka wasza miała silną wiarę?
— Niestety tak.
— Czemu niestety?
— Bo modlitwami i śpiewami nabożnymi tak obrzydziła ojcu życie, że musiał je sobie osładzać wódką. Człowiek rozumny nie potrafi wytrzymać z taką dewotką, zostawia więc ją w domu, a sam idzie do karczmy.
— Aha! I słodził sobie życie, dopóki nie przesłodził!
— Sprzykrzyło mu się istotnie. Kiedy więc pewnego dnia zauważył, że ma o jeden sznurek za wiele, którego nie mógł do niczego użyć, zaczepił go na haku, zrobił pętlę, wsunął w nią głowę i trzymał ją tam, dopóki go nie odcięto.
Skrępowane niestety ręce moje drgnęły, gdy usłyszałem te słowa draba, mówiącego tak cynicznie o swoim ojcu samobójcy. Hammerdull nie okazał zbytecznego zresztą oburzenia moralnego i nie powiedział, że nawet najbardziej podupadły Indyanin wstydziłby się wyrazić w ten sposób o swoim ojcu. Zmierzając do swego ukrytego celu rozmowy, rzekł z uśmiechem w dalszym ciągu:
— Zaiste, rzadko się to zdarza, żeby ktoś, przyzwyczajony do wsadzania głowy w takie pętle, zaniechał tej nawyczki. Ale powiedzieliście, mr. Holbers, jeśli sobie dobrze przypominam, że wdaliście się w ojca?
— To były moje słowa.
— To strzeżcie się i wy takich sznurków!
Pshaw! Jeśli we wszystkiem jestem do ojca podobny, to z pewnością pod tym względem nie. Jabym nie włożył głowy w pętlę. Zresztą nie musiałbym tego czynić, bo nie byłbym na tyle głupi, żeby się ożenić z kobietą, wiecznie zatopioną w modlitwie.
— Ja mimoto nie cofam swej przestrogi, bo bywa nieraz podobno, że człowiek zawiśnie na sznurze, choć sam głowy w pętlę nie założy. Prawda, stary szopie, Holbersie, że to się już zdarzało i jeszcze się może zdarzyć?
— Hm! Jeśli sądzisz, że to się już zdarzało, to masz słuszność, a jeśli utrzymujesz, że to może zajść jeszcze, to z naciskiem przyznaję ci słuszność. Mój imiennik, taki rozsądny, jak jego ojciec, zrozumie mnie zapewne.
Zounds! — zawołał tramp. — Czy to ma być przygrywka o możliwości powieszenia mnie? Wypraszam sobie takie żarty!
— Nie pojmuję, dlaczego zaraz w gniew wpadacie. Powiedzieliśmy tylko, że czasem można niespodzianie wbrew własnej woli zawisnąć na sznurze. Jeśli was ostrzegałem przed tem, to tylko w dobrej myśli.
— Bardzo dziękuję. Podobne przestrogi są zupełnie zbyteczne.
Well! O tem już zamilczymy, ale zapytamy jeszcze, czy nie zapamiętaliście sobie innych zalet swej matki prócz pobożności.
— Innych zalet? Nie rozumiem was!
— Myślę o jej zdolnościach wychowawczych. Ludzie pobożni bywają zwykle surowi.
— Ach tak! — zaśmiał się tramp, nie zdając sobie sprawy z biegu myśli Hammerdulla. — To prawda niestety, co mówicie. Gdyby wszystkie sińce, któreby były wyraźniejszym na to dowodem, nie znikły były z mego grzbietu, to z bolu nie mógłbym teraz utrzymać się na koniu.
— Jej metoda wychowawcza była zatem dojmująca?
— Przenikała często przez skórę.
— A z waszym bratem Joelem jak było?
— Tak samo.
— Czy on żyje jeszcze?
— Ani mu się śni umierać!
— Gdzież znajduje się teraz z owemi wspomnieniami na grzbiecie i zapewne także na innych częściach ciała?
— Tutaj.
— Co? Tutaj i nami?
— Popatrzcie przed siebie! Ten, który jedzie z Coxem, to jest on właśnie!
Good lack! Mamy więc dwu proroków: Izajasza i Joela, Co ty na to, stary szopie, Holbersie?
— Nic! — odparł długi krócej niż zwykle.
— Dlaczego wy właściwie zajmujecie się mną i moim bratem? — spytał tramp, którego wreszcie zastanowiła ta rozmowa.
— Może usłyszycie o tem wkrótce. Powiedzcie mi pierwej, czem był wasz ojciec! —
Wszystkiem, czem człowiek być może, jeśli stale złości się na swoją żonę.
— To znaczy zapewne wszystkiem i niczem. Lecz mnie o to nie chodzi. Pytam, czem był owego dnia, kiedy spostrzegł, że ma sznurek zbyteczny.
— Na krótki czas przedtem założył biuro stręczenia małżeństw.
— To szczególne! Pewnie chciał innym dać sposobność do złości? Piękny to był krok z jego strony ze względu na dobro publiczne.
— Tak, zamiar był dobry, ale wynik zły.
— Aha! Nie znalazła się ani jedna dusza, któraby pragnęła połączenia się z drugą?
— Ani jedna.
— Dlatego ojciec obejrzał się za powrozem?
— Tak. Odwrócił się plecyma od życia, które nie okazało się dlań łaskawem.
— Wytworny był z niego pan! Gdybym go tu miał, nie ociągałbym się z obsypaniem grzbietu jego rozkoszami, które wy mile wspominacie. Zasłużył na to, bo tak tchórzliwie opuścił żonę i dzieci!
— Nie gadajcie głupstw! Gdy jego nie stało, zaczęło nam się lepiej powodzić.
— Gdy mąż nie przepija pieniędzy, zarobionych przez żonę, to wdowie i sierotom lepiej się powodzi!
— Skąd przychodzicie do takich domysłów? Matka nasza zarabiała rzeczywiście.
— Pracowała jak koń.
— Skąd o tem wiecie?
— Żyła i mieszkała w Smithville Tenessee, kiedy powiesił się jej mąż, a wasz ojciec kochany.
— Słusznie! Ale skąd wy to...
— A potem udała się z dziećmi na Wschód — przerwał mu Hammerdull.
— I to prawda! Powiedzcie mi nareszcie...
— Zaczekajcie! Pracowała i zarabiała tyle, że mogła nawet wziąć do siebie małego i biednego kuzyna, który później, kiedy mu zanadto dopiekł jej surowy sposób wychowywania, zniknął pewnego pięknego dnia w lecie. Czy mówię prawdę?
— Tak było istotnie. Ale skąd wy to wszystko wiecie?
— Mieliście także siostrę?
— Tak.
— Gdzie ona teraz?
— Nie żyje już.
— W takim razie wy z bratem byliście jedynymi spadkobiercami matki?
— Oczywiście!
— A co zrobiliście ze spadkiem?
— Do kroćset dyabłów! Na co innego można było obrócić kilkaset dolarów, jeśli nie na zabawę i pijatykę?
Well! Widocznie wdaliście się naprawdę w ojca. Po raz trzeci wam radzę: wystrzegajcie się sznurka! Jak sądzisz, stary szopie, Holbersie, czy powinniby dostać?
— Hm! — mruknął zapytany niechętnie. — Ja uczynię to, co ty zarządzisz, kochany Dicku.
Well! W takim razie nie dostaną. Zgadzasz się na to?
Yes! Nie warci tego!
— Czy warci, czy nie warci, to wszystko jedno, ale to byłoby wprost hańbą, gdyby dostali!
— Co wy za tajemnice macie? O kim właściwie mówicie? — pytał tramp.
— O Izajaszu i Joelu — odrzekł Hammerdull.
— Czyli o mnie i o moim bracie?
— Tak.
— Mamy czegoś nie dostać?
— Tak.
— Czego?
— Naszych pieniędzy.
— Waszych pieniędzy? Dyabeł was zrozumie! Przecież wypróżniliśmy wam wszystkie kieszenie!
Pshaw! Czy sądzicie, że majątek, który każdy z nas posiada, wozilibyśmy z sobą po Dzikim Zachodzie? Tysiące dolarów, któreśmy zebrali, zamierzaliśmy darować wam i waszemu bratu Joelowi, teraz jednak postanowiliśmy nie dać nic.
Nie oglądałem się, ale w duchu wyobrażałem sobie zdziwioną minę trampa. Upłynęła długa chwila, zanim przemówił:
— My... my... mieliśmy otrzymać... wasz... majątek?
— Tak.
— Drwicie sobie ze mnie!
— Ani mi się śni!
Zapewne przypatrywał się w milczeniu twarzom obu przyjaciół, gdyż upłynęła znów długa chwila, zanim odezwał się głosem, pełnym zdumienia:
— Nie wiem istotnie, co o was sądzić! Miny macie poważne, a jednak wasze gadanie może być tylko głupim żartem!
— Posłuchajcie, co wam powiem! jeśli uważacie siebie za człowieka, do którego mybyśmy się zniżyli, by się z nim w żarty wdawać, to nie znacie ani nas, ani siebie! Wy jesteście częścią osioł, a częścią łajdak, my zaś, jako rozumni i szanujący się ludzie, nie myślimy bawić się z osłami i łajdakami!
Zounds! Nie zapominajcie, że jesteście naszymi jeńcami! Obrażać siebie nie pozwolę. Jeśli dalej będziecie rzucać dokoła siebie łajdakami, to może wam to wyjść na złe!
Pshaw! Nie gniewajcie się na nas, bo my nie boimy się was wcale. Przyzwyczajeni nazywać wszystko po imieniu, nie możemy łotra nazwać honorowym człowiekiem.
— A jeśli ja zagrożę wam karą?
— Głupstwo! Czy jesteście może naszym nauczycielem, a my waszymi uczniami? Co nas dzisiaj, to was może spotkać jutro. A zatem łajdakiem zostajecie, a zarzutu głupoty także z was nie zdejmuję, bo osłem jesteście, czego sami dowiedliście.
— Czem dowiodłem?
— Tem, że dotychczas nie pojęliście, do czego zmierza moja rozmowa z wami.
— Niech was dyabeł pojmie i zrozumie!
— On nie ma na to czasu! Wy jesteście nam bliżsi, a nie lepsi od niego! Wszak podaliście nam swoje nazwisko!
— Tak.
— A mój przyjaciel nazywa się?
— Tak samo.
— A jak mu na imię?
— Pitt. Pitt Holbers. To całkiem... ach.... ach...!
Zamilkł, potem zaczął gwizdać zcicha przez zęby, wreszcie dodał skwapliwie:
— Pitt, Pitt, Pitt! Tak nazywał się ów chłopak, kuzyn, którego matka nasza zabrała do siebie i... Thunder-storm! Czy to możliwe, żeby ten nieskończenie długi człowiek był owym małym Pittem?
— Tak, to on! Wprawdzie kosztowało to was sporo wysiłku i pracy, zanim na to wpadliście, ale wreszcie doszliście do zamierzonego przeze mnie wyniku. Nie powinniście być zarozumiałym z powodu swej mądrości!
Nie dosłyszawszy tej obelgi, zawołał tramp:
— Co? Ty jesteś naprawdę tym głupim Pittem, który tak chętnie dawał się matce bić za nas wszystkich, któremu to zastępstwo tak wkońcu dojadło, że uciekł?
Pitt widocznie tylko głową na to skinął, bo nie słyszałem odpowiedzi.
— A to szczególny zbieg wypadków! — mówił kuzyn dalej. — Teraz widzę cię jako naszego jeńca!
— Którego wy chcecie zamordować! — dodał Hammerdull.
— Zamordować? Hm! Nie mówmy o tem na razie! Lepiej opowiedz mi, Picie, dokąd wówczas uciekłeś i czem się od tego czasu zajmowałeś! Jestem bardzo tego ciekaw!
Pitt zakaszlał kilka razy, a potem rzekł nie tak oschle jak zwykle:
— Dziwię się bardzo, dlaczego jestem dla was „ty“. Na to pozwala się przecież tylko gentlemanom, a nie ludziom, którzy tak się wyzbyli czci, że z całą bezwstydnością przystali do trampów. Muszę niestety przyznać, że jestem synem brata waszego ojca, lecz na moje usprawiedliwienie mogę dodać, iż nie ponoszę odpowiedzialności za to pokrewieństwo. Z wielką radością stwierdzam, że wbrew mej woli jestem waszym krewnym.
— Oho! — wtrącił tramp gniewnie. — Teraz mnie się wstydzisz? A wtedy nie wstydziłeś się, kiedyśmy ciebie żywili?
— Wy? Matka wasza jeść mi dawała, na co zresztą musiałem rzetelnie zasłużyć. Kiedy wy zbijaliście bąki, ja pracowałem tak, że mię kości bolały, a oprócz tego brałem za was baty. Wam nic nie zawdzięczam. Chciałem wam sprawić radość darowaniem oszczędności naszych, gdyż jako westmani nie potrzebujemy pieniędzy, ponieważ jednak znajdujemy was teraz jako trampów, jako nędzne i upadłe osobniki, nie oddamy w wasze ręce pieniędzy, które mogą uszczęśliwić ludzi godniejszych. Od dzieciństwa zobaczyliśmy się tu po raz pierwszy, ale równocześnie się rozstajemy. Z całego serca życzę sobie, bym już nigdy nie musiał spotkać się z wami!
Skąpy zazwyczaj w słowach Pitt Holbers wygłosił ku memu wielkiemu zdumieniu nawet płynnie tę długą mowę, a zachował się jak najwytworniejszy gentleman. Dick Hammerdull uznał to w ten sposób, że stwierdził czemprędzej:
— Słusznie, kochany Picie, słusznie! Z pod serca mi wyjąłeś te słowa! Możemy uszczęśliwić tem lepszych ludzi.
Obcemu byłby tramp na to odpowiedział inaczej, ale wobec krewnego wolał uciec się do drwin, niż do gniewu i rzekł, śmiejąc się szyderczo:
— Nie zazdrościmy wcale tym dobrym ludziom, którzy mają dostać wasze pieniądze. Obejdziemy się bez tych kilku dolarów, któreście z biedą zebrali. Będziemy mieli miliony, skoro tylko natrafimy na bonancę!
— Jeśli wam się to uda! — parsknął Hammerdull.
— Old Shatterhand już o to się troszczy.
— On wam ją pokaże?
— Oczywiście!
— Tak, tak! Widzę go już, jak palcem wskazuje na ziemię i mówi do was: „Tu leżą grudy na grudach, jedne większe od drugich. Wybierzcie je sobie, bo nie możecie niczem sprawić większej przyjemności nam, biednym jeńcom!“ Potem wy wystrzelacie nas wszystkich, ażebyśmy nic nie zdradzili, powrócicie z milionami na Wschód, złożycie je w banku i będziecie żyli z procentu jak bogacz z Pisma świętego i codziennie będziecie jadali placki ze śliwkami. Ja sobie wyobrażam, że to się tak stanie. A ty jak myślisz, stary szopie, Holbersie?
— Tak samo, jak ty — odrzekł Pitt oschle.
— Nie gadajcie głupstw! — ofuknął Izajasz obu przyjaciół. — Z was przemawia tylko złość i zazdrość szalona! Wiem, że sami wolelibyście objąć bonancę w posiadanie! To rzecz zupełnie zrozumiała!
— Mylicie się pod tym względem. Chętnie wam odstępujemy bonancę. Już naprzód cieszymy się na to, jakie oczy zrobicie, gdy staniemy na tem miejscu. Mam tylko jedną wątpliwość w tej sprawie.
— Jaką?
— Że z rozkoszy zapomnicie zabrać się do wyzyskania bonancy.
— O to niech was głowa nie boli! Nie zostawimy nic, gdyż brać umiemy!
— O tem my wiemy dobrze!
— Nie obawiajcie się zatem! Ale teraz muszę powiedzieć bratu, że znalazłem kuzyna Pitta, który nie pozwala mi nazywać siebie „ty“.
Ruszył naprzód i przejechał obok mnie na czoło orszaku, gdzie znajdował się jego brat, taki sam łajdak, jak on.
— Czy byłbyś to przypuścił? — rzekł za mną Hammerdull.
— Nie — odparł Pitt krótko.
— Ładne pokrewieństwo!
— Czarna złość mię na to porywa!
— A ja się nie złoszczę, bo oni mi są zupełnie obojętni.
— Ja jestem innego zdania!
— Czemu?
— Komuż darujemy pieniądze? Ja się wyrzekam bogactwa, bo nie lubię siedzieć na worku z pieniądzmi i nie chcę utracić zdrowego snu ze strachu, żeby mi ich nie skradziono.
— Teraz znowu będziemy musieli łamać sobie głowy nad tem, komu zostawić nasze pieniądze!
Na to ja odwróciłem się i rzekłem:
— Nie troszczcie się o to niepotrzebnie!
Przyjaciele podjechali ku mnie natychmiast, jeden z lewej, drugi z prawej strony, a grubas zapytał:
— Mamy się nie troszczyć? Czy znacie kogoś, zasługującego na to, żeby go obdarzyć?
— Mógłbym wam setki ludzi polecić, ale nie o tem myślę. Czy macie już pieniądze?
— Niestety nie. Są jeszcze u „generała“. Wszak o tem wiecie!
— Nie martwcie się zatem teraz! Kto wie, czy go schwytamy!
— O, wszak wy i Winnetou jesteście z nami! To znaczy tyle, jak gdybyśmy go już mieli w swej mocy! Czy słyszeliście, o czem dopieroco mówiliśmy?
— Znaleźliście kuzynów Pitta.
— Cóż wy na to, sir?
— Byliście bardzo nieostrożni.
— O ile? Czy mieliśmy zataić, kim jest Holbers?
— Nie. Ale zachowywaliście się tak, jak gdybyście wiedzieli napewno, że wkrótce będziemy wolni.
— Czy to było błędem?
— Bardzo wielkim! To może wzbudzić podejrzenie, które nam może zaszkodzić, a nawet i wszystko popsuć.
— Hm! To prawda. Ale czy mieliśmy tym drabom sprawić przyjemność i ze smutku spuścić nosy aż do siodła?
— Nicby w tem nie było wielkiego!
— Wy także z wielką pewnością mówiliście do Coxa i Old Wabble’a!
— Ale nie tak uderzająco, jak wy teraz do lzajasza Holbersa, który na szczęście nie jest na tyle sprytny, żeby powziął jakie podejrzenie. Wasze drwiny o wielkich grudach złota były dla nas wielce niebezpieczne. Trampi powinni i muszą do ostatniej chwili być przekonani, że znam bonancę.
— Ale kiedy wreszcie nadejdzie ta ostatnia chwila?
— Może dziś jeszcze.
Huzza! Na prawdę?
— Spodziewam się.
— Jak się skończy ta sprawa?
— Tego teraz jeszcze nie wiem dokładnie. Indyanin Kolma Puszi przyjdzie i uwolni mnie.
— On? Czy wiecie to napewno?
— Przypuszczam. Co po uwolnieniu zrobię, to będzie zależało od okoliczności. Wy nie będziecie spali, lecz tylko udawali śpiących. Powiedźcie to potajemnie wszystkim towarzyszom! Ja nie chcę z nimi się porozumiewać, ażeby nie ściągnąć na siebie podejrzenia. Nie musicie zatem zachowywać się pokornie wobec trampów, lecz nie okazujcie też zbytniej pewności siebie!
Oni nie wiedzieli, że Kolma Puszi był u mnie, dlatego zapytali, skąd wiem, że przyjdzie, ja zaś kazałem im jechać za sobą i czekać spokojnie na dalsze wypadki, chodziło mi bowiem o to, żeby trampi jak najmniej widzieli mnie rozmawiającego z towarzyszami.
Bracia Holbersowie zatrzymali teraz konie, aż dopóki nie dojechali do nich Dick i Pitt. Izajasz wskazał na drugiego i rzekł:
— To jest kuzyn od batów, który teraz zabrania mi mówić do siebie „ty“.
Joel rzucił na Pitta lekceważące spojrzenie i odpowiedział:
— Niech się cieszy, jeśli wogóle pozwolimy mu rozmawiać z nami. On chciał nam darować pieniądze?
— Nawet cały majątek.
— I ty w to uwierzyłeś?
— Ani mi się śni!
— Przypatrz mu się tylko! On i majątek! Czysta przebiegłość głupca! Chciał nam rzucić przynętę. My oczywiście nie damy się złapać! Chodź!
Puścili się znów naprzód, a Dick Hammerdull zaczął żartować.
— Jesteśmy więc przebiegłymi głupcami, stary szopie, Holbersie! To są dwie właściwości, któremi możemy się podzielić. Jeśli ci to na rękę, to ja wezmę na siebie przebiegłość, a ty resztę.
— Zgoda! Tak musi być między przyjaciółmi! W ten sposób pożycza jeden drugiemu swego kapitału!
— Do pioruna! To niezła odpowiedź. Dziękuję ci!
— Drobnostka!
Teraz zawołano mnie naprzód, bym jako przewodnik jechał na czele. Dotychczas rzadko odzywałem się głośniej, by wskazać kierunek drogi. Ponieważ zaś teraz zbliżaliśmy się do spływu obu Rush-forków, gdzie wskutek nawodnienia przerywały preryę często mniejsze lub większe grupy drzew i krzaków, które utrudniały zachowanie właściwego kierunku jazdy, przeto musiałem teraz ściślej spełniać zadanie przewodnika. Ażebym jednak nie znalazł w tej okolicy sposobność do ucieczki, wzięli mnie Cox i Wabble między siebie. Mieliśmy właśnie przed sobą jedną z takich wysp drzewnych, kiedy Old Wabble wyciągnął rękę i zawołał:
All devils! A tam kto znowu? Ludzie, miejcie się na baczności i trzymajcie jeńców ciasno, gdyż nadjeżdża człowiek, który wszystko postawi na kartę, by ich uwolnić!
— Kto to? — zapytał Cox.
— Wielki przyjaciel Winnetou i Shatterhanda, Old Surehand. Przysiągłbym, że to on.
Z poza lasku wyjechał jeździec i ruszył ku nam wyciągniętym cwałem. Był jeszcze daleko od nas, dlatego nie mogliśmy rozpoznać jego twarzy, ujrzeliśmy tylko jego długie włosy, rozwiane za nim jak welon. To nadawało mu wiele podobieństwa do Old Surehanda, nie miał on jednak jego pełnej i silnej postaci. Był to Kolma Puszi, który chciał nam pokazać, że znajduje się na miejscu.
Z początku udał, że nas nie widzi, potem zdziwił się, zatrzymał konia i jął się nam przypatrywać. Następnie zeszedł nam z drogi, ale wnet zawrócił, ażeby na nas zaczekać! Gdyśmy się na tyle doń zbliżyli, że można było rozpoznać jego oblicze, rzekł Old Wabble z widoczną ulgą:
— To nie Old Surehand, lecz jakiś Indyanin. Bardzo jestem z tego zadowolony. Ciekaw jestem, do której on trzody należy?
— Głupie spotkanie! — zauważył Cox.
— Czemu? Lepiej, że się ukazał on, aniżeli jaki biały. Ale nie powinien włóczyć się po naszych drogach; th’ is clear! Musimy zabrać się do niego ostro, ażeby mu nie przyszło na myśl szpiegować za nami.
Dojechawszy do Indyanina, zatrzymaliśmy konie, a on pozdrowił nas dumnym ruchem ręki i zapytał:
— Może bracia moi widzieli czerwonego wojownika, niosącego siodło i szukającego konia, który mu uciekł w nocy?
Cox i Wabble wybuchnęli głośnym śmiechem, a pierwszy odpowiedział:
— Czerwonego wojownika, niosącego siodło? Ładny z niego wojownik!
— Czemu bracia biali się śmieją? — spytał poważnie nieznany trampom Indyanin. — Jeśli koń uciekł, to trzeba go poszukać!
— Bardzo słusznie, ale kto pozwala uciec koniowi, a potem ugania za nim z siodłem, ten nie może być wielkim wojownikiem. Czy to twój towarzysz?
— Tak.
— Macie może więcej towarzyszy?
— Nie. Gdyśmy spali w nocy, urwał się koń i zniknął, co dopiero rano zauważyliśmy. Obaj wybraliśmy się na poszukiwania, a teraz nie znajduję ani towarzysza, ani jego konia.
— A to wesoła historya! To z was prawdziwe zuchy! Człowiek nabiera rzeczywiście dla was szacunku. Do którego należycie plemienia?
— Do żadnego.
— A więc wygnańcy, hołota! Wobec tego trzeba wam okazać miłosierdzie i dopomóc trochę. Widzieliśmy tego wojownika.
— Gdzie?
— Ze dwie mile za nami. Wystarczy ci pojechać dalej naszym tropem. Ten czerwony pytał nas o ciebie.
— A jakie słowa powiedział?
— Piękne i zaszczytne dla ciebie. Pytał, czy nie widzieliśmy najbardziej śmierdzącego psa, którego plugastwo pędzi po preryi.
— Mój brat fałszywie zrozumiał tego wojownika.
— Naprawdę? Jakżeż miał się wyrazić zdaniem twojem?
— Czy blade twarze nie widziały psa, który śmierdzące plugastwo ściga po preryi. Te słowa niewątpliwie padły, a pies znajdzie z pewnością to plugastwo.
Poderwał konia przodem, ścisnął lekko nogami, że rzucił się łukiem w powietrze i pomknął zręcznym cwałem po naszym tropie. Wszyscy patrzyli jakiś czas za Indyaninem, tylko on nie oglądnął się ani razu.
— Przeklęta skóra czerwona! Co on mógł mieć na myśli? Czy zrozumieliście to odwrócenie słów moich, mr. Cutter?
— Nie — odpowiedział stary Wabble. — Postąpił, jak Indyanin. Chciał nam coś odpowiedzieć, lecz nic sobie przytem nie myślał.
Well! W takim razie niech jedzie te dwie mile i szuka dalej. Czerwony „wojownik“ z siodłem na ramieniu! To mi zuch! Ta nędzna banda upada coraz niżej!
Po tem krótkiem zajściu pojechaliśmy dalej. Trampom się nie dziwiłem, bo nie byli westmanami, ale Old Wabble nie powinien był słów czerwonego uważać za pozbawione znaczenia! Mnie byłyby one napełniły taką nieufnością, że byłbym pojechał za Indyaninem, by zobaczyć, co czyni. Kto z takich odpowiedzi nie wyciąga wniosków, ten nie dorósł do niebezpieczeństw Dzikiego Zachodu.
Nie ujechaliśmy jeszcze daleko, kiedy nastąpiło nowe spotkanie i to bardzo ważne, nieprzewidziane przez nas, a zatem niespodziane.
Droga nasza prowadziła wzdłuż skraju zarośli, wijących się jak wstęga przez sawannę. Tam ujrzeliśmy dwu jeźdźców, zbliżających się z koniem jucznym od strony prawej. Musieli z nami się zetknąć, a ponieważ nas także dostrzegli, przeto ani jedna, ani druga strona nie mogła już się ukryć. Jeden z jeźdźców wziął nawet do ręki strzelbę, jak to się dzieje zawsze przy spotkaniu się z obcymi.
W oddaleniu może trzechset kroków od nas zatrzymali się z widocznym zamiarem przepuszczenia nas obok siebie w milczeniu. Old Wabble jednak powiedział:
— Nie troszczą się wcale o nas, jedźmy więc prosto do nich!
Tak się stało. Ujechaliśmy niedługą przestrzeń, kiedy usłyszałem za sobą kilka głośnych okrzyków.
— Uff, uff! — zabrzmiał głos Szako Matty.
— Uff! — zawołał Apanaczka raz tylko, lecz tem wymowniej.
Spojrzałem teraz bystrzej i zdumiałem się tak samo jak oni, albowiem jeździec, który miał strzelbę, był białym guślarzem Nainich, tylokrotnie wspominanym Tibo taka, drugim zaś mogła być tylko jego czerwona skwaw, tajemnicza Tibo wete. Domysł mój popierała obecność konia jucznego, którego spotkani mieli także w farmie Harboura.
Guślarz zaniepokoił się, widząc, że nie jedziemy dalej, lecz zwracamy się prosto do niego, ale trwało to tylko chwilę. Potem ruszył ku nam i wywijając ręką zawołał:
— Old Wabble, Old Wabble! Welcome! Jeśli to wy, to nie potrzebuję się niczego bać!
— Kto to? — zapytał stary kowboy. — Ja go nie znam!
— Ja także nie — odrzekł Cox.
— Zobaczymy, gdy będziemy przy nim.
Old Wabble’a można było poznać zdaleka po niezmiernie chudej i długiej postaci, oraz po spadających włosach białych, których połowę, co prawda, poprzedniego dnia utracił. Kiedy guślarz spostrzegł nas zblizka, nie wiedział, czy uciekać, czy zostać, ale widząc nas skrępowanych, krzyknął niemal z radości:
— Old Shatterhand, Winnetou, Szako Matto... i wszyscy związani! Co za cudowne zdarzenie! Jakżeż się to mogło stać? Jak tego dokazaliście?
Gdyśmy do niego dojechali, Old Wabble zapytał:
— Kto wy właściwie jesteście, sir? Skąd mnie znacie? Zdaje mi się wprawdzie, że was także znam, ale nie mogę sobie was przypomnieć.
— Byliśmy na Llano Estaccado.
— Gdzie, kiedy?
— W niewoli u Apaczów.
— Kogo rozumiecie przez słowo: byliśmy?
— Nas, Komanczów.
— Co? Jak? Wy zaliczacie się do Komanczów?
— Tak było wtedy, teraz jest inaczej.
— A powiedzieliście dopieroco, że nie potrzebujecie niczego się obawiać?
— Całkiem słusznie! Wy nie możecie być przyjacielem moich wrogów, gdyż ukradliście wówczas strzelby Old Shatterhanda i byliście towarzyszem generała. W farmie Harboura dowiedziałem się, iż mieliście nowe przykre starcie z Old Shatterhandem. Dlatego cieszę się bardzo, że was niespodzianie spotkałem.
Well! Rozumiem to wszystko, ale...
— Nie dziwię się, że mię nie poznajecie — wtrącił dawny Komancz. — Byłem wtenczas jako Indyanin zabarwiony na czerwono, przeto...
All devils! Teraz już wiem! Czy nie byliście wówczas guślarzem Komanczów?
— Byłem.
— Co za szczególna rzecz! Biały guślarzem Komanczów! To bardzo zajmująca sprawa! Musicie mi to opowiedzieć. Ja chętnie zatrzymam się tutaj z moimi ludźmi.
— Przepraszam, mr. Cutter, ale ja nie mogę się zatrzymać, bo muszę jechać dalej, spodziewam się jednak, że zobaczymy się jeszcze. Oświadczam wam, że dzień dzisiejszy jest najszczęśliwszy w mojem życiu, widzę bowiem, że dostali się wam w ręce ludzie, których ja natychmiast sprzątnąłbym, gdyby to odemnie zależało. Trzymajcie ich mocno, trzymajcie!
Podczas rozmowy przypatrywałem się drugiemu jeźdźcowi. Była to Indyanka, tylko bez zasłony, która w farmie Harboura zakrywała jej oblicze. Poznałem ją mimo męskiego stroju. Była to ta sama postać o szerokich plecach, którą spotkałem był w Kaamkulano, ta sama twarz ciemno brunatna, strasznie zapadła, głęboko pomarszczona i niemal po kaukazku skrojona, te same beznadziejne, tępe, a jednak dziko połyskujące oczy, na których widok przypominał mi się dom waryatów. Siedziała na koniu po męsku, silnie i pewnie, jak wprawny jeździec. My wszyscy otaczaliśmy guślarza w półkolu, a ona zbliżywszy się do jednego z końców tego półkola, zatrzymała się i w milczeniu patrzyła przed siebie sztywnym wzrokiem. Apanaczka siedział na koniu nieruchomy, jak posąg, jakby nikogo więcej nie widział prócz tej, którą nazywał swoją matką, ale mimoto nie spróbował bynajmniej zbliżyć się do niej.
Guślarz zauważył to z widoczną niechęcią, że żona jego do nas podjechała, lecz uspokoił się, widząc, że z nikim nie rozmawia. Zwrócił się znów do Old Wabble’a:
— Jak już powiedziałem, muszę odjechać, ale skoro tylko zobaczymy się znowu, dowiecie się, dlaczego tak się tem cieszę, że pochwyciliście tych ludzi. Co się z nimi stanie?
— To się dopiero pokaże — odparł stary. — Znam was zbyt mało, żebym miał odpowiedzieć na to pytanie.
Well! Mogę się ostatecznie wyrzec tej wiadomości, bo przypuszczam, że nie będziecie robili z nimi wielkich ceremonii. Zasługują na śmierć. To wam powiadam i zapewniam, że to byłby największy grzech, gdybyście im darowali życie. Dziesięć lat życia dałbym za to, że ich widzę w więzach. Co za rozkosz dla moich oczu! Czy pozwolicie, żebym się przypatrzył im dokładnie?
— Owszem! Przypatrujcie się, dopóki wam się podoba!
Guślarz podjechał całkiem blizko do Osagi, roześmiał mu się w twarz i powiedział:
— To Szako Matto, który przez tyle lat napróżno starał się nas odnaleźć. Biedny robaku! Na to było za mało tej odrobiny mózgu, którą posiadasz. To była słynna sztuka, nieprawdaż? Zakupić tyle skór tak tanio, to nie każdemu się udaje!
— Morderco, złodzieju! — zgrzytnął doń wódz. — Gdybym miał ręce wolne, zarazbym cię zadusił!
— Bardzo wierzę! Tymczasem uduś się sam!
Następnie zwrócił się do Treskowa:
— A to osławiony policyjnik, o którym mi kowboy wówczas powiedział, że siedzi w izbie. Głupcze! Za czem ty właściwie węszysz? Śmieszna i daremna twoja robota! Jeszcze kilka tygodni i wszystko będzie przedawnione. Właśnie dlatego wracamy teraz. Czy tego nie miarkujesz?
— Mogą sobie te tygodnie upłynąć — odparł Treskow. — Wychylacie się za wcześnie monsieur Thibaut!
Mille tonnere! Znacie moje nazwisko? Czy policya stała się nagle wszechwiedzącą? Gratuluję wam, sir!
Podjechał potem ku Apanaczce, rzucił mu krótką obelgę w twarz i zatrzymał się przed Winnetou, do którego rzekł:
— To wódz Apaczów, a wogóle najsłynniejszy ze wszystkich wodzów! Po tym drabie nie widać wcale, co się może stać z takiego psa! Znamy się dobrze, nieprawdaż? Spodziewam się, że tym razem wreszcie znajdujesz się na drodze do wieczystych ostępów. Jeśli nie, to wystrzegaj się spotkania ze mną, bo tak ci dam kulą w łeb, że słońce z dwu stron będzie ci mogło zaglądnąć do mózgu!
Winnetou milczał, a nawet nie spojrzał na napastnika. Byłby niewątpliwie pomimo więzów nie przepuścił mu tej obelgi, gdyby nim nie gardził w najwyższym stopniu. Guślarz wyzyskał zupełnie nadarzoną sposobność, bo skierował konie także do mnie. Jako biały nie musiałem zachować stoickiej obojętności jak Indyanin. Duma moja mogła wprawdzie skłonić mnie do zlekceważenia eskamotera, lecz rozum nakazywał inne postępowanie. Postanowiłem spróbować, czy nie wyciągnę zeń nierozważnych oświadczeń, dlatego, nim jeszcze do mnie nadjechał, zwróciłem się twarzą do niego i odezwałem się wesoło:
— Teraz mnie zapewne zaszczyci odwiedzinami słynny Tibo taka? Jestem skrępowany, macie więc sposobność wywnętrzyć się raz serdecznie bez obawy o skutki. Zaczynajcie!
— Dyable! — syknął wściekle. — Ten hultaj nie czeka nawet na to, żeby doń przemówić. To niesłychane zuchwalstwo! Istotnie chcę z tobą pomówić, łotrze i to gruntownie!
Well! Słucham uprzejmie. Zanim jednak zaczniecie, przyjmijcie odemnie pewną radę, która konieczna jest ze względu na was samych.
— Proszę! Cóż to za rada?
— Bądźcie ostrożni, kiedy ze mną będziecie mówili. Wiecie zapewne z dawniejszych czasów, że mam swoje dziwactwa.
— Tak, masz je, lecz niebawem będziesz z nich wyleczony. Może cię to gniewa, że mówię do ciebie „ty“? Pozwalam ci na równą poufałość względem mnie.
— Dziękuję! Nie zawieram braterstwa z tępymi głupcami i nie dbam o to, że odzywają się do mnie „ty“, bo wiem, że nie potrafią nic innego wypaplać.
— Ty drabie nikczemny! Czy sądzisz, że kiedy ciebie raz kula moja nie dosięgła, to i drugi raz w ciebie nie trafię?
Wymierzył do mnie ze strzelby i trzasnął kurkiem, ale w tej chwili stanął Cox przy nim, odtrącił broń i upomniał go:
— Na bok ze strzelbą, bo ja będę musiał wdać się w tę sprawę! Kto Old Shatterhanda ruszy, dostanie kulą odemnie!
— Od was? A wy kto?
— Jestem Cox, dowódzca tego towarzystwa.
— Wy? Mnie się zdawało, że Old Wabble tu rozkazuje.
— Tak jest, jak powiedziałem!
— W takim razie wybaczcie, sir! Ale sami chyba przyznacie, że nie powinienem pozwolić na to, żeby mnie w ten sposób obrażano?
— Sądzę, że tak! Mr. Cutter pozwolił wam bez mojej zgody mówić z naszymi jeńcami i ja godziłem się na to dotychczas. Jeśli jednak oni nie zostawiają bez odpowiedzi waszych uprzejmych słów, to sami jesteście temu winni. Ale dotknąć lub uszkodzić ich nie pozwolę.
— Czy mogę dalej mówić z tym człowiekiem?
— Nie mam nic przeciwko temu.
— Ja także nie — dodałem. — Rozmowa z błaznem indyańskim zawsze rozweseli, a ten stary błazen bawi mnie ogromnie.
Podniósł zaciśniętą pięść, lecz opuścił ją wkrótce i rzekł z dumą:
Pshaw! Nie rozgniewasz mnie więcej! O, gdybyś nie był pojmanym i spotkał się ze mną na preryi! Wypłaciłbym ci za odwiedziny w Kaam-kulano nagrodę, przechodzącą twoje pojęcie!
— Na to już was z pewnością nie stać. Powiedzcie to otwarcie i z ręką na sercu, szanowny panie! Nie chcę wam robić przykrości, ale zdaje mi się, że mózgownica wasza na toby się już nie zdobyła!
— Do pioruna! — zgrzytnął. — Jak tu ścierpieć takie drwiny? O, gdybym tak mógł, jak mam ochotę!...
— Tak, tak, wy mało już potraficie! Nawet wawy Derrika nie zdołaliście sami wysłać na tamten świat, lecz szukaliście pomocy u drugich!
Wpatrzył się we mnie szeroko rozwartemi oczyma, jakby mię chciał nawskróś przebić wzrokiem, a gdy ja mimoto nie straciłem spokoju, zawołał:
— Co ci nagadał wówczas ten przeklęty drab, młody Bender?
Ach! Bender! To nazwisko, zaczynające się literą B, przypomniało mi natychmiast inicyały I. B. i E. B. na grobie zamordowanego Padre Diterico. Ale kto ukrywał się pod nazwiskiem Bendera? Wprost oczywiście nie mogłem o to zapytać, nadałem przeto wywiadom moim inną postać i przeprowadziłem je tak prędko, że guślarz nie miał czasu do namysłu.
— Kiedy?
— Na Llano Estaccado, gdzie był z tobą ze swoim własnym bratem...
Zamilkł z przerażeniem, a mnie w tej krótkiej chwili przebiegła przez głowę błyskawicznie pewna myśl, którą wyraziłem, kończąc przerwane jego zdanie:
— ...i ze swoim własnym bratem stoczył walkę? Pshaw! To, co on mi wówczas wyjawił, wiedziałem oddawna i lepiej od niego. Ja znacznie wcześniej szukałem człowieka, zwanego Padre Diterico.
— Di... te... ri...?! — powtórzył przeciągłe i ze strachem.
— Tak. Czy trudno wam wymówić to imię w tem brzmieniu? Jeśli tak, to możemy posługiwać się słowem: Ikwet Sipa, bo go tak nazywano w ojczyźnie Mokwi.
Z początku nie mógł przemówić ani słowa. Krztusił się, połykał ślinę, jakby mu w gardle utknął zbyt wielki kąsek, wreszcie wybuchnął głośnym, chrapliwym rykiem:
— Psie, teraz znów wywiodłeś mnie w pole, jak wówczas nas wszystkich! Muszę cię zrobić nieszkodliwym! Masz!
Podniósł znowu strzelbę i trzasnął kurkiem. W tej chwili Cox znów ścisnął konia ostrogami, ale byłby już nic nie pomógł, gdybym ja sam nie był sobie poradził. Oto pochyliłem się naprzód, ażeby związanemi rękoma chwycić cugle i przytrzymać krótko, wparłem pięty w boki konia i zawołałem:
— Czka, Hatatitla, czka![1]
Ten okrzyk, zrozumiały dla mego karego, miał wyrównać te braki, które wynikały stąd, że byłem skrępowany. Ogier skurczył się jak kot i zaniósł mię jednym skokiem tak blizko do napastnika, że konie nasze otarły się o siebie. Całą siłą skoku uderzyłem nogą w jego nogę, poczem puściwszy cugle, palnąłem go w bok związanemi pięściami tak mocno, że w chwili właśnie, kiedy wypalił, runął na ziemię po drugiej stronie.
Prócz Winnetou i obłąkanej nikt nie zdołał się powstrzymać od wydania okrzyku przerażenia, zdumienia i uznania zarazem. Mój ogier wykonał tylko ten skok i nie postąpiwszy ani krokiem dalej, stał spokojnie jak ulany ze spiżu. Guślarz zerwał się tymczasem i pochwycił strzelbę, która mu była wypadła.
Oczy iskrzyły mu się wściekłością. Cox jednak wziął mu broń z ręki i krzyknął z gniewem:
— Muszę wam, sir, potrzymać strzelbę, dopóki nie odjedziecie, bo narobicie jeszcze nieszczęścia! Oświadczyłem wam już na początku, że nie zniosę wrogiego, a już najmniej czynnego zachowania się wobec Old Shatterhanda!
— Zostawcie go, dajcie mu pokój! — rzekłem. — Jeśli raz jeszcze rzuci się na mnie, poczuje to jeszcze lepiej! Zresztą ja go także ostrzegłem, żeby się miał na baczności. To rzeczywiście nieuleczalny idyota!
Guślarz wystękał prawie z wściekłości:
— Zabijcie go, mr. Cox! Czy go zabijecie?
— Tak — potwierdził zapytany. — Jego życie przyrzeczone Old Wabble’owi.
— Dzięki Bogu! W przeciwnym bowiem razie jabym go sprzątnął po otrzymaniu strzelby nawet pod grozą, że wy mnie zastrzelilibyście potem. Wy nie wiecie, co to za dyabeł z tego człowieka! Winnetou jest wobec niego prawdziwym aniołem. Zastrzelcie go, zastrzelcie!
— Zapewniam was, że życzenie wasze się spełni! — uspokoił go Old Wabble. — On albo ja! Z nas dwu tylko jeden może pozostać na ziemi, a ponieważ ja jestem tym jednym, przeto on musi ustąpić.
— To skończcie z nim rychło, bo wam jeszcze ucieknie!
Żona jego, nie wzruszona niczem, nawet wystrzałem, pojechała do zarośli, odłamała kilka gałązek, splotła je nakształt wianka i włożyła sobie na głowę. Potem wróciła do najbliższego trampa i rzekła, wskazując na głowę:
— To jest mój myrtle-wreath! Włożył mi go na głowę mój wawa Derrik!
Usłyszawszy jej słowa, zapomniał były Komancz o mnie i pospieszył do niej z obawy, żeby nie zdradziła jego tajemnic. Grożąc jej pięścią, zawołał do niej:
— Milcz, waryatko! — a zwróciwszy się do trampów dodał: — Ona jest obłąkana i wygłasza rzeczy, które mogą zdrowemu głowę zawrócić.
Udało mu się wpłynąć na trampów, ale zaraz musiał zająć się Apanaczką, który dotąd siedział na koniu jak posąg, a usłyszawszy, że kobieta mówi, podjechał do niej i zapytał:
— Czy pia[2] poznaje mnie? Czy ma oczy otwarte dla syna?
Spojrzała nań ze smutnym uśmiechem i potrząsnęła głową. Wtem wpadł Tibo taka na Apanaczkę krzyknął:
— Co masz z nią do mówienia? Milcz!
— To moja matka! — odrzekł Apanaczka spokojnie.
— Teraz nią nie jest! Ona należy do Nainich, a ty musiałeś opuścić to plemię. Od tego czasu ona nie istnieje dla ciebie!
— Jestem wodzem Komanczów i nie pozwolę, żeby mi rozkazywał człowiek, który i ją i mnie oszukał. Będę z nią mówił!
— A ja jestem jej mężem i zabraniam tego!
— Przeszkódź, jeśli potrafisz!
Tibo taka nie ośmielił się zaczepić Apanaczki, choć ten był skrępowany, i zwrócił się do Old Wabble’a:
— Pomóżcie mi, mr. Cutter! To mój wychowanek, przez którego żona moja dostała pomieszania zmysłów. Ilekroć go zobaczy, zapada w gorszą chorobę. Niech ją zostawią w spokoju!
Old Wabble, zazdrosny o to, że Cox siebie podał za dowódzcę, chciał przy tej sposobności pokazać, że także ma coś do powiedzenia, rzekł tedy do Apanaczki:
— Zabieraj się, czerwony! Słyszałeś, że ona teraz nie ma nic wspólnego z tobą. Wynoś się!
Apanaczka nigdy nie pozwalał, żeby tak do niego przemawiano. Mierząc starego kowboya pogardliwym spojrzeniem, zapytał:
— Kto to mówi do najwyższego wodza Komanczów z plemienia Kanean? Czy to żaba skrzecząca, czy też wrona wrzeszcząca? Nie wiem, czy mógłby kto przeszkodzić mi w rozmowie z tą kobietą, która była moją matką!
— Oho! Żaba! Wrona! Wyrażaj się z większą uprzejmością, bo w przeciwnym razie dowiesz się, jak należy odzywać się do króla kowboyów!
Wcisnął się z koniem pomiędzy Apanaczke a kobietę. Komancz cofnął się o kilka kroków i zwrócił się na drugą stronę, ale stary ruszył tam za nim. W tej wzajemnej gonitwie objechali dwa razy dookoła kobietę, ona zaś tworzyła punkt środkowy, kryty przez Cuttera ciągle przed Apanaczką.
— Dajcie temu spokój! — zawołał Cox do Old Wabble’a. — Niech syn i ojciec uporają się sami z sobą. Przecież to was nic nie obchodzi!
— Wezwano mnie do pomocy! — odparł stary.
— Czy wy jesteście dowódzcą, czy ja?
— Ja, gdyż ja was wynająłem!
— I zdaje wam się, że jako dowódzca potraficie coś zrobić?
Yes! Czerwonego i do tego skrępowanego zdołam chyba utrzymać w ryzach!
— Skrępowanego? Pshaw! Przypomnijcie sobie Old Shatterhanda i obcego jeźdźca i uważajcie, że ten czerwony młodszy od was!
— Niechaj spróbuje!
Well! Zostawiam wam swobodę i do niczego się nie wtrącam!
— Oczy wszystkich zwróciły się teraz na przeciwników, poruszających się wciąż jeszcze dokoła kobiety, która stała w środku, nieobecna duchem. Tibo taka, najbardziej ciekaw zakończenia tej dziwnej sceny, stał w pobliżu. Zniecierpliwiony wreszcie Apanaczka zapytał:
— Czy Old Wabble przypuści mnie do tej kobiety?
— Nie! — oświadczył starzec.
— To ja go zmuszę!
— Spróbuj!
— I nie oszczędzę przytem starego zabójcy Indyan!
— Ja ciebie także nie!
— Uff! To zatrzymaj tę skwaw dla siebie!
Zawrócił konia, jakby chciał z koła wyjechać. Znając Apanaczkę, wiedziałem, ze to tylko finta z jego strony, podjęta w tym celu, żeby odwrócić od siebie na chwilę uwagę starego. Old Wabble pozwolił się rzeczywiście wywieść w pole, bo zwrócił się w stronę, gdzie stał Cox, i zawołał pewnym siebie tonem:
— No, kto miał słuszność? Gdzieżby Fred Cutter dał się zrzucić czerwonemu! Coś podobnego jeszcze mi się nie zdarzyło; th’ is clear!
— Uważajcie, uważajcie, nadjeżdża! — zabrzmiały ostrzegawcze okrzyki trampów.
Stary oglądnął się, lecz konia nie odwrócił. Widząc Apanaczkę, zbliżającego się do siebie w potężnych skokach, krzyknął ze strachu, gdyż wyminąć go już nie mógł. Widzowie z zapartym oddechem czekali na to, co teraz nastąpi. Mój skok na Hatatitli był tylko tak zwanem na Zachodzie force and adroitness; Apanaczka zaś, wydawszy przeraźliwy okrzyk wojenny Komanczów, rzucił się naprzód i przesadził konia Old Wabble’a na poprzek, jakby na nim jeźdźca nie było. Jasnem było, że narażał przytem swoje życie bo miał skrępowane nogi i ręce, a musiał uderzyć o starego. Mimoto dostał się szczęśliwie na drugą stronę, zdawało się tylko, że koń jego padnie na głowę, gdy dotknie ziemi nogami. Lecz Apanaczka rzucił się wstecz, poderwał przytem zwierzę przodem w górę, popędził jeszcze pewną przestrzeń, wreszcie się zatrzymał. Odetchnąłem teraz, bo rzeczywiście lękałem się o przyjaciela.
A Old Wabble? Wyleciał z siodła, jakby trącony kulą armatnią i został nieprzytomny na ziemi. Koń jego się przewrócił, potarzał się trochę w jedną i drugą stronę, wkońcu wstał nieuszkodzony. Nastało teraz niebywałe poruszenie i bieganina. Mogliśmy przy tej sposobności umknąć bez trudu i szczęśliwie, lecz bez naszej własności nie chcieliśmy ruszyć się z miejsca.
Cox zajął się tymczasem starym, który nie zabił się wprawdzie i przyszedł wkrótce do siebie z ogłuszenia, lecz kiedy chciał powstać i oprzeć się na rękach, nie mógł tego dokazać. Musiano go podnieść, a gdy stanął drżący i chwiejny, pokazało się, że poruszał tylko jedną ręką; druga zwisła mu wzdłuż ciała... złamana.
— A nie ostrzegałem was? — napadł na niego Cox, choć to już nie mogło naprawić złego. — Teraz ponosicie skutki tego. Co znaczy wasz tytuł króla kowboyów wobec tak młodego przeciwnika jak Apanaczka?
— Zastrzelcie tego przeklętego łotra, który mnie otumanił! — wybuchnął starzec ze złością.
— Dlaczego zaraz zastrzelić?
— Ja tak każę! Słyszycie, ja rozkazuję! No, czy to się rychło stanie?
Nikt go oczywiście nie słuchał. Old Wabble zaczął krzyczeć i piorunować na całe gardło, wreszcie Cox huknął nań:
— Dajcież już spokój, bo zostawimy was i odjedziemy! Nie ryczcie jak dzikie zwierzę! Zajmijcie się lepiej swoją chorą ręką!
Zrozumiał, że to słuszne, i kazał zdjąć z siebie starą bluzę, co nie odbyło się bez wielkiego bolu. Następnie obmacał mu rękę Cox, a po nim drudzy trampi, przyczem starzec okropnie jęczał. Nikt jednak nie umiał choremu poradzić, dlatego Cox zwrócił się do nas:
— Słuchajcie, panowie, czy potrafi kto z was leczyć rany?
— Naszym domowym i nadwornym lekarzem jest zawsze Winnetou — odpowiedział Hammerdull. — Jeśli nań zadzwonicie, zjawi się zapewnie natychmiast.
Tym razem pomylił się grubas, albowiem Apacz, wezwany, żeby zbadał rękę, oświadczył tonem odmowy:
— Winnetou nie uczył się leczyć morderców. Dlaczego teraz, kiedy jesteśmy wam potrzebni, uważacie nas za panów? Czemu nie byliśmy tem już dawniej? Skoro stary kowboy przeprowadził przedtem swoją wolę, to niech i teraz czyni, co mu się podoba. Winnetou skończył!
— Ależ to także człowiek!
Osobliwy zarzut z ust dowódcy rabusiów! Winnetou oczywiście milczał, bo kiedy raz zaznaczył, że skończył, więcej głosu nie zabierał.
— Skąd dowiedzieliście się nagle, że wśród was jest człowiek? Ja sądzę, że my także jesteśmy ludźmi, a nie dzikiemi zwierzętami, które można łowić i strzelać wedle upodobania. Czy wy postępujecie z nami, jak z ludźmi?
— Hm! To całkiem inna sprawa!
— Czy inna, czy nie, to wszystko jedno, byle tylko było inaczej. Wróćcie nam wolność i wydajcie nasze rzeczy, a wyleczymy starca tak, że się uradujecie jego zdrowiem. Zresztą nic łatwiejszego jak opatrzyć Cuttera, który składa się tylko z kości i skóry. Nieprawdaż, stary szopie, Holbersie?
— Hm, tak! — potwierdził długi.
Cutter stękał i jęczał, aż litość brała. Ilekroć Cox dotknął ręki, kłuły go końce złamanej kości. Nie mogąc nic poradzić, zwrócił się Cox do mnie:
— Słyszę od Old Wabble’a, że jesteście podobno niezłym chirurgiem. Zajmijcie się mim!
— Czy to jego życzenie?
— Istotnie.
— A pan spodziewasz się po mnie, że zlituję nad nim?
— Tak.
— Chociaż jestem człowiekiem, którego on przeznaczył na śmierć?
— Mimo to mam tę nadzieję. Może on się jeszcze rozmyśli i puści was wolno.
— Bardzo ładnie! To niezwykły człowiek. „Może mnie puści wolno!“ Czy wy zdajecie sobie sprawę z tego, coście teraz wymówili? Popełniliście głupstwo jakich mało, i pozwoliliście sobie na bezprzykładne zuchwalstwo i bezczelność. Czyż nie zauważyliście przedtem, że mogliśmy byli wszyscy odjechać, gdybyśmy byli chcieli? Czy myślicie, że my jesteśmy owce, które można wlec, gdzie się zechce, i zarzynać, kiedy się komu spodoba? A co będzie, jeśli ja powiem, że ulżę staremu w cierpieniach tylko pod warunkiem, że nas uwolnicie?
— Na to oczywiście nie przystaniemy.
— A jeśli zażądam, żeby mnie nie zamordowano, lecz postąpiono ze mną tak jak z towarzyszami?
— Możeby się dało z nim o tem pomówić!
— Tu trzeba pewnego przyrzeczenia!
Well! Czy mam go zapytać?
— Tak.
Układał się z Old Wabblem przez czas dłuższy, wkońcu przyszedł do mnie i oświadczył:
— To twarda głowa. Trwa przy tem, że musicie umrzeć i woli znosić cierpienia, bo bardzo was nienawidzi.
Tego było już za wiele moim towarzyszom i zaczęli wyraźnie na to sarkać.
— Ja zmienić jego postanowienia nie mogę — rzekł Cox. — Wobec tego zapewne nie zajmiecie się nim wcale, mr. Shatterhand?
— Czemu nie? Powiedzieliście przedtem, że on także jest człowiekiem. To był fałsz, a prawdą jest to, co teraz usłyszycie. Ja jestem człowiekiem i postąpię po ludzku. Będę w nim teraz widział tylko cierpiącego. O nim już nie mówię, ale, jak nędzną, a zarazem śmieszną rolę wy gracie, na to wam się niebawem oczy otworzą. Możecie mi wierzyć!
— Czy może wy do tego się przyczynicie?
— Czy ja, czy kto inny, to wszystko jedno, jak mówi zwykle Hammerdull. Chciałem tylko ogólnie powiedzieć, że na każdego przychodzi godzina obrachunku, a więc i was nie minie. A teraz chodźcie!
Towarzysze usiłowali mnie powstrzymać, kłócili się nawet ze mną, a najbardziej Treskow, ale ja na nich nie zważałem. Odwiązano mnie od konia i zaprowadzono do Cuttera, który zamknął oczy, ażeby na mnie nie patrzeć. Oczywiście rozkrępowano mi także ręce. Po zbadaniu okazało się, że złamanie było podwójne, a w jego wieku prawie nieuleczalne i niebezpieczne.
— Musimy stąd odjechać — rzekłem, — bo potrzeba nam wody. Ale pojedziemy niedaleko, bo rzeka już blizko. Jechać chory potrafi, bo ma tylko rękę uszkodzoną.
Cutter wyrzucił cały szereg przekleństw i poprzysiągł Apanaczce okropną zemstę.
— Was nie można już wprost zaliczać do ludzi! — przerwałem mu. — Czy naprawdę nie potraficie już zrozumieć, że powinniście sobie przypisać winę wszystkiego?
— Nie, tego rzeczywiście nie potrafię! — odpowiedział szyderczo.
— Gdybyście byli nie wyzwali Komancza, byłby was nie strącił z konia.
— Czy musiałem przy tem złamać rękę?
— I temu sami jesteście winni.
— Jakto? Ciekaw jestem, jak mi to wytłómaczycie!
— Ręka wasza byłaby zdrowa, gdybyście byli nie zabrali strzelb moich.
— Jaki związek może zachodzić między jednem a drugiem?
— Widziałem dokładnie, jak zlecieliście z konia. Mieliście strzelby na plecach, a podczas upadku dostała się ręka pomiędzy strzelby. Skutkiem działania tych dwu dźwigni jest podwójne złamanie. Gdyby nie to, że porwaliście się na moją własność, bylibyście teraz wstali zdrowym z ziemi.
— Mówicie tak dlatego, żeby mnie złościć. Pshaw!
— Nie, słyszycie samą prawdę, a mnie to obojętne, czy w to uwierzycie, czy nie.
— Wierzę w to, w co ja chcę, a nie w to, co wam się podoba! Teraz zwiążę was znowu, a potem pojedziemy nad rzekę. Przeklęty ten obcy ze swoją żoną! Gdyby nie oni, byłoby to wszystko się nie stało. I mówić tu o Bogu i Opatrzności, która rzekomo opiekuje się ludźmi!
Ten człowiek nawet w tem położeniu nie mógł się powstrzymać, żeby nie zaprzeczyć istnieniu Boga i nie miotać bluźnierstwami! Pozwoliłem się skrępować, choć miałem doskonałą sposobność do ucieczki; gdy bowiem stałem obok Wabble’a, byłem zupełnie wolny, nieopodal leżały moje strzelby na ziemi, a mój kary czekał na mnie. Ale co byłbym przez to osiągnął? Byłbym oczywiście podążył za nimi, ażeby w nocy uwolnić towarzyszy, ale trampi byliby to przewidzieli i pilnowali ich z nieubłaganą czujnością. Teraz nie spodziewali się niczego, dlatego miałem nadzieję, że Kolma Puszi uwolni nas bardzo łatwo. Z tego więc powodu zaniechałem ucieczki.
Apanaczka mówił do Indyanki, ale bezskutecznie. Thibaut przypatrywał się im z hamowanym gniewem, lecz nie ośmielił się oddalić Komancza. Widocznie nauczka, którą mu dałem, poskutkowała. Nie odezwał się nawet ani słowem, kiedy podjechałem ku nim nieco bliżej, żeby posłuchać, o czem z sobą mówią. Były to niestety luźne wyrazy.
— Duch jej odszedł i nie chce powrócić! — skarżył się Apanaczka. — Matka nie rozumie syna!
— Pozwól, żebym ja spróbował, czy nie dałoby się przywołać jej duszy! — wezwałem go, podjechawszy na drugą stronę.
— Nie, nie! — zawołał Thibaut.
— Ja nie dopuszczę do tego, żeby Old Shatterhand z nią rozmawiał!
— Dopuścicie! — huknąłem nań groźnie. — Apanaczko, pilnuj go, a za najmniejszym jego ruchem niebezpiecznym przejedź po nim, żeby połamał ręce i nogi!
— Brat Shatterhand może zdać się na mnie — odrzekł Apanaczka. — Niech pomówi ze skwawą, a gdyby guślarz tylko ręką ruszył, będzie trupem, rozdeptanym przez końskie kopyta!
Ustawił się tuż obok Thibauta. Byłem pewny, że groźby swojej dotrzyma.
— Czy byłaś dzisiaj w Kaam-kulano? — spytałem obłąkaną.
Potrząsnęła głową i spojrzała na mnie tak bezmyślnie, że mnie wprost zabolało.
— Czy masz nina ta-a-upa[3]?
Skinęła znów głową.
— A gdzie twój toats[4]?
Ta sama nastąpiła odpowiedź.
— Czy widziałaś swoją kokhej[5]?
Gdy i teraz obojętnie poruszyła głową, przekonałem się, że jest nieczuła na pytania, dotyczące życia wśród Komanczów. Spróbowałem inaczej:
— Czy znałaś wawę Ikwet Sipę?
— Ik... wet... Sipę... — westchęła.
— Tak. Ik... wet... Sipę — powtórzyłem, kładąc nacisk na każdej zgłosce.
Na to ona odpowiedziała jak we śnie, ale wyraźnie:
— Ikwet Sipa, to mój wawa.
Domysł mój był słuszny; ona była siostrą padre Diterica.
— Czy znasz Tehuę? Te... hu... ę!
— Tehua była moją ikokhej[5].
— Kto jest Tokbela? Tok.. be...la!
— Tokbela to nuuh[6].
Zaczęła uważać. Słowa, odnoszące się do jej dziecięctwa i młodości, wywarły na niej wrażenie. Duch jej wrócił do czasu przed wybuchem szału i szukał napróżno światła w tych ciemnościach. Na tem polegało jej obłąkanie. Ilekroć obił się o jej uszy dźwięk z owych czasów, wynurzał się duch jej z głębin zapomnienia, co wyrażało się zaraz we wzroku. Ponieważ mieliśmy zaraz wyruszyć i czas był drogi, przeto zadałem jej pytanie, które było najważniejsze:
— Czy znasz Bendera?
— Bender... Bender... Bender... — powtórzyła za mną i przychylny uśmiech ukazał się na jej twarzy.
— Albo mrs. Bendera?
— Bender... Bender — powiedziała jeszcze raz, przyczem uśmiech jej stawał się coraz przyjaźniejszy, oko coraz jaśniejsze, a głos coraz to pewniejszy.
— Może Tokbelę Bender?
— Tokbelą... Bender... nie jestem!
Spojrzała na mnie z przytomnością.
— Albo Tehuę Bender?
Na to klasnęła w ręce z radością, jak gdyby znalazła coś szukanego oddawna i zawołała z rozkosznym niemal uśmiechem:
— Tehua to mrs. Bender, tak mrs. Bender!
— Czy mrs. Bender ma dzieci?
— Dwoje.
— Dziewczęta?
— Chłopców. Tokbela nosi je na rękach.
— Jak nazywasz te dzieci?
— Leon i Fred.
— Jak wielcy są?
— Fred taki, a Leon taki!
Pokazała wzrost chłopców, trzymając rękę nad siodłem w pewnem oddaleniu. Wynik moich pytań był nadspodziewanie pomyślny. Thibaut, trzymany w szachu przez Apanaczkę, zwrócił na mnie oczy z wściekłością, jak krwi chciwy drapieżca, gotowy do skoku na swą ofiarę. Ale ja o niego się nie troszczyłem, lecz zadowolony z tego, że kobieta odzyskała pamięć, starałem się wydobyć z niej wszystko, co mogło wnieść światło w stosunki, łączące Old Surehanda i Apanaczkę. Już zamierzałem postawić nieszczęśliwej nowe pytanie, kiedy mi w tem przeszkodzono ku memu ubolewaniu. Dwaj trampi przynieśli mi niedźwiedziówkę i sztuciec, a jeden z nich rzekł:
— Old Wabble życzy sobie, żebyście sami nieśli te nieszczęsne strzelby, które ludziom łamią kości. Przewiesimy wam je przez plecy.
— Ja sam muszę to zrobić. Rozwiążcie mi ręce na chwilę! Potem skrępujecie mnie nanowo.
Gdy się to stało, musiałem pogodzić się z koniecznością przerwania rozmowy z obłąkaną, bo trampi dosiedli koni, żeby puścić się w dalszą drogę. Ale i bez tego byłbym musiał wyrzec się dalszego pytania, kiedy bowiem zarzucałem na plecy strzelby, wzrok nieszczęśliwej zmienił się znowu na bezduszny, jak przed rozmową.
Ciekaw byłem, jak Apanaczka zachowa się teraz względem Tibo taka i Tibo wete. On zbliżył się do mnie i zapytał:
— Biały guślarz zechce teraz zapewne odłączyć się od trampów?
— Najprawdopodobniej.
— I zabierze skwaw z sobą?
— Oczywiście!
— Uff! Czy ona nie może jechać z nami?
— Nie.
— Dlaczego?
— Niech mi Apanaczka powie pierwiej, czemu życzy sobie, żeby została z nami?
— Bo jest moją matką.
— Nie jest nią.
— Gdyby nawet nią nie była, to przecież kochała mię i tak ze mną postępowała, jak gdybym był jej synem.
— Czy wojownicy Komanczów zabierają żony lub matki, mając przed sobą tyle dni drogi i wiedząc naprzód, że grozi im niejedno niebezpieczeństwo?
— Nie.
— Dlaczegoż Apanaczka upiera się przy tem, żeby tę kobietę mieć przy sobie? Zapewne skłania go do tego osobny powód?
— Istotnie chciałbym, żeby nie została z tą bladą twarzą, która podawała się za jej męża i przez tyle lat oszukiwała Nainich.
— On jej nie odda.
— To go zmusimy!
— To niemożebne! Apanaczka zapomina, że jesteśmy jeńcami.
— Nie, już nie długo nimi będziemy!
— Czy możemy to oświadczyć trampom? Czy zresztą oniby przyjęli choć na krótki czas skwaw do swego orszaku?
— Nie. Dokąd jednak zabiera ją biały guślarz? Co zamierza z nią uczynić? Jeśli go z nią puścimy, nie ujrzę już nigdy tej, którą uważałem za swoją matkę!
— Apanaczka zobaczy ją jeszcze.
— Kiedy?
— Może już wkrótce. Niech mój brat pamięta o wszystkiem! Guślarz jej nie wyda, trampi jej nie przyjmą, a nam zawadzałaby tylko, nie mówiąc o tem, że sami jesteśmy dzisiaj jeńcami. Jeśli zaś Tibo taka zabierze ją z sobą, odpadnie nam to wszystko i zobaczysz ją wkrótce.
— Ale ta daleka droga będzie dla niej zbyt uciążliwa!
— Z nami musiałaby jeszcze dalej pojechać!
— Tibo taka nie będzie dla niej dobry, ani uprzejmy!
— Nie był takim też w Kaan-kulano, ona się przyzwyczaiła już do tego. Zresztą duch jej rzadko jest przy niej i ona nie odczuwa złości swego towarzysza. Nadto zdaje mi się, że wyruszył w daleką drogę w celu, który wymaga jej obecności, będzie zatem na nią uważał, ażeby nie doznała jakiej szkody na zdrowiu. Niech zatem brat Apanaczka pozwoli jej z nim odjechać. To najlepsza moja rada.
— Brat Shatterhand tak powiedział, niech więc tak będzie, bo on wie zawsze, co przynosi korzyść jego przyjaciołom.
Ubrano wreszcie Old Wabble’a w bluzę i wsadzono na konia. Ubierać go nie było koniecznem, bo można było zarzucić mu bluzę na ramiona i oszczędzić mu bólu. Nie wtrącałem się ani słowem do nich, bo stary na ból zasłużył.
Tibo taka dosiadł swego konia i pojechał, żeby pożegnać się z Wabblem.
— Dziękuję wam, mr. Cutter — rzekł — że ujęliście się za mną tak energicznie! Zobaczymy się jeszcze, a wtedy wiele rozmaitych rzeczy...
— Milczcie lepiej! — przerwał mu starzec. — Dyabeł sprowadził mi was na drogę, jeśli wogóle dyabły istnieją, bo ja w to nie wierzę. Przez was rozbito mi rękę jak szkło i gdyby wasz dyabeł chciał was za to piec przez miliony lat, to uważałbym go za najrozsądniejszego ze wszystkich dobrych i złych duchów.
— Żal mi waszej ręki, mr. Cutter! Jest nadzieja, że wyleczycie się rychło i dobrze. Wszak macie skuteczne plastry!
— Jakie?
— Tych drabów, którzy są waszymi jeńcami. Przyłóżcie sobie codziennie taki jeden plaster, a wyzdrowiejecie bardzo prędko.
— To znaczy, że mam jednego na dzień zastrzelić?
— Nie inaczej.
Well, to dobra rada, może jej usłucham, ale wolałbym, żebyście wy byli pierwszym plastrem. Ale po tem wszystkiem, co tu widziałem i słyszałem, cieszę się z tego, że się was pozbędę: th’ is clear! Wynoście się zatem i nie pokazujcie mi się więcej na oczy!
Guślarz roześmiał się szyderczo i odpowiedział:
— Na to musimy jeszcze zaczekać, stary Wabble’u. Mnie również na tem wcale nie zależy, żeby się spotkać z takim szubrawcem, jak wy, ale gdyby to kiedyś nastąpiło wbrew mojej woli, to powitanie moje będzie nie mniej uprzejme, jak teraz wasze pożegnanie. Jedźcie sobie do piekła!
— Przeklęty drab! Poślijcie za nim kulę! — ryknął starzec.
Nikomu to przez myśl nie przeszło i Thibaut oddalił się w towarzystwie obłąkanej bez przeszkody w lewo, czyli w tym samym kierunku, którego się trzymał przed zetknięciem się z nami.
— Czy też zobaczymy go jeszcze! — zapytał mię Apanaczka półgłosem.
— Napewno! — odpowiedziałem.
— Czy biały brat spodziewa się tego na podstawie rzeczywistych powodów?
— Tak.
Winnetou, który był w tej chwili przy nas, usłyszawszy pytanie Komancza i moją odpowiedź, dodał:
— Tak się stanie, jak twierdzi Old Shatterhand. Są rzeczy, których nie można wiedzieć dokładnie naprzód, które za to tem pewniej się odczuwa. Brat Shatterhand ma teraz takie przeczucie, podobnie jak ja. To się spełni!
Musiałem znowu stanąć na czele pochodu i niebawem dotarliśmy do rzeki, gdzie pozsiadaliśmy z koni. Gdy kilku trampów szukało wygodnego brodu, mnie zdjęto tymczasem z konia i polecono opatrzyć Wabble’a. Nie mogę powiedzieć, że dzieła tego dokonałem ze zbytnią delikatnością. Stary kowboy zawył kilka razy głośno z bolu i obdarzył mię przezwiskami, których niepodobna przelać na papier.
Uporawszy się z nim, wsiadłem znowu na konia, poczem przeprawiliśmy się przez rzekę znalezionym brodem i ruszyliśmy po drugiej stronie wzdłuż wody, dopóki nie dostaliśmy się do spływu obu odnóg. Objechaliśmy łuk odnogi południowej, a potem udaliśmy się na północny wschód przez prerye, o której mówił Kolma Puszi.
Nie była ona równa, lecz tworzyła wznoszącą się zwolna, przeciętą wgłębieniami płaszczyznę, porosłą grupami zarośli. Uwijało się tam mnóstwo dzikich indyków, których pół tuzina z biedą upolowali trampi.
Późno popołudniu ujrzeliśmy nagle przed sobą wzgórze, pod którem leżały niezawodnie źródła, wskazane przez Kolmę Puszi. Miałem dotrzeć do źródła położonego najbardziej na północ. Odtąd jechałem z początku więcej prawą stroną, a potem lewą, góra zaś sterczała przed nami wprost na południe, wskutek czego musieliśmy najpierw natknąć się na wspomniane źródło. Bardzo byłem ciekaw, czy spryt Kolmy Puszi dokazał swego, czy otoczenie źródła będzie odpowiadało naszym zamiarom.
Już zdaleka widać było, że górę pokrywał las, który wysyłał dość długie odnogi także na równinę. Na krótko przed wieczorem przybyliśmy nad mały strumyk i pojechaliśmy cwałem przeciw wodzie, ażeby przed nastaniem ciemności dostać się do jego źródła. Znaleźliśmy się wreszcie na miejscu, kiedy już znikły ostatnie blaski dnia. Było mi to na rękę, ponieważ trampi nie mogli szukać w nocy innego miejsca, gdyby im się to nie podobało.
Nie wiedziałem dokładnie, lecz przypuszczałem tylko, że znajdujemy się nad źródłem, oznaczonem przez Kolmę Puszi. Wytryskało ono z pod omszałego kamienia, w wązkiem, trawiastem miejscu, podzielonem przez drzewa i krzaki na trzy części. Przedziały te, razem wzięte, tworzyły dość miejsca dla nas i dla koni, ale też utrudniały nadzwyczaj pilnowanie. My byliśmy z tego zadowoleni, ale Old Wabble, zauważywszy tę niedogodność, zsiadł z konia i rzekł niechętnie:
— Mnie się to obozowisko nie podoba. Gdyby nie było już tak późno, to byłoby dobrze pojechać dalej i poszukać lepszego miejsca.
— Dlaczego ono wam się nie podoba? — zapytał Cox.
— Tutaj będzie trudno pilnować jeńców.
— O ile?
— Naraz będzie potrzeba trzech dozorców.
Pshaw! A więzy od czego? Gdy jeńcy będą leżeli na ziemi, nie uciekną nam z pewnością!
— Musielibyśmy rozdzielić się na trzy grupy!
— Poco?
— Przecież miejsce stanowią trzy mniejsze części. Czy chcecie drzewa pościnać?
— Ani mi się śni! Wszyscy jeńcy wejdą do tego jednego przedziału, a tamte dwa zostaną dla nas.
— A konie?
— Wyprowadzimy na wolne pole, gdzie je spętamy i przywiążemy. Jeden dozorca wystarczy wtedy dla zwierząt, a jeden dla pojmanych.
— Jeśli rozniecimy dwa ogniska!
— I to zbyteczne! Zobaczycie zaraz, że mam słuszność.
Zdjęto nas z koni, skrępowano i zaniesiono na oznaczone przez trampa miejsce. Następnie kazał Cox u zbiegu przedziałów rozniecić wielkie ognisko, które oświetliło całe obozowisko. Ucieszony swojemi zarządzeniami zapytał Old Wabble’a:
— No, czy jeszcze jesteście niespokojni? Jeden strażnik wystarczy do pilnowania jeńców. Inne środki ostrożności są chyba zbyteczne.
Stary mruknął coś przez zęby i nie sprzeciwiał się więcej. Ja radowałem się w duchu, gdyż położenie obozu i zarządzenia Coxa przechodziły nasze najśmielsze marzenia.
Mnie umieszczono na środku tej małej polanki, lecz ja potoczyłem się zaraz na skraj. Tosamo zrobił Winnetou, a trampi nie przeszkodzili temu ku naszej radości. Leżeliśmy głowami zaraz koło zarośli, a obraliśmy sobie miejsca, gdzie krzaki nie były tak gęste, dzięki czemu Kolma Puszi mógł łatwo do nas się przedostać. Przestrzeń, którą zajmowaliśmy, była bardzo mała, leżeliśmy więc bardzo blizko siebie i nietylko mogliśmy dawać sobie znaki zapomocą dotyku, lecz nawet porozumiewać się słowami.
Niebawem woń pieczonego indyka napełniła powietrze. Trampi raczyli się do przesytu, ale nam nie dali nic.
— Te draby leżą tak blizko siebie, że nie można się między nimi przecisnąć, by im podać posiłek — rzekł Old Wabble. — Niech zaczekają do rana! Jest nadzieja, że do tego czasu nie umrą z pragnienia i głodu; th’ is clear!
Śmierci z głodu i pragnienia nie obawiałem się, gdyż byłem przekonany, że jeszcze tej nocy najemy się i napijemy. Ale Dick Hammerdull, który znowu obok mnie leżał, nie uważając widocznie tej sprawy za błahą, powiedział gniewnie:
— Ładne postępowanie! Ani słowa! Pokażcie mi człowieka, któryby bez odrobiny pokarmu i łyku wody miał ochotę być jeńcem! Co ty o tem sądzisz, stary szopie, Holbersie?
— Jeśli nic nie dostanę, to nie będę mógł inaczej o tem sądzić — odrzekł długi. — Spodziewam się, że wkrótce zmieni się nasze położenie na lepsze.
— Czy się zmieni, czy nie, to wszystko jedno, byleby jak najprędzej ustało! Czy wolno zapytać o zdanie w tej sprawie was, mr. Shatterhand?
— Prawdopodobnie jeszcze tej nocy podjemy sobie indyka — odpowiedziałem. — Nie zaśnijcie tylko i unikajcie wszystkiego, co mogłoby obudzić podejrzenie u trampów!
Well! Będę już teraz spokojny, bo gdzie tylko jest jaka nadzieja, tam wystarczy, żeby ją ktoś zrobił.
Zadowolony z tej bystrej uwagi zamilkł, a drudzy również już się nie odzywali. Pocieszeni tą nadzieją przysłuchiwaliśmy się bez zazdrości, jak trampi smacznie zajadali, bo widzieć tego nie mogliśmy z powodu ciemności.
Z wielkiego niedbalstwa zostawili mi nieprzyjaciele moje strzelby i nie zważali na nie wcale, gdy mię zdejmowano z konia. Wziąwszy je ostrożnie skrepowanemi rękoma, zaniosłem na nasze miejsce i położyłem tam obok siebie. Widząc to, rzekł Apacz do mnie szeptem:
— Jeśliby tylko sam brat Shatterhand się wyrwał, wygralibyśmy, gdyż przeciwko twemu sztućcowi nic nie poradzą.
Wreszcie skończyli strażnicy wieczerzę i zaczęli gotować się do snu. Stary król kowboyów podszedł z Coxem do nas, ażeby się przypatrzyć, czy dobrze jesteśmy związani. Gdy oględziny wypadły po ich myśli, rzekł Cutter do mnie:
— Wszystko w porządku. Sądzę, że i bez wieczerzy będziecie dobrze spali. Śnijcie o mnie przyjemnie!
— Dziękuję! — odpowiedziałem. — Mogę wam już teraz powiedzieć, o czem będę śnił, jeśli was to zajmuje.
— Ciekaw jestem bardzo!
— Kiedy wam opatrywałem rękę, myślałem, że jeszcze czemś zajmę się dziś bardzo gorliwie.
— Nie rozumiem was!
— Zastanówcie się trochę!
Pshaw! Ani mi się śni zastanawiać się nad tem, co powie Old Shatterhand! Aha! Już zgaduję!
— Naprawdę? To byłoby dziwne, bo przecież nie odznaczacie się zbytnio sprytem i bystrością!
— Z tobą także nie jest lepiej, łotrze! — zawołał gniewnie. — Spodziewałeś się pewnie, że dostanę gorączki z rany i z powodu cierpień nie będę mógł zasnąć. Wyobrażam sobie, jak się naprzód tem cieszyłeś!
— O tem nie myślałem wcale!
— Napróżno się wypierasz! Ale radość twoja stanowczo jest przedwczesna. Moja starcza konstytucya jest znacznie lepsza, niż ty sądzisz. Mojej niedźwiedziej natury żadna gorączka się nie chwyci. Że będę spał lepiej od ciebie, to nie ulega wątpliwości!
Well! To dobranoc wam, mr. Cutter!
— Dobranoc, szubrawcze!
— Życzę wesołego przebudzenia ze snu!
— Nawzajem!
— Dziękuję, tembardziej, że to życzenie się spełni!
Zaśmiał się złośliwie i rzekł do dozorcy głosem napomnienia:
— Ten drab, który teraz właśnie mówił, jest widocznie niezadowolony. Uważaj na niego szczególnie i za pierwszym podejrzanym ruchem przyjdź i zbudź mnie zaraz!
Oddalił się razem z Coxem, a strażnik usiadł wprost przede mną, co oczywiście było dla mnie bardzo niewygodne.
— Głupi jak kujot! — szepnął Winnetou.
Miał słuszność. Skoro Old Wabble nie wziął słów moich ani za groźbę, ani za wyraz nadziei uwolnienia, lecz za pustą szyderczą przechwałkę, to nie dał wcale dowodu, że potrafi przewidywać. Dobry westman byłby z pewnością wyczuł w tem jakąś ukrytą myśl i zarządził środki ostrożności.
Obok ogniska leżała kupa chróstu, nagromadzona przez trampów w celu podtrzymywania ognia. Dozorca, którego zadaniem było także podsycać ogień, musiał odwracać się, gdy sięgał po materyał. Przez te krótkie chwile, w których to czynił, nie mógł nam się przypatrywać. Z tych przerw w jego uwadze musieliśmy skorzystać, jeśliby Kolma Puszi stosownie do obietnicy przyszedł do źródła, by nas uwolnić. Ledwie o tem pomyślałem, zaledwie strażnik dołożył drzewa po raz drugi, już usłyszałem za sobą szelest, a zaraz potem słowa, wprost do ucha mego wypowiedziane:
— Kolma Puszi jest tutaj. Co mam uczynić?
— Zaczekać, dopóki ja nie położę się na drugim boku — rzekłem równie cicho. — Potem rozetniesz mi rzemień na rękach i dasz mi nóż!
Dozorca znów zwrócił się do nas, ale równocześnie szelest oznajmił mi, że Kolma Puszi cofnął się szybko.
Czas działania jeszcze był nie nadszedł. Należało zaczekać, aż wszyscy trampi zasną. Może dopiero w godzinę potem chrapanie na kilka głosów i dmuchanie stało się pewnym dowodem, że już wszyscy spali z wyjątkiem Old Wabble’a. Od śpiących dzielił nas wązki pas zarośli, nie mogłem więc ich widzieć. Lecz częste stękania i jęki kowboya, którego widocznie bolała ręka, powiedziały mi, że on leżał po drugiej stronie zarośli, czyli, że nie mógł widzieć stamtąd naszego dozorcy. To było mi bardzo na rękę, bo tej nocy nie powinniśmy byli stracić, nie uczyniwszy próby wydostania się z niewoli.
Położyłem się więc na drugi bok i wysunąłem ręce tak, żeby zbawcy naszemu było jak najwygodniej. Gdy wkrótce potem odwrócił się strażnik do ogniska, poczułem natychmiast, jak mi przecięto rzemienie i zaraz wciśnięto w rękę trzon noża. Podniósłszy się szybko połową ciała, skurczyłem nogi i sam już tam rzemienie przeciąłem. Zaledwie położyłem się napowrót i wyciągnąłem na ziemi, przestał strażnik dokładać chróstu i zwrócił się znowu do nas. Wobec tego należało jeszcze zaczekać, ale byłem już prawie pewny swej wolności.
— Teraz mnie pomóż! — szepnął Winnetou, który widział moje ruchy i zauważył ich skutek.
Gdy strażnik sięgnął następny raz po drzewo, w dwie sekundy miał Apacz wolne ręce i nogi.
Teraz zdawało mi się, że już siedzimy na koniach i wnet odjedziemy. Nie chcąc jednak przelewać krwi, musieliśmy jeszcze na chwilę zachować cierpliwość. Kiedy już leżeliśmy napowrót tak, jak gdybyśmy byli skrępowani, szepnąłem do Apacza:
— Najpierw strażnika! Kto go bierze?
— Ja — odpowiedział Winnetou.
Chodziło o to, żeby tego człowieka uczynić nieszkodliwym bez najmniejszego szmeru, mimo że w tym celu trzeba było skoczyć poprzez towarzyszów naszych. Gdyby wskutek najlżejszego szmeru dozorca się odwrócił i zawołał o pomoc, bylibyśmy nie mogli uwolnić towarzyszy tak, jak ja chciałem. Istotnie tylko Winnetou mógł przezwyciężyć trudności, jakie nastręczało to zadanie. Tym razem dozorca odwrócił się do kupy chróstu po dłuższej przerwie niż zwykle. W tej chwili rzucił się Winnetou w górę, przeskoczył przez towarzyszy jak pantera i przyłożywszy strażnikowi kolana do grzbietu, pochwycił go oburącz za szyję. Tramp skamieniał ze strachu i nie wykonał ani jednego ruchu celem obrony, nie wydał żadnego głosu, nawet westchnienia. Ponieważ Winnetou miał ręce zajęte, poskoczyłem ja i uderzyłem trampa dwukrotnie pięścią w głowę. Apacz puścił go na próbę, a tramp obsunął się górną połową ciała na ziemię i legł jak trup wyciągnięty. Pierwsza część dzieła udała nam się znakomicie!
Towarzysze nasi nie spali i widzieli, żeśmy pokonali strażnika. Ponieważ nie uważałem za stosowne nawet pocichu mówić, skinąłem na nich ręką, żeby milczeli i zabrałem się z Winnetou do rozwiązywania im pęt, nie rozcinając rzemieni, gdyż mogły nam się przydać do skrępowania trampów. Znowu zdziwiło mię teraz to, że nie było widać Kolmy Puszi. Czyżby ten tajemniczy Indyanin znowu zniknął? Spodziewałem się, że się to wkrótce wyjaśni.
Kiedy towarzysze nasi, uwolnieni, stanęli cicho obok siebie, poczołgałem się z Apaczem dokoła ogniska, ażeby zaglądnąć do trampów. Przekonaliśmy się, że wszyscy spali. Old Wabble leżał także wyciągnięty na ziemi, skrępowany, w ustach miał knebel, a obok niego siedział nasz wybawca, Kolma Puszi. Zdumienie ogarnęło nas na widok niezwykłego czynu, dokonanego tak cicho przez dziwnego Indyanina.
Ciemne oczy trzymał zwrócone w stronę, z której nas się spodziewał, a spostrzegłszy nas, skinął nam głową z uśmiechem. Jego spokój i zimna krew wprawiły mię w jeszcze większe zdumienie.
Teraz należało uzbroić się przedewszystkiem. Ja wziąłem oczywiście mój sztuciec i przygotowałem do strzału. Ponieważ trampi leżeli ciasno obok siebie, postawili wszystkie strzelby razem, ażeby im nie zawadzały, a dzięki temu my w przeciągu minuty mieliśmy je w swem posiadaniu. Każdy z towarzyszy odnalazł swoją strzelbę, tylko srebrzysta rusznica Winnetou była jeszcze obok Coxa, lecz Apacz zabrał ją, podpełznąwszy doń jak wąż.
Gdy byliśmy zupełnie uzbrojeni, obstąpiliśmy śpiących w ten sposób, że żaden nie mógł nam umknąć. Dick dorzucił tyle drzewa do ogniska, że buchnęło wysokim, jasnym płomieniem.
— Teraz najpierw strażnika przy koniach — rzekłem do Winnetou, wskazując między zarośla.
Kolma Puszi zauważył mój ruch, bo przyszedł pocichu do nas i oznajmił:
— Blada twarz, o której Old Shatterhand myśli, leży przy koniach, skrępowana i powalona przez Kolmę Puszi. Niech moi bracia zaczekają chwilę!
Zniknął, a w kilka sekund powrócił z mnóstwem rzemieni w ręce. Rzucając je na ziemię, rzekł:
— Kolma Puszi zabił po drodze kozła i pociął jego skórę na pasy, bo sądził, że będą potrzebne.
Niezwykły człowiek! Obaj z Winnetou podaliśmy mu w milczeniu ręce, aby mu podziękować za jego poświęcenie. Teraz mogliśmy obudzić trampów. Dick poprosił oczywiście, żebyśmy pozwolili mu to uczynić. Gdyśmy mu skinęli na znak zgody, zawył odpowiednio do szerokości swoich ust. Śpiący zerwali się, a ujrzawszy nas, stojących z wymierzonemi strzelbami, ze strachu stracili zdolność ruchu. Tylko Old Wabble leżał dalej, ponieważ był skrępowany i zakneblowany. Korzystając z ich przerażenia, zawołałem:
Hands up, albo strzelamy! All hands up!
Hands up, ręce do góry!“, to bardzo niebezpieczny rozkaz, zwłaszcza na Dzikim Zachodzie. Kto go usłyszy, a nie podniesie w tej chwili rąk, dostaje kulą. Nieraz dwaj lub trzej zuchwalcy napadają na pociąg i zmuszają podróżnych do poddania się rewizyi na okrzyk: hands up! Biada temu, ktoby nie usłuchał wezwania, bo zastrzelonoby go natychmiast! Podczas napadu jeden z rozbójników trzyma w szachu wszystkich podróżnych, a inni przeszukują bezwzględnie kieszenie podróżnych. Napadnięci muszą stać spokojnie, dopóki ostatnia kieszeń nie zostanie wypróżniona. Nawet odważny człowiek woli w takim wypadku podnieść ręce, aniżeli chwycić za broń, gdyż zanimby jej użył, już w jego głowie tkwiłaby kula napastnika. Na Zachodzie każdy wie, co znaczy „hands up!“ i ile nieszczęścia może przynieść opornym. Nic też dziwnego, że zaledwie powtórzyłem ten rozkaz trampom, podniosły się wszystkie ręce w górę.
— Jestem z was zadowolony, panowie! — mówiłem dalej. — Stójcie tak dalej, bo ktoby spuścił jedną tylko rękę, zanim uporamy się ze wszystkimi, ten upadnie w trawę, ale nieżywy. Wiecie, ile strzałów daje mój sztuciec, że na każdego z was wypada więcej niż po kuli. Dick Hammerdull i Pitt Holbers powiążą was, a wy nie próbujcie się bronić. Dicku, Picie zaczynajcie!
Była to sytuacya bardzo poważna, lecz nas bawił ten osobliwy widok ludzi, stojących jakby na wolnych ćwiczeniach, albo w towarzyskiej zabawie, z rękami, wzniesionemi do góry, i czekających bez oporu, dopóki nie zostaną skrępowani i poukładani na trawie. Rozumie się, że przydały nam się bardzo rzemienie, przyniesione przez Kolmę Puszi.
Gdy ostatniego trampa położono na ziemi, opuściliśmy strzelby. Nasz wybawca odszedł z Szako Mattą, ażeby przynieść strażnika od koni. Gdy się to stało, wyjęliśmy Old Wabble’owi i dozorcy przy ognisku kneble z ust, gdyż i temu drugiemu musieliśmy zamknąć usta dla bezpieczeństwa.
Teraz my byliśmy panami położenia. Trampi, zupełnie przygnębieni, nie powiedzieli ani słowa. Old Wabble tylko klął od czasu do czasu. Ażeby mieć więcej miejsca, zsunęliśmy jeńców razem i dokoła ognisku zrobiło się przestronniej. Teraz zabraliśmy się do przyrządzenia dwóch indyków, które trampi byli zostawili. Hammerdull nie mógł spokojnie posiedzieć i dlatego udał się de braci Holbersów, których z rozmysłem położył był obok siebie.
Good evening, stryjowie i kuzyni! — powitał ich w zabawnie poważny sposób. — Pytam was uprzejmie, czy wiecie, o czem z wami po drodze mówiłem?
Nie otrzymał odpowiedzi.
— Skoro wam to wypadło z pamięci, to ja wam przypomnę. Oświadczyłem wtedy, że my albo ulecimy wam, albo odwrócimy sprawę i weźmiemy was do niewoli. Czy nie tak, stary szopie Holbersie?
Holbers, który stał nad ogniskiem, skubiąc indyka, odpowiedział sucho:
— Potwierdzam, kochany Dicku.
— Tak to szczęście się odwraca. Teraz oni leżą pojmani i ze strachu boją się usta otworzyć. Zdaje się, że biedaki straciły zupełnie mowę.
— Ani nam się śni! — wybuchnął Izajasz. Chcemy tylko, żebyście nam dali spokój, dlatego się nie odzywamy!
— Spokój? Pshaw! Wszak spaliście aż do teraz. Przebudzenie wasze było, co prawda, trochę nagłe i osobliwe. Czegóż to szukaliście potem w powietrzu rękami? Wyglądało to, jak gdybyście chcieli chwytać gwiazdy spadające. Dziwna była wasza postawa!
— Wasza także nie była lepsza, kiedyśmy was wczoraj pojmali, bo wy nie mogliście nawet rąk podnieść!
— Tego nigdy nie czynię, ponieważ nie łowię gwiazd. Przypominacie sobie, jak śmialiście się, kiedy wam powiedziałem, że jedziemy tylko dla przyjemności i nie będziemy dłużej niż dzień waszymi jeńcami! Czy i teraz przejęci jesteście tak wesołemi uczuciami?
— Proszę was jeszcze raz, zostawcie nas w spokoju!
— Tylko się nie zapalaj, zacny Izajaszu! Popatrz, jak cichy i na wszystko przygotowany jest twój kochany Joel! Jeśli się nie mylę, myśli teraz o spadku po Picie Holbersie.
Na to przestał Joel milczeć i rzekł:
— Niech on sobie zatrzyma ten spadek! My go nie potrzebujemy, gdyż wzbogacimy się i bez jego pomocy. Znajdziemy...
Gdy Joel tu utknął, powiedział za niego dalej Hammerdull, śmiejąc się wesoło:
— ... pewnie bonancę nad Squirrel-Creekiem?
— Zgadliście istotnie! — krzyknął tramp rozzłoszczony. — Nic nas nie wstrzyma od wykonania tego zamiaru. Zrozumiano?
— Może my was nieco wstrzymamy!
— Ciekaw jestem, w jaki sposób!
— Wystrzelamy was poprostu.
— W takim razie stalibyście się mordercami!
— To nic! Przecież wy także zagroziliście nam, że nas zdmuchniecie. Ja oczywiście wyraziłem wtedy zdanie, że my się sami nanowo zapalimy. Czy ty tak samo sądzisz, stary szopie, Holbersie?
— Ja sądzę, żeś powinien dziób zamknąć! — upomniał go przyjaciel, który zajęty był przy ognisku. — Te draby nie zasługują na to, żebyś z nimi rozmawiał. Choć lepiej tu i skub ze mną!
— Czy będę skubał czy nie, to wszystko jedno. Ponieważ jednak nie lubię indyka nieskubanego, przeto idę.
Usiadł z Pittem przy ognisku, żeby mu pomagać w pracy.
Kolma Puszi poszedł tymczasem do swego konia, którego trzymał gdzieś ukrytego i przyniósł ubitą przez siebie zwierzynę. Przystąpiwszy potem do Coxa, rzekł:
— Blada twarz mówiła dziś o psie śmierdzącym i o plugastwie. Kolma Puszi zaś oświadczył, że pies będzie ścigał plugastwo, dopóki go nie pochwyci. Teraz leży ono przed nim, jak on przepowiedział.
I Cox mruknął coś pod nosem, a Indyanin mówił dalej:
— Blada twarz nazwała czerwonych ludzi nędzną zgrają, upadającą coraz niżej. A tymczasem kto upadł niżej i kto bardziej zasługuje na pogardę: czy biały, który jako tramp zapowietrza sobą kraj, jak parszywy, zgłodniały pies, czy Indyanin, który, ustawicznie okradany i pędzony z miejsca na miejsce, błądzi po lasach i preryach i opłakuje zgubę swego niewinnego narodu? Ty jesteś pies, a ja gentleman! To chciałem ci powiedzieć, choć czerwony wojownik nie lubi rozmawiać z psami. Howgh!
Odwrócił się od niego, nie czekając na odpowiedź i usiadł obok nas. Ja i Winnetou gotowi byliśmy bez zastrzeżeń przyznać mu słuszność. Inni nasi towarzysze także mu przytaknęli w tym wypadku, choć może inaczej zapatrywali się na ogół stosunków, panujących tam, gdzie się stykają z sobą czerwona i biała rasa. Prawdziwy Jankes rodowity nigdy nie przyzna, że jest winien upadku Indyan i nienaturalnej śmierci czerwonych braci.
Kiedy myśmy jedli, jeńcy leżeli spokojnie, tylko od czasu do czasu szeptali coś do siebie, czego oczywiście my nie mogliśmy dosłyszeć. Było to nam zresztą zupełnie obojętne, o czem oni z sobą mówili. Old Wabble przewracał się z boku na bok, z początku wzdychał ciężko, a potem zaczął już wyraźnie jęczeć z powodu wzmożonego teraz widocznie bólu, gdyż Hammerdull i Holbers ścisnęli go zbyt silnie rzemieniami. Wreszcie zawołał ze złością:
— Czy nie słyszycie, jak cierpię? Czy wy ludzie, czy oprawcy bez czucia?
Chciałem wstać, żeby zobaczyć, czy możnaby mu ulżyć bez niebezpieczeństwa dla nas, lecz Treskow mię wstrzymał.
— Nie pojmuję was, mr. Shatterhand! — rzekł potrząsając głową. — Chcecie mu pewnie piekło w raj zamienić? Ja na wszelkie rodzaje dozwolonej i rozsądnej humanitarności chętnie się godzę, ale wasza litość dla tego człowieka to poprostu grzech!
— Nie przeczę, że on zły, ale przecież jest człowiekiem!
Pshaw! Przypomnijcie sobie, coście powiedzieli dzisiaj, kiedy was proszono, żebyście go opatrzyli. Wyraziliście się wtedy, że udzielicie mu pomocy dlatego, że sami jesteście człowiekiem, a nie dlatego, że on siebie do ludzi zalicza. Jesteście niestety za słabi względem niego. Idźcie teraz i rozwiążcie go w imieniu całej ludzkości, jeśli nie mówię prawdy!
— Moja ręka, moja ręka! — jęczał i biadał starzec.
Na to odezwał się doń Hammerdull:
— Płaczesz teraz, stary puszczyku? Czy zawiodła cię twoja konstytucya, twoja niedźwiedzia natura, którą tak się chełpiłeś? Teraz błagasz o łaskę!
— Nie o łaskę! — odrzekł Old Wabble. — Rozluźnijcie mi tylko więzy!
— Czy rozluźnimy, czy nie, to wszystko jedno. Chodzi właśnie o to, żeby ci popsuły humor, jak na to zasługujesz. Rzemienie, jak każda rzecz, mają także swój cel!
Kolma Puszi jadł z nami w milczeniu i nie wtrącał się do rozmowy podobnie, jak Winnetou. Dopiero gdy wspomniano o naszem spotkaniu z białym guślarzem i jego żoną, zabrał głos:
— Kolma Puszi udał się po obeldze, doznanej od bladej twarzy Coxa, tropem braci, ażeby się przekonać, czy dobrze jadą. Gdy przybył na miejsce, w którem się bracia byli zatrzymali, zobaczył ślady trzech koni, które od prawej strony zetknęły się z tropem braci, a potem szły dalej na lewo. Czy to były konie białego, który jechał z czerwoną — skwawą?
— Tak — odpowiedziałem.
— Ten biały uchodził podobno za Komancza?
— Tak było istotnie.
— Uff! Cóż on jako Komancz robi tu na północy?
— Nie wiem.
— Uff! Czemu usunął czerwoną barwę z twarzy i przybył jako biały, a nie Indyanin?
— Chyba dla bezpieczeństwa. Jako Komancz byłby tu uważany za wroga bladych twarzy, a jeszcze bardziej wszystkich Indyan.
— Zdaje się, że te słowa zawierają prawdę, lecz Kolma Puszi ma jeszcze inne myśli.
— Czy usłyszymy je?
— Czerwonemu wojownikowi wolno wypowiadać tylko takie myśli, o których wie, że są słuszne. Muszę się właśnie nad niemi zastanowić!
Przyciągnąwszy strzelbę do siebie, ułożył się na ziemi, jakby do snu, co ja wziąłem za znak, że nie chce dalej mówić. Później żałowałem, że nie poprowadziłem z nim dalej rozmowy o guślarzu. Byłbym przytem wymienił nazwisko Thibaut, a to byłoby na Kolmie Puszi wywarło wrażenie bardzo ważne i pomocne dla moich badań. Człowiek pomimo swych bogactw duchowych nie może sobie powiedzieć, że nie zależy od żadnego przewodnictwa prócz własnej woli, bo nie da się zaprzeczyć, że istnieje inna wola, stojąca wysoko ponad wszelkiem chceniem na ziemi.
Gdyśmy zaspokoili głód, wypróżniliśmy kieszenie pojmanym i każdy z nas odebrał swoją własność, co niestety nie odbyło się delikatnie. Old Wabble wściekły był, że musiał oddać wszystkie moje rzeczy. Większe jednak niż jego gniew były cierpienia, których doznawał, bo kilka razy mię prosił, by mu rozluźniono rzemienie. Z początku liczyłem się z wyrzutami Treskowa, wkońcu jednak, nie mogąc znieść jęków starca, odezwałem się doń:
— Ulżę wam, jeśli mi odpowiecie na pewne pytania.
— Słucham! — rzekł skwapliwie.
— Czy istotnie chcieliście mnie zabić?
— Tak.
— Cóż z was za człowiek! Ja nie wyrządziłem wam żadnej krzywdy, a wy godzicie na moje życie! Dziś jeszcze woleliście znosić największe bole, byleby tylko nie wypuścić mnie na wolność. Jak dumni byliście z posiadania moich strzelb! Zdawało wam się, że będą już wasze, tymczasem ja przepowiedziałem wam, że je wkrótce odzyskam. Już dziś popołudniu sam je niosłem, a teraz są napowrót moją własnością.
— Żałuję, że nie leżą razem z wami w piekle! Nie nacieszyłem się ich posiadaniem, a złamałem przez nie rękę!
— Nabawiliście się cierpień, które nie tak prędko się skończą. Czy przypominacie sobie, jak prosiliście mnie, żebym po śmierci odwiedził was jako upiór? Czy pamiętacie jeszcze, co wam na to odpowiedziałem?
— Nie chcę tego słyszeć!
— Bądźcie cierpliwi! Oświadczyłem wam wtedy, że stanę nad wami jeszcze przed swoją śmiercią. Czy do tego nie przyszło? Nawet najprostszy człowiek może prawdę przepowiedzieć, jeśli tylko wierzy, że dobre ma zawsze nad złem przewagę. Czy przyznajecie, że źle postąpiliście ze mną?
— Przyznaję, przyznaję!
— Czy wstąpicie raz wreszcie na nową, lepszą drogę?
— Tak, tak, tak! Rozluźnijcie mi tylko rzemienie i przestańcie mnie nauczać! Nie jestem dzieckiem!
— Niestety! Nie myślcie, że ja was nauczam i nie uważajcie mej łagodności za słabość! Ja mam tylko litość dla was i wcale się nie łudzę, że poprawię was słowami, bo najpiękniejsze, najbardziej porywające nauki odbijają się od was, jak groch od ściany. Ktoś zupełnie inny niż ja pomówi z wami, ale nie słowem, tylko czynem. Gdy runiecie pod ciężarem tego ciosu, ja będę mógł sobie powiedzieć, że nie zaniedbałem niczego, by was ocalić. Teraz wiecie, dlaczego z wami mówię. Teraz postaram się ulżyć wam w cierpieniach, gdyż tu nie tylko więzy wam dokuczają, lecz także gorączka, która wam rękę trawi.
Ja odbywałem pierwszy straż, gdyż towarzysze ułożyli się do snu, i przez ten czas chłodziłem wodą rękę staremu. Kolma Puszi miał objąć straż po mnie. Kiedy odchodziłem, żeby go zbudzić, usłyszałem słowa Wabble’a:
— Głupi wyjec! Litościwy pasterz!
Ten rodzaj podziękowania nie mógł mnie dotknąć. Nie spodziewałem się innego, a jednak żal mi było, że ten staruszek beznadziejnie był zgubiony.
Był już dzień od godziny, gdy mię zbudzono. Rzuciwszy okiem dokoła, przekonałem się, że wszystko było w porządku, tylko brakowało Kolmy Puszi. Gdy zapytałem o niego Szako Mattę, który po nim czuwał nad naszem bezpieczeństwem, usłyszałem tę odpowiedź:
— Kolma Puszi oddalił się, twierdząc, że nie może tu zostać dłużej, gdyż wielki Duch woła go dalej. Kazał pozdrowić Old Shatterhanda, Winnetou i Apanaczkę i powiedzieć im, że zobaczy się jeszcze z nimi.
— Czy odjechał?
— Nie. Odszedł pieszo. Nie wiedziałem, gdzie stał jego koń, a jako pełniący straż nie mogłem was opuścić. Później jednak poszedłem jego śladem aż na miejsce, gdzie był ukryty jego koń. Tam, łatwo możemy zbadać ze śladów, dokąd odjechał. Czy mam was zaprowadzić na to miejsce?
— Nie. Gdyby był naszym wrogiem, musielibyśmy pójść za nim, ale to nasz przyjaciel. Zresztą, gdyby był nie chciał ukryć celu swej drogi, byłby nam to dobrowolnie wyjawił. Teraz musimy uszanować wolę przyjaciela.
Przed śniadaniem jeszcze wyszedłem tam, gdzie konie stały spętane. Była to trawiasta zatoka, utworzona przez wspomniane odnogi lasu, gdzie sprowadzono konie o świcie. Stąd można było spojrzeć daleko na północ, skąd myśmy przybyli. Popatrzywszy w tym kierunku, spostrzegłem trzy punkty, zbliżające się do nas. Niebawem rozpoznałem dwu jeźdźców z koniem jucznym. Czyżby to był Thibaut z żoną, którzy wczoraj odjechali na południowy zachód? Jeśli to przypuszczenie było słuszne, to z jakiego powodu zawrócili i puścili się naszym śladem?
Gdy cofnąłem się do obozu i zawiadomiłem o tem Winnetou, rzekł bystry Apacz:
— Dla tego człowieka wystarczającym powodem jest nienawiść. On chce się przekonać, czy Old Shatterhand już nie żyje. Ukryjmy się, żeby zobaczyć, jak się zachowa!
Wsunąwszy się w zarośla, czekaliśmy na przybysza. Wkrótce usłyszeliśmy tętent jednego konia. Thibaut zostawił żonę z koniem jucznym nieco opodal, a sam przyjechał na zwiady. Widząc Old Wabble’a i trampów skrępowanych na ziemi, zawołał w zdumieniu:
Behold! Czy dobrze widzę? A gdzież te draby, które były waszymi jeńcami?
Old Wabble nie przypuszczał, że my byliśmy przygotowani na przybycie guślarza i że właśnie przez niego oddaliliśmy się na pozór, dlatego zawołał prędko stłumionym głosem:
— Wy tu? Od kiedy?
— Dopiero co przybyłem.
— To zeskoczcie z konia i przetnijcie nam więzy!
— Ja? Przecież uważacie mnie za wroga!
— Głupstwo! Wczoraj tylko tak się wyraziłem niezręcznie. Prędzej bierzcie się do rzeczy!
— Gdzież wasi jeńcy?
— Wyswobodzili się w nocy i napadli na nas. Nie ociągajcież się dłużej, lecz rozwiążcie nas.
— A jeśli oni przyjdą i zaskoczą mnie tutaj?
— Jeśli się pospieszycie, to będziemy wolni i pozabijamy ich!
Well! Szczególnie Old Shatterhand stoi mi w drodze i musi bezwarunkowo zginąć. Przez niego właśnie przybywam za wami, bo przeczuwałem, że spotka was jakieś nieszczęście z jego strony. Trzeba będzie zastrzelić go zaraz po schwytaniu, bo później zniknąłby z pewnością. A więc do dzieła! Zaraz was uwolnię!
Jeszcze gdy to mówił, zsiadł z konia, przystąpił do Old Wabble’a i dobył noża. Wtem, tuż przed jego oczyma, wysunął Hammerdull lufę z zarośli i zawołał:
— Mr. Tibo taka, zaczekajcie troszeczkę! Tu w krzakach mieszkają pewni ludzie!
— Przeklęta sprawa! Zapóźno! — ryknął Old Wabble wściekle.
Thibaut cofnął się o kilka kroków i rzekł:
— Kto tam jest w krzaku? Schowajcie strzelbę!
— Kto tu siedzi, to obojętne, a czy schowam strzelbę, czy nie, to wszystko jedno, bo wypali natychmiast, jeśli w tej chwili nie rzucicie noża na ziemię. Liczę do trzech:
— Raz... dwa...
Thibaut odrzucił nóż, usunął się tak daleko, że odgrodził się koniem od niebezpiecznych zarośli i zawołał:
— Schowajcież strzelbę! Wolę nie mieć z wami do czynienia i odjeżdżam!
— Już? Zaczekajcie jeszcze chwilę, kochany przyjacielu!
— Na co?
— Są tu ludzie, którzy chcieliby się z wami przywitać!
— Kto i gdzie?
— Zaraz za wami.
Thibaut odwrócił się szybko, a zobaczywszy nas wszystkich za sobą, niezmiernie się przeraził. Ja przystąpiłem doń i rzekłem:
— Muszę więc bezwarunkowo zginąć? Zdaje się, że mnie jeszcze dobrze nie znacie. A gdybyśmy tak monsieur Thibaut zamienili nasze role?
All devils! Tego chyba nie uczynicie. Przecież ja nie zrobiłem wam nic złego!
— Czy wyrządziliście mi co złego, to rzecz uboczna. Godzicie na moje życie, a to wystarczy. Znacie zapewne prawa, obowiązujące na preryi?
— Ja tylko zażartowałem sobie, mr. Shatterhand!
— Ja z wami także żartuję. Mamy tu jeszcze kilka rzemieni i skrępujemy was taksamo jak trampów.
— Przypuszczam, że na to sobie nie pozwolicie!
— Owszem, to zaraz nastąpi. Holbersie i Hammerdullu, zwiążcie go! jeśli będzie się opierał, dostanie kulą. Jeśli ja miałem być zastrzelony natychmiast po schwytaniu, to i ja nie będę robił z nim wielkich zachodów. Towarzysze prędko!
Opryszka skrępowano bez trudności, bo ze strachu prawie się nie bronił czynnie, za to krzyczał w niebogłosy:
— To gwałt, panowie! Jak zdołacie go usprawiedliwić? Ja na to nie zasłużyłem!
— Ani nawet radą, daną wczoraj Old Wabble’owi, żeby codziennie jednego z nas zastrzelił?
— To także był tylko żart!
— Widocznie wielki z was żartowniś! Spodziewamy się, że będzie można z wami dobrze się zabawić. W tym celu zatrzymamy was przy sobie właśnie zapomocą tych rzemieni. Żart za żart!
— Ależ ja nie jestem tu sam!
— Wiemy o tem.
— Nie możecie nic wiedzieć!
— Widzieliśmy was, gdyście tu zajeżdżali. Na polu czeka wasza skwaw.
— Czy ona także zostanie związana?
— Nie. Z kobietami nie żartujemy w ten sposób. Przyjmiemy ją nawet jako wielce miłego gościa. Pogódźcie się z naszą wolą, to już od waszego zachowania się będzie zależało, co z wami uczynimy. Jeśli będziecie posłuszni, nic wam się nie stanie. Połóżcie go osobno, nie obok trampów!
Well! Siła idzie przed prawem. Muszę się z tem pogodzić!
Położono go na uboczu, żeby nie mógł z pojmanymi rozmawiać. Potem ja z Winnetou oddaliłem się z obozu, by odszukać obłąkaną. Siedziała jeszcze na siodle obok naszych koni, trzymając w ręku cugle jucznego i wcale się nie zmieszała na nasz widok. Gdyśmy zaprowadzili ją do źródła, zsiadła tam bez wezwania z konia i przykucnęła obojętnie obok Thibauta, jak gdyby wcale tego nie zauważyła, że był związany. Konia jucznego zostawiliśmy byli odrazu w polu, a teraz wyprowadziłem tam także jego i jej wierzchowca, żeby guślarz nie wiedział, że przeszukaliśmy jego rzeczy. Postanowiliśmy to uczynić w nadziei, że znajdziemy coś ważnego dla naszych poszukiwań. Gdy wróciłem do źródła, zastałem Coxa rozmawiającego z Treskowem, który bronił, jak zwykle, swego prawnego stanowiska, gorączkując się bardzo. Na mój widok zawołał:
— Pomyślcie sobie. mr. Shatterhand! Cox żąda, żebyśmy go puścili wolno!
— Ja już sam o tem myślałem. Wasza uwaga nie jest już na czasie.
— Cóż wy na to?
— Na razie nic.
— A później?
— Zrobię to, co Winnetou.
— Obracamy się w kółko. A co zrobi Winnemu?
— Co słuszne.
— Pięknie! Zgoda! Ale prawo mówi...
Pshaw! — przerwałem mu. — Nie jesteśmy prawnikami, lecz przedewszystkiem ludźmi głodnymi. Musimy coś zjeść!
— Wykręcacie się tylko, przypominając porę jedzenia.
— Bynajmniej! Chcę wam tylko pokazać, co zdaniem mojem powinno się stać wedle prawa.
— Co takiego?
— Wczoraj wieczorem jedli trampi, a my nie dostaliśmy nic, teraz my się posilimy, a oni nic nie dostaną. Czy to nie jest stanowisko czysto prawnicze?
— Niech was...! Chciałem powiedzieć: dyabeł porwie! Ja daję szyję, że wy gotowi jesteście puścić wolno tych ludzi!
— Ja się nie zakładam, ale wiem, że stanie się to, co słuszne!
Dawszy nieszczęśliwej kobiecie najlepsze kąski mięsa, zabraliśmy się także sami do jedzenia. Jeńcy nie dostali nic. Po śniadaniu poszedłem z Winnetou, ażeby przeszukać rzeczy Thibauta. W jukach znaleźliśmy żywność, kilka ubrań kobiecych, trochę bielizny i inne drobiazgi. Na koniu obłąkanej także nic szczególnego nie było. Wreszcie zajęliśmy się zbadaniem rzeczy guślarza.
Na kuli u siodła wisiała strzelba, w prawej torbie tkwił nabity pistolet o dwu lufach i blaszana skrzynka z farbami do barwienia twarzy, w lewej naboje, przybory do golenia z mydłem i drugą skrzynką blaszaną, o wiele cieńszą od pierwszej, w której znajdował się długi, wązki, czworokątny kawałek bardzo dobrze wygarbowanej skóry z czerwonemi kreskami i napisami.
— „Mówiąca skóra“ — rzekłem do Winnetou sposobem Indyan. — Może wreszcie dojdziemy do czegoś pewnego.
— Niechmi to mój brat pokaże! — poprosił Apacz.
Gdy mu podałem skórę, przypatrywał się, długo uważnie, potrząsnął kilka razy głową i rzekł:
— To list, z którego nie wiele rozumiem. Napisano go zwyczajem Indyan końcem noża i znaki zabarwiono na czerwono. Te pokręcone linie przedstawiają rzeki, a skóra cała jest mapą. Tu jest Republican-river, tutaj oba Salmony, potem następuje Arkanzas, a dalej Adobe i Horse-Creek, na południu Apishapa-river i Huerfano. Tak idzie rzeka za rzeką aż do parku St. Louis. Znam wszystkie te wody, ale są tu też znaki, których nie rozumiem, punkty, krzyżyki różnego kształtu, pierścienie, trójkąty, czworoboki i inne figury. Są na mapie w tych miejscach, gdzie niema żadnego miasta, wsi, ani domu.
Oddał mi skórę, wygrawirowaną i zabarwioną rzeczywiście bardzo starannie. Najmniejsze i najcieńsze kreski były dobrze widoczne. Ja także nie mogłem wytłómaczyć sobie znaczenia tych znaków, dopóki nie odwróciłem skóry. Tu były one powtórzone i wyliczone szeregiem, a nadto znajdowały się imiona własne nie miejscowości, lecz osób. Wydało mi się to szczególnem. Długo nad tem myślałem napróżno, dopóki nie wpadło mi w oko to, że kilka imion oznaczało świętych. Teraz już doszedłem do istoty rzeczy. Wydobywszy notatkę z kalendarzem, porównałem imiona z oddaleniami znaków na mapie i mogłem już wszystko wytłómaczyć Apaczowi.
— To list, pisany do guślarza, celem zawiadomienia go, gdzie i którego dnia ma się spotkać z nadawcą. Oznaczenie dni w miesiącu zwykłym sposobem zdradziłoby go. Chrześcijanie nazywają wszystkie dni w roku wedle imion nabożnych i świętych mężów i niewiast, którzy już dawno pomarli. Piszący określił czas tym sposobem. Odgadnąć jest tem trudniej, że imiona te nie są na mapie, lecz na drugiej stronie. Czytam tu imiona świętych, którym są poświęcone dni: 1., 4., 7., 11., 13., 18. i 23. września. W tych dniach będzie nadawca tam, gdzie na mapie znajdują się znaki, stojące obok imion. Mamy zatem w ręku cały plan podróży co do miejsca i czasu tak nadawcy jak i odbiorcy. Zrozumiałeś?
— Rozumiem dobrze mego brata. Nie wiem tylko, na które dni w roku przypadają te męskie i kobiece imiona.
— Wystarczy, że ja to wiem. Ta skóra ma dla nas wielką wartość, ale zatrzymać jej nie możemy.
— Dlaczego?
— Tibo taka nie powinien domyślić się, że znamy kierunek jego podróży.
— W takim razie musi mój brat odpisać pismo ze skóry.
— Uczynię to zaraz.
Winnetou potrzymał mi list, a ja skopiowałem go w notatce, oparłszy ją o siodło. Potem włożywszy skórę napowrót do skrzynki blaszanej, schowaliśmy ją do torby przy siodle i udaliśmy się napowrót do obozu. Kiedyśmy okrążali róg zarośli, wyszła naprzeciw nas obłąkana. Thibaut nie mógł jej zatrzymać, ponieważ był związany, a na jego nawoływania ona nie zważała wcale. Przechodząc obok nas powolnym krokiem, z podniesioną głową, a spuszczonemi oczyma, wyglądała jak lunatyczka. Ja odwróciłem się i poszedłem za nią, ona zatrzymała się, urwała gałązkę i owinęła sobie dokoła głowy. Wystosowałem do niej kilka pytań, lecz ona zachowała się tak, jakby mnie nie słyszała. Musiałem wobec tego powiedzieć jakieś znane jej słowo i spytałem:
— Czy to twój myrtle-wreath?
Na to podniosła ku mnie oczy i odpowiedziała obojętnie:
— To mój myrtle-wreath.
— Kto ci go dał?
— Mój wawa Derrik.
— Czy Tehua Bender dostała także myrtle-wreath? Obłąkana potwierdziła pytanie uśmiechem.
— W tym samym dniu, co i ty?
— Nie.
— Później?
— Nie.
— A więc wcześniej?
— O wiele wcześniej.
— Czy widziałaś na niej myrtle-wreath?
— Tak. Tehua była piękna, bardzo piękna!
Idąc śladem moich myśli, zapytałem dalej w sposób, który może się dziwnym wydać.
— Czy widziałaś frak?
— Frak?... Tak! — odpowiedziała po krótkim namyśle.
— Weselny frak?
Na to klasnęła nieszczęśliwa w ręce, roześmiała się i zawołała:
— Weselny frak! Piękny! Z kwiatem!
— Kto miał go na sobie?
— Tibo taka.
— A ty stałaś u jego boku?
— U boku Tibo taka. On trzymał moją rękę w swojej ręce. Potem...
Drgnęła, jakby pod wpływem nagłego strachu, i przestała mówić. Moje następne pytania pozostały bez odpowiedzi, dopóki nie przypomniałem sobie opowiadania Szako Matty, wedle którego Tibo taka, przybywszy do Osagów, nosił rękę na temblaku. Idąc śladem tego kojarzenia pojęć, zapytałem:
— Frak poczerwieniał?
— Poczerwieniał — rzekła, drgnąwszy ponownie.
— Od wina?
— Od krwi.
— Od twojej krwi?
— Krwi Tibo taka.
— Czy go przebito nożem?
— Nie.
— Przestrzelono kulą?
— Tak.
— Kto to uczynił?
— Wawa Derrik. Och! Krew! Dużo, bardzo dużo krwi!
Popadła w jeszcze większe rozdrażnienie i odbiegła, a właściwie uciekła ode mnie, wobec czego musiałem wyrzec się dalszych odpowiedzi.
Teraz byłem już przekonany, że w dniu jej ślubu zdarzyło się nieszczęście, które pozbawiło ją rozumu. Nowożeńcem był Thibaut, zbrodniarz. Czy zdemaskowano go w tym dniu, a brat jej go postrzelił? Czyżby Thibaut zamordował potem jej brata z tego powodu? Czułem głęboką litość dla nieszczęśliwej, której szaleństwo było widocznie nieuleczalne, zwłaszcza że dzień ów mógł upłynąć przed trzydziestu laty. Jej słowa o fraku pozwalały domyślać się, że wesele, chociaż panna młoda należała do rasy czerwonej, odbyło się, czy też miało dojść do skutku w porządnem towarzystwie. Zresztą była ona chrześcijanką, siostrą słynnego czerwonego kaznodziei, a ta okoliczność świadczyła, że towarzystwo istotnie mogło być dobrane.
Siostra jej, Tehua, zapewne także dobrze wyszła za mąż. Może obłąkana poznała u siostry późniejszego swego narzeczonego? Żałowałem, że nie mogłem dziś niczego więcej od niej się dowiedzieć!
Zostawiwszy ją przy koniu, udałem się sam do obozu, bo Winnetou był już tam przede mną. Gdy się tam ukazałem, zwróciły się na mnie oczy wszystkich, z czego wywnioskowałem, że na mnie czekali.
— Nareszcie, nareszcie! — zawołał do mnie Cox. — Gdzież wy siedzicie? Jesteście tu potrzebni, bo na porządku stoi sprawa naszego uwolnienia!
Lecz Treskow zaraz mu rzecz wyjaśnił:
— Wpierw pomówimy o waszem ukaraniu!
— Ukaraniu? Cóż myśmy wam uczynili?
— Napadliście nas, pojmaliście, ograbili i tu przywlekli! Czy to nie jest nic? Za to powinna was spotkać kara więzienia.
— Wedle prawa?
— Tak.
— Czy powleczecie nas do Sing-Sing? Spróbujcie tylko!
— Na Zachodzie nie robi się prób, lecz wydaje się wyroki i natychmiast je wykonywa. Sąd zaraz się zbierze!
— My o nie uznajemy!
— A my śmiejemy się z tego! Chodźcie, mr. Shatterhand! Nie odwlekajmy sprawy! Zaznaczam, że tym razem nie powinniście pwodować się swoją humanitarnością, bo oni tego nie warci!
Miał słuszność. Kara musiała nastąpić, lecz nie łatwo było ją obmyśleć. Więzienia tam nie było, a na zapłacenie grzywny winowajcy nie mieli pieniędzy. Gdybyśmy im broń i konie zabrali, narazilibyśmy ich na zgubę, a siebie na zarzut kradzieży. Pozostawała jeszcze chłosta. Co właściwie należy sądzić o tej karze? Jest ona straszna dla każdego, kto nie wyzbył się jeszcze zasad moralnych. Ona może je nawet zniszczyć. Ale ojciec karze rózgą dziecko, a nauczyciel ucznia właśnie dla zbudowania w nim tych zasad. Czy takie dziecko jest gorsze, niebezpieczniejsze i bardziej wyzute z czci, niż zbrodniarz, którego nie wolno bić, chociaż często wysiaduje w więzieniu i nanowo wraca do swego rzemiosła, skoro tylko zostanie wypuszczony? Jeśli zły ojciec, jak to już bywało, przywiązuje osłabione z głodu dziecko do nogi od stołu, bije bez powodu codziennie kijem, haczkiem, próżnemi flaszkami, a za to dostaje kilka miesięcy więzienia, czy ta kara odpowiada jego zwierzęcości? Bo taki człowiek to zwierz! Tymczasem w więzieniu dostaje on za darmo mieszkanie, obfite pożywienie, ciepłą odzież, spokój, porządek i książki do czytania. Posiedzi kilka miesięcy, a potem śmieje się z tego! Z taką bestyą należy obchodzić się jak z bestyą! Chłosta, wymierzana o ile możności codziennie, byłaby dla niego jedynie właściwą karą! Humanitarność pogarsza tylko zło. Albo inny obraz stosunków. Nieludzka, chciwa wódki kobieta, z zamiarem i dyabelską wytrwałością robi z dzieci swoich kaleki, ażeby z nimi żebrać lub wypożyczać je żebrakom za pieniądze. Co tu słuszniejsze, czy czasowe zamknięcie wedle wszelakich reguł i ze wszystkiemi zasadami humanitarnego wykonywania kary, czy też kara więzienia z dodaniem batów? Kto zgrzeszy jako człowiek, tego należy łagodnie ukarać, ale dla potworów powinien być także kij w więzieniu. Tak sądzi o tem człowiek, który chrząszcza podnosi z ulicy i kładzie w takiem miejscu, gdzie go nie można rozdeptać, podróżnika, który, gdziekolwiek nogę postawił, dbał o to, żeby o nim mówiono: „to był dobry człowiek“, wreszcie pisarza, który pisze dzieła tylko z tym zamiarem, żeby szerzyć miłość bliźniego i dowodzić w człowieku obrazu i podobieństwa boskiego!
A zatem baty groziły trampom! Nie było mi to przyjemne, tembardziej, że ja byłem stroną poszkodowaną, ale inna kara była niemożliwa, a oni na karę zasłużyli.
Winnetou odgadł widocznie moje myśli i wątpliwości, bo prawie surowy uśmiech zaigrał mu na ustach, kiedy zapytał:
— Czy mój brat chce im może przebaczyć?
— Nie — odpowiedziałem. — Tem utwierdzilibyśmy tylko w ich złości. Ale jaka kara powinna ich spotkać?
— Kije. Howgh!
— Ostatnie słowo wypowiadał Apacz zawsze, ilekroć stanowczo o czemś rozstrzygał. Treskow zgodził się na to odrazu.
— Tak, kije! — rzekł. — Tego im potrzeba, wszystko inne nie zdałoby się na nic, a nawet byłoby szkodliwe. Nieprawdaż, mr. Hammerdull?
— Tak, nawalmy ich! — odparł grubas. — Izajasz i Joel, bracia o nabożnych imionach, zrobią początek i zamiast pieniędzy, z których się śmiali, dostaną baty. A może ty, stary szopie, Holbersie, ujmiesz się za stryjecznymi braćmi?
— Ani mi się śni! — odpowiedział długi.
— Zapiszemy im ich pokrewieństwo z tobą w rejestrze bez kartek i to tak grubo i sino, że nie będą mogli wytrzeć. Howgh!
Uśmialiśmy się zarówno z jego zapału do wymierzenia tego rodzaju kary, jak i sposobu wyrażania się. Reszta towarzyszy zgodziła się także, a Osaga odezwał się w te słowa:
— Szako Matto prosi, żeby mógł milczeć.
— Dlaczego? — zapytałem.
— Ponieważ był także waszym wrogiem i godził na wasze życie.
— Ale teraz jesteś nam przyjacielem i zostałeś także pojmany przez trampów. Zamiar, którego wogóle nie wykonałeś, powziąłeś jako wódz swego szczepu, jako wojownik, to zaś są pozbawione czci, odepchnięte przez społeczeństwo osobniki, które mogą tylko jedną rzecz odczuć, a to chłostę.
— Jeśli to Old Shatterhand mówi w ten sposób, to niech usłyszy także moje zdanie. Trzeba w nich wszystkich wywołać to uczucie!
— Pięknie! Powszechna zgoda! — zawołał Hammerdull. — Chodź, kochany Picie, wytniemy piszczałki, ażeby muzyka mogła się już zacząć!
Wstawszy, oddalili się, by poszukać odpowiednich prętów. Mówiliśmy stosunkowo nie głośno, trampi więc nie mogli nas zrozumieć. Gdy poznali, że skończyła się nasza narada, spytał się Cox w takim tonie, jakby położenie jego się polepszyło:
— Jakże tam? Kiedy nas rozwiążecie?
— Kiedy nam się spodoba — odparł Treskow. — Narazie nie myślimy o tem.
— Dopókiż będziemy tu leżeć? Chcemy odjechać!
— Co wy chcecie, to nas nic nie obchodzi. Dziś nasza wola rozstrzyga!
— Jesteśmy wolnymi westmanami. Zapamiętajcie to sobie! Jeśli tego nie uwzględnicie, będziecie mieli z nami do czynienia!
— Ty drabie! Czy chcesz dzisiaj jeszcze bardziej się ośmieszyć, niż wczoraj, kiedy to zdawało ci się, że może nas wedle upodobania prowadzić z sobą, jak psy na linewce? W twej mózgownicy nie mogła oczywiście zaświtać myśl, że my już w godzinę po waszym napadzie wiedzieliśmy o czasie i miejscu naszego wyswobodzenia, dlatego nie wyczułeś drwin, któremi Old Shatterhand odpowiadał na twe grubijaństwa. Śmierdzący pies, jak nazwałeś Kolmę Puszi, spotkał się z nami nie przypadkiem, lecz z rozmysłu, chciał bowiem przekonać się, czy prowadzimy was rzeczywiście do pułapki, w której mieliśmy was pochwycić. Ponieważ tego wszystkiego nie zauważyłeś i nie odgadłeś, dałeś dowód, że jesteś uosobieniem głupoty, najbardziej politowania godnej. I ty ośmielasz się nam grozić? O nędzne kreatury! Piszczałki już wycinają, a wy zaczniecie wnet wedle nich tańczyć i śpiewać! W głupocie swej z pewnością nie wiecie, co te słowa znaczą, dlatego powiem wam to wyraźniej, bez porównania. Kije się na was wycina. Będziecie nimi bici dopóty, dopóki się nie wyrąbie was z waszej głupowatości!
Ta długa przemowa uniesionego gniewem prawnika wywołała skutek, który nie da się opisać. Nad tem, co teraz nastąpiło, nie będę się rozwodził, gdyż widok takich rzeczy nie należy do przyjemności. Dick Hammerdull z taką gorliwością oddał się swemu zadaniu, że wkońcu stał spocony jak ryba, a Pitt Holbers okazał taką wprawę we władaniu boleśnie działającymi piszczałkami, o jaką ja byłbym go nigdy nie podejrzywał.
Z powodu tego poświęcenia się obu przyjaciół był zewnętrzny stan trampów trochę zniszczony, a wewnętrzny „kipiał zemstą“. Tylko Old Wabble’a oszczędzono na skutek mego wstawiennictwa. Nie chciałem pozwolić, żeby okaleczonego starca w dodatku jeszcze bito. On jednak nie okazał się za to grzecznym, lecz klął nas na wyścigi z trampami. Thibaut był tylko widzem, ale dobra dawka kijów byłaby mu wcale nie zaszkodziła. Zachowałem go sobie na później, w przekonaniu, że wpadnie mi jeszcze w ręce.
Gdyśmy się wybierali w drogę, poprosił mię Apanaczka, żebym Indyankę zabrał z sobą, przedstawiając, że nie jesteśmy już jeńcami, że tylko Tibo taka mógłby się temu sprzeciwić. Z trudem tylko odwiodłem go od tego zamiaru, zwróciwszy mu uwagę na to, że kobieta zawadzałaby nam tylko, że znając kierunek podróży jej męża, spotkamy się z nim wkrótce.
Każdy z nas odzyskał swoją własność co do najmniejszego drobiazgu. Ponieważ sprawiedliwości stało się zadość, o ile na to pozwoliły warunki, przeto z zadowoleniem opuściliśmy źródło, które widziało przyjazd nasz w zupełnie innym stanie. Gorszemi uczuciami przejęci byli ci, których zostawiliśmy tutaj skrępowanych, nie troszcząc się o to, kiedy się z więzów wyswobodzą. Żegnali nas oni oczywiście niezbyt serdecznie. Mimo złamanej ręki zagroził mi Old Wabble jeszcze na ostatek zemstą i śmiercią. Wiedziałem to już przedtem, a teraz tylko ponownie się przekonałem, że wszelka próba wzruszenia go byłaby daremnym wysiłkiem. Tak był zatwardziały, że ja nie wyobrażałem sobie, by taki człowiek mógł istnieć!
Zanim dosiedliśmy koni, próbował Apanaczka wydobyć z Indyanki, która ciągle stała przy swoim koniu, choć słowo pożegnania, lecz napróżno. Nie poznawała go i cofała się przed nim, jak przed wrogą sobie istotą. Dopiero, gdy ruszaliśmy w drogę, zwróciła nań uwagę. Pobiegła trochę za nami, zdjęła z głowy zieloną gałązkę i powiewając nią, wołała:
— To jest mój myrtle-wreath, to jest mój myrtle-wreath!

Przypisy

  1. W górę, Hatatitlo, w górę!
  2. Tak odzywa się Komancz do matki.
  3. Mąż.
  4. Syn.
  5. 5,0 5,1 Starsza siostra.
  6. Ja.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.