Pieśni Petrarki/Część pierwsza (Miłosna)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Francesco Petrarca
Tytuł Pieśni Petrarki
Data wydania 1881
Wydawnictwo nakładem tłumacza
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Felicjan Faleński
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Indeks stron


PIEŚNI PETRARKI.


CZĘŚĆ PIERWSZA

MIŁOSNA.



Sonet 1.

Sonet ten, napisany już zapewne po uzupełnieniu całego zbioru pieśni, nietylko streszcza jego osnowę, ale oraz i wyraża własne poety przekonania o błahej przedmiotu doniosłości. W pierwowzorze dość on zawiły.

Ktobądź w tych rymach mdłych, jak wiatru fale,
Zachwyci uchem westchnień mych orędzie,
Któremi serce w rannych lat obłędzie
Karmiłem, będąc niż dziś innym wcale;
Ktobądź w miłosnym żył i cierpiał szale,
Wiem, iż nietylko względny, lecz i będzie
Przyjazny pieśniom w których dźwięczą wszędzie
Wiotkie nadzieje i niewczesne żale.
Tylko że tak, jak byłem chwil niemało
Igraszką tłumu, zkąd dziś często jeszcze,
Przed samym sobą boleść mi dotkliwa —
Tak widzę co mi w życiu pozostało:
Wstyd, żal i także przekonanie wieszcze,
Że co świat wielbi, to snem krótkim bywa. —



Sonet 2.

Rad, by się zemsta z psotą pobratała,
A mnie chcąc skarcić za tysiączne wstręty,
Ukradkiem Amor łuk swój ściągnął gięty
Jak ten, co w zdradzie wszystka jego chwała.
Wziąłem w głąb’ serca męztwo, moc też cała
W oczy mi zbiegła, wzbronić chcąc ponęty...
W tem padł śmiertelny cios; i otom tknięty
Tam, gdzieby każda winna prysnąć strzała.
Gdyż przy napadzie pierwszym wskróś złamana
Moc moja, wszelką wiedzę utraciła,
Iż w tej potrzebie czas się wziąść do broni.
Żadna też od mej krzywdy, stroma ściana
Wyniosłej skały, ani żadna siła,
Mimo mej chęci już mię nie ochroni. —



Sonet 3.

Do Laury. Żali się w nim poeta, że w dzień Wielkiego Piątku poraz pierwszy ujrzał był kochankę.

W ten dzień, któremu Bóg, promiennej treści
Przez litość ujął, najniespodziewaniej
W on dzień zostałem pojman; bowiem pani,
Pęto się dla mnie w twoich oczach mieści.
Dzień mi niewczesny zdał się do niewieściej
Walki z miłością — obojętny dla niej
Szedłem bezpiecznie; — ztąd ból co mię rani,
Pośród powszechnej począł się boleści.
Miłość mię zeszła gdym był rozbrojony,
W serce mi wbiegłszy wprost przez oczy obie
Szlakiem, zkąd tylko ujście łzom zostało.
Przeto nie było szlachetnie z jej strony
W tym stanie Lauro ranić mię, a tobie,
Coś zbrojna, choćby nie pogrozić strzałą. —



Sonet 4.

Mistrz dzieła cudu, łączącego składnie
Kunszt z przezornością w nieskończonej mierze,
Co stworzył jedno i drugie półsferze,
I w nich Jowiszem nie zaś Marsem władnie[1],
Zstąpiwszy dobyć długo skrytą na dnie
Prawdę, by z Pismem mogła wejść w przymierze,
Jana i Piotra wprost od sieci bierze,
Gdyż im dział w niebie z Jego rąk przypadnie.
Sobą, nie głośny Rzym, lecz cichuteńki
Darząc Nazaret, zawsze On i wszędzie
Pokorę lubił wynieść zaniedbaną.
Dziś również z Łaski Jego słynąć będzie
Gród skromny. Przeto wznieśmy Panu dzięki
Z miejsc, gdzie tak piękną panią światu dano! —



Sonet 5.

Do Laury. W pierwotworze jest on igraszką imienia Laury, w połączeniu z czcią oddawaną niegdyś laurowi. Anagram w Sonet ten wpleciony, ma następujące brzmienie: Lau (da) Re (al stato e) Ta (ci).

Ilekroć westchnę, chcąc, by imię brzmiało
Które mi Amor wryte w sercu chowa,

Część tej melodyi słodkiej początkowa
O Pani moja! tchnie Niebiańską Chwałą. (Lau)
Ku dziełom wzniosłym zawsze mię wzmacniało,
Żeś w dalszym ciągu wspaniała królowa. (He)
Lecz „milcz“ (Tu) powiada zakończenie słowa —
„Sławić ją godnie, twoich sił zamało.“ —
Tak, samo imię jej, (bo dość już, gdyście
Wezwali Laury), uczy czci i chwały (Laudure e reverire)
Dla tej, co godna hołdów ziemi całej.
I tylko Feb jest gniewny, że wieczyście
Sławiąc te jego wiecznie świeże liście.
Język się człeczy stał zarozumiały. —



Sonet 6.

Niby się tu poeta, jednoczy z Apollinem, ścigającym Dafnę.


Szał się udziela serca mego trwodze,
W pogoni za tą, co chcąc być daleka
Miłości więzów błogich, tak ucieka.
Że biegnąc za nią, zda się wolno chodzę!
Im bezpieczniejszej chcę ją zakląć drodze,
Tem mniej mię słucha; ani na mnie czeka
Ni mię odpycha; gdyż ją z władzy człeka
Amor, zwyczajem swym, rozkiełznał srodze.
Lecz znów, gdy ściągnie cugle przewodniczę,
Mnie w swej przemocy ma, i choć nie życzę
Iść, do zabójczej wiedzie mię przemiany,
Na to, bym dobiegł lauru, zkąd zerwany
Owoc, mający w smaku swym gorycze,
Raczej niż goi, jątrzy serca rany! —



Sonet 7.

Do któregoś z przyjaciół.

Łakomstwo, gnuśność i próżniacze łoże
Wszelką ze świata duszy moc wygnały —
Przez co, zbłąkaną z drogi swej wspaniałej
Przyrodę naszą, łatwo cielsko zmoże.
Ztądto wszelakie z Niebios błogie zorze
Tak swój straciło dla nas urok cały,
Iż się dziś liczy za dziw godny chwały:
Kto z Helikonu zdrój wywołać może.

„Któż dba o laur? cóż warta cześć mirtowi?
Mądrości! idziesz biedna i pół naga —
Więc współwędrowców mieć nie możesz wielu,“
Oddany nędznym zyskom tłum tak mówi...
Tem cię więc silniej wdzięczna duszo błaga
Głos mój: idź śmiało do wzniosłego celu! —



Sonet 8.

Przesyłając przyjacielowi dwoje gołębi w sieć schwytanych.[2]


U stóp pagórków, gdzie wziąść dano było
Strój wdzięczny z ziemskich członków owej pani,
(Której ten, co nas niesie tobie w dani,
Sny zmącił nie raz łez i westchnień siłą),
Ziemskiego życia drogą wszystkim miłą,
Na wolnych skrzydłach słodko kołysani,
Żyliśmy, ani myśląc, żeby na niej
Cośkolwiek lotom naszym wstręt sprawiło.
Dziś, gdy swobodę utraciwszy, w kolej
Nędzy żywota każdy z nas jest pchnięty:
W śmierci jedyne tylko nam ponęty.
Tak bądź i tobie sprawco naszej doli,
Co sam, w przemocy obcej, sercu gwoli,
Żyjesz związany najtęższemi pęty!



Sonet 9.

Temuż przyjacielowi posyłając trufle.

Gdy gwiazda, której znaczyć czas zlecono,
Powróci z Bykiem mieszkać znów w gościnie[3],
Z płomiennych źwierza rogów siła płynie,
Która świat stroi w barwę odnowioną.
Wtedy, nietylko te co w światłach toną
Wzgórza, kwiatami mai on jedynie —
Lecz i w podziemnej, próżnej dnia krainie,
Brzemiennym sobą czyni ziemskie łono,
Zkąd się ten owoc, zkąd i reszta wzięła. —
Tak we mnie, Laura — słońce w niewiast rzędzie —
Promienistemi swojemi oczyma,

Tworzy miłosne myśli, słowa, dzieła.
Lecz jakbądź rządzić je lub zwracać będzie,
Przecięż już dla mnie wiosny więcej niema!



Sonet 10.

Napisany w Wokluzie, po odjeździe z Awinionu Stefana Colonny, r. 1331.

Świetna Kolumno, wspiera się na której
Z nadzieją naszą imię Rzymskiej sławy,
(Ty, co cię jeszcze nie zbił z drogi prawej
Gniew Jowiszowy z błyskawicznej chmury!)[4]
Tu ni krużganków, ani wież marmury,
Lecz sosna, jesion, jodła, wśród murawy
Wdzięcznie pochyłych puszcz, gdzie pieśniarz łzawy
To w górę błądzić może, to znów z góry.
Duszę od ziemi w niebo wzlatać skłania,
I słowik, który w cieniu nieprzerwanie
Co noc miłosnym żali się zapałem,
Z serca nam w serce słodkie śle dumania...
Ty tylko, iż nas osierocasz panie,
Krzywdzisz nam szczęście, robiąc je nie całem! —



Ballata I.

Do Laury. Skarży się poeta, że mu kochanka twarz swą zasłania.

Pani! zasłona wdzięków twych mi wzbrania.
Czy w dzień, czy w noc ponurą.
Odkąd znasz wielką żądzę mą, nad którą
Innego w sercu nie mieć mi żądania.
Póki z nieziemską myślą w sercu błądzę,
I z śmiercią w zmysłach ginąc od tęschnoty.
Przybiera litość lica twe w promienie;
Lecz byle Amor zdradził ci mą żądzę,
Kryjesz przed moim wzrokiem jasne sploty,
I bierzesz w siebie lube twe spojrzenie.
Ztąd właśnie tracę, co najmocniej cenię!
Tak rządzi mną zasłona!
W dzień czy w noc, zawsze ku mej zgubie, ona
Twych pięknych oczu, słodki blask przesłania! —



Sonet 11.
Do Laury.

Jeżeli życie pełne udręczenia
Zdoła mi z srogich mąk wywalczyć tyle,
Że ujrzę, (w pomoc późne mając chwile)
Pani, twych oczu światłość blizką cienia;
I że się złoty włos twój w srebrny zmienia,
I że od ciebie barwy szat motyle
I kwiaty pierzchną, i że już w swej sile
Z twych lic gładkością zmierzchną mi cierpienia;
To pewnie wtedy da mi Amor, sądzę,
Wymowy śmiałość, która ci obwieści
Mych długich cierpień lata, dnie, godziny.
Gdyby zaś nawet czas mą zawiódł żądzę,
To choć dozwoli wtedy, mej boleści,
Z twych żalów próżnych, odnieść zysk jedyny!



Sonet 12.

Kiedy zbiegając jej rówiennic grono,
Miłość w mej pani lica wstąpi boże,
Im od niej każda mniej być piękną może,
Tem silniej żądzą piersi moje płoną.
Gdziem miał, i kiedy, ku niej myśl wzniesioną.
Miejscu i owej błogosławię porze,
I mówię: — duszo! wielbij sprawy Boże,
Iż cię wyborem takim zaszczycono.
Od niej ci tęschnych tchnienie dum, za jakiem
Idąc, ku dobru tak wielkiemu droga,
Że ludzkie żądze masz za rzeczy liche;
Od niej wesołość, która prostym szlakiem,
Rzeźwo cię wiedzie wprost do Niebios proga, —
Ztąd stąpam wbity od nadziei w pychę! —



Ballata II.

Wybierając się na czas jakiś z Awinionu (1331 r.), w związku z czem są i następne dwa Sonety.

Strudzone oczy, gdy was zwracać muszę
W twarz piękną, z której śmierć wam żałośliwa,
Strzeżcie się! bo was wyzywa
Miłość, zkąd znów mi troska wstąpi w duszę!

Śmierć tylko myślom moim przeciąć może
Miłosną drogę, która je ku Chwale
Zbawienia, w słodką przystań ciągnie mile.
Lecz wam, z mniej ważnych przyczyn, wasze zorze
Cieniem zapływa; gdyż mniej doskonale
Was utworzono, i w mniej trwałej sile.
Ztąd uprzedzając tak już blizkie chwile
Łez gorzkich, proszę, toćże choć nareszcie,
Z twarzy mej Laury mi bierzcie
Krótkie ulżenie, na długie katusze! —



Sonet 13.

Co krok za siebie patrzę, a strudzone
Doprawdy, ledwie dźwigać mogę ciało,
W tchnieniach ku Laurze czerpiąc siłę całą,
Z jękiem w przeciwną przepędzany stronę.
Potem wspomniawszy dobro odbieżone,
Życie tak krótkie, drogę tak nie małą,
Coś strapionemu stopę mdłą wstrzymało,
I wzrok utkwiwszy w ziemię, we łzach tonę!
Niekiedy wątpiąc, wśród łez pomyślałem,
Jak może życie rządzić mojem ciałem,
Gdy oddalony duch się w niem nie święci?
Na to mi Amor: — nie maszże w pamięci
Tego, co bywa kochanków udziałem:
Że z wszech własności ludzkich są wyjęci? —



Sonet 14.
Do Laury.

Odchodzi starzec białowłosy, z chaty
W której mu życie zbiegło jak najmilej,
Z pośrodka dziatwy, która smutnie kwili
Z lubego ojca niepowrotnej straty;
I z trudem wlokąc zwiędłe członki, dla tej
Może ostatniej życia swego chwili,
O ile może, dobrą chęć przychyli.
Strudzony drogą i złamany laty;
Byleby dosiągł Rzymu, pełniąc żądzę
Spojrzenia w Obraz Tego, co Go, oby
Równie mu w niebie widzieć dozwolono!

Tak i ja, pani! właśnie biedny błądzę,
Pragnąc wszystkiemi duszy mej zasoby,
Gdziebądź twą postać ujrzeć upragnioną! —



Sonet 15.

Do Laury. Dziwactwo obrazów tego Sonetu daje przykład zepsucia smaku, z którem Petrarka nie zawsze walczyć umiał, jak o tem powiedziano we wstępie.

Dżdżem łez po licach płyną mi gorycze.
Przy smutnym westchnień wichrze, gdy się zdarzy,
Że oczy moje zwrócę ku twej twarzy,
Dla której jednej z światem zerwać życzę.
Wprawdzie uśmiechy słodkie twe dziewicze,
Stają u wrzących moich żądz na straży.
Ogień udręczeń lżej się w piersiach żarzy,
Pókim w głaz wryty patrząc w twe oblicze;
Ale mi życie krzepnie w łona głębi,
Gdy wdzięcznym ruchem znagła odchodząca,
Z sobą mi bierzesz dwa twych oczu słońca.
W tem zpoza kraty gdzie ją Miłość gnębi,
Dusza się ze mnie śladem twym wymyka,
W niejednej myśli mając przewodnika.



Sonet 16.

Gdym całym sobą w stronie, gdzie jutrzenka
Twarz wdzięczną mojej opromienia Dziewie,
Tych blasków pamięć w sercu sobie krzewię —
Zkąd mi wskroś ogień i pożercza męka.
Lecz drżąc o serce, że się w kęsy spęka,
Jeśliby zmierzchło zorzy tej żarzewie,
Idę jak ślepy próżen dnia, co nie wie
Dokąd, a przedsię stąpać się nie lęka.
Tak przed ciosami śmierci, co najprędzej
Zdążam, lecz nie dość szybko, aby ze mną,
Jako jej zwyczaj, nie szła żądza społem.
Idę milczący, bo od słów mych nędzy
Płakałby każdy, a ja przedsięwziąłem,
Uczynić powódź moich łez tajemną! —



Sonet 17.
Do Laury.

Bywa zuchwały zwierz we wzroku względzie,
Co w słońce patrząc, dank bezkarnie zyska;
Inny, nie znosząc blasków widowiska,
Nie prędzej wyjrzy, aż gdy zmrok już wszędzie.
Inny, szalenie tusząc, iż mieć będzie
Rozkosz wśród ognia który wabnie błyska,
Wyzywa silę, co go spali zbliska.....
Oh! miejsce moje w tym ostatnim rzędzie!
Gdyż niemam mocy dotrwać wzrokiem, ani
Umiem się schronić przed twym blaskiem pani,
Wśród chwil spóźnionych lub cienistych dali,
Więc choć chce życia trwożna w łzach źrenica,
Śmierć ją popycha iść w blask twego lica —
A tak wręcz dążą za tem, co mię spali! —



Sonet 18.
Do Laury.

Tęschny, iż dotąd rymów mych nie zdobię
Twych wdzięków chwalą, wracam ku tej porze,
Kiedym cię ujrzał taką. iż nie może
Stać się, bym inną upodobał sobie.
Lecz słabe na to choćby ręce obie —
Niż dzieło gładzić, lepiej pióro złożę...
Gdyż umysł znając niemoc swą, w pokorze
Wraz ze mną w jednej bezwładnieje dobie.
Nieraz z ust serce chciałem wydać słowy,
Lecz mi zostawał w piersi głos mej mowy —
Jakiż dźwięk mógłby wzbić się wlot tak śmiały!
Nieraz się chciałem wypowiedzieć wierszem,
Lecz pióro, ręka, nawet myśl, przy pierwszem
Usiłowaniu, zwalczone zostały! —



Sonet 19.
Do Laury.

Tysiąckroć, moja bojownico słodka,
Chcąc mieć z pięknością oczu twych przymierze,
Sercem ci dawał; lecz cię chęć nie bierze
Tam wzrok twój zniżyć, gdzie je pewnie spotka.

Jeśli je inna tuszy mieć, w tej mierze
Omylna jest nadzieja jej i wiotka,
Bym je miał mojem, także niema środka —
Bo tem co tobie wstrętne, gardzę szczerze.
Jeśli je wygnam, a ty, wśród tej biedy,
Ręki mu umkniesz, to, nie zdoła wtedy,
Iść gdzie je drudzy zwą, ni zostać samo.
I szlak mu zmyli lada ścieżka płocha —
Co winą będzie dwojga nas, a plamą
Tobie, tem większą, im cię mocniej kocha. —



Sestina I.

Zwierzętom wszystkim jakie są na ziemi,
Z wyjątkiem tych, co nienawidzą słońca,
Roboczy czas jest, póki błyszczy dzionek.
Lecz skoro niebo swe zapali gwiazdy,
Ten wraca do dom, ten się gnieździ w puszczy,
By mieć spoczynek choć po wschodnią zorzę.
Ale ja, odkąd pocznie piękne zorze
Cienie rozpraszać, co osiadły ziemię,
Budząc zwierzęta wśród rozlicznej puszczy,
Nie znam ulżenia westchnień wobec słońca.
Potem, gdy widzę jak się palą gwiazdy,
Płaczę znów, pragnąc, żeby wrócił dzionek.
Gdy wieczór spędza jaśniejący dzionek,
A cienie nasze dają innym zorzę,
Dumając wlepiam wzrok w okrutne gwiazdy,
Które mię z czułej utworzyły ziemi,
I dzień przeklinam, gdym blask ujrzał słońca, —
Przez co wyglądam jakbym wzrósł wśród puszczy.
Nie sądzę, aby kiedy był wśród puszczy
Zwierz okrutniejszy od tej, w noc lub w dzionek;
Na którą płaczę w cieniu i za słońca,
Ni snem strudzony w noc, ni w wschodnie zorze!
Gdyż acz śmiertelne ciało jestem z ziemi —
Wytrwałą żądzę wlały we mnie gwiazdy,
Zanim powrócę do was świetlne gwiazdy,::
Lub legnę, ciało wśród miłosnej puszczy
Rzucając. niby garść zdeptanej ziemi —
Oby mi lata cierpień w jeden dzionek

Nadgrodzić chciało jej litości zorze,
Zdolne mię w blaski ubogacić słońca.
Obym ja z nią był od odejścia słońca!
I niechby nas nie widział nikt jak gwiazdy!
Noc tylko jedną — bez wschodowej zorze!
Byle nie pierzchła w maj laurowej puszczy,
By uciec z objęć moich, jak w ów dzionek
Gdy goniąc za nią został Feb na ziemi.
Lecz wprzód mi w ziemi. Wprzód być w zeschłej puszczy,
Wprzód jasny dzionek W drobne pryśnie gwiazdy —
Nim blaskom słońca Mieć tak słodką zorzę! —



Canzona I.

Poemat ten mocno dziś ciemny, symbolizuje dzieje miłości poety, uosabiając je w rozlicznych przemianach. Najprzód staje się poeta laurem, następnie z kolei łabędziem, skałą, źródłem żywej wody, krzemieniem, potem na chwilę samym sobą — żeby się znów przeobrazić w jelenia. Pomimo dziwactwa pomysłu, wdzięczna tu miejscami poezya.

Ponieważ pieśnią boleść się rozpędza,
Śpiewać więc będę: jakem żył w swobodzie,
Pod życia słodki brzask, co sam jedynie
Oglądał wzrosłą a raczej w zarodzie
Tę srogą żądzę, z której mi jest nędza,
Podczas gdym nie rad miłość miał w gościnie.
Potem, w rozgłośnej skardze się rozwinie:
Jej gniew ztąd dla mnie, co się zeń zyskało?
I jak mieć wielu przykład ze mnie mogą?
Choć moją mękę srogą
Spisano indziej, aż się piór nie mało
Zdarło, i niemal na tym tu padole
Wszystkim się w serca jęk mych westchnień garnie,
Świadcząc o życiu, którem wiódł w rozpaczy.
I jeśli pamięć pomódz mi nie raczy,
Niech za wymówkę służą mi męczarnie,
I myśl, co sama już mi daje bóle
Takie, iż wszelkie inne od nich wolę —
Gdyż zostawiając ciało, wziąwszy duszę,
Sprawia, iż siebie sam zapomnieć muszę!


Od lat gdy pierwsze na mnie niepokoje
Tchnął Amor, wiedzcie, iż tak liczne zbiegą
Dni, żem młodości pozór zmienił wcale.
I skrzepłe myśli w koło serca mego
Zdziałały niby dyamentową zbroję
Wykutą w męztwie. jakby twardej skale.
Piersi mi jeszcze nie kąpały fale
Łez, ni sen truły, i com nie miał we mnie
To mi u drugich zdało się widziadłem.....
Czem byłem, w co popadłem!
Zgon życie wieńczy, dzień wieczorne ciemnie.....
Bowiem okrutnik com go rzekł w tej chwili,
Wiedząc, iż dotąd ostre jego strzały
Z po za mej zbroi najmniej mię nie ranią,
Wziął sobie w pomoc przepotężną panią,
Wbrew której rzadko starczą lub starczały:
Przebiegłość, siła lub pieśń która kwili.
I wspólnie tym mię jakim jest zrobili —
Gdyż mię z żywego człeka w laur przemienią,
Co liść swój próżno chciałby strząść z jesienią!

Łatwo jest pojąć, skoro się spostrzegłem
Przeistaczanym, wrażeń moich dzieje!
Z włosów zieloność wraz mi kwitnie żywą,
Com z niej mieć wieniec kiedyś miał nadzieję:
Stopy, któremi stałem, szedłem, biegłem,
(Gdyż członek każdy z duszą w zgodzie bywa),
Dwoma korzeńmi wstrzęgłe, po nad szkliwa
Nie wód Penea, lecz dumniejszej głębi[5],
I każde z ramion wrosłe w konar kruchy!.....
Niemniej też dreszcz mię ziębi
Być przyodzianym później w śnieżne puchy,
Gdy się już zdało: gromem śmierci padnie
Nadzieja moja, co zbyt sięgła śmiało!
Bowiem niewiedząc, gdzie mi ją i kiedy

Odnajść? sam jeden błądzę wśród mej biedy
Tam gdziem ją stracił, dzień i noc też całą.
Po brzegach fał szukając, to znów na dnie.
Odtąd też milczeć: jak ją wzięto zdradnie.
Ni mogę, ani język mój nie będzie —
Zkąd mi wraz z głosem barwy też łabędzie.

Tak żebrząc łaski wzdłuż lubego brzega,
Śpiewać (choć tylko mówić chcę) zmuszony,
Dziwnym się głosem skarżąc, szedłem dalej.
Niewiem, w tak słodkie wzruszające tony
Czy się miłosny kiedy jęk rozlega.
By skruszyć serce z twardej, srogiej stali!
Cóż czuć dopiero, co już wspomnieć pali!.....
Lecz raczej, niźli to co przyszłość chowa.
O słodkim, chociaż przemyślnym w katusze
Wrogu mym, mówić muszę,
Jakbądź go żadna nie wypowie mowa!
Ta więc co duszę kradnie mgnieniem śmiałem,
Pierś mi otwarłszy, serce ręką wzięła.
Mówiąc mi: — o tem nie dasz dźwięczyć słowu.
— W tem ją w odmiennej szacie ujrzę znowu,
Tak, żem nie poznał (istne czarów dzieła!).
Owszem, ze strachu prawdę jej wyznałem.
— A ona znagła własnem stając ciałem,
Zrobi niestety! iż się ze mnie stała
Pół żywa, całkiem przerażona skała.

— Jam nie jest czem mię sądzisz! — (twarz jej łzawa,
Gdy to mówiła, wskroś mię dreszczem wzruszy
W mojej opoce). Słysząc tę przestrogę:
— Rozmiękczonemu przez nią — rzekłem w duszy —
Żadne już życie przykrem się nie zdawa,
Boże mój! daj, niech znowu płakać mogę! —
W tem — jak? sam nie wiem — pomknę z miejsca nogę.
Żem był pół żywy cały dzień i zgoła
Pół trup, to tylko wina mnie samego!
Lecz chwile szybko biegą!
Pióro mej chęci sprostać nie podoła!
Ztąd, jakbądź wiele w pamięci zaznaczem,

Mijając resztę, tylko to wymieniem,
Czemu się słuchacz słusznie zdziwi siła:
Oto mi wężem serce śmierć obwiła,
A jam z jej rąk go nie mógł wziąść milczeniem,
Ni głos dać z piersi, ani nawet płaczem
Wzmódz siły wielce wyczerpane; zaczem
Piórem na karcie kreślę drżąc jej winę:
— Przez cię jam nie mój! Biada ci gdy zginę! —

Tak z niegodnego, wziąłem znów nadzieję,
Stać się w jej oczach godnym zmiłowania.
Lecz tem w otuchę wzbiłem się daremnie!
Bowiem pokora nieraz gniew rozrania,
Zamiast go zgoić. Wiem że tak się dzieje —
Bom był zbyt długo pogrążony w ciemnie,
Gdy na głos próśb mych pierzchł mój blask odemnie;
Gdy mi zaś ani stóp jej ślady żadne
Świetnieją, ni jej choćby cień znachodzę.
Jak człek snem zdjęty w drodze,
Znagła bezsilny na murawę padnę,
Jęcząc, że brzaski znikły mi jedyne.
W tem mi się boleść moja w łzy wylała,
I gdy im wodze puszczam nieroztropnie,
Nigdy od słońca szybciej śnieg nie topnie,
Jak ja, gdym uczuł, że topnieję z ciała,
I u stóp buku w zdrój bieżący płynę.
Och! jakże długą trwało to godzinę!
Któż słyszał: by się rozlał w zdrój byt człeczy?
Jednak to jawne i wiadome rzeczy.

Dusza przez Boga obdarzona godnie,
(Gdyż nie zkądinąd Łaska ta wykwita)
Naturę z Stwórcą swoim wspólną chowa.
Ztąd nigdy nie jest przebaczenia syta,
Jakbądźby wielką kto popełnił zbrodnię,
Gdy się skruszona schyli przed nią głowa.
A jeśli kiedy błagalnego słowa
Żąda, by grzechu człek się lękał szczerze,
To i w tem tylko Boga swego słucha;
Bowiem czyż to jest skrucha,

Wśród jednej z drugą winą mieć przymierze?
Więc gdy wzruszona pani, sercem całem
Raczy w iną stronę zwrócić wzrok łaskawy,
Widząc że kara równa się grzechowi,
Znów mię czem byłem zrobić postanowi.
Lecz strzeż się mędrcze ufać w świata sprawy!
Jeszcze ją błagam, gdy z kośćmi i ciałem
W krzemień mię zmieni, i tak pozostałem
Z brzmieniem (za cały dawny byt) grobowem,
Ją i śmierć tylko zdolny nazwać słowem.

Pomnę jak niegdyś duch zbolały srodze,
Długo przez kniei dzikich ćmy złowieszcze,
Łzami chuć płacąc niehamowną, błądzę.
Lecz i tych cierpień kres ujrzałem jeszcze,
I wnet znów w członki ciała mego wchodzę,
Na to, bym żywiej boleść czuł, jak sądzę!
I tylem nawet podbiegł moją żądzę,
Iż raz polując, jako zwyczaj miałem,
Spojrzę, aż sroga piękność ta i dzika,
Bez szat, u wód strumyka
Stoi, pod słońca złotych strzał upałem.
Ja, wszelkie inne mając precz ponęty,
Wryty w nią patrzę; więc spłonęła w krasie,
I chcąc się zemścić, czy też skryć zawiśnie,
Znagła mi dłonią wodę w oczy pryśnie.
W tem (prawdę powiem, chociaż kłamstwem zda się)
Samemu sobie czuję się być wzięty,
I jak samotny jeleń strachem pchnięty,
Z gęstwiny w gęstwę szybkim krokiem śpieszę,
Gdyż własnych moich psów mię straszą rzesze!

Pieśni! jam nie ten obłok, co był w prawie
(Spłynąwszy później w szczerozłote deszcze)
Grom Jowiszowy zgasić; ale byłem
Tym, co spojrzeniem Laury spłonął miłem;
I górnolotnym ptakiem byłem jeszcze,
Bym z tą szedł w niebo, którą w rymach sławię;
Anim też w mojej nowej mógł postawie

Rzucić laur dawny, gdyż sam cień kochania
Wszelkich mi innych uciech w sercu wezbrania. —



Sonet 20.

W odpowiedzi na wyzywający do uczczenia Pallady Sonet Stramazzy z Perugii, zaczynający się od słów: La santa fama della qual son prive..... Przy sposobności tej, zaznaczamy raz na zawsze: że Sonety podobne najtroskliwiej zwykle trzymały się tych samych rymów, co poezya, od której przyjęły wyzwanie.

Gdyby przezacny szczep, co od gromowej
Władzy Jowisza dzielny jest obrońca,
Chciał był przepaskę dać mi w blaskach słońca,
Która pieśniarzy zwykła wieńczyć głowy,
Wrazbym brzmiącemi czcił Boginię słowy,
Którą tak podle zdradza czerń pełznąca —
Lecz mię daleko krzywda ta odtrąca
Od tej, co liść nam dała oliwkowy.
Pustynia Libii dziwnie słońca blizka,
Nie tyle płonie, ile ja goreję
Dziś, gdy najmilsze tracić mam nadzieje.
Chciejcież cichszego szukać gdzie źródliska,
Bo z mej się piersi inny nie wyleje
Zdrój, tylko taki, co z niej łzami tryska!—



Sonet 21.

Podobno do Bokkaczia, ciesząc sic z powrotu jego na łono prawdy.

Płakała miłość i ja z nią (gdyż prawie
Bez jej porady kroku w świat nie zrobię)
Bacząc, jak dziwnie będzie gorzko tobie,
Jeśli cię wolnym więzów jej zostawię.
Teraz, gdy Bóg cię zwrócił ku poprawie,
Z serca, podnosząc w niebo ręce obie,
Dzięki mu składam, że więc twej żałobie
W pomoc z litością śpieszyć chce łaskawie.
Jeśli w powrocie do miłości proga
Przepaści spotkasz znów lub strome skały,
Co od szlachetnych żądz cię odwracały, —

To, żebyś wiedział: ile stroma, sroga,
Jak jest ciernista, jak jest ciężka droga,
Którą jest warto sięgać górnej chwały. —



Sonet 22.

Tejże treści co poprzedni.

Szczęśliwszej jak ja łodzi, co odbieży
Krzywd i zdrad morskich, nikt nie zapamięta!
Gdy jej osada zbożną czcią przejęta
Korne kolano zgina u wybrzeży;
Ni się z wolności swojej cieszy szczerzej
Więzień, gdy z szyi precz mu spadną pęta,
Jak ja, gdy widzę, że jest precz odjęta
Broń, co tak długo z mym się Panem mierzy.
O wy! co miłość rymem uwielbiacie!
Serdecznych wieści wieszcza, korną głową
Uczcijcie! choć się zbłąkał był chwilowo.
Bo więcej Chwały Bogu w Majestacie
Dawa zbłąkany jeden, niźli Święci
W liczbie dziewięcidziesiąt i dziewięci. —



Sonet 23.

Do włoskich panów, zachęcając ich do wzięcia udziału w wyprawie na niewiernych, na czele której stanąć miał Filip Walezyusz, podczas kiedy papież Jan XXII-gi wybierał się wracać do Rzymu (z Awinionu).

Dziedzic Karola, który włos swej skroni
W przepaskę jego zdobi, wziął już srogi
Bułat w dłoń dzielną, aby przytrzeć rogi
Tym, co się hardzie zowią Babiloni.
A w tem Namiestnik Mistrza, z kluczem w dłoni,
Z płaszczem na barkach, wraca w swoje progi,
I jeśli traf go nie sprowadzi z drogi,
Chęć swą z Bolonii w Rzym chwalebny skłoni.
Słodycz owieczki zacnej srogie wilki
Zmoże, i oby ją naśladowali
Wszyscy w miłości słodkiej rozłączeni!
Stań się więc: niech się nie ociąga chwilki,
Niech Rzym sieroctwa swego się nie żali,
Niech za Chrystusa miecz się krwią znów pieni! —



Canzona II.

Do Jakóba Colonny, nakłaniając go do popierania na dworze francuzkim wzmiankowanego w poprzednim Sonecie przedsięwzięcia (około r. 1333).

Wyczekiwana w niebie duszo błoga,
Którą Pan wybrał służebnicą sobie,
I której ziemskich uczuć naszych szata
Nie jarzmem cięży, lecz jest ku ozdobie,
(Zkąd twej istocie lżejsza bywa droga,
Którą z padołu człowiek w niebo wzlata) —
Oto znów w pomoc łodzi twej, gdy świata
Ślepym obłędom tył podawszy, rwie się
Ku pożądańszej przystani.
Dążą wiatrowie tchem zachodnim gnani!
O! niech ją wolną dawnych pęt, poniesie
Tchnienie ich, środkiem ciemnej łez otchłani,
Gdzie swoich dość i cudzych dość boleści. —
Aż wprost przy wschodnim ją kresie,
W który swym tęschnym wzrokiem tkwi, umieści!

Może żarliwe, namaszczone modły.
Zdołały wzruszyć Miłosierną Chwałę.
Może żałości ludzkich orszak łzawy!
Choć ich zbyt mało było, czy zbyt małe.
By swą zasługą, choć o włos odwiodły
Z ich niecofniętych dróg, Przedwieczne Sprawy.
Lecz Ten, co rządzi niebem Król Łaskawy,
Z:: Świętego Miejsca, kędy tkwi u Krzyża
Spojrzy, aż w piersi ze stali
Karolowego następcy rozpali
Zemstę, choć szkoda iż jest nie dość chyża,
Bośmy jej długie łata wyglądali!
A na sam głos mocarza, gdy swej lubej
Małżonce w pomoc się zbliża,
Drży Babilonia pewna swojej zguby!

Z brzegów Garonny aż do gór, od brzega
Rodanu, Renu, aż po słone wody,
Biegną pod znaki Krzyża zbrojne tłuszcze.
I w upragnieniu niebieskiej nadgrody,

Od Pireneów, kędy się rozbiega
Szlak w Aragońskie i Hiszpańskie puszcze,
I w stronę Anglii, w koło której pluszcze
Zimny prąd znany w Gadytańskiej stronie,
Aż do miejsc, gdzie brzmi godowo
Przenajświętszego Helikonu słowo, —
Przeróżne mowy, odzieże i bronie,
Do szczytnych dzieł w miłości się przyzową.
I jakaż świętsza, chwalebniejsza sprawa.
Bądź w żon, bądź w dzieci obronie,
W słuszniejszym gniewie do obrony stawa?

Jest część padołu, której w podział dano
Sniegi i szrony niemal w wieczne gości —
Tak tam daleko od słonecznej drogi!
Tam w skąpe dzionki skrytej w mgle światłości,
Wśród której śmierć jest rzeczą pożądaną,
Lęgną się wieczne spokojności wrogi.
Lud ten, w przystępie pobożności srogiej,
Ilekroć wściekle w mroźny miecz zadzwoni,
Turki, Chaldeje, i karci
Wszystkich, od których biorą pokłon czarci,
Ponad brzegami Morza krwistej toni,
Wtedy to poznasz jak są mało warci!
Nadzy, trwożliwą, zbitą, stając zgrają!
Nie ujrzysz miecza w ich dłoni,
Gdyż ciosy swoje wiatrom powierzają!

Teraz czas starej odjąć kark ohydzie!
Czas jest, by zdradnie nam kryjąca oczy
Została także wziętą precz zasłona!
I niech nam zabrzmi w uszach dźwięk uroczy
Rycerskich słów i męztwa, który idzie
Z nieśmiertelnego łaski Apollona!
Co mowa zacznie, pismo niech dokona.
Bo gdy Amfiona, bo gdy Orfeusza
Czynów, nikt niema za dziwa,[6]
Tem mniej, że syny swe, Italia tkliwa

Boskiej nauki głosem tyle wzrusza,
Że w jej obronie wręcz się miecz dobywa.
Bowiem przy prawdzie stoi ta pramatka;
Więc żadna rycerska dusza
Nie znajdzie godniej walczyć do ostatka!

Gdyś, wiedzy skarbów nigdy dość nie syty,
Przerzucać rad szacowne dziejów karty,
Od czego wcześnie duch ci w niebie tonie,
Wiesz, że od syna wilczycy rozżartej
Aż do Augusta, któremu w zaszczyty
Tryumfujące trzykroć kwitło skronie,
Rzym stawał chętnie w cudzych krzywd obronie —
Iż zawsze krew swą niezbyt wiele ceni!
Więc i dziś czyż mu jest wina,
Że krwią szafować w mądrą myśl poczyna,
By byli pomstą winni krzywd spłaceni,
Z pomocą Maryi Chwalebnego Syna?
I czyż myślicie: że się wróg wymyka
Od śmierci wśród krwi strumieni,
Jeśli Pan wzmacnia jego przeciwnika?

Wspomnij zuchwały zamach Kserksesowy,
Kiedy chcąc zgwałcić naszych ziem krawędzie,
Mostem znieważył dumne wód kotliny —
A licznych mężów zgon ci widny będzie,
I w łzach żałoby liczne Perskie wdowy,
I krwią spławione wały Salaminy.
I nie tej chwili wspomnienie jedynej,
W której nieszczęsny najazd wytracano,
Brzmi wrogom śmierci jak najwcześniej —
Lecz i Maraton, i śmiertelne cieśni
W których Leonid z garstką tkwił wybraną,
I tyle innych które znajdziesz w pieśni.
Ztąd wielce czas jest, przed zrządzeniem Bożem
Ugiąć i myśl i kolano,
Iż tak chwalebnych spraw doczekać możem!

O pieśni moja! leć w Italskie strony!
Ich brzegów oczom moim nie zakrywa
Morze, ni góra, ni rzeka,

I tylko miłość, której światłość żywa
Sprawia, żem tyle czarem jej olśniony,
Iż męztwo moje łez się nie wyrzeka.
Leć! lecz miłosnej nie rzucaj zabawy —
Bo pod lekkiemi zasłony
Legł Amor, równie ucieszny, jak łzawy. —



Canzona III.

Canzona ta nie podobna do odtworzenia w formie pierwowzoru (ma bowiem na dziewięć strof tylko siedm rymów) — z powodu właśnie tego, rymotwórczego wysiłku, miejscami mocno jest ciemna.

Żadna w tak żywe barwy się nie stroi,
Ni żadna tak piękna pani
Takich nie splata złotych pasm w warkocze,
Jak ta, co sprawia, iż się chętnie dla niej
Woli wyrzekam, i z wolności mojej
Dróg odciągnięty, jak cień za nią kroczę,
Znosząc jej jarzmo urocze.

Gdy rady sobie dać nie mogąc kiedy
Dusza żal do niej mieć będzie,
Iż zbyt jej ciężko pośród mąk zwątpienia —
To w rozkiełznanym wstrzyma ją obłędzie
Widok, co zawsze, wszystkie gorzkie biedy,
Wszystkie szalone żądz mych uniesienia,
W sercu mi w słodycz przemienia.

Jakbądź miłością miałem serce chore,
Cobądź wycierpieć mam jeszcze,
Nim je uleczy ta, co sama srodze
Wskróś je przebodła (choć nią myśl mą pieszczę!) —
Dziej się co zechce. Depcząc mą pokorę,
Błagam: by tylko gniew jej nie stał w drodze —
Bym wrócić mógł zkąd przychodzę.

Od dnia i chwili, kiedy w jej zrzenice
Utkwiłem wzrok mój jak w tęczy,
Gdziem się miłości! spotkał z twym rozkazem,
Poszło mi wszystko co mię w życiu dręczy —
I także od niej samej, w której lice
Spojrzawszy, kto nie struchlał, ten jest razem
Nieczułem drewnem i głazem.


Jakbądź więc oczy moje, w łzach mi toną
Od strzał, od których cierpienie
Po stronie serca najdotkliwsze bywa —
To przecięż woli mojej nie odmienię,
Gdyż prosto w oczy wyrok mi rzucono —
Z nich dusza tęschni, niech też dusza tkliwa
Z nich swoje rany obmywa.

Choć sam wbrew sobie staję w myślach srogi,
(Jak gdy w pierś własną z rozpaczy
Miecz ukochany grąży Dydo krwawa);
Jednak swobody nie chcę znać — niech raczej
Cierpię, bo nie znam prostszej w niebo drogi,
Ni też w pewniejszej łodzi się nie stawa
Tam, kędy króluje sława.

Wy, którym chwila brzask zawdzięcza owa,
Gdy Laura światu się iści,
Z duszy wam gwiazdy niosę cześć przewodnie!
Gwiazda to także. Jako laur wśród liści,
Swój kwiat czystości wiecznie świeżym chowa;
I zdala od niej tchnienia lub pochodnie,
Trawiące serca mniej godnie.

Chcieć poświęconym zostać wieszczeni dla niej,
By wielbić ją nieskończenie,
Dłoni, dość godnej dzierżyć pióro, niema!
Bo ni w pamięci ludzkiej znajść wspomnienie
Cnót tak rozlicznych, wdzięków tylu, ani
Wysłowić mową władzę, co oczyma
Serce w zamknięciu mi trzyma.

Pod słońcem niema nic w tak wielkiej cenie
Miłość, jak ciebie o pani! —



Sestina II.

U zielonegom dziewczę ujrzał lauru,
Bielszą i razem chłodną po nad śniegi,
Których od dawna nie tknął powiew lata.
I tylem sługą pięknej złotowłosej,
Iż mam i mieć jej będę pełne oczy,

Równie na szczytach gór, jak u wód brzega!
Nie prędzej stanę z myślą mą u brzega,
Aż gdy zieleni zbraknie liściom lauru,
Aż z sercem zmarłem, z obeschłemi oczy,
Ujrzę zmrożony żar, płonące śniegi.
Nie tak mą głowę liczne zdobią włosy,
Jak liczne na to radbym czekał lata!
Lecz gdy czas leci, uciekają lata,
Tak, że człek śmierci jednym tchem dobiega.
Bądź mając ciemne, bądź już białe włosy,
Ścigać chcę wiecznie cień słodkiego lauru,
Czy w skwar najtęższy, czy też w mroźne śniegi,
Aż ostateczny dzień mi przymknie oczy!
Nigdy w tak piękne nie patrzano oczy
Ni dziś, ni w wielce oddalone lata,
Topniejąc od nich, jak od słońca śniegi,
Zkąd wzdęty łzami strumień prosto zbiega
Do stóp pieszczonych okrutnego lauru,
Z sercem z dyamentu ze złotemi włosy!
Strach mię, iż pierwej zmienię twarz i włosy,
Zanim litośnie zwróci ku mnie oczy
Bóstwo z żywego wyrzeźbione lauru.
Gdyż, licząc ściśle, już siódmego lata,
Kres jest, jak błądzę od brzega do brzega,
Dniami, nocami, w burze, w skwar i w śniegi!
W sobie płonący, blady zaś jak śniegi,
Z tą jedną myślą, choć z innemi włosy,
Łkając, iść będę od brzega do brzega:
Że może litość zwilży kiedy oczy
Tej, co w tysiączne słynąć będzie lata —
Jeśli lat tysiąc kwitnąć liściom lauru.
O słońce lauru! Stop iskrzące śniegi!
O jasne włosy! W pomoc miejcie oczy!
Nim pchną mię lata Do wieczności brzega! —



Sonet 24.

Napisany w czasie, kiedy się Laura śmiertelnie rozniemogła. Poeta, w przewidzeniu dla niej Chwały niebieskiej najwyższej, mniema: że duch jej nie zatrzyma się na żadnej po drodze planecie. W tym względzie rozumuje stosownie do pojęć astronomicznych tamtoczesnych, które idąc za Ptolomeuszem, mieściły ziemię w samym środku systematu planetarnego, dalej zaś przypuszczały następny porządek: Księżyc, Merkurego, Wenus, Słońce, Marsa, Jowisza i wreszcie Saturna. Dalej istniała już tylko sfera gwiazd stałych.

Jej wdzięczna dusza, która tak bezwiednie
Przed czasem z śmiercią może wejść w przymierze,
Jeśli ma zastać nadgrodzona szczerze,
Na Niebie dary winna zyskać przednie,
Jeśli się w trzeciej wstrzymać zechce sferze,
To z jej zjawieniem jasność dnia poblednie.
Gdy chcąc jej wdzięki ujrzeć niepowszednie,
Dusz się wybranych orszak w koło zbierze.
Jeśli zaś słońca zwierzy się opiece,
Trzy pierwsze gwiazdy spełzną tak dalece
Jej jednej podziw przypaść ma i sława!
W piątej, gdzie srogi Mars do boju stawa,
Mieszkać nie zechce; lecz gdy wzięci dalej,
Z Jowiszem wspólnie będą królowali! —



Sonet 25.

Im bliższy jestem ostatecznej chwili,
Która niedoli ludzkiej kresem bywa,
Tem jaśniej widzę: jak jest rzecz pierzchliwa
Czas, i jak chytrze wszelką ufność myli.
Więc sobie mówię: — Cóż jest lepsze: czyli
Śmierć? czy też Miłość? — Ta, gdy serc ogniwa
Tak łatwo jakby nigdy nic rozrywa,
Śmierci się oddać pewniej jest i milej!
Bo z życia kresem pierzcha sen zwodniczy,
W którym zbyt długo dusza zostać życzy,
Łzy i uśmiechy, gniewy i tęschnoty.
I oto widzim poprzez tuman złoty:
Jak nikłe widma człowiek rad ugania,
I jak bywają rzeczą czczą wzdychania. —



Sonet 26.

Już się od wschodu z błogich żądz rumieni
Gwiazda, i także druga, co w Junonie
Zazdrość rozbudza, od północy płonie
Przedziwnie piękna w wieńcu swym z promieni[7]

Już bosa prządka krząta się po sieni,
I niecą ogień jej wywiędłe dłonie.
Już i kochankom serce spieszy w łonie,
Bowiem z zachwytu łzawo są zbudzeni.
W tem, z pośród zmierzchu, obraz jej uroczy,
Niezwykłą drogą w serce moje spłynie,
Gdyż sen i słodka boleść wzrok mi zmroczy.
O! jaką zmianę widzę w mej dziewczynie!
Zdała się mówić: — Mężnym cię uczynię —
Oto ci wolno patrzeć w moje oczy! —



Sonet 27.

Błaga o zdrowie dla Laury, plącząc ją jak zwykle, z wawrzynem. —

Apollo! jeśli trwasz w szlachetnej chęci,
Którąś Tessalskie rozpłomieniał zdroje,
I jeśli lube płowych splotów zwoje
Mimo lat prądu w żywej masz pamięci,
Od złego chłodu, którym wskroś przejęci
Drżemy, gdy skryte jest oblicze twoje.
Strzeż mi świętego Lauru, w który stroję
Skroń mą, i w którym twoja skroń się święci.
O! przez wspomnienie twardej doli onej,
Kiedyś sam pociech serca był spragniony,
W strute powietrze zdrowia wlej balsamy;
Niech wtedy dziwnym cudem oglądamy:
Siedzące w trawie dziewczę, sobie samej
Cień rzucające wdzięcznemi ramiony. —



Sonet 28.

Z myślami memi, sam przez puste pola
Idąc, krok ciężki i powolny stawię —
I gdzieby ludzkiej stopy siadu prawie
Nie znajść, źrzenice trwożnie się sokole.
I cóż dziwnego: że być zdala wolę
Od tych, co zewsząd siedząc mię ciekawie,
W mej próżnej pociech, pełnej łez postawie,
Łatwo rozpaczną, wyczytują dolę?
Już się mej nędzy odgłos, u wybrzeży,
Ponad strumieńmi, wśród gór, w puszczach szerzy,
Kędy przed ludźmi ból się mój ukrywa.

Lecz gdzież manowiec lub szlak tak jałowy,
Gdzieby mię miłość nie dognała tkliwa,
Pełnemi pokus wabiąc wciąż rozmowy? —



Sonet 29.

Gdybym mógł sądzić: że przez śmierć ugodzę
Myśl, co miłością serce mi przejada,
Zdawnaby w trumnę moja postać blada
Padła z brzemieniem co ją gnębi srodze.
Ale że nie wiem: czy w tej ciemnej drodze
Nowy nie czyha ból. czy nowa zdrada,
Gdy duch mój więcej wolą swą nie włada,
Przez pół zostaję i przez pół odchodzę.
Niechby, zawzięcie krwi niejednej chciwa
Ostatnim drgnąwszy ciosem już, cięciwa
Pierś mi rozdarła choćby jak najwścieklej!
Miłości, albo śmierci zwę Anioła! —
Oba mię w barwy swoje przyoblekli,[8]
Czemuż do siebie żaden mię nie woła? —



Canzona IV.

Zdala od Laury, w podróży po Francyi i Niemczech, co miało miejsce w r. 1331.

Nić mego bytu tak jest dziwnie krucha,
I tak ciężkie moje życie,
Że jeżeli dopuścicie,
Wkrótce u kresu drogi mojej stanę!
Odkąd, ocaleć pragnąc, Laurę skrycie
Odbiegłem w strapieniu ducha,
Jedna mi tylko otucha
Śmiertelną w sercu opatruje ranę
Mówiąc: — „jakbądź ukochane
Z oczu wzięto ci oblicze,
Duszo smutna! żyć ci życzę —
Może ci bliska przyszłość się przymili,
A nuż w lepszej kiedyś chwili
Miłości tkliwe zyskać masz zdobycze!“ —

Tą jedną myślą czas dość długi żyłem —
Pierzchła — i życie staje się niemiłem!

Bystro czas pędzi! gdyż wola tak tęga
Pcha go w pochodu igrzyska,
Że ani znasz, ile blizka
Śmierć jest, ku której szybciej mkniesz nad ptaki!
Ledwie u wschodu złoty promień błyska,
Aliści, spójrz! on już sięga
Przeciwnego widnokręga,
Zbiegłszy ku niemu zawiłemi szlaki.
Życia zawód krótki taki!
Wątłe moje człecze ciało
Tak już dziwnie ociężało,
Że gdy jak teraz, od uroczej twarzy
Dalekim być mi się zdarzy,
Niemogąc w skrzydła przybrać chęć zuchwałą.
Za nic powszednie ważę pocieszanie,
Ni wiem, jak mogę żyć w podobnym stanie!

Świat stał się smutny, odkąd mi odjęto
Te słodyczy pełne oczy,
Gdziem miał myśli mych uroczy
Klucz, gdyśmy w Bogu byli pojednani.
Wygnaniec nędzny! — dziś, czy sen mię zmroczy,
Czy z powieką odemkniętą,
Dawne tylko marzę święto;
Lecz, gdziebądź spojrzę, niema mojej pani!
Ileż gór, ileż otchłani,
Miejsc ile, jakby mogiłą
Światła moje przedzieliło,
Które ciemności duszy mej, przecudnie
W skrzące zmieniały południe,
Na to, bym marniał samych wspomnień siłą!
Gdyż iłem życie miał słoneczne wprzódy,
Tyle dziś cierpień, zmartwień w niem, i nudy!

Jeśli rozumem chłodzi się tęschnica,
Co we mnie wzięła początek
Dnia, gdym dla złudnych pamiątek

Dał z siebie lepszą część mej duszy całej —
Jeśli niedbaniem krzepnie żądzy wrzątek —
To, niż żebrać u jej lica
Strawy, która ból podsyca,
Raczej oniemieć chciałbym nakształt skały.
Lecz cóż z tego? — Jak kryształy
Nigdy na świat nie wyzioną
Innej barwy jak wrodzoną —
Tak i pociechy próżna, promienieje
Dusza, z siebie: to nadzieje,
To srogą słodycz której pełne łono
Zionąc przez oczy, kędy łzy migocą,
Szukając ulgi swojej dniem i nocą!

Dziwny — o! dziwny kochania sposobie!
Z którym chyba nieprzerwanie
Póki życia człek zostanie —
Tak mu rozkoszną żądzą jest katusza!
A jam z tych, którym słodkiem jest płakanie!
Więc bez mała życzę sobie,
By źrzenice moje obie
Łzami wzbierały, jak boleścią dusza.
Cóż dopiero, gdy mię zmusza
Pięknych oczu rozkaz luby,
Z którym w wieczne wszedłem śluby,
Który tak tkliwie słodzi moją nędzę!.....
A więc z całej duszy pędzę
W jak najmocniejszym bólu szukać chluby —
Niechaj wraz z sercem oczy cierpią srogo —
Pocóż miłosną pragną wieść mię drogą!

Słoneczne sploty, którym blasku przecię
Sam jasny dzionek zazdrości —
Jej wzrok pełen niewinności,
Lecz w którym błyszczą tak rażące strzały,
Że od nich w grobie człek przed czasem gości —
Wdzięczne słowa, jakim w świecie
Pewnie równych nie znajdziecie,
Które dar z siebie czynią tak wspaniały —
Jakże w lot mię odbieżały!

Nie, nie, wszelką krzywdę raczej.
Lecz tę jedną któż przebaczy,
Że pozdrowienie wzięto mu Anioła,
Który gdy błogo zawoła,
Prosto ku cnocie biegnie duch prostaczy?
Ztąd mię pocieszyć w smutku mym najpewniej
Zdoła to tylko, co do łez rozrzewni!

Bo jak nie płakać, gdy mi wiecznie pono
Wdzięczna postać jej jest wzięta,
I pieszczone jej rączęta.
I, czy to spojrzy dumnie czy się śmieje,
Rozkoszna oczu jej i ust ponęta,
I dziewicze śnieżne łono
W którem uczuć skarb złożono!
O! precz z mej drogi góry wy i knieje!
A nuż stracić mam nadzieję
Ujrzeć ją, nim w grób się schylę?
Próżno bowiem choć na chwilę
Chwiejnaby chciała kusić mię otucha!
Jam już zwątpił w głębi ducha:
Czym godzien tego w czem jest Nieba tyle,
W czem szczytnych myśli spoczął zbór wspaniały,
I kędy radbym mieć przybytek chwały?

Pieśni! gdy w lubej ustroni
Ujrzysz kędy dziewczę hoże,
Gdy swą dłoń, ku tobie może,
Od której tylem jest daleki, skłoni —
Nie waż się dotknąć tej dłoni —
Tylko w klęczącej powiedz jej pokorze:
Że mię u stóp swych wprędce będzie miała
Żywym, lub choćby tylko tchem bez ciała! —



Sonet 30.

Do Ursa (Orso) hrabiego Anguillary. Możny pan ten był wielkim przyjacielem poety. Za jego to powodem Petrarka uwieńczony został na Kapitolu.

Ursie! wszelakich precz wód wzdęte słoty,
Których się chętnie każdy brzeg pozbywa,

Precz gór i kniei leśnych gąszcz straszliwa,
Precz mgły, wśród których świat przepada złoty,
Precz w porównaniu wszelkie inne psoty
Biorące oczom ukochane dziwa —
Jak jest ten rąbek, co jej wzrok zakrywa
Zdając się mówić: — konaj ze zgryzoty! —
Czy przez wyniosłość, czy przez skromność działa,
Niemniej mi z tego boleść jest nie mała,
Którą przedwcześnie w grób się duch mój stoczy —
A jako zawsze dopiec mi umiała,
Tak dokuczliwie i dziś, dłoń jej biała
Łuską olśnienia padła mi na oczy! —



Sonet 31.

Tak mię cudnemi przeraża oczyma,
W których z miłością śmierci związek ścisły,
Że pierzcham od niej, jak łzami zachłysły
Dzieciak, gdy sądzi że karę otrzyma.
Lecz niema stromych skał, ni gór olbrzyma,
Gdziebym nie spotkał tej, dla której zmysły
W miłością wrzący szał mi się rozprysły —
Choć w głaz mię wryła, w którym mieszka zima.
Że mi nie zawsze szczęście jest jedyne
Zbliżenia szukać z tą od której ginę,
Czyż mi to liczyć za tak ciężką winę?
Bowiem w te miejsca wrócić z tak daleka,
W których zranione serce krwią ocieka,
Jest niemal próbą ponad siły człeka! —



Sonet 32.

Przedsięwziąwszy pogodzić zasady Platona z Pismami Ojców Kościoła, prosi jakiegoś przyjaciela, żeby mu użyczył dzieł Ś-go Augustyna.

Jeżeli miłość albo śmierć nie przetnie
Wątka w tej którą snuję dziś osnowie,
To sobie mimo trudów moc, stanowię
Dwoje prawd w jedną módz połączyć pletnię.
I tyle pracę moją uszlachetnię
Pół w starożytnem, pół w dzisiejszem słowie,
Że w Rzymie samym (choć drżę, gdy to mówię),
Wraz ją usłyszysz rozgłoszoną świetnie.

Lecz, iżby dzieło spełnić co najprędzej,
Błogosławionej brak mi nieco przędzy,
Którą kunsztownie Święty mędrzec mota.
Więc, przyjacielu! czemuż mojej chętce
Twa dłoń zazdrosna? Otwórz ją — a wprędce
Ujrzysz jak wdzięczna wyjdzie ztąd robota. —



Sonet 33.

Sonet ten wraz z dwoma następnemi stanowi tak zwany Łańcuch (catena), wiążący je nietylko ciągiem myślowym, ale i pewną plątanina rymów, niepodobną do odtworzenia w przekładzie. Treść tu jest taka. Laura nieobecną była przez dni dziewięć, w ciągu których panowała burzliwa niepogoda i tę poeta na karb nieobecności swej kochanki składa.

Gdy miejsc swej chwały krzew ten nie jest bliski
W którym Feb niegdyś uczcił kształt dziewiczy,
Gwałtownym Wulkan zieje tchem i ryczy,
Dla władcy Niebios kując chmur pociski!
Więc gdy deszcz z wichrem, szrony łącząc z błyski,
Z dwóch pór się związek splącze tajemniczy,
Spłakana ziemia pełna jest goryczy.
Iż dzień miłosne odjął jej uściski.
Wtedy rozsierdzon Czasu Bóg i Wojny —
Okrutnych dwoje gwiazd — i Orion zbrojny,
Żeglarzom biednym kruche rudle trzaska.
Tak się powietrza mści i wód niełaska!
Gniewna, wraz ze mną, że ją niebo dzieli
Z tą, w twarzy której topią wzrok Anieli. —



Sonet 34.

Ale jeżeli błogo uśmiechniona
Królestwo wdzięku wprędce znów owładła,
Władca Cyklopów próżno u kowadła
Z wysiłkiem będzie tężył swe ramiona.
Gdyż Jowiszowi znagła w dłoni skona
Błysk hartownego w Etnie klęsk wiązadła,
I wraz do życia wskrześnie wiosna zbladła,
W słonecznej świetli spojrzeń Apollona.
W tem od zachodu tchnienie się podrywa,
Z którem bez trudu morskiej szukasz drogi,
I wraz się kwieciem pocznie wdzięczyć niwa,
I gwiazd złośliwych pierzcha szyk złowrogi,

Spojrzawszy znowu w tę twarz ukochaną,
Z przyczyny której tyle łez wylano. —



Sonet 35.

Dziewięć już razy wzrok swój po błękicie
Słoneczny wysłał Bóg, chcąc od tej wieści,
Która się wiecznie w jego sercu mieści,
Której ktoś drugi także oddał życie.
I tak badając: w jakim nowym bycie
Swój przed nim schronić mogła wstyd niewieści?
Był jak człek, co to popadł w szał z boleści,
Iż go najmilsza odbieżała skrycie.
W tych troskach widzieć nie mógł, na uboczy
Stojąc, powrotu pani mej uroczej,
Której dopókim żyw niech będzie chwała.
Lecz, że i ona łzawe miała oczy.
Stało się tedy, że przyroda cała
Rzewnemi łzami także się spłakała. —



Sonet 36.
Do Laury.

Mąż co w chciwości ujarzmienia świata,
Krwią się nie wahał bratnią zbroczyć dłonie;
O Pompejusza gdy zasłyszał zgonie,
Wielce bolesną była mu ta strata.
I nawet pasterz, który zmógł Goliata,
Ciebie niewdzięczny płakał Absalonie,
I nad nieszczęsnym Saulem w łzach utonie,
Gdzie Gelboe góra piętrzy się zębata.
Tylko ty piękna, którą, ni blednąca
Współczuciem litość, ani w złość obfita
Miłość, łuk ciągnąc, wzięła wstępnym bojem,
Nic nie dbasz o to: żem jest od tysiąca
Śmierci dręczony. Nikt łzy w oku twojem,
Gniew tylko każdy i pogardę czyta. —



Sonet 37.
Do Laury.

Zwierciadło, w którem zwykłaś patrzeć pani
W twe oczy, z których patrzy niebios chwała,

Sprawia, żeś własną piękność pokochała.
Co ni dla ziemi jest, ni ziemia dla niej.
Ono zazdrością taką ku mnie pała,
Żem z jego sprawy, najnieubłaganiej
Ani przy tobie godzien istnieć, ani
Choćby w twem sercu duchem żyć bez ciała.
Tyle cię w pychę wzbija obraz luby,
Że to nie może dziać się bez mej zguby,
O dziewczę! wstrętne miłosnemu słowu!
Lecz los Narcyssa niech ci w myśli stawa —
Strzeż się podobnej doli!... Tylko znowu,
Gdzież godna mieścić taki kwiat murawa? —



Sonet 38.

Sonet, ten nierównie jeszcze dziwaczniejszy w oryginale (i z tego powodu, raczej go nawet parafrazowałem) zdaje się być w związku z poprzednim.

W złocie i w perłach szat wzorzystość płocha,
Z powodu której zazdrość w sobie żywię,
Oby, wraz z kwiaty, mogła gdzieś na niwie
Poledz snem szronu — grobowego śpiocha!
W dni moje troskę wplotła śmierć macocha,
Serce mi łzami wzbiera wciąż dotkliwie,
Odkąd, w źwierciadeł chcąc się widzieć szkliwie,
Pani się moja sama w sobie kocha!
Ich zimny połysk, w ustach jej lutnisty
Mrozi pieśń, która próżno za mną błaga,
Gdyż wiecznie wstrętu chłoszcze ją zniewaga.
Snadź z wód otchłani ściętych w lód, ich szklisty
Wierzch, niepamięcią podlany ochłódłą:
Że z nich przedwczesnej śmierci tryska źródło! —



Sonet 39.

Już nożem śmierci zdała się być tknięta
Mojego życia nić w jej ręku złota,
I gdy się duch mój przeciw temu miota,
Jakbądź to droga do wiecznego święta,
Żądzy mej twarde precz odjąłem pęta;
Niech choćby błądząc szuka łask żywota —
Alić, jak widzę, ciągnie ją tęschnota
Tam wrócić, kędy lepsze dni pamięta.

Ja się ociągam trwożny idąc za nią,
Bowiem mię znowu stawi przed mą panią,
W której spojrzeniu widzę postać własną!
I oto — póki oczy te nie zgasną,
Dopóty życia we mnie. Wśród mej biedy
Niech nmrę[9], jeśli zwątpię o tem kiedy!—



Sonet 40.

Jak żar, nie gaśnie żarem, ale pała,
Jako strumieni nie wysuszą deszcze,
Tak drugim sobą duch się zdwaja jeszcze,
Choć i nie jedno przeciwieństwem zdziała.
O ty! co sprawiasz nieraz, iż dwa ciała
Jedne miłosne przebiegają dreszcze,
Powiedz: od męki którą w sercu pieszczę,
Czemu mi jednak rozkosz tak niecała?
Jak Nil, przez progi rwący się z łożyska,
Jękiem piasczyste napełniwszy głusze,
Słońcu kurzawę mokrą w oczy ciska —
Tak ja, jakkolwiek śmierć mi z tego bliska,
Wezbraną łzami niosę w otchłań duszę,
I choćbym naprzód nie chciał iść — to muszę! —



Sonet 41.

Od kłamstwa zawsze strzegąc cię surowo
I w czci chowając, słusznie się dziś żalę,
Że za to wszystko, nie wdzięcznością, ale
Zdradą mi czarną płacisz chytra mowo!
Gdyż ile razy w pomoc cię przyzową
Nadgrody błagać, to w obłędnym szale
Chłodno mię bronisz lub mniej doskonale,
Jak człek co przez sen marne prawi słowo.
Tymczasem, w ciszy nocnej, boleść łzawa,
Gdym jej niechętny, chętnie przy mnie stawa,
A gdy jej szukam, to się indziej zwraca.
Też ulga z westchnień, gwałcąc zwykłe prawa,
Ku mej pomocy śpieszyć omieszkawa —
A jednak w sercu nieustanna praca! —



Canzona V.

Napisana w podróży do Hiszpanii około r. 1337, jak zdaje się świadczyć wiersz 13-ty czwartej strofy.

Podczas gdy niebo u zachodu pała,
Unosząc z sobą dzień, którego czeka
Stęschniona ludność na przeciwnej sferze,
Przez puste pola, wlokąc się zdaleka,
Pątnica strachem zdjęta i zgrzybiała,
Gdy coraz szybsze kroki przedsiębierze,
W duchu się modli szczerze,
By, nim się dzień dopali,
Ujrzała w mglistej dali
Strzechę, pod której gościnnemi szczyty
Schroni obawę swą i trud przebyty: —
Ja tylko jeden żegnam wraz z nadzieją
Dnia schyłek, gdy błękity
Wieczornym zmierzchem zwolna posępnieją!

Gdy słońca krąg się płomienisty skłania
Dać miejsce nocy, a od gór się łamie
Cień, od którego pada zmrok w parowy,
Motykę wieśniak bierze na swe ramię,
I słów się raźnych jąwszy i śpiewania,
Idąc, wyprząta sobie troskę z głowy.
A wchacie, stół dębowy
Już zastawiono żwawo,
Podobną do tej strawą,
Z jakiej się w Złotym Wieku uczta składa.
Tak się uciechą płaci troska blada
Prócz mnie, każdemu; — gdyż mi i tęschnica
Wciąż i bezsenna biada,
Czy światło słońca lśni czy blask księżyca!

Wiedząc, jak słońcu meta już jest bliska
Płomienistego w dali gdzieś mieszkania,
W ślad za czem, w stronie wschodniej zmierzch zapada,
Na nogi wstaje pasterz i zagania
Łagodnie, ponad zdrojem, u pastwiska,
I po zaroślach, rozpierzchnięte stada;
I gdy noc padnie blada,

W szałasie lub w jaskini
Z mchu sobie łoże czyni,
Na którem zasnąć troski ma jedyne.
Mnie tylko biada! Nawet w tę godzinę,
Ja za okrutną moją trwam w pogoni!
Przez nią przedwcześnie ginę —
A ona jednak wciąż odemnię stroni!

Żeglarz, z dnia schyłkiem, gdzie się bądź zatrzyma.
Wie: że na twardych deskach swe powierzy
Członki okryciu z chropowatej skóry.
Lecz mnie (niech nawet morzem gdzieś w bezbrzeży
Pędzę, Hiszpanię mając za plecyma,
Cieśń Herkulową, Maurytańskie góry.
Słowem ląd cały, który
Ludzi i pełen źwierza
Snem troski swe uśmierza) —
Cierpień upartych nie kończy się wątek; —
Owszem, dręczących z każdym dniem pamiątek,
Ni żądz mych, ulgi nie łagodzą żadne
Blisko już lat dziesiątek,
I co mię zbawić zdoła — ani zgadnę!

I chociaż los mój ze mną jest w rozejmie,
Toż widzę, jak z dnia schyłkiem, nawet wraca
Wół uznojony pić u wód przezroczy;
A ze mnie, ciężka mych udręczeń praca
Wraz z jarzmem dziennem, czemu się nie zdejmie?
Gdyż dniem i nocą łez mam pełne oczy.....
Biada mi! od uroczej
Chwili, gdym twarz jej boską
Z mą wieczną ujrzał troską —
Bo mi się w duszy piętnem żądz wyryła —
Zkąd już ni przemysł żaden, ani siła
Jej mi nie weźmie póty, aż przemożna
Nie skryje mię mogiła —
Choć wątpię, czy i tej zawierzyć można!

O pieśni! jeśli gwoli
Upartej mej niedoli
Ze mną cię los zespoli,

Choćby ci zginąć przyszło w niepamięci,
Niech cię niczyjej chwalby głos nie nęci;
Dość ci, gdy w sobie zechcesz wspomnieć czule:
lleśmy wskroś przejęci
Tej skały chłodem, ku której się tulę! —



Sonet 42.

W pierwowzorze mocno dziwaczny. Igra tu poeta jak zawsze przemienieniem Dafny w drzewo laurowe, a zarazem własnościami słonecznemi, udzielonemi jej przez Apollina. Ku końcowi mówi znowu o Atlasie, zapewne pod świeżem wrażeniem odbytej tylko co podróży do Hiszpanii. Zdaje się: że opiewa tu pierwsze widzenie się z Laurą po powrocie z tej wycieczki.

Tak mię przeszyła blaskiem swych promieni
Światłość, co zdawna oczy mi olśniewa,
Że jak ją niegdyś, tak mię dziś, w kształt drzewa —
Tylko co wieszczy pieśni Bóg nie zmieni!
Lecz, byśmy w jedno mogli być złączeni,
Ja i urocza ze mną Lauru dziewa,
Tego się od niej duch mój nie spodziewa!
Więc obym stał się jednym z tych kamieni,
Co to udają postać bólem zbladłą,
W której się serce z przerażenia skupi
W jaspis, ceniony przez tłum chciwców głupi —
Takby mi ciężkie jarzmo z karku spadło.
Gdyż dziś zazdroszczę temu, co plecyma
K’Maurom przyparty, świat na barkach trzyma! —



Ballata III.

Nie tak zapewne Dianę swą ukocha
Akteon (gdy ją ujrzeć bez ubrania
W kąpieli chłodnej chęć go skusi płocha) —
Jak ja pasterkę, co jak leśna łania
Drżąc, biały rąbek prała rączką białą,
Który złotawe sploty jej osłania —
Tak, że choć dla niej niebo w krąg gorzało,
Mnie chłód miłosny wskroś udręczył ciało. —



Canzona VI.

Na cześć Mikołaja (Cola) da Rienzo, zachęcając go do odtworzenia dawnej świetności Wiecznego Miasta.

Szlachetny duchu, który władasz dziatwą,
Wśród której życia raczysz stać gospodą,

O! wielce zacny, coś się jął buławy
Do której tylko dzielne czyny wiodą,
(Laska to, którą Rzym pasterski, łatwo
Z manowców lud swój zwie ku drodze prawej) —
Ku tobie zwracam pieśni mej zabawy!
Bowiem gdzież indziej cnota dziś lub chwała?
Srom znającego gdzie dziś znajść człowieka?
Italia nasza czegóż dłużej czeka?
Czyżby już własnych cierpień znać nie miała
Bezczynna i osowiała?
Snemże jej grobu spać? i niktże z ludzi,
Choćby za włosy wziąwszy ją, nie zbudzi?

Wątpię, czy kiedy gnuśne rzucić łoże,
Głos ją czyjkolwiek kiedykolwiek skłoni,
Tak jest zgnębione jej bezwładne ciało!
Ztąd nader słusznie, w dzielną moc twej dłoni,
Co jedna wstrząsnąć je i dźwignąć może.
Rzym, głowę naszą, przeznaczenie dało —
Więc w włos szanowny palce zapuść śmiało,
I sprzęgnij w jedno sploty rozpętane,
Byś skrzepił niemoc hartem woli męzkiej!
Ja, którym krwawo jej opłakał klęski,
Przy tobie jednym całą duszą stanę —
Bowiem jeśli ród zwycięzki
Wzrok kiedy wzniesie ku swej własnej części,
Za dni twych tylko rzecz się ta obwieści!

Mury odwieczne, przed któremi cały
Drży świat, gdy spojrzy w przeszłość z mglistej dali,
Choć w grozie owej miłość mięszka na dnie —
Wśród których murów długi czas bywali
Tacy, co chyba łaknąć będą chwały
Wtedy dopiero, aż świat w gruzy padnie —
Słowem, co tylko, zmarłszy, śpi bezładnie,
Przez ciebie w niebo znów uniesie głowy!
O Scypionowie, Rzymu wierne dzieci!
Wiedzcież, iż waszych cieniów głos doleci:
Że się następca znalazł wam gotowy!
Toż i duch Fabrycyuszowy,

Gdy go obwieje wieść ta znamienita,
Rzym nasz znów dawnym Rzymem swym powita!

I jeśli kędy sprawiedliwość gości,
Każdy, kto w niebo idąc, tu zostawia
Proch swój, wraz zemną błaga cię: byś zbliska
Rzecz opatrzywszy, skarcić chciał bezprawia
Co nam zaparły wrota Łask Miłości.
Toż one wiodły w błogie dusz siedliska!
A dziś, wściekłością gdy się pięść zaciska,
Są gniazdem zbójców, których jak zwierzęta,
Gdy im się prawych wygnać ztamtąd zdarzy,
Wpośród obdartych z boskiej czci ołtarzy,
Nad miarę wszelką brudna chuć rozpęta.
O cóż za zgroza zawzięta!
Toż w dzwony brzmiące bije pomsta sroga,
Któremi indziej ludzie wielbią Boga!

Tłum kobiet łzawych, słabe niemowlęta,
Bezsilne starce, i ci, co w ponurym
Celu, od świata zbiegli jak najdalej,
Zakonni bracia wszelkich barw, i którym
Wśród tych kolei twardych precz jest wzięta
Otucha wszelka: — „Któż nas, kto ocali,
Jeżeli nie ty panie nasz!“ — wołali,
I przy tej skardze łzy tak gorzkie ronią,
Że ból w najdzikszem wzbudziłyby łonie.
Tak jest — spójrz w boski gmach ten, który płonie —
Dość żagwi kilka zgnieść tam silną dłonią,
A wnet ku ziemi się skłonią
Brudnemi dymy żądze rozgorzałe —
I czyn twój w niebie wieczną zyska chwałę!

Wrogów ludzkości czerń nieprzyjacielska,
W kolumnę naszą świetnie marmurową[10],
Raz wraz waliła ostateczną stratą;
Aż stał się wreszcie Rzym spłakaną wdową,

Która cię błaga: byś wyplenił zielska,
Zdolne jedynie kwitnąć jej kolczato.
Bowiem, już więcej niż tysiączne lato,
Jak owi dzielni w przeszłość są wgrzebani,
Co ją ku dawnej chwale wydźwignęli.
Więc nowy, nazbyt butny ród, jeżeli
Szanować nie rad matki swej a pani,
To ty chciej mężem być dla niej!
Tego też Święty ojciec jej zdaleka
Z twoich jedynie rąk z ufnością czeka.

Rzadko los wzniosłym przedsięwzięciom człeka,
Rad jest, gdyż owszem, rzadko nawet bywa
By im na wstręcie nie stał najzawzięciej.
Lecz ty, idź śmiało! z tobą moja tkliwa
Chęć, co win wszelkich odkupienia czeka,
I w drogę — wierz mi — szczęście ci się święci!
Gdyż, jeśli kiedy za ludzkiej pamięci
Śmiertelnikowi droga się usłała
Ku nieśmiertelnym szlakom, to jedynie
Kiedy zamierzył w świetnym dźwignąć czynie
Dostojną władzę, — i zważ: cóż za chwała,
Gdy ziemia wyrzeknie cała:
„Strzedz jej młodości innym dano było —
Ten ją przy schyłku wstrzymał nad mogiłą!“

Pieśni! jeżeli na Tarpejskim grzbiecie
Czczonego z cnót swych w Włoskiej ziemi całej,
Spostrzeżesz wreszcie rycerskiego człeka,
Powiedz mu: tak ci mówi ten, co przecię
Zdawna kochankiem jest twej dzielnej chwały:
— Rzym wielki na ciebie czeka!
On, łez dziękczynnych pełne mając oczy,
Od siedmiu wzgórków swych ku tobie kroczy! —



Ballata IV.

Przepełniona niezrozumiałemi już dziś alluzyami, i z tego powodu mocno ciemna.

Żem na jej twarzy słodkie ujrzał piętno,
Więc mi Pasterka wolne serce wzruszy,

Tem, czem mu każda inna była wstrętną.
Lecz gdy się za nią wśród zacieni czaję,
Grzmiący mi zdala głos przeraził uszy:
— Niestety! tędy droga wprost w rozstaje! —
Co tchu się wtedy pod cień buku chronię.
Tam zaś, gdy dumam, wskroś mię zdjęły dreszcze
Nad zgubą własną: więc zaplótłszy dłonie
Wróciłem nazad — póki pora jeszcze. —



Ballata V.

Płomień, com mniemał że go już stłumiły
Chłodniejsze tchnienia i lat rwista fala,
Znów srogą mękę w duszy mej rozpala.
Nie całkiem, widzę, zbył pożerczej siły,
I pod popiołem iskra gdzieś tlejąca
Znów klęski wznieca, które bodaj były
Coraz choć lżejsze! Toż od łez tysiąca
Które przez oczy serce z siebie strąca,
Tym ogniom co mię trawią nie od wczora
Do samej rdzeni zgasnąćby już pora!
Wiecież, o drodzy moi! czem się stawa
Że mi z własnemi skłócić się oczyma?
(Spóźnionych pociech oto korzyść łzawa!)
Tak jest — Amora sprawka to ojczyma —
On tak zdradziecko w swych mię siatkach trzyma.
Że gdy już uciec zbieram kroki rącze.
Znów mię widokiem Laury mej oplącze. —



Sonet 43.

Mowa tu o jakiejś chybionej schadzce.

Jeśli z trawiącą serce żądzą ciemną
Licząc się, własny duch mię mój nie myli,
To właśnie dziś się doczekałem chwili,
W której zlitować miano się nademną.
Alić na niebie tyle chmur! Daremno
Do ust się owoc pożądany chyli —
Ryk Lwa grzmi w dali — a ja nie wiem, czyli
Zdołam tej klątwy zwalczyć moc tajemną?
Niestety! wątpię. Za to wierzyć muszę.
Że mi tem mocniej chcąc udręczyć duszę,
Ku tej mię zdradnej Amor wiódł otusze.

Gdyż pomnę, com ja czytał gdzieś w tej mierze:
Że aż do chwili ostatecznej, szczerze
Szczęśliwym, człek się nazwać niechaj strzeże. —



Sonet 44.

Kiedyż mi kiedyż mieć uszczęśliwienie?
Nadzieją pierś mi coraz żądniej płonie,
A ja strapiony próżno sięgam po nie,
Gdyż niemal z rąk już pierzcha mi szalenie.
Prędzej śnieg w czarność i w gorąco zmienię,
Na górach prędzej morskie rykną tonie,
I prędzej słońce zajdzie w owej stronie
Zkąd Eufrat z Tygrem rwiste grzmią strumienie —
Niżeli spokój znajdę, i niżeli
Miłość i Laura zmienią obyczaje,
Gdyż się we dwoje zgubić mię spiknęli,
Tak choć niekiedy ulga mi się staje,
Gorzką w słodyczy swojej jest jałmużną,
A innej łaski czekać ztamtąd próżno. —



Sonet 45.

Przesyłając komuś w darze dwie poduszki: większą i mniejszą — oraz kubek. Z treści Sonetu przypuszczać się godzi: że tu idzie o jakieś pociechy po zawodzie miłosnym owego przyjaciela.

Twarz którą boleść łzami poorała,
Na tej poduszce złóż mój drogi panie,
I skąpszym siebie bądź, niech wstyd się stanie
Tej, która sługi swe zbladłemi działa.
Mniejszą zaś, przyłóż ku tej stronie ciała
Gdzie od strzał serce krwawi nieprzerwanie,
Byś z sobą samym skończył bojowanie,
Gdyż krótki czas jest, droga zaś niemała.
A z kubka krople wychyl czarownicze,
Których gdy w słodycz przejdą ci gorycze,
Z serca myśl wszelka pierzchnie nie wesoła
Poczem, jeżelim nie natrętny zgoła,
W tem samem sercu ja zamieszkać życzę,
Niech śmierć mię nawet z niego wziąść nie zdoła! —



Ballata VI.
Do Laury.

Jakbądź mi Lauro z twojej woli wzięto
Oblicze twe ukochane —
To niemniej zawsze twoim ja zostanę.
W splotów mię bowiem twych słoneczne pęto
Amora wplątała zdrada,
A w oczy srogość dano ci zawziętą,
Co mi wskroś serce przejada,
I blask przy którym jasność dnia jest blada —
Tak, że o twojej postaci
Myśląc, samego siebie człowiek traci.
Teraz, gdy z własnej, srogiej twej podniety,
Rozbrat z widokiem twym biorę,
I z braku światła oczu twych — niestety!
Serce mi staje się chore —
Jakbądź to nie źle bywa umrzeć w porę,
Powiedz — wszak jeszcze zbyt rano.
By mię z męczarni życia wywikłano? —



Sonet 46.

O! wdzięczny krzewie, który lat już tyle
Czczę, iż mi cień twój być przychylnym raczy,
U stóp którego, duszy mej prostaczej
Tak długo kwitły błogich złudzeń chwile —
Toż dziś, zbudzony nagle a niemile
Wiem, żeś inaczej mógł, a chciał inaczej;
Więc czyż być może dziwnem, że w rozpaczy,
O smutnej doli mojej mówiąc, kwilę?
Co też powiedzą tacy, co słyszeli,
Żem dawniej szczęścia głosił hymn, jeżeli
Dziś zmienność Lauru pieśń mą onieśmieli?
Ha! niech go świata sądzi Pan! Toż przecię
Nie wprzód się wieńczyć w jego liść poecie,
Aż znów go dawnym sobą spostrzeżecie. —



Sonet 47.

Sonet ten, w dziełach Mickiewicza, jest parafrazą, nierównie piękniejszą od pierwowzoru.

Święć się rok, miesiąc, dzień, i bądź mi święta
Godzino, chwilo tego dnia, a dla niej

Święć mi się miejsce, gdzie mię moja pani
W niewolę słodką swem spojrzeniem spęta!
Święć się tęschnoto, coś jest w pierś mi tchnięta,
Odkąd z Miłością w jednośmy zbratani,
I ty cięciwo, której pocisk rani
Tak, że go dusza wieczny czas pamięta!
Święćcie się ust mych słowa! W was ja przecię
Rozniosłem dźwięczne imię jej po świecie,
Tęschnoty własne, żądze, boleść łzawą!
Święćcie się rymy, z których za jej sprawą
Sławy nabyłem — wreszcie myśli moje,
Które wyłącznie Laurą niepokoję! —



Sonet 48.

Napisany w Wielki Piątek 1338 r, jak świadczy pierwszy wiersz pierwszej tercyny (por. Sonet 3-ci).

Och! Ojcze Niebios! z jakąż życia stratą,
W bezsenne noce, w pośród żądz zamieci,
Miłość w mem sercu Laury postać nieci,
Jak Amor piękną — lecz jak on skrzydlatą!
Och! proszę wreszcie — weź mię ztąd! Niech za to
Coś godniejszego w duszy mi rozświeci,
I gdy niewdzięczna puste znajdzie sieci,
Niech wstyd jedyną będzie jej odpłatą.
Już jedenasty bowiem rok przepływa.
Jak mię w swej mocy ma, nielitościwa,
O wiele sroższa od najsroższych ludzi!
O panie! los mój niech Twą litość wzbudzi!
Myśl zbłąkanego z Sobą weź w błękity —
Jak uczyniłeś niegdyś na krzyż wbity! —



Ballata VII.
Do Laury,

Spostrzegłszy bladość, którą już katusze
Śmierć zwiastowały w całej mej postawie,
Litością zdjęta, raczyłaś łaskawie
Spojrzeć, czem we mnie zatrzymałaś duszę.
Więc że mi jeszcze życia śmierć nie bierze,
Twoich to oczu, co spojrzały w porę,
Wdzięczna jest sprawa; a ja, pomny o niej,

Widocznie z rąk twych istność moją biorę,
I jestem niby twe domowe źwierzę,
Które się pann swojemu nie broni —
I serce moje trzymasz w twojej dłoni —
A jak tak wdzięczny jestem twej opiece.
Że radbym sobą nie być — tak dalece
Twą wolę wszelką kochać chcę i muszę! —



Sonet 49.
Do Laury.

Jeśliby Lauro wzgarda twa dotkliwa,
Czy to surowo — słodko — czy namiętnie —
Czy (jak to wiecznie rymem upamiętnię)
W jakibądź inny sposób, który zrywa
W miłości świętej spojone ogniwa,
Z mej piersi wziąść cię chciała, w której tętnie
Królujesz zdawna; — wtedy przyznam chętnie,
Że się tak stało, jako zwykle bywa,
Gdy krzew cudowny w płonnej sobie grzędzie
Przykrzy, i przeto wcześnie trzeba będzie
Radzić, by ztamtąd indziej został wzięty.
Ale ponieważ los ci twój zabrania
Gdzie indziej mieszkać; — zamiast więc kochania,
Miej dla mnie pani choć mniej silne wstręty. —



Sonet 50.

Niestety! jakżem działał nieroztropnie
W dniu, w którym Amor, w pierś mi dawszy ranę,
W ziemię mi członki wdeptał popętane,
Na swej stolicy górne dążąc stopnie!
Czyż mogłem sądzić, że swej zemsty dopnie?
Lub że bezbronnym w moc mu się dostanę?
Lecz słusznie cierpię twardą losów zmianę —
Pocom swym siłom ufał zbyt pochopnie?
Próżno z Mocarzem takim grać w rycerza!
Czy jednak wróg mój na tem poprzestanie —
Czy jeszcze srożej pastwić się zamierza?
Już nie o litość, mój zwycięzki panie
Błagam cię! — tylko, gdy ci z tego chwała,
Niechby i Laura swój w tem udział miała! —



Sestina III.

W powietrzu ciężkiem zwieszone obłoki,
Zimnemi zewsząd uciśnięte wichry.
W ożywcze zrazu skraplają się deszcze —
Alić po drodze, z przeziębłych strumieni,
Nim zieloności dotkną wśród doliny,
Śnieg się wytwarza, szron i skrzepłe lody.
Tak w mojem sercu, zwolna w śnieżne lody
Krzepną posępne myśli mych obłoki,
Kiedy w Wokluzie błądzę, wśród doliny,
W którą szalone zewsząd bijąc wichry,
Ścinają w biegu rwiste wód strumienie,
Nad miarę wzdęte przez jesienne deszcze.
Lecz gdy szron krzepki spłuczą ciepłe deszcze,
Gdy maj tchem wonnym dmuchnie w śnieg i lody,
By tem wspanialsze stały się strumienie —
Gdzież tak zawzięte w wiatrach znajść obłoki,
Lub tak uparte wśród obłoków wichry,
Coby nie pierzchły z uroczej doliny?
Ach! ale dla mnie, wśród ziemskiej doliny,
Wiosenne tchnienia i ożywcze deszcze
Próżno łagodzą zimnem tchnące wichry!
Gdyż w sercu Laury tkwią tak twarde lody,
Że ani słońcem grzane wskroś obłoki,
Ani ich: stopią wrzące łez strumienie!
W chwili gdy rwiste pędzą w dal strumienie,
Po drodze kwiaty gubiąc wśród doliny,
Niechby i groźne w oczach jej obłoki
Chciały się także w łez rozpłynąć deszcze —
Wtedy — z jej serca precz zawzięte lody!
I wtedy tęschność mą roznieście wichry!
O! w każdym razie święćcie mi się wichry,
Za których sprawą Wokluzy strumienie
Zimowe z sobą precz uniosły lody!
Gdyż mi cień wtedy wykwitł wśród doliny,
Pod którym, ani słońca skwar, ni deszcze,
Ni wzdęte gromem trwożą mię obłoki.
Z tobą obłoki, z tobą wonne deszcze,
Srebrne strumienie; — lecz szalone wichry
I mroźne lody, precz mi z mej doliny! —



Sonet 51.

Opiewa w nim (być może w drodze do Rzymu), wypadek, w którym o mało nie postradał życia. Stało się to podobno w r. 1335.

Na zgubnym lądzie, gdzie Tyrreńskie tonie
Z wiatrem szalone wiodą wciąż rozprawy,
Laur mi się zjawił dumny ze swej sławy,
Ku czci którego pieśń nie jedną dzwonię.
Ku niemu miłość wiodła mię, w mem łonie
Wspomnień uroczych budząc orszak łzawy —
W tem niebacznego, skryta wśród murawy
Tylko co przepaść żywcem nie pochłonie.
Wraz się cofnąłem. Zrazu żal mi było,
Żem mych nadziei niespełnionych tyle
W przedwczesnej znagła złożyć mógł mogile —
Lecz wprędce rzeczą godną mi zdało
Miłości mojej wielkiej, żem o mało
W sam czas nie spoczął dla niej pod mogiłą. —



Sonet 52.

Czasu pobytu swego w Rzymie, podobno w r. 1336.

Powagę grodu odwiecznego świętą
Wspomniawszy sobie w mej nieszczęsnej toni,
Myśl mię pobożna w niebo spojrzeć skłoni,
Kędy mi skruchy wrota odemknięto.
Aliści w walkę wszedłszy z tą ponętą,
Pokusa dawna znów mi w ucho dzwoni:
— Laura cię twoja woła — wróć się do niej —
Znajdziesz ją właśnie słodko uśmiechniętą. —
A mnie, wśród dwóch tych sprzecznych sobie chęci,
To jedna nęci, to znów druga nęci,
I tak z kolei jestem którejś sługą.
A żadna ze mną nie chce gościć długo —
I między sobą walczą bez pamięci —
Lecz czy, i kiedy, zmoże jedna drugą? —



Sonet 53.
Do Laury. Po powrocie z Rzymu.

Że więc przy tobie przezornością żadną
Ni się pokorą jakąbądź ocalę,

Przyszło mi na myśl odejść sobie wcale —
Sądząc, że ze mną złości twe przepadną.
I jak zuchwały żeglarz, choć mu zdradno,
Na morzu pełnem, przez nieznane fale
Szukając lądów, nie dba, że w zapale
Nim w przystań wpłynie, wprzód pójść może na dno —
Tak jam się tobie wymknął, i zawzięcie
Z wichrami walcząc, po złych wód odmęcie
Nadzieję miałem wpłynąć w przystań ciszy.
W tem takie słowa duch mój w sobie słyszy:
— Z twem przeznaczeniem walczysz próżno człecze —
Któż mu sprzeciwi się lub kto uciecze? —



Canzona VII.

Każda strofa tej Canzony kończy się wierszem zaczynającym najulubieńsze pieśni z owych czasów. Pierwszy jest własnością Arnalda Daniela Prowanckiego Truwera, drugi Gwidona Cavaleanti, trzeci Dantego, czwarty Cino da Pistoja, i wreszcie ostatni samego Petrarki.

Biada mi! nazbyt w pole mię wywiodły
Zdradzane tyle razy już nadzieje!
I gdy się płocha z cierpień moich śmieje,
Poco mi niebo trudzić memi modły?
Lecz jeśli ujrzeć miałbym — co daj Boże —
Pociechy błysk, nim w grobowiec
Strudzone ciało położę,
To błagam — Lauro, raz mi wreszcie powiedz,
Przyjaznym głosem krasząc uśmiech boski:
„Spiewaj mój wieszczu i zbądź wszelkiej troski!“

Tak — śpiewać pragnę. Lecz że od lat wiela
Nie znając pociech dusza we mnie kwili,
Nie wiem, czy zdołam pieśniom mym w tej chwili
Po przez łzy, uśmiech dać za przyjaciela.
Więc gdybyś twemi raczyła oczęty
Do pieśni wyzwać mię czule,
Mniemałbym żem w niebo wzięty,
I żem kochanków królem po nad króle!
Cóż gdyby wyrzec zdjęła mię odwaga:
„Czegom sam życzył — ona o to błaga!“

Lecz darmo! Za nic najwznioślejsze słowa
Z duszy wam brane, błędne żądze moje!
Gdyż Laura, serce w twardą sobie zbroję
Zdobiąc, do wszelkiej wzgardy jest gotowa;
Ani też raczy zniżyć myśl dziewiczą
Ku moich skarg cichej pieśni,
Czego i nieba nie życzą,
Z któremi walczyć coraz mi boleśniej,
Tak, że im sroższy ból w mem sercu gości,
„Tem w słowach moich więcej jest gorzkości!“

Lecz któż mi winien, jeśli boleść skryta
Podkarmia we mnie coraz żywszą żądzę?
Próżno po gwiazdach w noc bezsenną błądzę —
Czyliż z nich wzrok mój potępienie czyta?
Próżno myśl tęschną puszczam po za góry —
Czyliż na krańcu gdzie świata
Szukać przyczyny, dla której
Dniem jak i nocą boleść mię ugniata?
Nie, nie, jedynym tylko jest mi wrogiem
„Słodkie jej lice wraz z wejrzeniem błogiem!“

Każde rąk Pańskich dzieło, nieskończenie
Pięknem jest; ale, kto jak ja, w rozterce
Sam z sobą, żądzę wielką wziął w swe serce,
Wzrok jego duszy dziwne ma olśnienie,
Ilekroć w inne jak nie w jej powaby
Spojrzeć przypadkiem się sili —
Tak bardzo stał się już słaby
Z swej winy własnej, i to od tej chwili,
Gdym w najpiękniejsze spojrzał dzieło Boże,
„W młodzieńczych moich lat wiosennej porze.“ —



Canzona VIII.

Canzona ta wraz z dwiema następnemi stanowi nierozłączna całość — niby rodzaj trylogii miłosnej. Włosi zwykli je nazywać: Tre sorelle i mają do nich szczególne upodobanie.

Ponieważ krótkiem jest życie,
W człeku zaś słabym trwożna mięszka dusza,
W cóż więc ufacie śmiertelnicy prości —
Gdy to czem serce się wzrusza,

Swą własną istność topi w żądz zachwycie.
I z własną wolą walczy wśród gorzkości?
O wdzięczne oczy, kędy miłość gości!
Ku wam ja zwracam rymów mych tęschnoty,
Których wartością całą — żądza chwały.
Że tobą Lauro! rozbrzmiały —
Bo ty im jedna śnieżny dasz i złoty
Strój z Anielskiego przędziwa.
I skrzydła, których rozwinąwszy loty.
Niechaj wyjęczy pamięć moja tkliwa
Wszystko, co zdawna w mem się sercu skrywa.

Wiem że obelgą ci bywa.
Gdy cię uwielbiać pieśń się moja sili —
Lecz mogęż milczeć, gdy się ledwie zmieści
Serce w mej piersi, od chwili
Gdym ujrzał, czego żadna mowa żywa
Ani myśl żadna godnie nie wypieści...?
Tę gorzą rozkosz słodkiej mej boleści
Gdybyś ty jedna Lauro uznać chciała,
Mniejszaby wtedy, choćby — jak od pychy
Słońca topnieje śnieg lichy —
Twą wrzgardą spełzła istność moja cała!
Och! w pierś gdy myśl tę pochwycę,
Nią tchnąć, nią tęschnić, cierpka dla mnie chwała:
Bo niż bez ciebie wieczną mieć tęschnicę,
Raczej mi umrzeć, patrząc w twoje lice!

Jeżeli wątłe istnienie
Swym własnym ogniem w piersi mej nie spłonie,
Wcale nie mojej szukać w tem zasługi.
Gdyż jeśli w czyjem się łonie
Uczucie zbudzi co trwa nieskończenie.
To ono życiu każe trwać czas długi.
O wy doliny! wzgórza! lasy! smugi!
Mych mąk świadkowie! czyż to raz słyszycie:
Jak z głębi piersi głos mój śmierci wzywa?
Bo kędyż tak nieszczęśliwa
Dola jak moja, z której uciec skrycie
Może jest korzyść jedyna?

Nią, gdybym tknięty, skrócił sobie życie,
W temby nie moja, lecz tej była wina
Co ani o mnie dba, ni mię wspomina.

Boleści! raz mię zmusiwszy
To wypowiedzieć, czego rzec nie chciałem —
Dozwól, niech znowu to co chcę wypowiem.
O! ja was wielbię z zapałem
Oczy mej Laury! — choć nielitościwszej
Nie znąjść, jak piękna pani ich! albowiem
Jeżeli zrzadka tylko, wątłem zdrowiem
Rumieniec krasi moją twarz spłakaną,
Sądźcież, co wtedy w mem się wnętrzu dzieje,
Gdy trwożne krzepiąc nadzieje,
Z nocy tych oczu rajskie błyśnie rano.
O święć się brzasku ich miły!
Jakbądź ich samych widzieć im nie dano.
Toż ile razy ku mnie się zwróciły,
Poznać to mogły jak są wielkiej siły!

Gdybyście ludzie ujrzeli
Tę boską postać, którą rymem głoszę!
O! niech ją tylko ten ogląda, kogo
Umiarkowane rozkosze
Nasycić nie są zdolne, — gdyż jeżeli
Ogarnąć czego zmysły już nie mogą,
Tem się swobodny duch kołysze błogo!
O gwiazdy niebios! gdy się w moc wam garnie
Ten byt, co dla niej jednej we mnie gości,
Niestety! czyż z wysokości
Warto jest wreszcie jak wy błyszczeć mamie?
Obyście z niebios sklepienia
Częściej na moje patrzały męczarnie;
A zato znowu, niech mi mniej zacienia
Blask wasz, gwiaździste Laury mej spojrzenia!

Niech wyzna pieśń moja tkliwa:
Że wszelkie inne ziemskich żądz brzemiona
Słodkie mej Laury jarzmo z karku strąca,
Tak, że w nie dusza wprzężona,

Upracowaniem własnem wypoczywa,
Rada, że sobie wzięła je z tysiąca.
Och! w życie myśl ta wrosła mi rzeźwiąca!
I choć niekiedy stan mój niewolniczy
Tęschnocie mej się przykrzy — to czyż długo
Laurybym nie być mógł sługą,
Zazdrosny cierpień i chciwy goryczy?
Bowiem gdy zwykle o miedzę
Z boleścią uśmiech, z szczęściem płacz graniczy,
Toż wśród udręczeń z któremi się biedzę,
Niech mam choć bytu mego samowiedzę!

Miłosna myśl, która wieje
Od ciebie Lauro moja! jest jedyną
Pociechą tęschnych moich dni i chwałą.
Ztąd pieśni, co z ust mych płyną,
Dziwnie są wdzięczne, tak, że mam nadzieję
Tchem nieśmiertelnym przeżyć własne ciało.
I w obec ciebie zawsze złe pierzchało —
A jeśli wraca kiedy, to jak wiosło,
Zwierzchu dotyka tylko snów mych fali—
I gdy się duch mój użali,
Ty go pośpieszasz krzepić mową wzniosłą.
I nawet zawsze tak bywa,
Żeś ty posiała, cobądź ze mnie wzrosło —
Bom ja jest cały płonna tylko niwa,
Której w twem sercu cena jest prawdziwa.

Śpiewie mój, nie kończ!... Chciałbym jeszcze dalej
Jęczeć wśród lubej serca mego matni...
Nie jesteś pierwszym — nie bądź też ostatni! —



Canzona IX.

O pani! toż prosto w niebo
Iść mi przy świetle oczu twoich zorzy!
W których ponieważ twe się serce święci,
Z wyraźnej woli więc Bożej
Stało się zdawna duszy mej potrzebą
W miłosnej zawsze chować je pamięci!
Gdyż ku dobremu tylko mię zachęci
Uroczy blask ich, przyjaznemi słowy

Od wszelkich lichych odwodzący rzeczy!
O! żaden język człowieczy
Nie odda tej milczącej ich wymowy,
Ni żądzy, którą skrzydlato
Zbudziły we mnie raz, gdy szron zimowy
Stopniał, majową wiosny tknięty szatą,
W najsłodsze pierwszej mej tęschnoty lato.

Ja sobie myślę niekiedy:
Że równie piękne rzeczy, w pozaświecie
Chowa Opatrzność w cudach Swych łaskawa —
I które ujrzeć mam przecię,
Gdy się z więzienia swej doczesnej biedy
Wywikła wreszcie życia mego sprawa.
Lecz i przy ziemi duch mój rad zostawa,
Przyrodę wielbiąc, a z nią dzień ten błogi
Gdym na świat przybył na to, by w przyszłości,
Gdy się w niej miłość rozgości,
Dusza mi smutna po za ziemskie progi
Ku gwiazd wzlatała krainie —
Tak, żem samemu sobie stał się drogi.
Gdyż tylko wzniosła myśl mi w serce płynie,
Odkąd mi w Laury służbie być jedynie.

Los mię wybranych nie nęci,
Ani też zazdrość wzbudzić we we mnie mogą! —
Jestże stan szczęścia wielki tak szalenie,
Bym go nie mieniał, za błogą
Jej oczu jasność, w którą wrósł mej chęci
Spokój, jak wrasta drzewo w swe korzenie?
O! rajskie moich dni uszczęśliwienie!
O gwiazdy! mąk miłosnych mych pochodnie,
Od których słodko pełznie moje życie!
Jak wszędzie, gdzie wy świecicie,
Wszelka się inna światłość mgli i chłodnie —
Tak w głębiach mojego łona,
Ilekroć brzask wasz świta mi pogodnie,
Wszelka myśl inna sama w sobie kona,
By tylko miłość była tam uczczona.


Niczem najsłodsze rozkosze,
Których stęschnieni pragną śmiertelnicy.
Jak bywa nieraz, kiedy mimowoli,
W jej czarodziejskiej źrzenicy
Miłość zazdrośnie przyczajoną spłoszę,
A ona w światłach igra i swawoli...
O! jestem pewny: że mej smutnej doli
Nie dla jej zasług tę pociechę dano,
Ale jedynie dla miłości Boga.
Lecz cóż, gdy często dłoń sroga,
Zasłoną, szybko na twarz naciąganą.
Widok mi błogi mój bierze!
Ach! i bez tego, jakże częstą zmianą
Laura mój umysł dręczy — powiem szczerze —
W miarę jak o niej zwątpię, lub w nią wierzę!

Ponieważ widzę, że aby
Zmienić jej srogich wstrętów obyczaje,
Nie dosyć dary służą mi wrodzone —
Zatem mi nie pozoztaje[11],
Jak w własną duszę wszczepić te powaby,
Których działaniem promienistem płonę.
Jeśli za dobrem, Lauro! w twoją stronę
Goniąc, w pogardzie mam pokusy świata,
To coś nadziemskim krzepi mię zapałem:
Że, bylem serce miał śmiałem,
Mym skargom sława przypnie lot skrzydlata.
Wtedy też i mych boleści
Kres, ku któremu tęschna myśl odlata,
Z twych oczu Lauro! cudu mój niewieści!
Uszczęśliwienie wprędce mi obwieści.

Pieśni! już jedną siostrę tobie dałem —
A jeszcze, w pomoc biorąc rymy rącze,
Niechże i trzecią z wami dwiema złączę. —



Canzona X.

Ponieważ dano jest z nieba
Mnie niegodnemu, westchnień mych rozkosze
Módz kiedy zechcę przybrać w dźwięczne ciało —
Miłości tedy! bądź, proszę,

Mą pośredniczką, i tak jako trzeba
Nastrój mi rymy godną Laury chwałą!
Byle mi tylko serce nie stopniało
Samą słodyczą błogich wspomnień o tej,
Co mojej duszy panią jest; albowiem
Zanim ją z siebie wypowiem,
Od zbytku przeszłych cierpień i tęschnoty
Łatwo powikłać się może,
Lub wcale zerwać myśli wątek złoty.
Tą ja obawą już się naprzód trwożę,
Jak śnieg, na który spojrzy słońca zorze.

Zrazu wierzyłem najszczerzej:
Że tuląc w serce mą sierocą żądzę,
Dam jej, z wymowy mojej słów, grosz wdowi —
A teraz widzę że błądzę —
Gdyż znów ta pewność precz odemnie bieży,
Na łup mię zwłoce dając i czasowi...
Lecz raczej stań się co Bóg postanowi.
O! do mnie pieśni! do mnie co najskorzej!
Niech żadne więcej względy mię nie skłonią,
Wychłódłej rozwagi bronią
Zwalczać zbudzony we mnie podszept Boży!
Niech tylko w Laury mej duszy,
Wyrozumienie, chociaż raz otworzy
Przystęp pragnieniu łez, i niech jej uszy
Głos mój, współczucia miłosierdziem wzruszy!

Jeśli gotowi jesteście
Wy, których umysł żądzą prawd goreje,
Mądrym przemysłem, po szerokim świecie,
Przez morza, lądy i knieje,
Nie szczędząc trudów biegać, byle wreszcie
Chwalebnych zysków zebrać wonne kwiecie —
Tedy — o światła moje! w których przecię
Z woli się Pańskiej wszelka mieści cnota,
Gdy w was ognisko żądz się mych zestrzeli,
Czyliż jest dziwno, jeżeli
Ku wam się wiecznie tęschny duch mój miota,
I niby do swego środka,

Dąży, jak planet rój w słoneczne wrota?
I choć na końcu może śmierć napotka,
W was mu i wtedy radość będzie słodka.

Jak kiedy gwiazdę przewodnią,
Gdy go nawałnic zewsząd gwałt uciska,
Zbłąkany żeglarz w skutek modłów zoczy —
Tak i mnie, wpośród igrzyska
Miłosnej burzy, zbawczą są pochodnią
Na mojem niebie jej gwiazdziste oczy.
O! nawet dzielniej widok ich uroczy
W spokoju działa, niż wśród burzy bladej —
Gdyż od nich takie łask świetnieją krocie,
Że lichej jak ja istocie,
Prosto w potomność, wytkniętemi ślady
Promienny pochód się ściele,
I bez nich więcej nie dam sobie rady —
Gdyż w nich jedynie widzę święte cele —
Bo sam przez siebie, czyżbym wart był wiele?

Czyż wyobraźnia wymarzy
Wdzięk tej pogody, jaką się uśmiecha
Duszy mej, słodkie oczu jej wejrzenie?
Wszelka mi inna uciecha
Za nic. i uśmiech wszelkiej innej twarzy
Jeśli nie Laury, za nic sobie cenię.
Cudowny spokój, który nieskończenie
Śmiertelnikowi życia kres przedłuża,
Oto są jego dary najłaskawsze.
I oby tylko mógł zawsze
Mieć sobie Miłość za Anioła Stróża!
I niechby dzień jego święta
Nie zaszedł nigdy! bowiem, jako róża
W słowika śpiewie, dusza w nim zaklęta,
O całym Bożym świecie nie pamięta!

Ale cóż mówię szalony!
Mogęż za życia marzyć pociech tyle,
Gdy Laura na mnie patrzy coraz gniewniej?
O! niechaj tylko choć chwilę,

Gdy bezprzytomny słów już dla obrony
Znaleźć nie umiem, niebo się rozrzewni
Nad mą niedolą, — wtedy, bądźcie pewni,
Z ust mych wypłynie skarga tak gorąca,
Że nawet głazy płakaćby zmusiła!...
Niestety! złych losów siła
I tę odemnie łaskę precz odtrąca!...
I oto, z żył moich cała
W skrzepłe mi serce zbiega krew stygnąca,
I sam już siebie tracę — jakby z ciała
Miłość mi duszę wzorem śmierci brała!

Pieśni! I tyś się nawet już strudziła
Wygłaszać sławę Laury mej wśród ludzi —
Myśl tylko moją czyż to kiedy strudzi? —



Sonet 54.
Do Laury.

Nieraz się nawet i pomyśleć boję,
Że wątłe zmysły jeszcze mi służycie, —
Że jeszcze w piersi mojej mieszka życie,
Które uparcie łez goryczą poję.
Patrząc w twe lica, w oczu blask i w zwoje
Twych splotów Lauro, — myślę sobie skrycie:
Jak tchu nie zbraknie ustom, co w zachwycie
I dniem i nocą głoszą imię twoje!
I jak ja mogę, niby cień twój blady,
Wiecznie za tobą snuć się twemi ślady,
Pieśniami jęcząc, co wprost z ciebie płyną —
Których, że uśmiech twój mi nie ośmieli.
Raczej nadmiaru uczuć mych, niżeli
Nieudolności mojej to jest winą! —



Sonet 55.
Do Laury.

Twoje mnie oczy Lauro wskroś przeszyły,
I przez nie tylko mi odzyskać zdrowie;
Bo mech tam inni wierzą kochankowie
W moc amuletów, lub w ziół zbawcze siły!
By mię przedwcześnie wtrącić do mogiły,

Rozkosz z męczarnią stawa w dziwnej zmowie;
Gdyż dzieje cierpień moich, któż wypowie?
Miłe mi życie — a świat mi nie miły!
O piękne oczy! o spojrzenie lube!
Czyliż uparcie patrząc w inną stronę,
Słudze waszemu gotujecie zgubę?
Toż ja, niebaczny żeście odwrócone,
Równie uparcie w waszym blasku tonę,
Z mej wytrwałości smutną mając chlubę. —



Sonet 56.

Obietnicami wabiąc jak najmilej,
Miłość w więzienne wtrąciła mię siatki,
Laurze oddając klucz od mojej klatki —
Gdyż się oboje na mnie wprzód zmówili.
Ta znów z umysłu raz mi drzwi odchyli,
A ja — któż zechce wiarę dać tej rzadkiej
Cnocie? — mam jednak w niebie na to świadki —
Żem być swobodnym nie chciał ani chwili.
I dobrowolny więzień, z twarzą smętną,
Dalej w kajdanach krok niepewny stawię,
Na czole bladem serca mając piętno.
A tak w tej ciężkiej widząc mię przeprawie
Rzekłbyś: — Jeżeli wzrok mię mój nie łudzi,
Ten jest najbliższym śmierci z wszystkich ludzi! —



Sonet 57.

Sonet ten, równie jak i następny stanowiący niejako ciąg jego dalszy, napisany jest na cześć Szymona Martini[12] rzeźbiarza, z okoliczności zrobienia przez niego popiersia Laury.

Gdyby Poliklet, a z nim tłum rzeźbiarzy,
Lat tysiąc boskiem iścić chciał rzemiosłem
Te wdzięki, które w sercu niem uniosłem —
Anioł — stróż Raju, stałby mu na straży.
Szymon się tedy w niebo wstąpić waży,
Zkąd moja pani jest miłości posłem;

By tam ją widząc, dłutem wielce wzniosłem
Świadectwo prawdzie dał z jej pięknej twarzy.
Więc dzieło wyszło z serca tej potrzeby,
Któremu chętnie, jakbądź z ciężką troską,
Spowitą w zmysły duszę moją święcę —
Zaczem doprawdy dziwno jest: ażeby
Śmiertelne oczy ujrzeć rzecz tak Boską,
Ją zaś odtworzyć mogły ludzkie ręce. —



Sonet 58.

Gdybyś Szymonie, wzniosłe karmiąc chucie,
Kiedyś w marmurze kuł jak najbogaciej,
Dał był, stworzonej ręką twą postaci,
Wraz z twarzą umysł i głos i uczucie, —
W twem cudotwornem jakżebym cię dłucie
Wielbił, nad wszystkich sztuki twej współbraci!
Bowiem — co widzę! — Laura srogość traci.
Zda się zwiastując koniec mej pokucie!
Ja płaczę — ja się śmieję — mówię do niej
A ona ku mnie chętne ucho kłoni... —
Lecz nie — to tylko mych przywidzeń dziwy!
Jakżeś zazdrości godzien Pygmalionie,
Jeśliś w kamiennej zdołał zbudzić łonie
To, co ja próżno zbudzić pragnę w żywej! —



Sonet 59.

Jeśliby jeszcze tak być miało dalej
Jak mi zjiściły lata upłynione —
To tylko w zimnymi grobie już ochłonę
Z tej srogiej żądzy co mi wnętrze pali.
W obec miłości, słabiśmy i mali!
Patrzcie — toż moje życie udręczone
Przedstawia, wiecznie w Laury biegnąc stronę,
Odpływającej podobieństwo fali!
Tak sam się sobą trawiąc, z każdą chwilą
Czuję, że coraz dalej gdzieś odchodzę,
Zwolna jej wzrokiem dobijany srodze.
Ze mną nadzieje moje w grób się chylą!
Dożyłem dotąd, ale czy dożyję
Jutra? — czyż przyszłość zgadną myśli czyje? —



Sestina IV.

Ktobądź skazany jest przebłąkać życie
Po falach zdradnych, przez podwodne skały,
Granicząc z śmiercią denkiem dnem swej łodzi —
W każdej on chwili bliski swego końca!
I lepiejby mu ster skierować w przystań,
Póki przyjazny wiatr nadyma żagle.
Łagodny powiew ten, któremu żagle
Zwierzyłem, wpłynąć chcąc w miłosne życie.
Ufny, że czeka na mnie błoga przystań,
Wwiódł mię nędznego w niebezpieczne skały;
Jednak, wypadek smutny mego kresu,
Moją, nie tylko winą jest mej łodzi.
Bowiem odmęty prując w kruchej łodzi,
W Laurę wpatrzony, anim spojrzał w żagle —
Aż tu przedwcześnie widzę się u kresu!
W tem słyszę — Pan mój, co tchnął we mnie życie,
Wzywać mię raczy między trudne skały,
Z pośrodka których w dali błyska przystań.
Z jaką radością, w nocy, dążąc w przystań,
Na morzu pełnem, ujrzy ze swej łodzi
Rozbitek światło z pożądanej skały,
Tak ja spostrzegłem poprzez wzdęte żagle
Niemylne znaki wstępu w drugie życie,
I wtedym westchnął do mojego kresu.
Nie żebym był już pewny mego kresu —
Bowiem chcącemu z brzaskiem wpłynąć wprzystań
Zbyt długa droga na tak krótkie życie!
I zresztą strach mię w nędznej mojej łodzi,
Że może nadto pełne już są żagle
Tchnienia, co rwisto pędzi mię na skały.
O! gdybym żywy te przebywszy skały,
Z wegnania mego mógł się dobić kresu —
Jakżebym chętnie zwinął płoche żagle,
Kotwicę w cichą zarzucając przystań! Cóż, kiedy smutno, w skołatanej łodzi,
Zużyte bólem zwierzać wiatrom życie!
Panie! u kresu — jakoś dał mi życie!
Tak daj mej łodzi, przez zdradliwe skały,
Wprowadzić w przystań, utrudzone żagle! —



Sonet 60.

Tak mię do ziemi stary ów przygniata
Win moich ciężar, że raz strach mię przejmie:
Czym ja przypadkiem nie jest już w rozejmie
Z tym, przez którego wieczna jest zatrata.
W sam czas, na szczęście, Pan mię mój, jak brata,
Do łona swego wzywać jął uprzejmie —
Cóż, gdy Go znagła oczom mym odejmie
Rażąca wszelki wzrok promienna szata!
Głos jeszcze tylko brzmi w błękitnej głębi:
— O! do mnie smutni lub strudzeni w drodze,
A ja pocieszę was, a ja ochłodzę! —
Gdyby mej duszy dano lot gołębi
Zrządzeniem Łaski lub Miłości jakiej —
Ku Panubym się wzbił w nadziemskie szlaki! —



Sonet 61.
Do Laury.

Nigdy mi ciebie kochać nie dość było,
Ni się też tobą życie kiedy znuży;
Lecz w nienawiści mieć przez ciebie dłużej
Istnienie własne, już mi nie jest miło.
Przeto za napis, niech mi nad mogiłą
Imię twe obok wyjaśnienia służy:
Żem dobił kresu ziemskiej mej podróży
Wcześniej, niż we mnie życie się wyżyło.
Lecz jeśli sercu, co cię czci szalenie,
Śmierć nie koniecznie winna wziąść istnienie,
Niechbyś nareszcie nad niem litość miała.
Gdyż, chcąc je wzgardą zabić, jesteś w błędzie —
Myśl mu o tobie wiecznie życiem będzie,
Za co miłości mej i mnie bądź chwała! —



Sonet 62.

Dopiero wtedy, gdy z nad skroni bladej
W srebrne się nici bujny włos mój zwije,
Bezpieczny będę: że mię już niczyje
Ani dosięgną krzywdy, ani zdrady.
Ni się też wlokąc pierzchliwemi ślady
W okrutne jarzmo wolną oddam szyję.

Ani znów miłość serce mi rozryje
Strzałą w bezbożne umaczaną jady.
Dziwneż dziś życie moje! Łzy sieroce,
Jakbądź wprost z serca płyną dawną drogą,
Już mi wydobyć z oczu się nie mogą!
I tylko senny widzę wciąż, jak błogo,
W słoneczne dzionki i gwiaździste noce,
Przez łzy te, obraz Laury mej migoce! —



Sonet 63.

W rodzaju, zwanym u Prowansalów Tenson.

Płaczcie źrzenice! z waszej winy bowiem
Smutnemu sercu śmierć zagraża blada! —
— Dobrze. Lecz sercu czyż nie będzie biada,
Gdy łzy wyrzutu spadną nań ołowiem? —
O! niechaj w oczy prawdę wam wypowiem:
Toż się to przez was miłość w serce wkrada!
— A czyż nie serca wina to sąsiada,
Że ją przyzwało własnem płacąc zdrowiem? —
Nie, nie, doprawdy, zła jest wasza sprawa —
Gdyż w twarz spojrzawszy Laurze, dobrze wiecie,
Że tam o życie lub śmierć rzecz się toczy!
— O biedny człecze! cóż się tobie zdawa!
Czyliż słyszano, by gdzie znajść na świecie:
Bez oczu serce lub bez serca oczy? —



Sonet 64.

Kochałem, kocham, i dopóki z ciałem
Duch mieszka, kochać będę coraz święciej
Te błogie miejsca, kędy w niebo wzięci
Miłosnym wspólnie płakaliśmy szałem.
I ową chwilę kocham sercem całem,
Od której, żadne więcej mię nie nęci
Inne staranie, oprócz wzniosłej chęci —
Gdyż w niej i przez nią Laurę pokochałem.
Ktoby dziś zebrał w jeden orszak błogi:
Laurę i miejsca te, i ową chwilę —
Trzy słodkie mojej spokojności wrogi.
Nie byłbym pewny: czy mam jeszcze tyle

Siły, że życie we mnie nie dogaśnie,
Kiedy najmocniej żyćbym pragnął właśnie. —



Sonet 65.

Gniew ku tym oczom wiecznie we mnie gore,
Z których nie jedna w pierś mi padła strzała,
Gdyż być śmiertelną żadna z nich nie chciała,
A jabym chętnie rad był umrzeć w porę.
Do kaźni ziemskiej serce moje chore
Przykute bólem, dręczy myśl zuchwała:
Że im doczesność dając mego ciała,
Z mej duszy wieczne trwanie dla nich biorę.
Bo gdzież się tobie dzisiaj, smutna duszo!
Z twem doświadczeniem długoletniej biedy,
Z pośród miłosnych wyplątać więcierzy?
Nieraz cię łzawe słowa moje kuszą:
— Opuść mię proszę. — Ale czyż to kiedy,
Ten, kto swe szczęście wyżył, w czas odbieży? —



Sonet 66.
Do Laury.

Jak łucznik wprawny, zanim do cięciwy
Strzałę przyłożył, wprzód rozważa w sobie:
Czy też na pewno pocisk mu przedziobie
Cel, ku któremu łuk go popchnie krzywy —
Tak równie bacznie Lauro, cios straszliwy
Prosto mi w serce ślą twe oczy obie,
A ja nieszczęsny, cobądź z sobą zrobię,
Ni zmarły wyjdę z tego, ani żywy!
Bo była chwila, gdyś mi powiadała:
— Patrz — to miłosna godzi w ciebie strzała —
Chcę, byś na miejscu śmiercią poległ od niej! —
Lecz odkąd w mojej kocham się goryczy,
Już mi nie zadać śmierć twe serce życzy,
Lecz się nademną pastwić najniegodniej! —



Sonet 67.

Iż się nadzieja moja zjiścić zwleka,
Życie zaś we mnie śpieszy tak szalenie,
Byłbym więc wolał wcześnie mieć baczenie,
By co najszybciej od niej być zdaleka.

Dziś, ranny w serce, idę precz, kaleka,
Zmuszony własny ból mieć w wielkiej cenie,
I być spokojnym, choć się w licach mienię
Wzorem na męki skazanego człeka.
Wy, którzy miłość wyzwać w bój życzycie —
Zarozumiali! niechaj należycie
Uczy was własne doświadczenie moje:
Żyjęć ja wprawdzie — lecz cóż takie życie!
Serce w rozwagi przyodziałem zbroję —
Jednak — bój zwiódłszy, czyż nietknięty stoję? —



Sonet 68.

Z więzienia zbiegłszy, kędy on zbrodniczy
Amor, przez dziwne wtrącił mię bezprawie,
Toż nie potrafię wypowiedzieć prawie:
Ile wnet duch mój wrócić nazad życzy.
Żyć już nie mogąc bez mych łez goryczy,
Gdy się z powrotem znów u wrót mych stawię.
Patrzę — aż zdrajca stoi w nich, w postawie
Takiej, jak ktoś tam, co to trzech nie zliczy...
Mędrsi odemnie poszaleli przecię —
Więc i jam nędzny błagał w głos: — o! gdyby
Wrócić w łańcuchy, w jarzmo znów i w dyby! —
Dziwną to rzeczą zda się wam? — cóż chcecie?
Jakież zrządzenie człeku wyjść pozwoli
Z niewoli, w którą popadł z własnej woli? —



Sonet 69.

Napisany podobno w r. 1342, w odpowiedzi na. czyjeś zarzuty, tyczące się piękności Laury.

W pośród tych bujnych włosów jej pierścieni,
Wierz mi — słoneczne grało niegdyś złoto;
W tych oczach, rajską zgasłych dziś tęschnotą,
Przemoc się niegdyś błyskawiczna mieni.
Mniemali ludzie szczęście śnić, wpatrzeni
W jej boskie wdzięki; — więc się nie dziw oto,
Że gdy się one w moje życie wplotą,
Jam się rozkochał w nich jak najszaleniej!
Ziemskiego w sobie Laura nic nie miała —
Ani w uśmiechu, ani w kształtach ciała,
Ni w mowie, w której Święci Niebem brzmieli,

Nieśmiertelnego wzorem też Anioła
Myśl sama o niej wieczną jest, jeżeli
Z duszy ją Baju, wygnać czas nie zdoła! —



Sonet 70.

Jak się zdaje do Gerarda, brata Petrarki, który w tej porze kochankę utraciwszy, w żalu po niej do klasztoru wstąpił.

Toż ta przezemnie tyle niegdyś czczona,
Słyszę, odeszła ciebie bracie drogi —
I jak przystało, prosto w niebios progi,
Porosłe w skrzydła wzniosły ją ramiona!
Więc gdyś znów panem woli, którą ona
Trzymała dotąd w swej niewoli błogiej.
Jeślibyś ku niej szukał prostej drogi,
Z nią wszelka w tobie ziemska myśl niech skona.
Tak od najcięższej wyswobodzon nędzy,
I mniej też ważne zrzucisz z siebie prędzej,
Jak pątnik gdy się iść pod górę zmusza.
Ztąd mimo bólu, rzecz to dobroczynna
Najcięższą ponieść stratę, bowiem dusza,
Chcąc iść ku Panu. lekką być powinna. —



Sonet 71.

Po stracie przyjaciela swego Cino da Pistoja[13].

Płaczcie dziewice! i niech miłość z wami
Wszystkich kochanków usty rzewnie kwili!
Gdyż wspomnień męża, cośmy w grób złożyli,
Żadna powszednia nigdy myśl nie splami.
O! do nas gorzkie łzy! i temi łzami
Obyśmy sobie w części choć ulżyli
Ból rozłączenia; bowiem od tej chwili
Dziwnie wśród świata staliśmy się sami!
I ty o pieśni! brzmieniem kwil zbolałem —
Bo mię przyjaciel odbiegł, w którym miałem
Darów nieziemskich wzór i arcydzieło —
I niech Pistojo! twoja zawiść wściekła

Płacze łzy krwawe, żeś się go wyrzekła —[14]
Ciesz się zaś niebo żeś go sobie wzięło! —



Sonet 72.

Miłość surowym nagli mię rozkazem:
— Spisz to głoskami ze złota i z tęczy,
Jako mój przemysł tak przedziwnie dręczy,
Że zeń i życie jest i śmierć zarazem.
Wiesz z doświadczenia — boś sam jednym razem
Jak drudzy ulgnął w siatce mej pajęczej —
Że w niej spokoju ani człek wyjęczy,
Ani mu ztamtąd uciec uszło płazem.
Jakbądźby oczy z których w ciebie patrzę,
Aby w twej duszy skruszyć krnąbrną wolę,
Przyćmiły nieco blaski swe sokole,
To jeszcze — nad twarz Laury, czyż gdzie gładsze
Widziałeś lica? — Przyznaj to rzewliwie —
Twojemi łzami ja się chętnie żywię. —



Sonet 73.

Gdy ci w głąb’ serca spłynie obraz lubej,
To precz już ztamtąd wszelka inna sprawa —
Bo nawet wtedy, wbrew zwykłego prawa,
Cała twa istność zda się bliską zguby.
Gdyż znieść nie mogąc tej cudownej próby,
Z ciała ci żywcem pierzcha dusza łzawa,
I niby w zakład dawszy się, zostawa
U tamtej drugiej, w wieczne lgnąc z nią śluby.
Jeśli w tym względzie działa zmowa skryta,
Z twarzy kochanków rzecz się łatwo czyta.
Raz właśnie dwoje takich — wyznać muszę —
Wzajemnie z sobą wymienili dusze;
To w takim stanie oboje widziałem,
Jaki dziś tylko moim jest udziałem. —



Sonet 74.

Gdybym tak w rymy umiał myśli moje
Zamknąć, jak w sobie serce je zamyka,

Jestże gdzie dusza twarda tak lub dzika,
Coby je słysząc łez wstrzymała zdroje?
Wy, którym próżno stawiać tarcz lub zbroję,
Czarowne oczy mego przeciwnika!
Toż wzrok wasz we mnie nawet to przenika,
Co wypowiedzieć chciałbym, choć się boję.
Więc gdy promieniem waszym tak się palę,
Jako goreje słońca blask w krysztale,
Wyznaniem winy czyliż los mój zmienię?
Ze wszystkich takich co ufali szczerze,
Każdy zbawienie dotąd miał w swej wierze —
Ja tylko jeden mam z niej potępienie! —



Sonet 75.

Tak mię już zmogła tęschność i zawzięta
Wewnętrzna walka, że coraz ogniściej
Nadzieją gardzę, mając w nienawiści
Wszystko, co serce siecią żądz mi pęta.
Cóż, gdy czarowna oczu jej ponęta
Znów z pomsty wszelkiej duszę mą oczyści,
I już zdobyte biorąc z rąk korzyści,
W dawne mię smutki wtrąca uśmiechnięta!
Bywało — kroki moje gdy odwiodę
W bezdroża uczuć — w żywej mam pamięci,
Że jest niewolą za tem iść, co nęci —
Wybrałem jednak iść na własną szkodę —
Czemu? — bo dusza w drodze swej zbłąkana
Już tylko umie szukać sobie pana. —



Sonet 76.

Swobodo wdzięczna, jakże mi jest luby
Mój rozbrat z tobą! odkąd w walce krwawej
Ranę odniosłszy, z własnej rad niesławy,
Z mą się niewolą w wieczne sprzągłem śluby!
Tak chciwie wzrok mój swojej pragnął zguby,
Że ani olśnął, ani stał się łzawy;
Takiemu bowiem za nic ziemskie sprawy,
Kto z świetlanemi gościć zwykł Cheruby.
Odtąd, miłości całkiem zdawszy wodze,
Tą tylko drogą oszalały chodzę,
Kędy o Laurze słyszeć, lub się o niej

Użalić mogę wiatrom pełnym woni,
I o niej tylko myśleć, i w mym rymie
Jej tylko jednej godnie sławić imię! —



Sonet 77.

Do hrabiego Orso d’Anguillara, pocieszając go w niemożności znajdowania się na jakimś turnieju.

Ursie! niech nawet źrzebca twego kroki
Ktoby powstrzymać w pędzie chciał, to przecię
Stawi się duch twój przy zaszczytnej mecie,
Ku której lot go myśli gna wysoki.
Więc przeciwnościom serce staw z opoki —
Gdyż, choćbyś nie chciał, wieniec skroń oplecie
Wszędzie i zawsze temu, kto po świecie
Jak ty swą sławą wzniósł się aż w obłoki.
Dość niech twój rumak na czas w szranki wbieży,
Swą krwią szlachetną, która wszystkim znana,
W bój najdzielniejszych wyzwać rad szermierzy,
I niby mówiąc: „we mnie mego pana
Wola jest, dzielność i rycerska wiedza —
Lecz mię on jeszcze żądzą walk wyprzedza!“ —



Sonet 78.

Podobno do Boccacia.

Iżeśmy nieraz wykazali oba,
Jak jest nadziei ziemskich tór zwodniczy,
Więc ku Najwyższej prosto Wszechsłodyczy
Iść tylko odtąd niech się nam podoba.
Łąką jest niby ziemska nasza doba,
Wśród której w kwiatach wąż kusiciel syczy,
Rad, gdy zwiedzionej przez siebie zdobyczy
Duszę oplątał zwątpieniami Hioba.
Więc, jeśli, zanim śmierć cię w ciemność wchłonie,
Spokój zapewnić sobie pragniesz mądrze.
Nie idź za tłumem, lecz w wybranych gronie
— Bratku! — powiedziećby mi można — skądże
Drugiego tobie uczyć drogi, kędy
Sam błądzisz, własne swe kochając błędy. —



Sonet 79.

Okienko, w którem w swe świetlane oczy
Dozwala patrzeć Laura — dnia królowa,

W które zapada smutna noc zimowa
Ilekroć rąbek ćmi je nieprzezroczy;
Kamień, na którym lubi siąść w uboczy,
Sama do siebie szepcząc ciche słowa;
Cień, gdzie się ona w skwar słoneczny chowaj
Ślad, który w trawie lekką stopą tłoczy,
Którym to szlakiem, acz nadzwyczaj dumnie,
Z miłością w parze idąc, zeszła ku mnie,
Z czego na wieki dola mi dotkliwa;
Słowem tych wszystkich zdarzeń: miejsca, chwile,
Gdy je strapiona myśl rozpamiętywa,
O! jakże wtedy sam nad sobą kwilę! —



Sonet 80.

Niestety! wiem ja, ile nielitośnie
Nad człekiem śmierć się pastwi nieużyta!
I jak niepamięć wnet go skrzętnie schwyta,
I jak grób jego szybko w chwast porośnie!
Wiem: że mi więcej niema się ku wiośnie,
I że już w uchu, dźwięk mi kresu zgrzyta —
A niemniej Miłość, moich mąk nie syta,
Przy mych nadziej ach trzyma mię zazdrośnie!
Wiem, że spływają dnie, godziny, chwile,
W niezwrotną wieczność, z czego, choć znam tyle,
Niemniej się w wiedzy mej użyciu mylę.
Z jednej tu strony rozum, z drugiej żądza —
Zwycięztwem zwykle mędrszy rozporządza —
Lecz w sprawie serca jakiejż ufać sile? —



Sonet 81.

Gdy Cezarowi, jako piszą dzieje.
Egipski zdrajca głowę Pompejusza,
Chwalebną przysłał, — ten, choć wskroś go wzrusza
Namiętna radość — łzami się zaleje.
Hanibal znowu, wszelkie gdy nadzieje
Przesławnych zwycięztw los go rzucić zmusza,
By nie pokazał: iż w nim krzepnie dusza,
Wśród zasmuconych sam się jeden śmieje!
Tak bowiem bywa, kiedy umysł człeczy
Skrytą namiętność swoją, w płaszcz zwodniczy
Jasnej lub ciemnej barwy, spowić życzy.

Tak i ja nieraz śpiewani, lub od rzeczy
Śmieję się sobie — chociaż pierś mi targa
Tłumione łkanie lub łez pełna skarga! —



Sonet 82.

Na cześć Stefana Colonny, po odniesionem przez niego zwycięztwie nad stronnikami Orsiniego, którego tu, igrając słowy, niedźwiedziem zowie.

Hannibal niegdyś zmógł swe harde wrogi —
Lecz cóż, gdy z szczęścia korzyść wziąść zaniecha!
Niech więc choć większa będzie nam pociecha
Z twych zwycięztw świetnych, o mój panie drogi!
Niech niedźwiedź, wparty w leśnych puszcz rozłogi,
Po szczeniąt stracie kłócąc śpiące echa,
Kły tępi, szpony zdziera, wściekle breha,
Myśliwców próżno chcąc nabawić trwogi —
Im ztąd dotkliwszy ból mu wnętrze dojmie,
Tem niech go srożej twego moc oręża,
We własnem dławiąc gnieździe, uciemiężą.
Tak bowiem tylko możesz mieć rękojmię:
Że pamięć twoja, przez świat cały grzmiąca,
Dożyje w chwale aż do lat tysiąca! —



Sonet 83.

Ku uczczeniu Pandolfa Malatesty z Rimini, słynnego w swoim czasie wojownika.

Kiedym doczekał, że twa wdzięczna cnota,
Rozkwitłszy w miłość czystszą nad lilije,
Już godny kwiatu owoc w sobie kryje,
Który nadzieja chce mi zjiścić złota —
Pozwól, niech w rymy twe się imię wmota,
Z czego mieć będziesz wieczność, jak niczyje
Wierz mi, wspomnienie tak się nie wyryje,
Choćby i z głazu była ta robota!
Czyż Cezar, Tytus lub z Scypionów który,
W bronz wlani, w granit wkuci lub w marmury,
Byliby dotąd czem są w dziejach świata?
Pandolfie drogi! toż się w proch rozlata
Kunszt wszelki, oprócz pieśni Bogów córy,
Której służebną sława jest skrzydlata! —



Canzona XI.

Canzona ta wogóle mocno ciemna, w pierwowzorze ma wielką wartość, z powodu mnóstwa przysłów i przypowieści, których jest pełna, jak się zdaje, z rozmyślnego układu. Niektórzy jednak kommentatorowie utrzymują: że cała ta pieśń jest tylko Allegoryą. —

Nie chcę się więcej marną wieńczyć chwałą!
Nikt nie dba o mnie. Tęschna moja dusza
Zniewagi cierpieć dłużej już nie będzie,
I wiecznie wzdychać czyż się na co zdało?
Bo gdy przedwcześnie skroń mi szron przyprusza,
Zaczynam wierzyć, żem był dotąd w błędzie.
A przecięż, niemniej jak i wprzód, w kobiecie
Wielbię cudowne arcydzieło nieba —
Lecz niechaj serce w piersi jej znajdziecie,
Niech zaś nie będzie jak dziecię,
Z którego miłość brać przemocą trzeba
Kiedy wędrowiec zboczył na bezdroże,
Pod gołem niebem niech snem członki krzepi,
I choć mu z kubka pić lepiej,
Niech swe pragnienie gasi tak jak może.

W służbie miłości być już nie chcę dłużej!
Głośno to mówię, w obec całej rzeszy
Tych, z których ona łatwe ma igrzyska.
I jako strumień, gdy swej kres podróży
W morzu napotkał, wraz się mocno cieszy
Że już go brzegów krawędź nie uciska —
Tak ja się wolnym czuję, bowiem w drodze
Głaz dziwnie twardy spóźniał moje kroki
O! czyż wypowiem, iłem cierpiał srodze.
Że taką pychę znachodzę
W kobiecie, zdobnej w wszelkich cnót uroki?
Niech już kto inny w twarzy jej dziewiczej
Wiecznie, omylne czytać chce nadzieje,
I od jej chłodu marnieje,
I dniem i nocą własnej śmierci życzy!

Bodajto: „kochaj tego, kto cię kocha!“
Stara to prawda, a ja znam się na niej —
Lecz niech się każdy owej prawdy dowie!

Uczucie tkliwe i kobieta płocha
Nie idą w parze, i, niż dumnej pani
Lepiej jest skromnej służyć białogłowie.
A znajdziesz inną, jeśliś tej nie miły.
Bowiem nadzieja płonna życie skraca
Ja sam, o małom nie zszedł do mogiły
Dla łask, co tylko mi były
Zapłatą, tyleż marną co i praca!
Odtąd mi tylko w Panu ufać szczerze.
Co tu na ziemi, cichą Swą owczarnię
Ku słodkiej piersi Swej garnie,
Poczem ją w spokój Rajskich gajów bierze.

Nie zawsze dusza na przynętę chciwa
Miłosny haczyk w porę połknąć umie —
Też zbyt ściągnięta struna łatwo pęknie —
Kto drugich zwieść chce, sam zwiedziony bywa —
I królująca gdzieś w wyniosłej dumie
Miłość, przy całem swych pozorów pięknie,
Nie zawsze sercu głosi prawdę świętą; —
Więc pycho Laury dziwnie bądź uczczona!
Gdyż z twą pomocą z duszy mi odjęto
Najsroższe na świecie pęto,
A z niem i ciężki ucisk z mego łona.
Oby choć chwilę Laura wycierpiała
To, com ja dla niej cierpiał nieskończenie
Dziś mi w miłości ulżenie,
Co nie doczesna jest, lecz wiecznotrwała!

Milczenie mądre, to znów mądre słowa,
Których czarowny dźwięk się wielbić każe —
Świetlana piękność, która wdzięk oblicza
W zazdrosne rąbki jak fijołek chowa —
Królewskość serca, i wraz obok w parze
Myśl, w obyczajach skromna, wskroś dziewicza —
Słowem ta Laura dawna, utracona,
Której przystępu Amor mi zazdrości,
Jakbądź ku temu serce wziął mi z łona —
I, niby wieszcze znamiona,
Jej oczu gwiazdy, które mię najprościej

W kres mąk mych wiodły przez nadziei kwiecie —
O ty jedyne dobro! zkąd się bierze
I z sobą bój i przymierze,
Choć ty bądź ze mną pókim żyw na świecie!

Z przebytych cierpień po przez łzy się śmieję,
Gdyż mocno ufam w to, co wstręt mi czyni —
I idę w lata, własnej rad pokucie
Za to, żem długo płonną miał nadzieję —
I dziękczynienie składam mej zdrajczyni,
Że uporczywe w piersi mej uczucie
Precz odtrąciwszy, w nową pchnęła drogę —
Czem gorzka radość w duszy mi się budzi;
Bo dziś przynajmniej głośno wyznać mogę,
Żem tylko marną miał trwogę.
I wypowiedzieć ku nauce ludzi:
— Oto, w kim wszystkich cierpień mych przyczyna!
Kogom w mych pieśniach skarżył nieskończenie!
Kto niemal ze mnie wziął tchnienie!
Kto wraz przepala wskróś i lodem ścina! —



Ballata VIII.

Dziewica rajska, raz na wód wybrzeże
Spłynęła z nieba, ścieżką mknąc tą samą
Po której błędny z woli losów pędzę.
I kiedy ujrzy: że mię nic nie strzeże,
Siatkę mi z srebrnych oczek śnieżną tamą
Pod stopy rzuci, a jam się w jej przędzę
Wplątał; lecz z tego miałem pociech siła —
Tak słodko wtedy w oczy mi patrzyła! —



Sonet 84.
Do Laury. Napisany w r. 1342.

Nie wiem doprawdy kędy się już schronię
Przed oczu twoich klęską, bom w obawie
Że ból niezmierny, którym wskroś się trawię,
Zwolna zniweczy serce w mojem łonie.
Chętniebym uciekł, ale w jakiejż stronie
Ze mną nie będziesz we śnie i na jawie?
Toż po piętnastu leciech, tak jak prawie
W dniu pierwszym było — tylko cień twój gonię!

I tak mi wszędzie pełno twej postaci,
Że wzrok mój, ani odjąć się nie może
Twym blaskiem ślepnąć, ani ślad twój traci.
Zda mi się, z Lauru leśnych puszcz bezdroże,
Kędy zwabiony, niby to najprościej
Dążę, a błądzę do nieskończoności! —



Sonet 85.

Do przyjaciela swego Sennuccia del Bene. Jak się zdaje napisany w oddaleniu od Awinionu, gdzie Laura pozostała sama. Zresztą mocno ciemny.

O! najszczęśliwsze z wszystkich miejsc dokoła!
Kiedyż na moich ustach skargi wstrzyma
Miłość? i kiedyż wraz mi przed oczyma
Mej pani jasnej błyśnie twarz wesoła?
Prędzej podobno w mgłę się stopić zdoła
W granicie kuta postać gór olbrzyma,
Niż sen o szczęściu, który pierś mą wzdyma,
Pierzchnie odemnie, a z nim cześć Anioła!
Biedny ja! wiecznie po szerokim świecie
Wzrok mój szukaniem tylko śladów pieszczę,
Które gdzieś w trawie stopa Laury gniecie.
O! jeśli miłość trwa w jej sercu jeszcze,
Sennuccio drogi, proś ją uniżenie:
O łezkę jaką, uśmiech lub westchnienie! —



Sonet 86.

Do Laury.

Ilekroć Miłość serce mi ugniecie,
Po tysiąc razy dziennie, pokryjomu,
W was ja spoglądam oczy pełne gromu,
Co wiecznem piekłem we mnie gorejecie!
Wyroku z trwogą badam w was, — a przecię
Tyle tam w każdej chwili widzę sromu
I spokój taki, jakbyście nikomu
Nigdy nic złego nie zrobiły w świecie.
I w tem powietrzu słodkiem, które wzrusza
Dźwięcznemi słowy i roztropną mową
Ust twoich tchnienie Lauro przenadobna!

W tem tchnieniu błogiem, tęschna moja dusza
Tak chętnie żyje, tak się czuje zdrową,
Że już gdzieindziej żyć jej niepodobna! —



Sonet 87.

W miejscu mię zwykłem Miłość w bój wyzwała,
Jam stał, jak człowiek który rad dokona
Zwycięztwa albo znajdzie śmierć, a ona
Miała z mych uczuć zbroję swego ciała.
W tem spojrzę z boku — ażci postać biała
W słońcu skrzydlate wzbija w lot ramiona —
Pani to była westchnień mego łona,
Której bądź wiecznie nieśmiertelna chwała!
Zrazu się strwożę, i gdym jął w uboczy
Z podwójnym wrogiem myśleć o rozejmie,
Pożerczy płomień wskroś mi członki przejmie:
Bo jak się z dźwiękiem lutni śpiew jednoczy,
Tak ja, przez uśmiech jej i przez jej oczy
Razem, uczczony zostałem uprzejmie. —



Sonet 88.

Ta którą sobie żywcem w serce wziąłem,
Raz, gdy dumając w ciemnej drzew ustroni
Siedziała pomnę, — tom ja, idąc do niej,
W milczeniu tylko skinął bladem czołem.
Więc tknięta mojem licem niewesołem,
Twarzą się ku mnie tak pogodną skłoni,
Że nawet temu. co grom dzierży w dłoni,
Broń z niej i gniewby wytrąciła społem.
W tem znikła szepcząc coś cichemi słowy,
A jam — raz pierwszy — ani od spojrzenia.
Anim ucierpiał cobądź od jej mowy.
I odtąd dziwnie coś się we mnie zmienia
O tem zdarzeniu myśląc sercem calem,
Mych wszystkich dawnych cierpień zapomniałem. —



Sonet 89.

Do Sennuccia del Bene. W dziełach Mickiewicza (Sonet 7-my) prześlicznie parafrazowany.

Sennuccio, chciałbym, byś znał, jak dalece
Pełne są cierpień życia niego dzieje:

Ciągle ja dotąd płonę i niszczeję,
Duszę oddawszy Laury mej opiece!
Tom w niebo brany, to znów w przepaść lecę —
Rozpaczam — wątpię — plączę — mam nadzieję —
To mnie przywabi — to się ze mnie śmieje —
To w niej anielskie serce — to kobiece.
Tu sobie siadła, tam nuciła z cicha,
Tu się zatrzyma, ku mnie zwróci, wzdycha,
Tu pierś nu wzrokiem swoim wskroś przeszyje,
Tu się uśmiechnie, powie coś, oczyma
Tysiąc obietnic czyniąc... o! i czyje
Serce, to wszystko, powiedz mi, wytrzyma? —



Sonet 90.

Do tegoż, co poprzedni. W Wokluzie, — jak się zdaje w związku z następnym. Snadź o jakichś zawichrzeniach w Awinionie tu mowa.

Tu, gdziem w połowie tylko, bracie drogi!
(Gdyż z tobą druga duszy mej połowa)
Istność się moja w bezpieczeństwie chowa
Od burz, któremi grzmią niebieskie progi.
Tylko że, z serca zbywszy brzemię trwogi,
Której nabawia klęska piorunowa,
Nie dla mnie ulgi ni pociechy słowa:
Żem też i pozbył mej męczarni błogiej!
Dość mi, że tam ja goszczę, gdzie dziewicze
Wdzięki świat ujrzał tej, co nosi imię
Krzewu, przed którym grom niebieski drzymie.
Więc nie dziw, skoro do jej sług się liczę,
Że niczem dla mnie grozy chmur olbrzymie —
Cóż gdybym w własne patrzał jej oblicze!? —



Sonet 91.

Do któregoś z Colonnów, również za pobytu w Wokluzie. O Awinionie tu także mowa.

Z bezbożnych miejsc tych, gdzie już nie ujrzycie
Cnót, z jakich słusznie słynął Rzym przed laty,
Z tego siedliska cierpień i zatraty,
Uciekłem, nie rad skracać sobie życie.
I tu, sam na sam z mą miłością, skrycie,
Do lepszych czasów tęschniąc, to w bogaty

Wieniec zaplatam rymy, to znów kwiaty,
O nic nie dbając w duszy mej zachwycie —
O nic dla siebie. Tak to wstręt do ludzi,
W mej piersi wzdętej wszelką żądzę studzi
Za szczęściem gonić marnem, lub za chwałą!
Dwóch tylko rzeczy chęć mi w myśli stawa:
Ażeby Laura była mi łaskawa,
Tobie zaś panie, by się dobrze działo. —



Sonet 92.

Niby tu Laura jest Dafną, o którą poeta walczy z Apollinem, i z jej woli go zwycięża.

Dwóch nas kochanków raz przy Laurze stanie:
Jam był po jednej, a po stronie drugiej
Słońce, wspaniale świetlanemi strugi
W bezbrzeżnym niebios iskrząc oceanie.
I już widziałem nieme urąganie
W twarzy zwyciężcy; alić, w czas niedługi,
W stronę się swego pokornego sługi
Laura z uśmiechem spojrzy niespodzianie.
Wtedy zazdrości pierzchły precz męczarnie,
I wielka radość duszę mą ogarnie;
Mego zaś wroga i współzawodnika
Twarz promienistą boleść wskroś przenika;
Aż wreszcie w chmurnych mgłach utonął marnie,
Zły, że zwycięztwo z rąk mu się wymyka. —



Sonet 93.
W Wokluzie.

Tej niewymownej pełen wskroś słodyczy,
Którą z jej twarzy wzrok się mój weseli,
W chwili gdy radbym stracić go, jeżeli
Coś mniej pięknego ten wzrok ujrzeć życzy,
Szedłem dumając w trwodze tajemniczej
O tem, jak żądza moja, coraz śmielej
Wszystko, co Laurą nie jest, lub z nią dzieli,
Do nienawistnych wrażeń tylko liczy.
Aż więc w dolinę ze wszech stron zamkniętą,
Gdziem zastał ciszy uroczyste święto,
Wszedłem sam na sam z mą miłością stałą —

Tam się źwierciedlił czysty zdrój pod skałą,
A w nim cień Laury — i tak mi się zdało,
Że mi go żywcem prosto z piersi wzięto. —



Sonet 94.

Ku Wokluzie, z gorzką wymówką z powodu Awinionu.

Zamykająca raj Wokluzy skało —
Od czego słynie imię jej szeroko![15]
Gdyby się tobie, w Rzym zwracając oko,
Do Awinionu stać plecami chciało,
W stronę nadziei moich jakże śmiało
Westchnienia słałbym, które dziś się wloką
Dość opieszale — jakbądź za tą zwłoką
Z drogi się swojej żadne nie zbłąkało.
Bowiem tak dla nich słodka tam gościna,
I tak tam zostać rozkosz jest prawdziwa,
Że każde chętnie wracać zapomina.
Wzrok tylko mocno się upracowywa,
W oddali mglistej, przez tumanów dziwa
Szukać, gdzie gwiazda zaszła mu jedyna. —



Sonet 95.

Napisany w r. 1343.

Już to szesnasty za mną rok zapada
Tęschnicy gorzkiej, — a ja pytam: po co
Tak się do kresu śpieszę iść przemocą,
Jakby dopiero dziś mi była biada?
Potrzebą boleść stała mi się blada —
Lecz bodaj prędzej wieczną zaszło nocą
Nieznośne życie, nim je osierocą
Myśli, odbite jako ptak od stada!
Tum jest, a chciałbym indziej być, i znowu
Chcieć więcej chciałbym niż chcę, a nie mogę,
I mało mogąc działam nad swe siły.
I tylko żądze moje, pieśni słowu
Zwierzam, gdyż nawet w wieczną idąc drogę,
Też same będą co są, i co były. —



Canzona XII.

Na cześć Chwały. Być może z okoliczności swego uwieńczenia. W pierwszej strofie mówi o Afryce.

Ta co nad słońce swą światłością słynie,
Równa mu w latach, wyższa przez swe dzieła,
Piękniejsza nad wszelkie słowo,
Chłopięciem jeszcze w swój mię poczet wzięła;
A że jest w myślach, w przedsięwzięciach, w czynie,
Wszelkich szlachetnych serca żądz królową,
Więc chętniem, drogą cierniową,
W jej ślad, z uczuciem pomknął się wesołem;
Tam zaś, nawykłszy wzrokiem iść wysoko,
Iżem jej śmiało patrzał oko w oko,
Przez miłość dla niej, podjąłem
W dość wczesnych leciech, pracę tak mozolną,
Że w niej, niech tylko kresu jej dogonię,
To, jeśli marzyć mi wolno,
Żyć będę jeszcze długi czas po zgonie.

Ta piękna jednak, lata nieskończone,
Pełnego wrzących żądz młodzieńczych wiodła,
(Żal za to w sercu mem rośnie
Dziś, gdy już w żyłach krew mi krąży schłodła!)
Z siebie mi tylko rąbek, cień, zasłonę
Dając, a twarz swą biorąc mi zazdrośnie, —
A ja, w prostaczych dni wiośnie,
Sądząc, że wzrok mój nic z jej łask nie traci,
Szczęśliwy byłem, aż jest wspomnieć błogo!
Lecz dziś, gdy wierne oczy moje mogą
W takiej ją widzieć postaci,
Jak nigdy przedtem odkąd wzrok nią pieszczę,
W serce tęschnoty wszedł mi gość — na długo —
Bowiem i dziś tam jest jeszcze
I będzie zawsze — bym znał, żem jej sługą.

Ten gość mi jednak serce wziął nie całe,
Gdyż aby męztwo zdobyć mu niezłomne.
U stóp tej pani je złożę
Ku czci tem większej; wtedy ona, pomnę,

Twarzy mi swojej odchyliwszy chwałę:
— Patrz — ilem piękna! — rzecze: — teraz może,
W miarę twych zasług, w pokorze
Nadgrody słodkiej żądać chcesz odemnie? —
— Pani — odrzekłem — jam od niepamięci
Wszystkie miłosne w tobie złożył chęci.
Zaczem też i niedaremnie
W tobie mi wola i niewola razem.
Na to mi ona swoją mową błogą.
I z tym swej twarzy wyrazem,
Który nadzieją poi mię lub trwogą:

— Rzadko jest taki, coby o wielkości
Mych darów słysząc, mimo żądz zamieci,
Nie uczuł iskry w swem łonie,
Z jakiej się wprędce płomień święty nieci;
Cóż, gdy ten, co go dobro wszelkie złości,
Skrzętnie ją zaraz popiołami chłonie.
Na których siadłszy w koronie,
Gnuśności chwastem po nad cnoty kwitnie.
Lecz ty, którego Miłość, jak to słyszę,
Szlachetną żądzą, nad twe towarzysze
Wyniosła wielce zaszczytnie,
Wierz mi — do końca wytrwasz w błogiej chętce...
Że cię zaś nieba sługą moim głoszą,
Taką ci ujrzeć dam wprędce,
Która twych oczu stanie się rozkoszą! —

Chciałem powiedzieć: — o! to być nie może! —
W tem ona:— Spojrz tam, wzniósłszy wzrok wysoko
W najskrytsze niebios ustronie —
Ku niej nie każde sięgnie spojrzeć oko! —
Wstydem oblany schylam skroń w pokorze,
Czując, że pierś mi jeszcze silniej płonie.
A ona, klasnąwszy w dłonie:
— Wszak prawdę rzekłam? — prawi uśmiechnięta —
— Jako gdy z słońca wejściem w niebios progi
Gwiazd najświetniejszych gaśnie orszak mnogi,
Tak zbladła moja ponęta
W obec tej, której blask przezemnie słynie;


Niemniej tys mój jest, — bo mi Pan w niej dawa
Starszą sióstrzycę jedynie —
Imię jej Cnota—jak mnie imię: Sława. —

Język mój przecież po niejakiej chwili
Mówienia zdolność odzyskiwać zacznie,
Gdym spostrzegł, że tamta Zgóry
Swym słodkim wzrokiem we mnie patrzy bacznie;
Więc rzeknę: — Jeśli słuch mię mój nie myli,
Błogosławiony ojciec takiej córy,
I czas ten cały, przez który
Świat obiegałem, by cię ujrzeć pani!
I jeślim kiedy zmylił prostą drogę,
Ból mi ztąd większy niż wyrazić mogę.
Cóż dalej? O! niech wybrani
Do końca walczą z duszy mojej troską! —
Ona mi na to: — i w tem, tak wesołem
Światłem rozjaśni twarz boską,
Że je wprost w serce wraz z jej słowy wziąłem:

— Tak jak przedwieczne chcieć raczyło Bóstwo,
Obieśmy wzięły nieśmiertelność w dziale —
Ale czy bodaj nie po to:
By nas śmiertelni precz odbiegli wcale!
Młode i piękne wiecznie, wiernych mnóstwo
Miałyśmy niegdyś, lecz dziś — o sromoto!
Patrz! ta rozwija już oto
Skrzydła, by w Niebios wrócić dom wyniosły —
Wiedz też: żem wreszcie i ja, siebie samej
Cieniem jest tylko! — Tu do niebios bramy
Nim i ją stopy uniosły,
Rzekła: — z odejścia mego nie miej trwogi —
W tem w gaju Chwały uszczknie pręt laurowy,
I z niego wieniec mi błogi
Własnemi dłońmi splecie w koło głowy,

Piesni! gdy ciebie ktobądź nazwie ciemną,
To powiedz: — Tak jest. Jam z mym wieszczem w zmowie,
Pieśń inna, nierównie śmielej,
Co mnie nie wolno mówić jest, wypowie.

Jam przyszła tylko, by choć chwilę ze mną
Gdzieindziej bawił,[16] jeżeli
I mnie się obłęd jego nie udzieli! —



Sonet 96.

Do Antoniego de’Beccari, który na fałszywą wieść o zgonie Petrarki napisał był z tego powodu Tren żałosny. R. 1344.

Twą pieśń czytając, gdzie wśród rymów przędzy
Przyjaźń przedwcześnie roni łzy żałości.
Istocie mojej zdało się najprościej
Posłuszne pióro chwycić w dłoń coprędzej,
Byś znał, że jeszcze całkiem zdrów, pomiędzy
Ludźmi tej ziemi twój przyjaciel gości
Nie tknięty śmiercią; — wszakże, dla pewności,
Gdym sam w gospodę owej pobiegł jędzy,
Nie widzę na drzwiach: by dziś albo wczora
Porzucić świat ten była dla mnie pora.
Wprawdzie tam także niema nic o jutrze —
Przecięż, mój luby! przyjmij jak najkrótsze
Dzięki, z życzeniem: niech się twe płakanie
Więcej godnemu niźli ja dostanie. —



Ballata IX.

Miłości Bożku! toż ta co mną gardzi,
Widzę i ciebie w poniewierce chowa,
Wśród nas dwóch wrogów, chodząc sobie zdrowa
Jakby nic nigdy — owszem, coraz hardziej
Wdzięcznemi stopy brodząc w wonne kwiecie,
Gdyż wynioślejszej nad nią nie znajdziecie!
Jam widzisz więzień — lecz tyś wolny przecię —
I masz łuk, strzały — otóż w tej potrzebie
Czemubyś nie miał pomścić mnie i siebie? —



Sonet 97.
Do Laury w r. 1344.

Już to siedmnasty raz się mienią lata,
Jak pierś mi srogim trawi się zapałem;
Wszakże, ilekroć dumać nad tem chciałem,

Wskroś mię ziębiła groza lodowata.
Mówią to ludzie: — z czem się żądza zbrata,
To nieodzownie życiem spłacisz całem —
I słusznie mówią, bowiem zmysłów kałem
Brzeg ma zbrukany nasza ziemska szata.
Biada mi! biada! gdzież dnia tego zorze,
W którym spokojnie będę mógł w przepływy
Chwil patrzeć, w cierpień doświadczony mnóstwie?
Lauro! nie prędzej chyba, aż gdy może,
Wzrokiem w twej twarzy tonąc urodziwej,
Duchową tylko piękność w niej ubóstwię! —



Sonet 98.

Opowiada w nim pożegnanie z Laurą na odjezdnem gdzieś daleko.

W twych ustach uśmiech jeśli zwiądł, jeżeli
Zwarzyła bladość twoją twarz wiośnianą,
To jednocześnie, w owo smutne rano,
I mnie serdeczna boleść twarz pobieli.
Podobnie w raju dzielą się Anieli
W milczeniu błogiem myśli swych wymianą,
Którą rozumieć tylko tym jest dano,
Co, jak ja, niebo chociaż raz ujrzeli.
Nie — w obec łaski którą wnet opowiem,
Niczem dawniejsze wszystkie! — tamte bowiem
Z pamięci mojej mogą wyjść na długo;
Rzęsami oczu przyćmiła rozkosze,
I rzekła milcząc (tak przynajmniej wnoszę):
— Któż mię z mym wiernym śmie rozłączyć sługą? —



Sonet 99.

Miłość, los przykry, i myśl gdy się zwróci
Wstecz, by z przeszłością bywać jak najdłużej,
Tyle mię dręczą, iż szczęśliwsi, którzy
Za Styks już płyną z ziemskich pęt rozkuci!
Los byt mi skraca, miłość serce smuci,
A myśl zrządzeniu i miłości służy —
I tak bez końca, w nieustannej burzy
Walczę, tchu łaknąc, w służbie własnej chuci.
Ani mi słodsze dnie oglądać z blizka!
Owszem, im dalej tem zdradliwsza puszcza,
Choć już w połowiem przebył mą pokutę!

Nadzieje, które drżąca dłoń upuszcza,
Snadź z szkła są dęte nie z diamentu kute,
Gdy myśl wraz z niemi w szczęty się rozpryska! —



Canzona XIII.

Pieśń ta w związku jest z następną, Łączą się obie zakończeniem, podobnie jak poprzednio Canzony VIII-ma, IX-ta i X-ta.

O myśli wskroś mię niszcząca!
Chciej, mimo wszelkie męczarnie
W słowa się wcielić, W które byt mój włożę!
Niech tę, co dziś mię odtrąca,
Choć w części od nich ogarnie
Płomień, z którego szydzi w każdej porze; —
Wtedy i rzadziej też może,
Własne złorzecząc nadzieje,
Z okiem łez pełnem, po świecie
Błąkać się będę, gdy przecię
Ujrzę jak twardy serca lód topnieje
W tej, co trzymając mię zdala,
Wiecznie swym wzrokiem przepala!

Ponieważ niepodzielana
Miłość w tych słowach odbrzmiewa,
Tedy im twarde przebaczycie rymy.
(Wszak, gdy pór roku odmiana
Zdejmie szumiący liść z drzewa,
Czyż według tego sądzić je wśród zimy?)
Tak czego w nich nie dojrzymy,
To właśnie wielce się szczerze
W świątyni serca ukrywa;
Jeśli zaś skarga rzewliwa
W łzy lub w rozgłośne narzekanie wzbierze,
Pierwsze mech ulżą mej duszy, —
Drugie niech Laurę poruszy.

O błogie pieśni tych dziwy!
Któremi w uczuć mych wiośnie
Miłość głosiłem, jak swobodne ptaszę —
Czyliż wasz orszak pierzchliwy,
Który mi brzmiał tak radośnie,

Dziś serca mego udręczeniem straszę?
Gdzież słodkie dźwięki te wasze,
W których wybiegał mi z łona
Laury mej obraz dziewczęcy?
Dziś już nie umiem jej więcej
Odtworzyć w duszy, która z bólu kona...
O! gdyście wy się rozwiały,
Jakżem ja osamotniały!

Jako słów pierwszych dopiero
Dziecina ucząc się mała,
Mówić nie może, milczeć zaś nie umie —
Tak i ja, mimo chęć szczerą,
Chcąc by mię Laura słyszała,
Miłosnych myśli w piersi mej nie stłumię.
Och! byle tylko w swej dumie,
Siebie kochając jedynie,
Wszystkiem już nie pogardzała!
O! niech Wokluzy choć skała
Rozgłosem westchnień moich tak opłynie,
By w świat rozniosły jej echa,
Jaka mi z tego pociecha!

Wie to jej wdzięczna dolina,
Że rzadko trawka nakłoni
Pod lżejszą stopę swoją ruń wiośnianą.
Ztąd jest pociecha jedyna
Sercu, gdy zwraca się do niej,
Z nią się podzielić myśli swych wymianą.
Bowiem jej jednej jest dano,
Wiecznie zachować te ślady,
Które w niej Laura wygniecie,
Abym w łzach moich, miał przecię
Gdzie się ukoić, gorzkim smutkiem blady —
Gdyż się pociesza jak może
Dusza w swej błędnej pokorze!

W świat patrząc owemi szlaki,
Wszędy się słodko rozrzewnię
Myśląc: — Przebiegał wzrok jej to ustronie! —

Niech kwiatek zerwę gdzie jaki,
Myślę: — To kiedyś go pewnie,
Gdy zamyślona sobie szła przez błonie,
Tu posadziły jej dłonie —
Zkąd barw i woni w nim chwała
Rozkwita coraz bogaciej.
A tak się nic tu nie traci,
I w tej mi wierze jest pociecha cała —
Bo czyż nie anioł na ziemi,
Kto drugich robi takiemi?

O pieśni moja! jakżeś mi stwardniała!
Iść tobie w świat już daremno —
Toż chyba zostań ty ze mną! —



Canzona XIV.

Canzona ta u wszystkich kommentatorów nazywaną jest: bellissima. Cóżby było, gdyby ją w naśladowaniu Mickiewicza czytać mogli!

Czyste, chłodne, wdzięczne zdroje!
W których kształty swe urocze
Kąpała pani pieśni mych wspaniała!
Smukłe drzewo, kędy swoje
Złote splatając warkocze,
Niby oparta o kolumnę stała!
Podczas gdy jej szata biała,
Obnażywszy boskie łono,
Na murawie w kwiatach znika.
I ty święty tchu wietrzyka
Z którym w pierś miłość wieczną mi natchniono —
Świadki mąk mych! niech was wzruszy
Ostatnie słowo udręczonej duszy!

Gdyby się miłości zdało,
Jak jest napisano w niebie,
Na wieki oczy zamknąć mi spłakane —
Niechaj nędzne moje ciało
W pośród was ktobądź pogrzebie,
Kiedy już duszą w mej ojczyznie stanę.
Z tą nadzieją, gdy w nieznane
Kraje myśl stęschniona goni,

Śmierć jej niemal jest wesoła!
Bo czyż dusza moja zdoła,
Wśród spokojniejszej, w milszej gdzieś ustroni,
Lub w ciszy równie głębokiej,
Odbiedz na zawsze utrudzone zwłoki?

Może zwykłą kiedy drogą,
W te urocze zbiegłszy strony,
Laura zasięgnąć zechce o mnie wieści,
I tam, gdziem w jej postać błogą
Patrzał niegdyś zachwycony,
W swej ciekawości śledząc mię niewieściej,
Już jedynie — o boleści!
Ujrzy kamień grobowiska —
Wtedy może, mej katuszy
Tak serdeczny żal ją wzruszy,
Że mi tem jednem zbawczy raj pozyska,
I ku niebu zwróci lice,
W zasłonę tuląc pełne łez źrenice.

Pomnę — z drzewa, w owej dobie,
Wiatr, wstrząsając liści fale,
Deszcz kwiatów sypał na jej skroń, a ona
Najspokojniej stała sobie,
Skromna w tak niemałej chwale,
Światłością błogą wskroś opromieniona.
Tak ich dużo u jej łona,
W jasnych splotach tak ich wiele
Pozostało, że się zdała
Klejnotami iskrzeć cała.
Ten jeszcze kwiatek u jej stóp się ściele,
Ten w powietrzu, nim padł na nią,
Zda się szeleścić: „Miłość tu jest panią.“ —

Wtedym nieraz myślał skrycie
Dziwną grozą owładnięty:
— Toż pewnie tylko snów są rajskich dziwa! —
Tak w zapomnień mych zachwycie,
Boskie twarzy jej ponęty.
Uśmiech, co słodkim dreszczem wskroś przeszywa,

Wzroku jej wymowa tkliwa,
Wiedzę prawdy we mnie złamie —
Że pytałem roztęschniony:
— Jak, i kiedym zszedł w te strony? —
Bom sądził biedny żem już w niebios bramie,
Odkąd wszędzie gdzie się schronię
Spokoju nie znam, prócz w tej jednej stronie.....

Pieśni! tyś zdobna w promieniste znamię!
Więc z twej kniei w świat idź śmiało,
Brzmieć między ludźmi godną Laury chwałą! —



Canzona XV.

Gdziebądź mi każe miłość czy pozwoli
Żyć nędznie, wszędzie, z gorzkich łez podniety
Brzmieć muszę w rymach piersi mej wzdychanie!
Ład w owych rymach tylko zna, niestety!
Ten, co jest mojej powiernikiem doli —
Gdyż w dziejach serca mego, niesłychanie
Wielki na zawsze zamęt pozostanie.
Ztąd się nie każdy ciągu w nich doczyta,
Więc posłuchajcie pieśni mej, albowiem
Sam w niej wam szczerze rozpowiem —
(Z czego mi ulga będzie znamienita):
Czemu mi świat jest pustkowiem.
Tak, że nad wszystkie ziemskich spraw koleje
Jedna mi tylko Laura promienieje?

W miarę jak moja dola bezlitosna.
Coraz złośliwiej, uporczywiej, ślepiej,
Szczęściu mojemu w tysiąc przeszkód rośnie,
Miłość się we mnie wspomnieniami krzepi.
Ztąd, jeśli światu uśmiechnięta wiosna
Majowym rąbkiem błyśnie, — ja w tej wiośnie
Tak wdzięku pełnej, Laurę mą radośnie
Witam, wraz z błogą w sercu mem nadzieją.
W słońcu, przed którem śniegi łąk stopniały.
Pierś mi przejmują zapały,
Co z jej wzniosłego serca promienieją,
W bogactwie przyrody całej,

W kwiatów ozdobie, widzę mej panienki
Nad wszelki wyraz doskonałe wdzięki.

Wśród kołysanej ciepłym tchem murawy,
Gdy mię ku sobie kiedy wabią skromne
Fijołki z tkliwą wonią, lub stokrotka
W promyczki zdobna, — to ja zaraz pomnę,
Jak w utęschnieniu duszy, wzrok mój łzawy
Laurę niebiańską piewszy[17] raz napotka.....
Ktoby powiedział: że ta postać wiotka
Tak nikłych kształtów, tak drobnego ciała,
Tyle wyniosłej duszy jest osłoną?
A przecież tak mi znaczono:
Że odkąd równie skromna jak wspaniała
Pani ta zbiegła mi w łono,
Stała się ona srogich mych jedyną
Cierpień pociechą równie, jak przyczyną!

Kiedy na smugach widzę topniejące
Śniegi od blasków słońca — myślę sobie:
— To ja kochaniem Laury tak topnieję,
Gdy ku anielskiej twarzy jej ozdobie
Poglądam trwożny, jako śnieg w swe słońce —
Zdala z niej zwodne błyszczą mi nadzieje,
Z bliska zaś ona z łez się moich śmieje. —
Niemniej, w pogody ciche dni, jak w burzy,
Od niej mi tylko światłość jest jedyna —
Choć nieszczęśliwa godzina,
W której się znagła blask jej gniewem schmurzy!
Wtedy zdrętwienie mię ścina
W tak twardo skrzepły lód, że mi radosnej
Zdaje się nigdy już nie dożyć wiosny.

I czyż się zdarza, kiedy brzask jutrzenki,
W pogodny ranek, po przez mgły obłędy,
Budzi się niby w przystrojeniu białem,
Bym nie pomyślał o jej oczach, kędy
Dni moich zorze niegdyś, po przez cienki
Rąbek zasłony białej powitałem?
Stopniowo ziemia słońca się zapałem

Przejmuje drżąca, — to tak samo zemną.
W miarę jak coraz górniej jest wzniesione,
W ślad za niem ja także płonę
Coraz potężniej, a kiedy już w ciemną
Zachodu skłania się stronę,
Tęschno mi myśleć: że na czas niejaki
Ożywczy krok swój zwraca w inne szlaki.

Wy uśmiechnięte wonnych róż rozkosze,
W misternej wiązce pasm, jak słońce złotej,
W was ja urocze wdzięki widzę czyje?
Czyż nie tej, której obraz, wśród tęschnoty
Serdecznej, zdawna w duszy głębiach noszę?
Jej włos świetlisty, co się w falach wije
Najbielszą w świecie opływając szyję.
I te cudowne, jakich żadna jawa
Zjiścić nie zdoła, Laury boskiej lica?
A gdy mię jaki zachwyca
Przyrody widok — toż mi w myśli stawa
Urocza wraz okolica,
A z nią wiosenna chwila też niezwykła,
Gdy się w jej splotach serce moje wikła.

Probować zliczyć gwiazdy niebokręga,
Lub morza krople, — wyszłoby na jedno,
Co chcieć wyśpiewać wszystkie mej bogini
Wdzięki, przy których najświetniejsze bledną
Blaski, i wszelka za nic jest potęga!
To mnie jej życia cieniem niemal czyni,
Że jest niezbednem bym był zawsze przy niej.
Nawet — gdzie spojrzę — obraz jej uroczy,
Czy bym niebieską szedł czy ziemską drogą,
Tak opromienia mię błogo,
Że nie wiem: czy już nie chcą moje oczy,
Czy też już widzieć nie mogą
Nic więcej nad nią, tak jak i westchnienia
Wzywać innego, tylko jej imienia.

O pieśni moja! toż twojemi dźwięki
Głośno najgłębsza myśl się wypowiada,

Która w mem sercu dniem i nocą gości.
Twoim pociechom też dzięki,
Zdala odemnie śmierć się trzyma blada.
A choćby miłosne złości
Mej Laury srogiej grób mi zgotowały,
W tobie mam pewność, że nie umrę cały! —



Canzona XVI.

Ułożona być może w roku 1327, w którym Ludwik Bawarski do Włoch wkroczył. Według innych zaś, dopiero w czasie pobytu poety w Parmie, to jest aż w lat siedmnaście później[18], w czasie najstraszliwszych klęsk wojny domowej, których okropność zwiększały jeszcze niekarne hordy najemników Niemieckich pustoszących Italię, niby na rachunek niezgodnych książąt, na których żołdzie pozostawały.

Italio moja! jakbądź to boleśnie
Wyliczać śmiertelne rany,
Co krwią z pod serca broczą twą urodę;
Niech jednak, jako syn twój przywiązany,
Ja, com na jawie i we śnie
Przebolał tobą lata moje młode.
Głos narzekania zawiodę!
Toż zbawczą dłonią ran twych już nie tyka
Miłość, dla której z nieba zeszłaś w gości!
O Boże! spójrz z wysokości:
Jak to w twem państwie, wojna Marsem dzika,
Mieć w bliźnim chcąc przeciwnika,
Serca stężyła w myśl krwawą!
O usłysz głos mój! i Przedwieczna Chwało
Spraw: niechby Boskie twe prawo,
Choćby z niegodnych moich ust, rozbrzmiało!

Wy, w których ręce złożył los szczęśliwy
Ludów Italskich władanie.
Czyż miłość rządom waszym przewodniczy
Lub choć przezorność? Zkądże niespodzianie,
Kwitnące siół naszych niwy
Depczą najemne zgraje obcej dziczy?

Łudzi was obłęd zwodniczy,
I wzrok wasz dziwnie krótki jest! jeżeli
W przedajnych sercach wiary szukać chcecie.
Pomyślcie tylko: toż przecię
Wróg jest niejeden wśród tych przyjacieli!
I próżnobyście też chcieli,
Dom wasz, obcemi włóczęgi
W potędze trzymać; bo gdy własnej dłoni
Cios nie ocali nas tęgi,
Czyliż skuteczniej cudza dłoń obroni?

Opatrznie Bóg to zdziałał: że z przed wieka
Alp rozgradzały warownie
Dziedziny nasze od niemieckiej strony,
Przecież, o zgrozo! gdy się niewymownie
Brat przeciw bratu rozwścieka,
Patrzcie — toż w prędkiej chwili, nieproszony
Gość, najezdnicze Tentony
W kraj nam się wparły rozwartemi bramy!
I dziś, ta zgraja co na cudze dybie,
Jest tu jak w własnej siedzibie!
A jednak — zważcie — lud ci to ten samy,
Który, jak w dziejach czytamy,
W pień Maryusz niegdyś wysiecze —
Czego nie zginie pamięć w czas daleki.
Gdy Rzymski spragniony człecze
Krew pić musiałeś, pijąc wodę z rzeki!

Twierdzi to Cezar: że nie widział błoni,
Kędyby żył ich posoka
Nie była mieczom naszym krwawą spłatą:
Teraz zaś, zkądże Mocny Bóg z wysoka
Ku wrogom naszym się kłoni?
Wam to! Panowie władcy! wdzięczność za to,
Nawykli żyć wichrowato,
Odkąd niezgody wąż się w myśl wam wśliźnie!
I czy to prawo, sąd, czy wyrok jaki,
Uciskać biedne wieśniaki?
Grody i sioła prześladować bliźnie?
I jednocześnie w obczyźnie

Chcieć sobie mieć przyjaciela,
Co równie duszą jak i krwią frymarczy?...
Prawda to w oczy wam strzela,
Nie zaś nienawiść, złość lub wzgląd potwarczy!

Po tyłu próbach, czyż nie spostrzegacie,
Że sobie chytre Bawary
Ucieszne tylko czynią z was igrzyska?
Toż śmierć już lepsza niż ten obłęd stary!
Im dłużej wroga brat w bracie
Widzi, tem hojniej krew się z was rozpryska!
Chciejcież rozważyć to z bliska:
O tyle wróg was za nic ma, o ile
Sami się za nic macie między sobą.
Więc krwi Łacińskiej ozdobo
Zbudź się! i dzielnie stań o wspólnej sile!
Niech czołem tarza się w pyle
Groźne acz kruche bożyszcze!
Gdyż jeśli dotąd najazd ów straszliwy
Zwycięztwo nad nami zyszcze,
Własny w tem grzech nasz. nie zaś niebios wpływy!

Nie taż to ziemia w której życie wziąłem?
Nie gniazdoż lube, gdziem w sławie
Rosnąc, porastał w poetyckie pierze?
Nie taż, co prochom ojców mych łaskawie
Jest opiekuńczym Aniołem
Najukochańsza Matka, w którą wierzę?
Przez Boga! niech tylko szczerze
Łez ludu wasze serce się użali,
Dłoń mu podając, żeby pocieszony
W was był swej pewny obrony,
To wnet najeźdźcy pójdą precz zuchwali:
Boście z tą ręką podali:
Miłość, nadzieję i wiarę
Przeciw ich złości, pod najświętsze hasło —
A przecięż męztwo prastare
W Italskich sercach jeszcze nie wygasło!

Bacząc jak skrzętnie śmierci wam zniewaga,
Im szybciej życie ubiega,

Dni wasze w przeszłość niepowrotnie chłonie,
Myślcie o chwili, gdy u Styksu brzega
Stojąc samotna i naga
Dusza, przed sobą chmurne ujrzy tonie
Więc raczej po tej tu stronie
Złości zostawcie, które wam w podróży
W Wieczności przystań, życia toń najcichszą
Szaleństwem nawałnic wichrzą.
I kto bliźniego krzywdzie dotąd służy,
O! nie czyń tego już dłużej!
Bo tylko w cnoty zaszczycie,
W miłości bratniej, w pokorze głębokiej,
Wieść powinieneś twe życie,
Jeśli ku niebu chcesz skierować kroki!

Pieśni! posłuchaj co powiem:
Tem skuteczniejsze słowo, im łaskawsze
Tam, gdzie iść tobie w Imię Boże dano —
Przy chęci najlepszej bowiem,
Prawda, do dumnych mówiąc serc, nie zawsze
Wymową brzmi pożądaną.
Więc choć tej garstce maleńkiej,
Której do serca trafić lżej, prorokuj.
Toż z przyjaznemi ty dźwięki
Idziesz, wołając: — pokój z wami! pokój! —



Canzona XVII.

W manowcach myśli, jak przez gór bezdroże,
Miłość mi jedna wodzem; zdawna bowiem
Z dróg uczęszczanych zbiegłem w mym obłędzie
I czy u zdroju, wśród skał, w głuchym borze,
W czaharów gąszczach, między wydm pustkowiem
Spokoju szukać zechcę, — Laura wszędzie
Obecną myśli mej będzie!
Śmiech, płacz, obawa, radość, najszaleniej,
W miarę jak w duszy gości mi otucha,
Lub z niej zwątpienie wybucha,
W twarzy się mojej tak bez końca mieni,
Że biegli w rzeczy o mnie już gadali:
— Oczarowany! Cóż z nim będzie dalej? —


W samotnych jednak miejscach, precz od ludzi,
Lżej mi, i przeto tam, gdzie szlak otwarty,
Nieszczęśliwego więcej nie ujrzycie.
I choć się we mnie zniechęcenie budzi,
Że Laura sroga wciąż obraca w żarty
Niezmierną boleść w którą wkładam życie,
To jednak, szepcze mi skrycie
Coś, ile razy szukać pragnę zmiany:
— W służbie miłości nie chciej przykrzyć sobie.
Możesz się stać w prędkiej dobie
Tyleż kochany, co dziś pogardzany! —
Więc znów się krzepię, niemal rad z mej biedy —
Lecz czyli zmiana przyjdzie? jak? i kiedy?

— Gdzie cień ponury wzniosła rzuca jodła,
Głaz napotkawszy śnieżny na mej drodze,
Oglądać mniemam postać dumnej pani.
W tem, spostrzegając jak mię gorzko zwiodła
Myśl, obłąkaną śpiesznie wstecz odwodzę.
Lecz wyobraźnia, raz spocząwszy na niej,
Jak czynią oczarowani,
Coraz u parciej luby obraz bada,
W bezprzytomności chętnie lgnąc bezprawia.
Miłość albowiem to sprawia,
Że jest ułudzie własnej dusza rada —
Gdyż tak ją jasno oczy oglądały,
Że oby błąd ten mógł być wiecznotrwały!

Toćżem ja nieraz (nikt mi wiary nie da!)
Laurę oglądał: w źródło, w mgły przestrzenie
Patrząc. I wtedy urok mi ją czyni
Taką: iż sama przyznać mogła Leda,
Mówiąc o własnej córce swej Helenie:
Że jak przy słońcu gwiazda — zgasła przy niej.
I im się w głuchszej pustyni,
W im samotniejsze schronię od niej knieje,
Tem obraz luby w żywsze barwy zdobię.
A kiedy w ocknienia dobie
Rzeczywistości podmuch błąd mój zwieje,

Na zimnym głazie siadłszy, jak on zimny,
Ku czci mej pani łzawe składam hymny.

To znów uczuwam niepozbytą żądzę
Wbiedz na najwyższy jaki szczyt, z którego
Ziemia się człeku po pod stopy chyli.
Ztamtąd, gdy tęscłmy w dal oczyma błądzę,
Aż przetwór cały między mną spostrzegą
I tą niewdzięczną, co jest w każdej chwili.
Czy zdala odemnie czyli
Przy mnie, tak samo blizka jak daleka —
Pierś mi wezbraną dziwna rozkosz przejmie,
Gdyż coś w niej szepcze uprzejmie:
— Kto wie czy Laura również nie narzeka
Żeś od niej odbiegł? — Och! tą myślą błogą
Dni moje biedne krzepią się jak mogą!

O pieśni moja! leć śmiało
Tam — w tę szczęśliwą stronę — nad wybrzeża
Szemrzącej strugi, gdzie woń wiecznie świeża
Lauru obwieszcza się chwałą!
Tam serce moje wiernie zamieszkało
Przy tej, co duszą mego jest kochania —
Tu się albowiem tylko cień mój słania! —



Sonet 100.

Iż do nadgrody drogę mi zamknięto,
W manowiec zbiegłem, Laurze chcąc w rozpaczy
Z oczu precz odejść, — ale cóż to znaczy,
Gdy im wprzód w zakład wierność dałem świętą?!
Więc łzy połykam twarde znosząc pęto,
Bom snadź do nędzy zrodzon duch tułaczy,
I nawet szemrać nie śmiem, bo już raczej
Jest mi potrzebą boleść niż ponętą.
Niech tylko z oczu kształtów tych nie tracę,
Co nad największych Arcymistrzów prace
Potęgą boską wdzięków swych świetnieją!
Zresztą, czyż jest gdzie tak odludne błonie,
Kędy się nędzny przed jej gniewem schronię —
Lub gdzie potrafię rozstać się z nadzieją? —



Sonet 101.

Śpiew tak cudowny ku miłości chwale
Pocznę, aż z piersi Laury mej wytrącę
Przemocą tysiąc westchnień, i tysiące
Żądz w lodowałem sercu jej rozpalę!
Aż ujrzę obraz mój w jej łez krysztale!
Aż niepokojem twarz jej tak zamącę,
Że w jej rumieńcu wybiją gorące
I pełne łaski, acz spóźnione, żale!
Ach! już się ust jej kwiat otwiera świeży
Do słów, któremi wskrzesić jej się zdało
Tego, co patrząc w nią grobowcem chłodnie —
Słowem, od czego pragnąłbym najszczerzej
Żyć krótką chwilę, nim się stanie chwałą
Istnieć wiek długi, by ją uwielbić godnie. —



Sonet 102.

Gdy to nie miłość — cóż w mej piersi płonie?
Jeśli zaś miłość — cóż to jest? przez Boga!
Jeśli rzecz dobra — zkąd mi przed nią trwoga?
Jeśli zła — czemuż, cierpiąc, ku niej gonię?
Jeśli jej sam chcę — pocóż łamać dłonie?
Jeśli jej nie chcę — zkąd mi ku niej droga?
O żywa śmierci! o rozkoszy sroga!
Możeż być własny wróg mój w mojem łonie?
Tak, w zgodzie z sobą, skarżę sam swą nędzę,
I niby w wichrach, w grzmiące morskie tonie
Bez wiosła idąc, w kruchą łódź się chronię.
I z wiedzą własną w luby obłęd pędzę —
I to się lodem stając, to żarzewiem.
Czego chcieć, czego nie chcieć — sam już nie wiem! —



Sonet 103.
Do Laury.

Miłość zrobiła ze mnie cel przed strzałą,
Śnieg, wosk, niezdolny próby znieść ogniowe,
Mgłę gnaną wichrem — i już tracę mowę
Twej łaski żebrząc — choć dbasz o to mało!
Twe mi wejrzenie śmierci cios zadało.
Czas, miejsca zmianę, próżno w pomoc zowę.....

I któż da wiarę, że są klęski owe
Z ciebie, coś razem męką mą i chwałą?
Twej bowiem twarzy słońce, oczu groty,
Własnych zaś żądz mych żar i myśli burza,
Miłości sprawą, w niwecz mę dręczycie!
Tylko, że spodka boleść mej tęschnoty
Ma ulgę w pieśniach, gdyż się w nich wynurza
Boska cześć Lauru w którą wkładam życie. —



Sonet 104.

Nie ze mną pokój, choć nie dla mnie boje —
Rzeźwieję, wątpię, płonę, chłodnę, kwilę —
To w niebo lecę, to lgnę w ziemskim pyle —
Świat cały garnąc, sam jak w pustce stoję.
Anim pod kluczem, ni mi wszerz podwoje —
Ni mię przy sobie trzyma, ni choć tyle
Puszcza, bym wolnym był, lub legł w mogile —
Ni dba o śmierć mą, ni o życie moje.
Wbrew oczom patrzę, wołam próżen mowy —
Sam zginąć pragnąc, o ratunek proszę —
Niecierpiąc własnej, kocham inną duszę —
Przez łzy się śmiejąc, w mierze jednakowej,
Życia, jak śmierci, wstrętne mi rozkosze —
I takim Pani! z woli twej być muszę! —



Canzona XVIII.

Mam pewność, że w żadnej dobie,
Ani gdzieśkolwiek także, nie znajdziecie
Takiego bytu na świecie
Jak istność tego, co Miłością płonie!
Tylko we Wschodniej jest stronie
Ptak, co precz mając towarzyszkę lubą,
Sam, dobrowolną się zgubą,
Niby w kolebkę nową, kładzie w grobie
Tak też samotna jest w sobie
I moja żądza, co w słoneczne szczyty
Swych myśli Boskich sercem lecąc rada,
Ich się działaniem rozkłada,
Tak, że nareszcie, duch istnienia syty,
Płonie, umiera i znów bierze ciało —
I jak on Feniks żyje Wieczność całą.


Jest też gdzieś na Oceanie
Tak sroga skała, że z wrodzonej chęci
Żelazo ku sobie nęci;
Ta, jeśli nad nią okręt niknie niebacznie,
Wnet gwoździe z niego brać zacznie,
Aż ten nieszczęsny, próżen spojeń nawy,
Zapada w odmęt sinawy; —
Tak to i ze mną, gdy mi niespodzianie,
Miłości srogie działanie,
Serdeczne myśli z piersi brać poczyna,
Zachwiany w sobie i wskroś rozpierzchnięty
Idę w bezdenne odmęty
Och! nieszczęśliwa doli mej godzina!
Gdyż widzę jasno: jak więc niepozbycie
Spokoju duszy grozi mi rozbicie!

Gdzie w zachód słońce się toczy,
Jest, mówią, słodka, pełna cnót istota;
Jednak się z oczu jej miota
Boleść, i wreszcie śmierć, — i ta zdrajczyni
Zaprawdę dobrze to czyni,
Że bierze w siebie błyski swe złowieszcze; —
Gdyż, jeśli żyć pragniesz jeszcze,
We wzrok jej patrzeć nie bądź zbyt ochoczy![19]
Otóż, w podobne ja oczy
Zuchwalem spojrzał, i choć śmierci wstręty
Wskróś mi dojmują — jednak w moją nędzę
Na oślep samochcąc pędzę.
Bylem raz w życiu został w Niebo wzięty!
Tak to, wyzwawszy wzrokiem wzrok Anioła,
Ginę, i nic mię zbawić już nie zdoła!

Gdzieś na południu, wytryska
Źródło, noszące słońca nawet miano —[20]
Temu z przyrody jest dano
Wrzeć nocą, dniem zaś krzepnąć w mroźne szrony —
Bo w niem jest uosobiony

Byt, który drętwi słońca światłość skrawa.
Tak to i ze mną się stawa,
Com jest podobny z łez mych do źródliska,
Że gdy mi już nie rozbłyska
Mej duszy słońce — a za jego śladem
Noc przyobleka ziemię w całun szary —
Wtedy ja płonę bez miary;
A gdy znów zorza w świetle wschodzi bladem,
Dreszcz mię przebiega, jakby we mnie cała
Krew w jednej chwili szronem skrzepnąć miała!

Jest inne źródło w Epirze[21]
O którem prawią: że, choć chłodne bywa.
Płoną w niem zgasłe łuczywa,
Za to płonąca każda rzecz w niem gaśnie —
Tak to i ze mną jest właśnie!
Gdy raz, choć jeszcze nie zapalny wcale,
W oczu mej Laury krysztale
Niebo ujrzawszy, z czcią się ku niej zbliżę,
Ognie zajęły mię chyże.
Tak, żem od siebie odszedł — a ta chłodna
Zamiast, com mniemał, że ją stan mój wzruszy,
Głąb’ rozpalonej mej duszy
Obojętnością zdrętwi mi aż do dna!
Tak po wielekroć gasnę, to znów płonę —
I na to próżno w łzach mi mieć obronę!

Po za tym naszym padołem,
Na wyspach, których Aniołowie strzegą,[22]
Jest zdrój tak dziwny, że z niego
Raz się napiwszy, konasz uśmiechnięty.
Otóż, znam w pewnej zamkniętej
Zewsząd dolinie, jeszcze zdrój szczęśliwszy,
Z którego raz się napiwszy,
Z uśmiechem w ustach umrzeć przedsięwziąłem...
Miłości! z którą ja społem

Niezbyt rozgłośną kroczę jeszcze drogą,
Wraz ze mną zamilcz tej doliny miano
Lecz za to, w porę wiośnianą,
Daj mi ją znowu módz oglądać błogo,
Gdyż tem jej mocniej pragnę sercem całem,
Im dłużej pani mej nie oglądałem.

Gdy cię kto świadczyć powoła,
To powiedz pieśni! żem tu miał na myśli,
Wokluzę piękną, kędy w łez kryształy
Sorga wytryska z pod skały —
Tam w gońce Miłość mą przedemną wyślij —
Niech w niem imieniu spojrzy w twarz Anioła,
Którego wdziękom zrównać nic nie zdoła! —





Idące z porządku trzy następne sonety (105, 106 i 107), całkiem okolicznościowe, i przeto najczęściej w Zbiorze Pieśni o Laurze, z którą nie mają nic wspólnego, opuszczane, mieszczą w sobie jedynie (zasłużone zkądinąd) gromy na zepsucie ówczesne dworu w Awinionie. Zresztą, nie zalecają się one wartością poetycką. Jak zawsze, nazywa w nich Petrarka dwór ten Babilonią — igrając zaś dalej tą przenością[23], grozi: że jeżeli się nieopamiętają, przyjdzie z Bagdadu (Baldacco) inny jakiś Sułtan (Soldano), zapewne który z ulubionych mu Colonnów, i ten dopiero zrobi tam ład pożądany.

Sonet 108.

Napisany około r. 1345. Do przyjaciół, jak się zdaje goszczących w Wenecyi.

Gdy myślą w skrzydła biję, by najprościej
K’wam szybowała, mili przyjaciele!
Za których dłoni uścisk dałbym wiele —
Wnet inna żądza prawo do nich rości.....
Serce, którego znane wam skrytości,
Z wami jest w grodzie, wśród którego ściele
Laguna śpiące swoich fal topiele —
Lecz gdy nie z wami, tedy leci w gości
Tam, gdzie mu Miłość przewodniczką bywa
Zaczem się stawa tak, że ona w kraje
Swobody zbiega — a ja pozostaję

W ziemi niewoli! — tylko że myśl tkliwa
Mej wytrwałości Stróżem jest Aniołem —
Gdyż sam z mem sercem rzadko bywam społem.



Sonet 109.

Miłość, mych myśli życie i królowa.
Której w mem sercu wdzięczna jest stolica,
Rumieńcem nieraz bijąc w moje lica,
Swej czci do ust mi ciśnie drżące słowa.
Alić ta piękna, co mię w trwodze chowa,
Ta wieczna moja radość i tęschnica,
Acz mi nadzieją śmiałą chęć podsyca,
Czcią moją zawsze wzgardzić jest gotowa.
Naonczas Miłość, z drżeniem niesłychanem
Znów mi w głąb’ serca zbiega, i tam kwili,
I za nic w świecie wyjść już nie chce z łona.
Więc, gdy ten nawet uległ, kto mi panem —
Cóż ja? — Z nim będę do ostatniej chwili —
Gdyż dobrze skończy, kto kochając skona! —



Sonet 110.

Jak ćma ku własnej śmierci mknąc, w godzinie
W której ku świecy nęci tego śpiocha
Światłość, zabójcza zwykle dlań macocha,
Bez niczyjego żalu w wieczność spłynie,
Tak ja, w tych oczu patrząc blask jedynie,
W których się na śmierć dusza moja kocha,
Działam jak własny wróg, bo istność płocha
Od tego, czego żąda, marnie ginie.
I nic: że w oczach owych czytam wstręty —
Że wiem, iż z tego umrzeć mam bez rady —
Że próżno mężnym być wśród żądz zamieci —
Taki w nie ciągnie urok niepojęty,
Że raczej pociech szukam w nich, niż zdrady —
Że w śmierć swą duch mój rad na oślep leci! —



Sestina V.

Przez cień rozkoszny żywej zieloności,
Pierzchliwie biegnąc nielitosna światłość,

Tu mię dościgła aż z Trzeciego Nieba.[24]
Z szronów już wtedy oczyściła wzgórza
Miłosnem tchnieniem Odnowienia pora,
Do życia budząc smugi łąk i gaje!
Widzianoż kiedy rozkoszniejsze gaje,
Lub wiatr czy wzruszał żywsze zieloności?
Nie wiem — lecz pomnę: gdy ta przyszła pora,
To w trwodze mając zbyt gorącą światłość,
Za nicbym nie był zbiegł w cieniste wzgórza —
Lecz pod wznioślejszy krzew, co sięga Nieba.
Tak jest — Laur strzegł mię od pocisków Nieba!
Ztąd nieraz próżno w głuche wkraczam gaje.
Lub kroki błędne zwracam w cień na wzgórza —
Nigdzie tak błogiej nie znam zieloności,
Jak ta uczczona przez najwyższą światłość,
Dla której zmienna nie istnieje pora.
Jednak, niekiedy, czując że jest pora,
Nasłuchiwałem głosów do mnie z Nieba.
I mając z sobą złagodzoną światłość,
Pobożniem tęschnił ujrzeć znów te gaje,
Bądź gdy z drzew uschłe lecą zieloności,
Bądź kiedy słońce w maj przystraja wzgórza.
Lasy, opoki, błonia, zdroje, wzgórza.
Wszystko w swej mocy zmienna trzyma pora —
Ztąd mi przebaczcie żywe zieloności!
Jeśli ze zmianą gwiazd nademną z nieba.
Mierzcliną mi w duszy liści waszych gaje —
Jak tylko błysła mi Przedwieczna Światłość!
Ta zrazu tak mię przeraziła Światłość,
Żem więc pośpiesznie strome przebył wzgórza.
By istność moją w lube schronić gaje —
Lecz gdy znam: jak jest krótką życia pora —
Inny przedemną dnieje szlak,— do Nieba,
W owoce zdobny, nie zaś w zieloności
Więc z zieloności owej, w inną światłość,
Szlakiem do Nieba, przez wyniosłe wzgórza,
Gdy na mnie pora, zdążam w Wieczne Gaje! —



Sonet 111.

Do jakiejś zalotnej damy, usiłującej, jak się zdaje odciągnąć go od Laury.

Ilekroć brzmią mi z twoich ust słodycze,
Jakiemi Miłość drużbę swą kołysze,
Chuć, najchłodniejsze zdolna towarzysze
Płomieniem zająć, krasi mi oblicze.
Lecz w tem — zjawisko Pani mej dziewicze
Jest przy mnie, błogą niosąc z sobą ciszę
Jak nie raz było, o! i głos jej słyszę —
I serca tętna westchnieniami liczę
Na wiatr ma włosy — twarz jej od promieni
Rajskich, uśmiechem się i łaską mieni —
I serce ze mnie jakby swoje bierze
Nie — w mowie na to niema, powiem szczerze
Słów dość — i ludzie wiedzcie to zdumieni,
Że nawet próżno kusić się w tej mierze!—



Sonet 112.

Do Sennuccia del Bene.


Ni w tak różowych barwach wschodzi zorze,
Gdy brzask przepędzi z nieba ćmy złowieszcze —
Ni też, ulewne zwyciężywszy deszcze,
Mieni się tęcza w barwy równie hoże —
Jak się w tej, pomnę, przemieniła porze,
Właśnie gdy myśl mą jej kochaniem pieszczę,
Ta, której licom (skromnie mówię jeszcze)
Z rzeczy śmiertelnych zrównać nic nie może!
W oczach jej niebo błysło mi z tak bliska,
Że wszelkie inne ziemskie mi zjawiska
Zdały się odtąd ciemne niesłychanie
Sennuccio! W nich mi z łuku prosto w serce
Dwie strzały zbiegły, — a ja w te morderce
Po śmierci jeszcze patrzeć byłbym w stanie! —



Sonet 113.

Napisany w r. 1342 — więc właściwie nie tu jego miejsce.

Niechbym żył kędy kipią skwary wrzące,
Lub kędy zima gości jak najdłużej,

Lub tam znów kędy siedzą, ludzie, którzy
W jednakiej mierze mają noc i słońce;
Czy w górę wzlecę, czy się w dół otrącę,
Czy mi pogodne niebo, czy się chmurzy —
Czym we dnie, w nocy, w ciszy lub wśród burzy —
W młodzieńcze chwile, czy w zapadające —
Myśl moja w Niebie, czy w otchłaniach będzie,
W górze, w dolinie. w mylnych dróg obłędzie —
Rozniećcie męztwa siłę w niej. lub zgaście —
Wznieśćcie ją w Chwałę, strąćcie w mgły przepaście —
Tenże sam we mnie zawsze duch, i wszędzie
Tchnie tem, czem nawykł tchnąć już lat piętnaście!—



Sonet 114.
Do Laury.

O duszo słodka! zdobna wszelką cnotą!
O której tyle dźwięczą moje pieśni.
W której uroków wątek, jak najwcześniej
Nieba przedziwną doskonałość wplotą —
Czemuż twe lica przypodobam? — oto
Liliom i różom, jakich dusza nie śni —
I Aniołowie tobie są rówieśni.
Którym skroń zdobi promieniste złoto.
Z twojemi chwały gdy pieśń z ust mych wzlata.
Radbym, by mogła mieć u stóp, jak słońce,
Don, Nil i Olimp — aż po świata końce!
Lecz — iż nie może wszystkich części świata
Zbiedz, niech więc dźwięczy w stronie, którą dzieli
Apenin, w pośród Alp i mórz topieli. —



Sonet 115.

Gdy duch posłuszny nazbyt żądz ostrodze.
Acz go wędzidło od złych natchnień strzeże,
Nie rad jest we mnie wytrwać w zwykłej mierze,
Chcąc by choć westchnień zwolniono mu wodze;
Wtedy tę przy mnie pełną łask znachodzę,
Która mi z czoła myśl mówiącą szczerze,
I powściągliwą Miłość z serca bierze,
I prawdę z oczu zawstydzonych srodze.

Jam w onczas niby jak ten, co przed Boga
Gromem się cofa — bowiem wielka trwoga
Wielką jedynie żądzę okiełznywa.
W tem, niech otuchy światłość dobrotliwa
Z przejrzystej duszy, niby z chmur się wdzięczy —
Wnet pierzcha groza od tej błogiej tęczy.—



Sonet 116.

Po, Tybr, ni Arno, ani srebrne fale
Rzek najsłynniejszych, z bliska, czy zdaleka.
Nie są tak wdzięczne, jak jest owa rzeka.
Której się nurtom w mej tęschnocie żalę.
Żadne też drzewo tak się doskonale
Nie zrosło z chwałą śmiertelnego człeka,
Jak ten krzew Boski, od którego czeka
Pieśń moja działu w nieśmiertelnej chwale.
Ta myśl jest całem pocieszeniem mojem,
Odkąd mi w zbrojnym stanie żyć przystało,
Bym od Miłości mógł się mieć bezpiecznie.
Tak więc, cześć tobie Laurze! co nad zdrojem
Szumisz rozkoszne myśli brzmiące chwałą,
Które ja w moich pieśniach niech uwiecznię! —



Ballata X.

Z postępem czasu mniej mi srogą bywa
Anielska postać, uśmiech ust jej świeży.
W jej wzroku też coraz szczerzej
I na jej twarzy myśl się święci tkliwa.
Więc precz westchnienia! z których nie raz przy niej
Zrodzona z bólu w mem łonie
Tęschnota, ku Niebu wionie,
Z swych się udręczeń skarżąc i rozpaczy.
Gdy już nareszcie litość mej Bogini
Błaganiem ku sobie skłonię!
Lecz chociaż Miłość, w swe dłonie
Tę sprawę wziąwszy, stronę mą wziąść raczy.
Nie przeto bój mój skończę, ni inaczej
Z mą spokojnością będzie, — gdyż, jak sądzę,
Tem srożej dręczą mię żądze.
Im mię nadzieja bezpieczniejszym czyni! —



Sonet 117.

W rodzaju zwanym u Prowansalów: Tenson.

— Co myślisz duszo? zawieszenie broni,
Pokój, czy wieczną wojnę będziem mieli? —
— Co z nami będzie? nie wiem.
Lecz jeżeli Laura ku nędzy naszej wzrok swój skłoni? —
— Wzrok jej gdzieindziej błądzi. Jakże do niej
W trwodze się serca zbliżyć? — Temci śmielej
Miłość nas wesprze, co z nią rządy dzieli,—
— Laurze z Miłością w wojnie być któż wzbroni? —
— Milcząc ustami, sercem skarż się szczerze —
A tak, nie patrząc, Laura wnet spostrzeże
W łez toni, cichych uczuć twych przepływy. —
— Nadzieje marne! Cóż mi z tych przymierzy
Wiary z boleścią? Niezbyt chętnie wierzy
W zbyt wielkie szczęście człowiek nieszczęśliwy. —



Sonet 118.

Nigdy rozbitka z toni rozszalałej
Dzielniej nie wabi cicha gdzieś zatoka —
Jak mnie wzrok Laury, gdy mych żądz głęboka
Otchłań mię trwoży: czy z niej wyjdę cały?
Ni kiedy kogo mocniej olśniewały
Świetlane blaski, które mkną z wysoka —
Jak mnie, uroczy jej czarnego oka
Błysk, w którym Miłość ostrzy złote strzały.
W nim Amor, zbrojny skrzydły i kołczanem.
Wcale nie ślepy, ani całkiem nagi,
Wiedząc, że w pomoc jego Bóstwo zowę.
Skinieniem ku mnie mruga dobrze znanem —
A ja w niem czytam, mimo brak odwagi,
Pieśń o Miłości, o Miłości mowę.—



Sonet 119.

Tej mojej cichej dziwnie srogie serce.
Tej, co ma człeczy kształt a jest Aniołem,
Tak mię udręcza szczęściem z nędzą społem —
Że nie podołam dłużej tej szermierce!
Jeśli mię dalej, w te dwa przeniewierce,
Raz tak, raz owak, wieść ma błędnem kołem —

To słodkim jadem, który w żyły wziąłem
Z twych rąk, Miłości! życie me uśmiercę.
Gdyż słabe Męztwo moje już nie może
Tyle zmian przetrwać: że człek, w jednej porze
Cieszy się, cierpi, płonie i drętwieje!
Więc uciec z pola, jak ten, ma nadzieję,
Którego, jeśli boleść nie zabiła,
Już mu nie zada śmierci żadna siła. —



Sonet 120.

Idźcie gorące tchnienia w zimne łono!
Powloką z lodu stań się przez was krucha!
I jeśli Niebo próśb śmiertelnych słucha,
Śmierć lub nadgrodę oby wam znaczono!
Idźcie sny moje z myślą udręczoną!
Jeśli jej wstrętów, gwiazda mego ducha
Nie zdoła olśnić, lub nie zmiękczy skrucha —
Nadzieje moje w mgły niech błędne wioną!
Bowiem tak sądzę, jeśli się nie mylę:
Że na mej drodze chmur i wichrów tyle,
Ile jest u niej cicho i świetlane.
Więc wy, Miłości tkliwi przodownicy
Idźcie! — niech trwożny czytam w jej źrenicy,
Że mej pokorze raczy być zjednaną. —



Sonet 121.

Nieba, żywiołów i gwiazd wspólna zmowa,
Przemysłem wszelkim i staraniem całem,
W te oczy zbiegła, w których blask ujrzałem,
Jakiego ludzkie nie wyrażą słowa!
Rzecz tak cudowna, wzniosła jest i nowa,
Że wzrok się własnym trawi w nich zapałem —
Tyle tam wdzięku, w pięknie doskonałem
Nad miarę wszelką, słodka Miłość chowa!
I takim czarem w błyskach ich powietrze
Lśni w koło: że jest słońce odeń bledsze, —
Że w pieśń go przelać słowa się ulękną.
Czci tylko pełen urok tam znajdziecie,
A nic niskiego. Bo gdzież ujrzeć w świecie
Podobną cnotę tak zupełnie piękną! —



Sonet 122.

Sonet ten w związku jest z dwoma następnemi. Wszystkie trzy, bardzo przesadne i dziwaczne, zdają się opiewać jakiś wypadek rozpłakania się Laury. —

Do tyla nie był żaden Mocarz w gniewie,
Chcąc razić wroga śmierć niosącą raną,
By w samą porę nie było mu dano
Módz chłód rozwagi w żądzy tchnąć zarzewie.
Nic tylko Amor o litości nie wie,
Skoro mi Laurę ujrzeć dał spłakaną —
Od czegom cierpień wziął cierniowe wiana —
Od czego chwasty złych żądz w sobie krzewię.
Bo to tak było: że ten jej najtkliwszy
Płacz, niby dług mój u niej zaciągnięty
W sercu twardemi wyrył mi diamenty,
I na to jeszcze pieczęć przyłożywszy.
Tak mię tem strwożył, że przez ona trwogę
Łez już nie mając, wzdychać tylko mogę. —



Sonet 123.

Patrząc w jej ziemską piękność z Nieba wziętą,
I wdzięk ten, który cały świat niewoli,
O którym dumać cieszy mię i boli.
Bowiem przyśnioną zda się być ponętą —
Widzę, jak łzami blaski gwiazd odjęto
Jej oczom, słońcu zazdrosnemu gwoli —
I skargi słyszę, których smutnej doli
Przyroda cala tkliwe sprawia święto.
Gdyż tam żal, miłość, mądrość, wraz się splecie
W tak dziwną zgodę, jaką w pozaświecie
Wśród sfer harmonii duch usłyszeć życzy.
Więc też i niebo milczy uroczyście,
Bo nawet w gajach nie zadrżały liście —
Tyle w powietrzu stało się słodyczy! —



Sonet 124.

Ten dzień goryczy pełen, tak ją całą
I taką żywą w serce mi przesyła,
Że choć tej chwili pamięć mi niemiła,
Niemniej z mą pieśnią wracam ku niej śmiało.

Gdyż boleść Laury z cichą męztwa chwałą,
A oraz łez jej niezmożona siła,
Dawały wątpić: czy śmiertelną była
Ta, z której Niebo promieniste dniało!
Pomnę — w nieładzie miała sploty złote,
A w blaskach oczu, po przez łez tęschnotę,
Miłość, swym łukiem zbrojną bezlitośnie. —
A z ust, podobnych w róże zdobnej wiośnie,
Gdy skargi dziwnie wzruszające brzmiały,
W westchnieniach miała płomień, w łzach kryształy.—



Sonet 125.

Gdziebądź strudzone zwrócić zechcę oczy,
Bym żądzom zdobył pożądaną ciszę,
Wszędzie mi, w równej mierze myśl kołysze
Cień niepozbyty Laury mej uroczej.
To się uśmiecha, to się wzgardą mroczy,
To mi przebacza, to mię karci w pysze,
To głos jej słodki w tchnieniach wiatru słyszę,
To postać wdzięczną widzę w wód przezroczy.
Miłość i Prawda, zgodnych dwóch Mocarzy
Głoszą: że nigdy nigdzie się nie zdarzy
Podobna piękność w czyjejkolwiek twarzy.
Mi z ust tak świeżych równie wdzięczne słowa,
Ni w takich oczach taka łez wymowa,
Że kiedy błyszczą, słońce w zmrok się chowa.—



Sonet 126.

W jakiejże nieba stronie, i u kogo
Wzór brano wtedy, gdy przyroda cała
Jej twarz zdobiła w blaski, jakby chciała
U nas pokazać: co tam w Niebie mogą?
Gdzież nimfa, patrząc w źródło nad rozłogą,
Włos taki czesze, który złotem pała?
I komuż w sercu cnót podobna chwała
Kwitła, jak te są z których śmierć mam srogą?
Darmoby w piękno Bozkie patrzał, ktoby
Nie znał: co może moc jej spojrzeń cicha,
Z których, to rozpacz miota, to nadzieję —

Ani miłości dziwne znał sposoby
Ktoby nie wiedział sam: jak Laura wzdycha,
Jak słodko mówi, jak się słodko śmieje! —[25]



Sonet 127.

Wspólnie z Amorem w cuda spoglądamy,
Jakie nie każdej są przystępne wierze:
To kiedy mówi, lub się śmieje szczerze
Ta, której niema równej, prócz niej samej.
Z pod brwi pogodnych, niby z Niebios bramy
Dwóch gwiazd przewodnich dnieje nam przymierze
A z nich otuchę ten szczęśliwy bierze,
Którego miłość nie zna ziemskiej plamy.
Serce mi wzbiera i rozkoszą rośnie,
Gdy sama kwiatem będąc, tak miłośnie
Kwiaty do piersi tuli marmurowej!
I jest podobna najpiękniejszej wiośnie,
Gdy zamyślona błądzi wśród dąbrowy,
Wianek wplatając sobie w włos swój płowy! —



Sonet 128.

Obłędne kroki, myśli bieg niestały.
Uparta pamięć, wrzący szał rozpaczy.
Przy slabem sercu zapał żądz junaczy.
Oczy, nie oczy — ale łez kryształy —
Liść w koło skroni, co odznaką chwały
Dwojakie tylko męztwo wieńczyć raczy —[26]
Mozolne życie, w obłęd gdzieś tułaczy
Mknące bezwiednie po przez strome skały:
I nad tem wszystkiem wzrok niezmiernej siły,
Co mię, gdy zechee, żywi lub zabija.
A ja, rad nie rad, być posłusznym muszę
O wy dostojne tkliwem sercem dusze!
Coście na ziemi kiedykolwiek żyły —
Zważcie, niedola czyż mi zrówna czyja? —



Sonet 129.

Murawo miękka i szczęśliwe kwiecie,
Wy, które Laura depcze zamyślona!

Z których nie jedno, choć miłośnie kona,
Ślady jej pięknych stóp zachowujecie!
Gąszcze, wiejące tkliwą woń po świecie —
Fiołki, rozkoszą zbladłe u jej łona —
Cieniste gaje, gdzie jest jej ochrona,
Gdy z nieba słońce złote strzały miecie!
I ty krynico toni jak najgładszej,
W której gdy ona w swoje wdzięki patrzy.
Od nich jaśniejesz jak od bla«ku wiosny —
Jakżem wam wszystkim Laury mej zazdrosny!
O! niechby nawet mchem obrosłe skały
Miłością moją, tak jak ja pałały! —



Sonet 130.

Miłości! która czytasz w myśli człeczej,
I szlak znasz stromy co ku szczęściu wiedzie,
Tajników serca mego przyjm spowiedzie,
W których usłyszysz dziwcie skryte rzeczy.
To, zaczem gonię, w pilnej mając pieczy,
Słusznie przedemną dotąd szłaś po przedzie —
Lecz dziś, że mniej dbasz o mnie w mojej biedzie,
Za to strudzony duch ci mój złorzeczy.
W snach ja oglądam ową jasność złotą,
Ku której muszę z trudem iść na jawie,
Gdyż brak mi lotu który tobie służy;
Więc lepiej może nie bądź ze mną dłużej —
Bo się nareszcie własną żądzą strawię,
I ta inna wzgardzi co jest mą tęschnotą!—



Sonet 131.

W tej cichej w niebie i na ziemi porze
Gdy zwierzę wszelkie ujął sen głęboki.
Gdy Wóz gwiaździsty bystrych kół zatoki
Zniża w zwierciadłem wygładzone morze —
Ja czuwam, dumam, tęschnię, ja się trwożę,
Lgnąc, w walce z sobą, w słodkich mąk uroki
Zbolały, gniewny, z źrzenic czarnookiej
W burzę mych myśli wabiąc światła Boże.
Tak z jednych źródeł, i w tę samą porę,
Słodycz i gorycz na mój pokarm biorę,
I dłoń mi jedna śmierć i życie dawa.

A iż wieczności mąk mych znim przyczynę,
Sto razy na dzień rodzę się i ginę,
I o zbawieniu marzyć nie mam prawa. —



Sonet 132.

Kiedy jej stopa wśród murawy miękkiej
Lotnie przebiega — to te świeże darnie
Kwiatami tkane, chociaż giną marnie,
Niemniej w nadziemskie coś je stroi wdzięki
W tem, czarodziejka, ruchem białej ręki
Wabi ku sobie, o! i siłą garnie!
Tak słodkie z oczu wieszcząc mi męczarni?
Że mi niemiłe w życiu nic, nad jęki!
Słowem, w tej Pani, rodem gdzieś z Wysoka,
Uśmiechy, ruchy, słowa, błysk oka,
Taką przedziwną całość razem tworzą.
I taka tego przemoc niepozbyta,
I taki z tego blask w mą duszę świta,
Żem jest jak nocny ptak olśniony zorzą! —



Sonet 133.

Bym się był trzymał Pieczar[27] Apollona,
W których ten Bożek wieszcze cuda stwarza
Florencya swego miałaby pieśniarza[28],
Tak jak Arunca, Mantua lub Werona[29];
Lecz gdy Kastalskich zdrojów, pierś spragniona
Już próżno żąda niech się nie przysparza
Błon lichy, wzorem tego gospodarza,
Co z kłosów pustych wiązał mdłe brzemiona.
Minerwy święta uschła mi oliwa,
Odkąd z Parnasu ku niej nie podpływa
Struga, z sokami niepożytej Chwały.
Lecz raczej smutki moje to zdziałały,
Że bezowocnie z świata zejść mi trzeba
Jeśli mię dżdżem swym rzeźwić nie chcą Nieba! —



Sonet 134.

Gdy Miłość piękne oczy w ziemię schyla,
I tęschne tchnienia bierze w śnieżne łono,
I słowa szepcze które w duszę wioną,
Zdobna już w skrzydła próżne barw motyla —
Czuję w mem sercu kradzież popełnioną
Z myśli i wszelkiej woli mej, do tyla,
Że mówię: Święć się ostateczna chwila,
Gdy tak powabną śmierć mi w niej znaczono!
W tem upojeniu zmysłów, dusza łzawa,
Chcąc jednak wiedzieć: czy zbawioną będzie?
Już odejść ze mnie mając, pozostawa.
Tak to ja żyję, i tak to się przędzie
Wątek mej doli, w czarodziejskiej dłoni
Tej, co Syrenim czarem z nieba dzwoni. —



Sonet 135.

Miłość wysyła do mnie myśl tę błogą.
W której jest zgoda dwojga serc wrzekoma,
Z tem pocieszeniem: — że się Laura sroma
Dłużej mą żądzę zimną drętwić trwogą.
Ja, że kłam taki z taką prawdą, mogą
Razem w mej duszy gościć jakby doma,
Nie wiem już, chwiejny między względy dwoma,
Komu nie wierzyć — albo wierzyć w kogo?
Tak czas mi schodzi — a ja wieszczym duchem
Widzę: jak w lata pędzę, w sercu kruchem
Wiecznie ułudy nosząc i nadzieje,....
Niech co chce będzie! Ni się myśl starzeje,
Ni szczęście, godne żądzy być zapłatą
Bylebym tylko żył dość długo na to! —



Sonet 136.

Pełen tej myśli, w której ślad uroczy
Dążąc, sam jeden w świat czarowny wchodzę,
Kuszony zdradą własną, szukam w drodze
Tej, z którą raczej być mi na uboczy.
Lecz gdy ją wreszcie widzą moje oczy,
Duch we mnie drżący zrywa zmysłów wodze —
Tak mu się znagła zjawia zbrojną srodze
Ta, co z Miłością bój i ze mną toczy.

W tem, w zachmurzone moich żądz nadzieje
Litości promień z pod brwi ciemnych dnieje
Południa skwarem — jeśli się nie mylę
O duszo! zostań we mnie, nim żarzewiem
Tych oczu spłoniesz! — o! bo ja mam tyle
Do powiedzenia..... lecz, jak zacząć — niewiem! —



Sonet 137.

Nieraz niebiańską na jej twarzy chwałą,
Z pozoru łaski pełną, coś mię skrycie
Kusiło, serca przytrzymując bicie,
Przemówić do niej z cicha i nieśmiało.
Lecz błysk jej oka wskroś mi drętwił ciało —
Gdyż los mój cały — o! czy uwierzycie? —
Zło moje, dobro wszelkie, śmierć i życie,
Złożyła Miłość w jedną dłoń jej białą.
Ztąd nigdym nie mógł znajść słów, coby u mnie
Ważne, i u niej także coś ważyły —
Tak to przez Miłość drżę i tracę siły!
Ta zaś, co wzrokiem swym karcącym dumnie
Mowę mi bierze, ducha drętwi w łonie,
Sama — ni cierpi, ani choćby płonie. —



Sonet 138.

W pierwowzorze mocno dziwaczny.

Miłość, w okrutne dając mię ramiona,
Dusi w objęciu — gdy się na to żalę,
Zdwaja męczarnię — a ja, w dziwnym szale,
Zazdroszczę temu, który milcząc kona.
Błysk oka Laury i westchnienie łona
Zdolne wykrzesać serce nawet w skale.
W pychę ją wzbija, — gdyż się nie chcąc wcale
Podobać, jest podobać się zmuszona.
Ni ja przemysłem żadnym nie poradzę,
Aby z jej serca wziąść precz grudkę twardą
Krzemienia, w którym piękna dusza tleje —
Ni jej bezlistość ma tak możną władzę.
Aby zdołała precz odepchnąć wzgardą
Słodkie wzdychania moje i nadzieje. —



Sonet 139.

O wzgardo sroga! coś jest wrogiem cnoty,
Jad sącząc w krople słodkich żądz kielicha —
Jakąż to sztuką, jakąż drogą, z cicha
W pierś Laury wpełzłaś wężowemi sploty?
Okrutną jawą trzeźwisz sen mój złoty.
W moc mię oddając takiej, której pycha
Wprzód zachęcała, teraz precz odpycha
Czyste błagania moje i tęschnoty!
Nie przeto jednak, karcąc mię nie szczerze,
Z mych pociech smutna, z moich łez wesoła,
Zmienić cośkolwiek w mych uczuciach zdoła.
Niech mi sto razy na dzień życie bierze,
Chcę mię odstręczyć, zachwiać w mojej wierze —
W Miłości mojej Stróża mam Anioła. —



Sonet 140.

Patrząc w słoneczną oczu tych pogodę,
Co w moich nieraz łez wzbudzały deszcze,
Dusza się ze mnie rwie: że może jeszcze
Za życia mego w Raj ją ziemski wwiodę.
Lecz, jak w pustyni, zdrój i palm ochłodę
W tumanach topią widma mgły złowieszcze,
Tak Raj ten pierzcha — a ja tylko pieszczę
Szyderstwo losów i złudzenia młode.
Tak w dwóch sprzecznościach, w których Miłość mięsza
Płomienie z chłodem, z żądzą wstręt, pomiędzy
Błyskami szczęścia, trwam w zwątpienia nędzy.
I jest nieliczna chwil wesołych rzesza,
A zato dziwnie tłumne dni sieroce: —
I jakie drzewo, takie i owoce! —



Sonet 141.

Jeśli się życie czyta z gwiazd, jak wierzą —
To ja pod srogą gwiazdą dzień ujrzałem,
Twardą kołyskę wziąłem srogim działem,
I ziemia srogą była mi macierzą.
Ta zaś najsroższa, z której oczu brałem
Strute pociski, co wprost w serce bieżą —

I z którą w zmowie, ranę, tę wciąż świeżą
Miłość swym ostrym rozkrwawiała strzałem!
Litości nigdy nie miałyście obie!
Na szczęście pocisk, co tak silnie dziobie,
Pozbawia zmysłów, lecz nie na śmierć rani.
Miłości! powiedz — o! wszak cierpieć dla Niej
Jest Niebu służyć! Ty mi przysiąż pani
Przez grot twój złoty — a uwierzę tobie. —



Sonet 142.

Kiedy wspominam czas i miejsca owe,
Gdziem siebie pozbył, gdzie w tak słodkie pęto
Miłość mię wzięła, że mi jest ponętą
Gorycz, a łzy mi starczą za wymowę —
To wtedy chętnie, w próby te ogniowe
Znów idąc, mękę moją niepojętą,
W której doświadczać wcześnie mię poczęto,
Życiem, — a resztę wszystko śmiercią zowę.
To słońce, które błogie mi nadzieje
Wprost w serce wraża, równie słodko grzeje
W dni mych wieczorze, jak w poranku było —
Niem promienieję, niem ja także płonę —
I wszystko z dawną znów odczuwam siłą,
Kiedy wspominam czas i miejsca one. —



Sonet 143.

Przez niegościnne, po przez dzikie knieje,
Gdzie zwierz i zbój ma legowisko swoje,
Idę bezpieczny — gdyż się tylko boję
Słońca, co z siebie żar miłości zieje.
Idę, śpiewając płoche żądz mych dzieje,
W myśl mą o Laurze ufny jakby w zbroję —
I mniemam leśne z sobą mieć dziewoje,
A to są jodły z których wietrzyk wieje.
I nieraz Laury śmiech wśród szeptu liści,
Głos w śpiewie ptasząt, a zaś w strugi szmerze
Jej szaty szelest słyszeć mi się zdało
Zaprawdę, niemal Raj się ziemski iści
W tych gąszczach — gdyby nie to, wyznam szczerze:
Iż słońca mego w cieniu ich zamało! —



Sonet 144.

Mieści w sobie wspomnienia wrażeń, zapewne nie obcych Laurze, ale dziś mocno już nie jasne.

Dniem jednym, poprzez góry, lasy, niwy,
Wielce tęschnego własnych myśli posła,
Miłość mię skrzydły cudownemi niosła,
Bym w Trzecie Niebo mógł dolecieć żywy.[30]
Słodko jest wspomnieć, żem szedł w owe dziwy,
Gdzie Marsowego wieje strach rzemiosła,
Jak statek coby stradał ster i wiosła,
Odwagi pełen i otuchy tkliwej.
W tem, gdy przymierzchać począł dzień ów błogi,
Wspomniawszy: podróż mą zawdzięczam komu,
I powrót, — strach mię przejął pokryjomu.
Szczęściem, Wokluzy Raj i u rozłogi
Sorga, gościnnie serce zbyła z trwogi —
I ono — w blaskach znów jest jakby w domu. —



Sonet 145.

Bodziec i cugle jednocześnie znoszę,
Otuchę, trwogę, uśmiech, brak pamięci.
To mię odpycha, to ku sobie nęci —
To rozpacz cierpię, to znów śnię rozkosze.
W zawodów mnóstwie pociech mam potrosze —
I jak są ludzie w krąg zaklęty pchnięci,
Sam sobie szkodzę przy najlepszej chęci
Miłości! twoje sprawy to macosze!
Czasem przyjazna myśl mi wskaże drogę,
Którąbym idąc, wiedział: że choć mogę
Ukradkiem podejść pod nadziei wrota.
Lecz na nic wszystko. Znów mię wprędce psota
W bezdroże jakieś spycha, gdzie zdaleka
Widzę jak na mnie śmierć czyhając czeka. —



Sonet 146.

Jest on odpowiedzią na Sonet Gerego Gianfigliazzi, zaczynający się od słów: Messer Francesco che d’amor sospira.

Czasem, gdy ona wojnę mi wypowie,
To, wiedz mój Geri: że na ową porę

Ku mej obronie tylko przedsiębiorę
To, czem wytrwali walczą kochankowie.
Tej pogardliwej oczu jej wymowie,
Co chce mi zdrętwić serce trwogą chore,
Stawiam tak bierną woli mej pokorę,
Że przejednana wnet mu wraca zdrowie.
Inaczej czyniąc, w jej Anielskiej twarzy
Meduzę ujrzeć łatwo mi się zdarzy,
Co ludzi w głazy zmieniać miała władzę.
Tak i ty z twoją lubą czyń — tak radzę,
Bo nie unikniesz doli tajemniczej,
Chyba ci Amor skrzydeł swych użyczy. —



Sonet 147.

Napisany w r. 1345.

Po! Mógłbym ciała śmiertelnego dolę
Powierzyć wartkich prądów twych opiece —
Lecz duch jest we mnie rwisty, tak dalece,
Że jemu raczej chęć mą oddać wolę.
Z nim ja, w przestrzeni niezgłębionych pole,
Wprost przez powietrze, wiosłom ani rzece
Nie dość ufając, w złoty wschód mój lecę,
U ramion mając skrzydła żądz sokole! —
Jednak, Królowo wszystkich rzek wyniosła!
Któraś jest godna wziętą być za posła
Tej, co Królową swego jest lutnisty,
Nieciłbyś doczesną istność moją niosła, —
Gdy duch, w miłosnych skrzydeł zbrojny wiosła,
Lecąc, wyprzedzać będzie prąd twój rwisty! —



Sonet 148.

Miłość mi siatkę podrzuciła złotą
W zielonej trawie, i jak niegdyś Ewa
Ku drzewu wabi, co cień liści miewa
Wiejący raczej smutkiem, niż pustotą.
I jak tam w Raju, tak i tu, szło o to
Bym gorzki owoc ściągnął z tego drzewa —
Tę zaś pokusę tak mi słodko śpiewa,
Jak ludzie tylko w krasnych bajkach plotą.

I miała jasnym dzionkiem uśmiechniętą
Twarzyczkę chytrą, a zaś twarde pęto
Podstępnym wężem w białej rączce chwieje.
Aż wreszcie wpadłem w matnię tę gotową —
A to sprawiło jej ułudne słowo,
Moje zaś płoche żądze i nadzieje. —



Sonet 149.
Do Laury.

Miłość, co żądzą serce moje pali,
Ziębiącym wstrętem wskroś przejmuje twoje —
A ja, sam nie wiem. czy się więcej boję
Ciebie, czy siebie — bośmy równo stali.
To chcę być blisko to znów jak najdalej.
Zbliska — ból cierpię, zdala — niepokoje,
A te ukrywam, jak gdy, niby w zbroję,
Dziewczę swe wdzięki tuli w rąbka fali.
Zazdrość mię dręczy — głośno to wyznaję.
Lecz pieśń się nawet wypowiedzieć lęka
Ile w swym bólu słodką jest ta męka!
Wielcebo dziwne twoje są zwyczaje!
Ktobądź w twych oczu słońce wzbić się stara,
Śmiałka takiego spotka los Ikara. —



Sonet 150.

Jeśli mi rany Laury wzrok zadawa,
I ust jej rozkosz pełna słów swawoli —
Jeśli do tyla panią jest mej doli,
Że, jak chce: sroga bywa lub łaskawa —
To może kruchą stać się moja sprawa.
Gdy, bądź z mej winy, bądź złym losom gwoli,
Siebie mi biorąc, wręcz mię przyniewoli
Litościwszego w śmierci szukać, prawa.
Bowiem, doprawdy, drżę ja niesłychanie,
Ilekroć w twarzy jej, schmurniałej nieco,
Doświadczeń dawnych próby mi przeświecą.
Z przyrody, zmienność rzeczą jest kobiecą —
Ztąd cóż mniej trwałem bywa nad kochanie,
Co, w sercu płochem, za błysk oka stanie. —



Sonet 151.

Miłość i zdrowie, z duszą jej nieśmiałą.
W której Bóg skarby wszelkiej cnoty składa,
Wręcz na mnie godzą. Miłość takby rada
Wprędce mię zabić, że się jej wydało
Słusznem: iż Laurze dano wątłe ciało,
W którem — by wieczna ztąd mi była biada —
Ta moja piękna, trwogą życia blada,
W tęscbnocie nieba, świat nasz ceni mało.
Więc, mimo szczęście całe, najkryjomiej
Drżę w głębi duszy o tę istność drogą,
Przez świat mogącą tylko iść przebojem —
I jeśli Litość Śmierci nie poskromi,
Niestety! widzę, w co się zwrócić mogą
Wiotkie nadzieje z życiem zrosłe mojem! —



Sonet 152.

Ta moja piękna, niby Rajskie ptaszę
Gdzieś z sfer niebiańskich zlatujące zdala,
Rozkoszą uczuć, pełną mąk Tantala,
W serce mi spływa, jak w wezbraną czaszę,
Coś to jest niby nasze, a nie nasze —
W jej włosach igra dni słonecznych fala —
Jej oczu płomień duszę mi przepala,
Którego w sobie nigdy już nie zgaszę.
Próżno w bogactwa szat jej śnieżne łono,
Próżnoby w kwiaty piękność tę zdobiono,
Co sama kwiatem najpiękniejszym bywa —
Nadprzyrodzone widzieć mniemasz dziwa,
I niemal sądzisz baśnią to przyśnioną —
A jednak ona wśród nas gości żywa. —



Sonet 153.

Bardzo przesadny.

Gdyby Wirgila oczy i Homera
To słońce moje były oglądały,
Ci dwaj, na jego cześć, swych sił udziały
W pieśńby złożyli która nie umiera.
W niem jest i Enej, dusza wielce szczera —
Przebiegły Odyss — Achill pełen chwały —

I znowu August, Rzymu Car wspaniały —
I ten, co Egist zabił go przechera.
I wreszcie Scypion — cnota niepożyta —
Czyż nie podobny do tej, w której kwiecie
Z pięknością zacność w jedno się złączyły?
O pierwszym Enniusz twardy rytm swój zgrzyta.
Ja zaś tej drugiej święcę pieśń, — a przecię
Bodaj nad moje czy to nie jest siły! —



Sonet 154.

Nad głazem który krył Achilla zwłoki.
Rzekł Aleksander tchnąc zazdrością skrycie:
— Szczęśliwy człecze! dzielne miałeś życie —
I wieszcz twą sławę rozniósł w świat szeroki! —
Jam znów pieśniarzem jest tej czarnookiej,
Jakiej podobnej nigdy nie ujrzycie;
Ztąd i o moim świat się dowie bycie,
Gdyż wielką chwałę wznoszę pod obłoki!
Cóż gdy Homera rytm lub Orfeusza.
Lub — co jest Mantui chwałą — pieśń pastusza,
Zaledwie godnie imię jej wydzwoni!
Nieszczęściem, jakieś złe sprawiło Zorze,
Iż ją uwielbia ten, co mówiąc o niej,
Jej Boską Wielkość tylko zmniejszać może! —



Sonet 155.

Ożywcze słońce! któreś w jednej mierze
Ze mną ten Boski krzew umiłowało,
Co niezrównaną na świat cały chwałą
Latem i zimą kwitnie w liście świeże.
Wstrzymaj się — błagam! Nie chciej, z pochmurniałą
Pogodą wzgórz tych w zdradne wejść przymierze,
I mrok zazdrosny niech mi precz nie bierze
Tej, której święcę duszę mą i ciało! —
Niestety! — próżne modły! Cień od wzgórza
Zszedł w tę dolinę, z której się wynurza
Laur z maleńkiego niegdyś prątka wzrosły;
I wnet w tumanach mając smutku posły,
Mym oczom odjął widok tych błogości,
Gdzie serce moje przy mej pani gości! —



Sonet 156.

Pędzi łódź moja całkiem zapomniana
Z Charybdy w Scyllę. W koło noc i zima,
I odmęt grzmiących wód, — a ster jej trzyma
Mój wróg zawzięty, w którym dziś mam pana!
Złych myśli zewsząd szumi wzdęta piana —
Obojętnemi patrzę w śmierć oczyma —
Tchnienie tęschnoty wiecznej żagle wzdyma —
Nadzieja nie ma sil doczekać rana!
Żądz rozhukanych prądy, moją własną
Łódź, z mojej winy, szarpią i kaleczą.
A ja ku Laurze patrzę — cierpiąc dla niej —
Lecz gdy jej oczu gwiazdy w mgłach mi gasną,
Zgon mi się zdaje pożądaną rzeczą,
Tak, że zaczynam nie chcieć już przystani! —



Sonet 157.

Sen miałem. Łania biegła przez bezdroża —
Biała — u czoła mając gwiazd żarzewie —
A to się działo tuż przy Lauru krzewie,
O słońca wschodzie, w krasnej wiosny porze.
Było tak pięknem to stworzonko Boże,
Iż porzuciwszy wszystko, w żądz wylewie
Pobiegłem za nią, jak ten, który nie wie
Że skarb znalazłszy, śmierć też znaleźć może
Lecz cóż? — w dyamentach swego naszyjnika
Wyryte miała: — „Niech mię nikt nie tyka —
Pan mię chce wolną mieć!“ — W tem, gdy już sięga
Blask południowy szczytu widnokręga,
Strudzony patrzeć w nią, choć nie dość syty,
Jam w zdrój się stopił, ona zaś w błękity! —



Sonet 158.
Do Laury.

Jak szczęściem wiecznem będzie patrzeć w Boga,
Czego chcę z duszy i mieć w Niebie życzę —
Tak tu, oglądać, Pani! twe oblicze,
W tem życiu marnem jest mi rozkosz błoga!
Ciebie nie widzieć — cóż za ból i trwoga!
Widzieć — wznioślejsze czyliż są słodycze?

O mów, ty tchnienie myśli mych dziewicze!
O ty, co żądze niskie masz za wroga!
Gdybym mógł w ciebie w każdej patrzeć porze,
Jużbym nie żądał więcej. Gdyż jak oni,
O których niegdyś wieść bajeczna dzwoni,
Że żyją ogniem, blaskiem gwiazd, lub woni
Kwiatów oddechem, — tak też i ja może
Jedynie żyję, patrząc w moją zorzę! —



Sonet 159.

Miłości! spójrzmy w oczy naszej chwale —
O jak jest wzniosłą! jak nadprzyrodzoną!
Jakaż mi słodycz płynie od niej w łono!
Jakimże blaskiem ja się przez nią palę!
Zdobna, jak nigdy, ni tak doskonale
Nikogo jeszcze nie przyozdobiono,
Sobą dolinę zdobi, z której wioną
W świat ziemski Boskiej szczęśliwości fale!
Gdzie nad murawą sterczy dąb pochyły,
Do stóp jej kwiaty cisną się w zawody,
Chcąc żeby przez nią deptanemi były.
A Niebo iskrzy złotawemi pyły,
I świat na nowo zdaje się być młody,
Od przecudownej oczu jej pogody! —



Sonet 160.

Myśl mą pokarmem tak tak przedziwnym sycę,
Że precz ambrozyo boska i nektarze!
To, wzrok w jej licach topiąc, słodko marzę
Żem w Lety zdrojach skąpać mógł tęschnicę —
To znów, gdy uchem dźwięk jej głosu chwycę,
Ten mi nadzieję mieć i wzdychać każe; —
A tak, współcześnie, z rąk Miłości, w darze
I uszy rozkosz mają i źrzenice.
Doprawdy — głos jej, komu go nie dano
Słyszeć, ten nie zna, ten i znać nie może
Jakim urokiem brzmią harmonie Boże!
A twarz światłością błyszczy tak świetlaną
Że trwożny w sobie pytasz: Zkąd się wzięło
Takie na ziemi Boskie arcydzieło? —



Sonet 161.

Urocze tchnienie! które tak radośnie
Zdobisz kwiatami wzgórz cieniste gaje —
Z twych woni błogich duch mój tę poznaje,
Przez którą w sławę mąk i pieśni rośnie.
Gwoli tęschnocie ku mej Rajskiej wiośnie,
Z rodzinnej Tuscyi zbiegłem ja w te kraje
Snów czarodziejskich — i tu rad zostaję
W służbie dni słońca, zanim burza chłośnie.
O! dziwne ludzkich doli cudowiska!
Miłości śladem szedłem tu przemocą —
Dziś — radbym odbiedz, Bóg wie gdzie, i poco!
I skrzydła żądz mych marnie się szamocą,
I moc mej Laury dziwnie mię uciska —
Gdyż — zdala od niej, spłonę; zginę zbliska! —



Sonet 162.

Z dnia w dzień srebrzyste włos mi ćmią przędziwa —
A niemniej w siatki grzęznę ukochane,
W liściach się plącząc, w których zdarzyć zmianę
Ni chłód, ni zdoła słońca światłość żywa.
Wprzód morze wyschnie, gwiazd przekwitnie niwa,
Nim wielbić z trwogą Lauru cień przestanę,
I znienawidzę mą serdeczną ranę,
Którą przed światem miłość własna skrywa.
I na to wszystko jest nie inna rada,
Aż mój wróg luby śmierć mi chyba zada,
Lub mię litością z rany mej uleczy.
Do niepodobnych liczę nawet rzeczy,
By co innego mogło byt mój człeczy
Zbawić, jak tylko Miłość lub śmierć blada! —



Sonet 163.

Pogodne tchnienie! co z zielonych liści
Zbiegłoś z szelestem ku mej bladej twarzy —
Dziś mi przypomuieć niech twa łaska zdarzy
Chwilę, gdym przez cię spłonął najogniściej.
Odkrytą wtedym ujrzał twarz, — (aliści
Wzgarda czy zazdrość ma ją odtąd w straży!)
I włos, co dziś się klejnotami żarzy,
Dniał wtedy złotem, co się w słońcu czyści!

Ten włos — pamiętam — ona tak roztoczy,
Tak czesze, w warkocz splata tak uroczy,
Że drżę dziś jeszcze kiedy o tem myślę!
Wreszcie go w węzeł zwiła wielce ściśle —
A w ten się serce moje tak wplątało,
Że chyba z śmiercią wyjdzie z niego cało!—



Sonet 164.

W pierwowzorze mocno dziwaczny.

Niebiańska woni! z Lauru tchniesz zieleni
Co skrwawił niegdyś serce Apollina —
A dziś czci jego jarzmo kark mi zgina,
W którem mi lubo — choć duch wolność ceni.
Wspólnieśmy oba przez cię zwyciężeni!
Żem szedł w ślad Boga, czyliż moja wina?
Lecz w tej mi myśli ulga jest jedyna:
Żem pastwą, w równi z Władcą Dnia promieni.
Śpiewam świetlane włosy twe i sploty
Co mi schwytały duszę w węzeł złoty —
Jest zaś pokora jej jedyną bronią.
Sam cień twój, mógłby tych, co weń się chronią,
Rozkoszy dreszczem przejąć — cóż, gdy razem
Zdoła wzrok Laury zrobić człeka głazem! —



Sonet 165.

Laura ku słońcu swe złociste sploty
Tą białą dłonią wstrząsa, w której mieszczę
Mojego bytu los — i wzrokiem jeszcze
Serdeczne w duszy budzi mi tęschnoty.
Nie miałbym w żyłach krwi, bym wiedząc o tej
Doli mej, nie czuł, jak mię ziębią dreszcze —
Gdyż tam rzucono w szale dwie złowieszcze:
Śmierć, oraz życia mego ciężar złoty!
Patrząc w jej oczu niezmożoną władzę.
Ni ztąd ni zowąd czuję: żem jest wzięty
W zdradnych warkoczy owych złote skręty!
I choćbym nie chciał, cóż ja tu poradzę?
Ni rozsądkowi ufaj, ni odwadze,
Gdyś nie odróżnił cierpień od ponęty! —



Sonet 166.

W związku z dwoma następnemi. Z okoliczności wzięcia Laurze rękawiczki.

O ty, co serce moje dzierżąc stale,
Mniesz w garstce szczupłej długie człecze życie,
Ty rączko Laury! coś jest tak sowicie
Piękna, ku Niebios i przyrody chwale!
Wy jej paluszki zdobne w szpon opale,
Co mnie jednego tylko kaleczycie —
Niech choć na chwilę wziąwszy wam okrycie,
Mym tęschnym oczom widok wasz ocalę.
Mam cię zazdrosna rękawiczko biała,
Coś mi tak długo skarby moje brała!
Widzianoż łupy rozkoszniejsze kiedy?
Niestety! radość jakże bliska biedy!
Snadź już w złym czynie tkwi tajona zdrada —
Gdyż mi mą kradzież Laura znów odkrada! —



Sonet 167.

Nie tylko owa piękna obnażona,
Której rad nie rad zdobycz moją święcę,
Ale i druga, wierna swej panience,
Trwożne mi serce jak chce bierze z łona.
Miłość je zdobiąc w zdradnych cnót znamiona,
Wszechmocne sidła dała w owe ręce —
A są tak piękne siostry te bliźnięce,
Jak nic wysłowić tego nie dokona!
Bowiem jest z niemi w zmowie — wyznam szczerze,
Kuszący Laury wzrok, i usta świeże
Pełne słów błogich, którym chętnie wierzę —
Wreszcie, na domiar zmysłów cudowiska,
Te sploty, z których taka światłość błyska,
Że w nie, jak w słońce, nie śmiej patrzeć zbliska! —



Sonet 168.

Amor i błogi traf zrządziły społem,
Że gdym raz wziął jej rękawiczkę białą,
W nadmiarze szczęścia, już mi się wydało,
Że sobie niby rączkę Laury wziąłem.

I kiedy wspomnę: żem ten skarb z mozołem
Zdobywszy, mógł się cieszyć nim tak mało —
Gniewem na siebie dreszcz mi wstrząsa ciało,
I w ziemię patrzę z licem nie wesołem!
Bom był powinien bronić jej z zapałem.
Lub udać, głupstwem zbrojąc się zuchwałem,
Że nie wiem, czyli mieć ją nazad życzą?
Albo przynajmniej uciec z mą zdobyczą —
By raz ukarać rączkę tę zbrodniczą
Którą już tyle razy opłakałem! —



Sonet 169.

Z jasnej, uroczej, żywej lodu bryły,
Tchnie płomień, który serce mi przepala —
A znowu w piersiach krwi mi krzepnie fala,
Że jestem niby przez pół już nie były!
Gdyż śmierć do ciosu wytężywszy siły,
Jak lew krążący, który patrzy zdala
Kogoby porwał, byt mój przyniewala
By do przedwczesnej schronił się mogiły.
Mogłaby Litość, śmierci wszedłszy w drogę,
Lada nadzieją, w sposób tajemniczy
Wzmocnić go wtedy, gdy już mdleć poczyna —
Lecz ja nie ufam w to — bo dojść nie mogę:
Czyli kto sobie życia mego życzy? —
W czem już nie Laury, lecz mej doli wina! —



Sonet 170.
Do Laury.

Płonę — niestety! — któż mi wierzyć raczy?
I z kim ja nędzą moją się podzielę?
Gdy ta, za której ufność dałbym wiele,
Inaczej widzi — wierzy zaś inaczej!
O mało wierny duszy mej Aniele!
Czytaj że serce w oczu mych prostaczej
Przezroczy uczuć, a wnet szał rozpaczy
Litością twoją zmienisz mi w wesele.
Gdyż wiedz — jakkolwiek nie dbasz o to wcale —
Cześć moja, która w każdy czas i wszędzie
We mnie tysiącem żądz szlachetnych płonie,

Z którą się w pieśniach na świat cały chwalę,
Dzięki rozgłośnej sławie ich, żyć będzie
W pamięci ludzkiej — nawet po twym zgonie! —



Sonet 171.

Duszo! co różnych cudów moc tak srogą
Oglądasz, słyszysz, wypowiadasz w pieśni —
Zmysły! przez które wprost mi w serce mogą
Wrażenia płynąć, jakich dusza nie śni —
Cześć wam! że ani później, ani wcześniej,
Z pomocą waszą nie poszedłem drogą,
Gdzie moje myśli, jak wędrowcy leśni,
Mkną, w gwiazdę Laury zapatrzone błogo.
Gdyż przy tym blasku, w ślad którego chodzę,
Manowców dla mnie niema na tej drodze,
Co godna w Rajskich siedzib wieść powaby.
Więc dalej w Niebo ty umyśle słaby!
Byś nawet mimo wzgardy jej i wstręty,
Za jej przewodem szedł w przybytek święty! —



Sonet 172.

Słodkież to gniewy, wzgardy i sojusze.
Zło słodkie, słodkie męki i brzemiona.
I słodka mowa, słodko nastrojona
To błogiem tchnieniem, to spojrzeniem w duszę!
Więc się ty nie skarż, lecz cierp milcząc w skrusze —
I gorycz wszelka niechaj w tobie skona
Tą słodką myślą, żeś wziął serce z łona
Tej, której rzekłeś: — Twoim być ja muszę! —
Być może, kiedyś, ktoś, wzdychając, rzecze
Współczuciem tknięty: — Dużoś cierpiał człecze
Dla tej Miłości, którąś wielbił w pieśni! —
Lub znów zazdrości żądłem kłuty krwawem:
— Czemużem nie znał Laury? Jakiem prawem
Ona nie przyszła później, lub ja wcześniej? —



Canzona XIX.

Canzona ta niemożebna do dokładnego odtworzenia w formie oryginału, sposobem Prowansalskim, wszystkiego ma tylko trzy rymy, w najrozmaitszy sposób wracające.

Gdybym rzekł kiedy: żem jest w nienawiści
U tej, co właśnie życie dałbym dla niej —

Gdybym rzekł: żem wziął w dziale dolę czarną,
Lub żem w niewoli u niedobrej pani —
Gdybym to mówił — niech najuroczyściej,
Nędza i strach, jak złe ziarno
W duszy się mojej rozgarną,
I niechaj zawsze i wszędzie
Pani mi moja coraz sroższą będzie!

Gdybym to mówił — Miłość swe oszczepy
Niech utkwi we mnie z siłą niesłychaną —
Gdybym to mówił — ziemia, ludzie. Bogi,
Niech mi wrogami po jej stronie staną —
Gdybym to mówił — ta, co w żądzy ślepej
Ku śmierci wiedzie mię srogiej,
W godzinie ostatniej trwogi
Niech mi i w czynie i w słowie
Niemiłosierdzie niby bój wypowie!

Gdybym rzekł kiedy — czego strzeż mię Boże —
Iż z dróg mej Pani radbym zbiedz niegodnie —
Gdybym rzekł — żądzą niech mi spłoną lica
Tem potężniejszą, im w niej żądza schłodnie!
Gdybym to mówił — niechaj nigdy zorze.
Ni słońca blask, ni księżyca,
Wzroku mi już nie zachwyca:
I raczej burza szalona
W krwiste mię fale pchnie, jak Faraona!

Gdybym to wyrzekł — dla mej piersi wzdętej
Od niej ucisku najtwardszego życzę!
Gdybym rzekł — niech mię okrutnemi słowy
Zmoże, jak wprzód mię zmogły jej słodycze!
Gdybym rzekł — niech mi dadzą śmierć jej wstręty,
I niechaj w ciemni grobowej,
Bez łez, bez łkania, bez mowy.
Chcę próżno: by ze mnie duszę
Wzięto, przez którą, wiecznie kochać muszę! —

Lecz gdybym tego nie rzekł — czem mi wzbiera
Nadzieją wzdęte serce w życia wiośnie,

Którego życia kruchą łódkę raczy
Laura swym sterem rządzić tak litośnie
Że chcąc czy nie chcąc stać się musi szczera —
To ja, nie mogąc inaczej,
Gdy już sam siebie z rozpaczy
Stracić mam, — tedy, przez Boga!
Nie będę taił: jak mi prawda droga.

Nie — tego nigdy nie zaprzeczę, ani
Za majętności żadne, ni za złoto!
Niech więc zwycięży jasność — i niech z chwałą
Stopy jej kłamstwo niegodziwe zgniotą!
Miłości! jeśli ciebie Moja Pani
Spyta — to powiedz jej śmiało:
Żem gotów duszą mą całą,
Raczej, w okrutnej mej doli
Raz umrzeć — niźbym konać miał powoli!

Toćżem za Rachel służył nie za Liję —
Więc słuchaj, o jasnowłosa!
Ponieważ nikt nie wie, czyje
Skonanie kiedy wybije.
Ty mię wraz z sobą w wspólne weź Niebiosa! —



Canzona XX.

Napisana podobno pomiędzy rokiem 1346 a 1348.


Mniemałem niegdyś: żem miał jaknajprościej
Bez trosk dokonać bytu, tak jak było
W spokojnej, cichej, lat mych wczesnych wiośnie —
Lecz teraz, odkąd Laura wdzięków siłą
Wzrok mi mej duszy wzięła — o Miłości!
Patrz, com z twych darów zyskał! — i cóż zrobię,
Kiedym już niemal sam sobie
Wrogiem, gdy wola we mnie szukać rada
Cierpień, po światło się skrada,
Z którego tylko mam olśnienia łzawe?
To też, o czemu mi wcześniej
Nie przyszło ból mój wypowiadać w pieśni!
Mniejbym, młodzieńcem będąc, drżał o sławę.


Te oczy słodkie, z których blaski Boże
W życie mej duszy dniały, czas nie długi
Tak mi przyjazne były w mojej doli,
Że jak ten niby, co go nie zasługi
Własne, lecz wartość cudzych cnot wspomoże,
Zarozumiałym sobie być pozwoli —
Teraz, gdy znów poniewoli
Widzę, żem w równi liczon jest z natręty.
Pogardą w dal odepchnięty,
Litości łaknąc, spełniam czyn żebraczy
Który każdego oburzy —
Lecz gdy jałmużna nie chce wspierać dłużej
Żądz mych — to zrobić mogęż ja inaczej?

Bom dróg szukając różnych, zszedł w bezdroże,
Bym inną jaką postać uśmiechniętą
Spotkał, przy której żądze wytchnąć mogą;
Lecz dusza, rada wrócić w dawne pęto,
Zawsze mię zwraca w owe blaski Boże,
W których topniejąc, myślę sobie z trwogą:
Że może mniej będzie srogą
Ta, co wyłącznie serce moje więzi.
A jako ptak na gałęzi,
Od zbytku światła w cień się chroni chciwie,
Tak ja w jej twarzy uroczej
Czytam, co o mnie mówić mogą oczy —
I tem zarazem truję się i żywię.

Tak to jest — śmiercią własną ja się żywię!
Jak Salamandra, która wśród płomieni
Żyjąc, pokarmu tego nie jest syta!
Jednak nie bądźcie cudem tym zdumieni.
Bo, żem nie długą chwilę żył szczęśliwie,
Za to niedola ze mnie dziś wykwita,
Jak bywa w kwiaty obfita
Wiosna, a zima w szron i gołoledzie.
I jeśli kiedy w mej biedzie
Podtrzymać życie zmusza mię potrzeba,
Biorę mą karm’ pokryjomu —

Zkąd pani moja nie zna nawet sromu,
Że bez jej wiedzy żyje kto z jej chleba.

Któż nie wie: czem ja żyłem i czem żyję,
Odkąd, w jej patrząc wzrok, jam cały dla niej
Zmienić się gotów był gdy ona skinie!
Żądze rozbitka, który do przystani
Tęschni, wyroki czyż potępią czyje?
Niech kto drętwiących pociech szuka w winie —
Mnie wśród płomieni jedynie
Spokojnie, mężnie i nie głodno bywa!
Miłości nielitościwa!
Nie bądźże skąpa, będąc tak bogatą!
Toćże masz łuk i pociski —
Lepiej, nie zwłócząc, kres mi go zgotuj bliski —
Niech śmierć choć będzie cierpień mych zapłatą!

Tłumiony płomień gdy się wzmógł w swej sile,
Żadne już środki radzić mu nie mogą —
Tak to, Miłości! dzięki twej zasłudze
Jam wstrętem Laury milcząc spłonął srogo;
Teraz z mych cierpień mam pożytku tyle,
Że dziś, i ludzie bliższe mi, i cudze.
Skargami mojemi nudzę!
Doloż ty moja! toż w manowiec dziki
Wiodły mię błędne świetliki,
W sercu upartą niecąc mi nadzieję —
Przez którą, od mej jedynej,
Ku potępieniu, acz nie z mojej winy,
Płomieniem własnych żądz mych na śmierć tleję!

Choć we mnie boleść wierna Laurze srogiej,
Nie za swą winę przebaczenia błaga,
Niemniej sam grzeszę, gdy w jej wzrok zbyt śmiało
Patrzę, i kiedy kusi mię zniewaga
Jej słów okrutnych, podczas gdy od trwogi
Trucizną słodką serce mi wezbrało —
O! kiedyż ostatnią strzałą
Dopełni tego, co rozpoczął pono,
Gdy pierwszą przeszył mi łono

Ten, co jest panem smutnej doli człeczej?
Bo mi się zdaje najprościej:
Bym choć nareszcie poniósł z rąk Litości
Śmierć pożądaną, która z cierpień leczy!

Pieśni! choć śmiercią cię wieńczę,
Chcę żyć do końca — by mię wstyd nie było
W ucieczce zejść się z mogiłą.
Więc precz odemnie żądze te szaleńcze!
Wiedz wszakże Miłości jeńcze
Który to czytasz: iż świat nie ma cały,
Dóbr, coby spłacić nędzę mą zdołały! —



Sonet 173.
Do Rodanu, zdala od Laury.

O rwista rzeko! co z Alpejskiej żyły,
Po przez wyżarte wśród granitów łoże,
W tę stronę dążysz, gdzie przez sądy Boże
Mnie Miłość wiedzie, ciebie nurt pochyły,
Wraz ze mną, błagam, naprzód mknąc co siły,
Zmęczenia nie znaj — lecz, nim spłyniesz w morze.
Wstrzymaj się chwilę tam, gdzie w każdej porze
Tchnie z świeżych smugów Lauru zapach miły!
Tam żywe słońce bijąc z lic mej dziewy,
W kobierzec kwiatów stroi brzeg twój lewy
O! może ona tęschni: żem nie przy niej?
Ucałuj stopy jej lub rączkę białą.
I powiedz za mnie: — Człek, co może czyni —
Cóż — gdy ochotny duch, lecz mdłe jest ciało! —



Sonet 174.

Urocze wzgórza! gdziem istnienie moje
Zostawił, pomnę, gdym się odjął w szale
Z miejsc, z których zbiegłszy, nie doznałem wcale
By mię odbiegły serca niepokoje —
Waszych uroków dziwnie ja się boję!
Boście mi nigdy nie odległe, ale
Bliższe, im więcej od was się oddalę —
Więc w was ja wiecznie wracam jak w ostoję!

I jak raniona strzałą strutą łania,
Choć ma tem większy ból od uciekania
Mniema w ucieczce ujście mieć jedyne. —
Tak ja, od strzały, którą w sercu noszę,
Co mi śmierć razem daje i rozkosze,
Bólem niszczeję — uciekaniem ginę! —



Sonet 175.

W pierwowzorze zawiły i przesadny.

Niechbym po ziemi, w niestrudzoną kolej,
Wzdłuż, wszerz, jak Niebios piętrzy się pokrywa,
Szedł, najcudniejsze przepatrując dziwa —
Zawsze ku Laurze serce wracać woli.
Lecz snadź wieszczego ptaka wzrok sokoli,
Czy też zdziałała Parka to złośliwa,
Że mnie jednemu Litość głuchą bywa,
I że mam czarną, zamiast jasnej doli.....
Co tu i mówić? Bywa Laury wpływem
Serce Miłości pełne i słodyczy.
To jest — jej samej. Lecz niech ona wyzna,
Że go bynajmniej nie chce mieć szczęśliwem —
Gdyż wcale nie dba, czy też znać nie życzy,
Że już mi przez nią srebrzy skroń siwizna. —



Sonet 176.

Ku końcowi tego sonetu wymienia poeta z całą dokładnością datę pierwszego ujrzenia Laury.

Tęschność mię bodzie, Miłość w paskach wiedzie,
Ciągnie chęć błądzić utartemi ślady.
Nadzieja, wątła, złudne dając rady
Dłoń ku mnie ściąga, by mi iść po przedzie —
Chwytam ją chciwie, w niej nie bacząc biedzie
Ile jest wódz ten mdły i pełen zdrady —
Wrą zmysły, rozum stał się śmiercią blady,
Majaczą tłumne płochych snów gawiedzie.
Cnota, cześć, piękność, — jeśli wiedzieć chcecie —
Oraz ku Chwale zapał coraz szczerszy,
Kiedy mi serce zżarły żądz żarzewiem,
W dwudziestem siódmem wieku tego lecie,
Szóstego Kwietnia, o godzinie pierwszej,
W Labirynt wszedłem..... Kiedy wyjdę? — nie wiem! —



Sonet 177.

Napisany jak się zdaje, okuło roku 1347.

W snach się lubując i w słabości pysze,
Cień garnąc, mroki uganiając sine,
Morzem bezbrzeżnem i bezdennem płynę,
W piaskach buduję, i na wiatrach piszę!
Wpatrzony w słońce, wzrok i duszy ciszę
W niem utopiłem, i jest mi jedyne
Szczęście, za zbiegiem, w błędną gdzieś krainę
Pędzić, i nędze mieć za towarzysze!
Strudzony wszystkiem, tylko na cierpienie
Chciwy, i wiecznie chętny mieć je bliskiem.
Śmierci przyzywam, dziwnym serca szałem
Tak lat dwadzieścia (zda się — nieskończenie!)
Jęki i łkania są mi całym zyskiem —
Pod taką bowiem gwiazdą dzień ujrzałem! —



Sonet 178.

Wdzięk, jakim Niebo zrzadka ziemian darzy —
Nadludzka dobroć — splotów jasność złota —
W młodzieńczej duszy dziwnie źrzała cnota —
Cześć nieśmiertelna na śmiertelnej twarzy —
Uśmiech — woń kwiatu z Rajskich wirydarzy —
Słowo, co zmysły w sieć uroków mota —
Obejście skromne, w szczęśliwości wrota
Wejść wzbraniające wszelkiej żądzy wrażej —
I wreszcie oczy, których blask jest w stanie
Rozświecić nocne mroki i otchłanie,
I duszę z ciebie wziąść w swe własne łono —
I szept z wymową błogich słów zmienioną —
I westchnień cichych częste przerywanie
Tem wszystkiem dziwnie mię przeistoczono! —



Sestina VI.

Ledwie trzy doby[31] żyjąc, wziąłem w dziale
Szlachetną spłonąć żądzą całkiem nową,
I z rąk Anielskich wzgardę mieć w nadgrodę!
Lecz jeszcze wtedy nic, o twardych szrankach

Życia nie wiedząc, duch mój dziwnie wolny,
Wszedł równo z wiosną w cień pewnego gaju.
Kwiat przecudownie piękny kwitł w tym gaju,
Z tak rajską wonią, że kto wziął w udziale
Podejść ku niemu — ten już nie był wolny!
A przecież niemniej, żądzą coraz nową
Tak cię nęciło walczyć w owych szrankach,
Żeś rad swobody stratę brał w nadgrodę!
Czemuż, koniecznie cierpień chcąc w nadgrodę,
Wszedłem niebaczny w cień owego gaju,
Gdzie wiecznem kołem dążę w błędnych szrankach!?
Odtąd, niedolę wziąwszy w smutnym dziale,
Chciałbym gdzie spotkać siłę czarów nową,
Coby sprawiła, bym mógł wyjść ztąd wolny.
Alić, niestety! ciałem wreszcie wolny
Od pęt, wśród których śniłem żądz nadgrodę,
Widzę, że jednak żadną sztuką nową
Ran nie pozbędę, które w owym gaju,
Od jego cierni w takim wziąłem dziale,
Żem ledwie życie mógł ocalić w szrankach.
Tak jest — przez ciernie, chcąc w tych nie być szrankach,
Iść muszę, kędy iśćbym winien wolny,
Duszy i Ciała zdrowie mając w dziale.
Szczęściem, Miłości! tyś mi dłoń w nadgrodę
Podać raczyła, i w tym złudnym gaju
Skinieniem drogę ukazujesz nową.
Jednak, o! błagam — nie kuś żądzą nową
Ducha mojego w zmiennych życia szrankach,
Gdyż już nawykłem być mieszkańcem gaju.
Niech tylko błądząc — choćby względnie wolny —
Mą towarzyszkę spotkam gdzie w nadgrodę,
I, co mi szczęście zdarzy, wezmę w dziale.
Teraz w mym dziale — niechaj wiem na nowo,
Jaką nadgrodę — wezmę w cierpień szrankach:
Wyjdęż z nich wolny — czy się zbłąkam w gaju? —



Sonet 179.

Krew zacna, cichych cnót żywiąca życie —
Mędrzec umysłem, sercem tkliwe dziecię —

Dojrzały owoc przy młodzieńczym kwiecie —
Duszy wesołość zamyślona skrycie —
Czoło, nad którem gwiazdę gwiazd widzicie,
Jej własną gwiazdę, i tej dać możecie
Cześć, zdolną strudzić Boski dar, w poecie
Rozgłośnym nawet na Parnasu szczycie —
Taką jest Laura. W jej anielskiej twarzy
Skromność z Miłością dziwnie się kojarzy,
Z milczeniem, wzniosłych czynów obyczaje —
I coś takiego w oczach, czem współcześnie
Z dnia noc, a z nocy jasne słońce wskrześnie,
Słodkim się piołun, miód zas gorzkim staje! —



Sonet 180.

Dzień w łzach spędzając, w łzach też spędzam porę,
Gdy sen śmiertelnym niesie, trosk odmianę —
I wiem, że wiecznie z sobą sam zostanę,
Wskroś mając serce udręczeniem chore.
Tak wzrok mój tracąc który żądzą gore,
Pędzę, jak zwierzę przez myśliwca gnane,
I od miłosnych grotów krwawą ranę
W pierś niespokojną w każdej chwili biorę.
Niestety! ileż dni i nocy ile
Biegnąc, choć jedną część się przebyć silę
Tej śmierci, w której życie mam jedyne!
Niż losy, Laura jest mi więcej głuchą —
Gdyż będąc wiarą moją i otuchą,
Zbawić mię nie chce, chociaż wie: że ginę. —



Sonet 181.

Pragnąłem niegdyś, w słusznych skarg wyrzuty
Całe gorąco serca najogniściej
Tchnąć pieśni słowem, — aż się przez nią zjiści
Skruszenie słodkie bezlitości lutej.
I tem działaniem walczyć wręcz dopóty.
Ażbym zapłaty słusznej, wziął korzyści —
Lub żebym chociaż mógł mieć w nienawiści
Tę, której wstrętem duch jest we mnie struty.
Dziś, gdy się dziwnie los nademną złości,
Ni nienawiści szukam ni litości,
Gdyż tej nie mogę, tamtej mieć nie życzę:

Więc tylko Laury śpiewam wciąż ponęty —
Aby gdy życiu będę precz odjęty,
Znał świat przedwczesnej śmierci mej słodycze. —



Sonet 182.

Jakże z tysiąca innych jest wybraną
Ta, którą zdobi najpiękniejszej miano!
Toż nad pogodnem czołem jej, Niebianie
Zażegli gwiazdę świetną niezrównanie!
Miłość mi szepcze w wieczór, w dzień i rano:
— Wiedz to: że z życiem Laury, światu dano
Duchowe piękno — lecz gdy jej nie stanie,
Miłości czyste żegnaj królowanie! —
Bo tak, jak kiedyś, z Słońca zgasłą chwałą,
Zwiędnie na ziemi traw zieloność hoża,
Wiatr uśnie, smutna legnie noc wśród morza,
A człowiekowi duch udręczy ciało —
Takby na świecie wszystko spochmurniało,
Gdyby zgasiła śmierć jej oczu zorza. —



Sonet 183.

Już po dawnemu kwilą znów ptaszęta,
W dolinach rozgłos szerzy się i rośnie,
Szkli się krynica, szemrze zdrój, radośnie
Kwiatów zroszonych wdzięczy się ponęta —
Od wschodu dnieje zorza uśmiechnięta,
Rumieńca krasą świeżej równa wiośnie —
Więc ziemia cała budzi się miłośnie
Na uroczystość słonecznego święta.
Z nią i ja wstaję, witać blask uroczy
Dnia, co olśniewa wszystkich stworzeń oczy,
I ten znów, który mnie jednego mroczy!
Ileż to razy tęschnym wzrokiem tonę
W to słońce, które ćmi gwiazd zbladła stronę —
Samo przez Laury boski blask przyćmione! —



Sonet 184.

Zkąd wzięła Miłość złoto jej warkoczy?
Na jakich kolcach lic jej róże rwała?
Z jakich gór szczytów zdjęła śnieg jej ciała?
Zkąd brała tchnienie w pierś jej? blask w jej oczy?

Zkąd perły ust jej, w których się jednoczy
Pustoty powab i powagi chwała?
Zkąd piękność taka, i tak doskonała
Że z niej, jak z nieba, dnieje blask uroczy?
W pośród sfer jakich znajść krainę oną,
Gdzie czarodziejskich zaklęć ją uczono,
Z których, że ginę, wiem, lecz więcej nie wiem —
Ni od gwiazd jakich wzięła swe dostojne
Spojrzenia, w których pokój mam i wojnę,
Które mię dręczą lodem i zarzewiem? —



Sonet 185.

Napisany w r. 1347, jak świadczy wiersz czwarty drugiej strofy.

Przez jakich zrządzeń moc czy win przyczynę,
Bezbronny wracam tam, gdzie mam nadzieję
Zwieść bój, z którego jeśli ocaleję
Cud będzie, wieczna klęska zaś, gdy zginę?
Lecz raczej w zgubie szczęście mi jedyne......
Gdyż są tak smutne serca mego dzieje,
Że choć nadziei blask mi wiecznie dnieje
Lat już dwadzieścia z cierpień moich słynę!
O! już w jej oczach, poprzez gromów błyski,
Wysłańców śmierci widzę orszak bliski, —
W tem, znagła Niebo świta wśród tej burzy
I oto Miłość znów mię życiu wraca
Tak, że tych wzruszeń ani myśl powtórzy,
Ni wypowiedzieć zdoła mowy praca! —



Sonet 186.

Jest to niby platoniczna rozprawa poety z orszakiem Laury, w pośród którego napróżno jej szuka. Prawdopodobnie rozłączyć ich wtedy usiłowano. —

— Czemu ze smutnem razem i z wesołem
Licem, idziecie bez niej piękne panie?
Kędyż jest żywot mój i umieranie?
Gdzie ta z was, którą w serce sobie wziąłem? —
— Radość nam wspomnieć gwiazdę nad jej czołem,
Smutek — że wprędce już jej nam nie stanie,
Odkąd z nią zazdrość gości nieprzerwanie,
Swe dobro z cudzem złem chcąc związać społem. —

— Któżby śmiał mocą wejść w kochanków prawa? —
— Jest wolną dusza. Lecz doczesne ciało
Względów się ziemskich niewolnikiem stawa.
Jednakże w czoło Laury wpatrz się śmiało —
Tam — gdy praw twoich pytasz—wnet się stało:
Że ci jest Sędzią jej źrzenica łzawa! —



Sonet 187.

Gdy w morze złoty rydwan dnia zapada,
Z sobą mych myśli biorąc bieg tułaczy,
Wprędce gwiazdami i księżycem blada
Noc, mię pogrąża w trwodze i rozpaczy.
W tedy tej, która słuchać mię nie raczy
W duszy się mojej z cicha wypowiada,
(Z prośbą, by wprędce stało się inaczej),
Wszystko, od czego sercu memu biada.
Snu nie znam — nawet spocząć ból mi wzbrania —
I tylko łkania ciche i wzdychania
Duszę mi karmią aż po brzask świtania!
Ni nawet w dzionka błysku znam obrońcę —
Gdyż jest na ziemi jedno tylko słońce,
Zdolne pociechy wysłać do mnie w gońce! —



Sonet 188.

Do Laury.

Jeżeli wierność, serce próżne zdrady,
Słodkie bezmoce, żądze godne chwały,
Przeczystych pragnień błogie w sobie szały,
Ślepe błądzenia pierzchliwemi ślady —
Jeśli myśl wiecznie śląca wzrok na zwiady,
Głos przerywany, ledwie zrozumiały,
W miarę, jak na twarz, wstyd lub strach wysłały
Otuchy krasę lub cień smutku blady —
Jeśli nad własne kochać kogo życie —
Jeśli połykać łzy i wzdychać skrycie —
Żyć tem co wiecznie boli i uciska —
I płonąć zdala, chłodem drętwieć zbliska —
Jest tem, w czem cierpień moich znam przyczynę —
Twój grzech w tem Lauro! i tym niech ja ginę! —



Sonet 189.

Opowiada w nim poeta, jak widział Laurę płynącą Rodanem w gronie dwunastu dziewic; później znowu, w temże otoczeniu, wozem jadącą wesoło. —

Dwanaście z Laurą pięknych dziew — lecz przecię
Dwanaście zbladłych gwiazd u dnia podwoi —
Sobą tak wdzięcznie łódź pierzchliwą stroi,
Że jej podobną nie wiem czy znajdziecie.
Nie sądzę: aby Jazon w żywsze kwiecie
Mógł przyozdobić wnętrze nawy swojej,
Ni pasterz, który stał się klęską Troi —
O których obu głośno jest po świecie! —
Lub widzieć proszę mknący gdzieś szalenie
Wóz, tej rozkosznej pełen znów gawiedzi,
Wśród której Laura, w głos śpiewając siedzi.
Zda się sen błogi czy też przywidzenie
Szczęśliwy żeglarz, oraz ten woźnica,
Co się wyborem garstki tej zaszczyca! —



Sonet 190.

Do Laury.

Ni samotniejszy jest gdzie ptak na strzesze,
Ni zwierz wśród boru — jak ja bywam, skoro
Jej Rajską postać oczom mym odbiorą
Czy miejsc przestrzenie, czy też ludzi rzesze.
Więc wtedy płakać jest mi ku pociesze,
Więc i goryczą karmić duszę chorą —
Zaczem, znękany, nawet nocną porą
Mych cierpień srogich koić snem nie śpieszę.
Ach! bratem śmierci słusznie go prostacze
Wierzenia zową! gdyż w nim oraz ginie
Świadomość bytu: szczęścia i rozpacze.
U! tam, gdzieś ty jest Lauro, tam jedynie
Duch mój w cienistej spocząłby dolinie,
Na którą, że mi wzięła ciebie, płaczę! —



Sonet 191.

Przesadny i ciemny.

Tchnienie, co włosów jej opływasz skręty,
W zamian ich wonią przepajane! — oto

Jakże rozkosznie, to cudowne złoto
Zbierasz i wichrzysz, w licznych fal ponęty!
Jej oczu błyski, z których wzrok mój tknięty
Nadmiarem blasku, olśnął mgły ślepotą,
Przez was ja niby zwierz, któremu splotą
Obiedwie stopy wężowemi pety!
Drżąc padam, wstaję, błądzę, badam Nieba —
Lecz widzę tylko czego serce życzy,
Tego zaś, co jest prawdą, znać nie mogę.....
Tchnienie szczęśliwe, bądź z nią, gdy tak trzeba!
Ty zaś jej oczu blasku przewodniczy,
Obym z twej łaski mógł odmienić drogę! —



Sonet 192.

Swą ręką prawą Miłość w lewem łonie
Laur mi wszczepiła w samej serca rdzeni.
A ten się barwą tak wiosenną mieni,
Jak żadne w świecie szmaragdowe błonie.
Tchnieniem go mojem od złych wpływów chronię,
A łez mych rosą karmię, — aż zdumieni
Ludzie uznali: iż jest w blask promieni
I w bezprzykładne dotąd zdobny wonie.
Pogoda, spokój, sława i wesele,
Przeczysta piękność i cnót Rajskich wiele
Słodkim od jego liści mkną szelestem —
I takim jest on ze mną, gdziebądź jestem —
Więc wielce wdzięczny, że mi w pierś go wpięto.
Modlę się jemu, czcząc go, jak rzecz świętą! —



Sonet 193.

Śpiewałem — teraz płaczę. Niemniej przecię
W mych łzach i w śpiewie kocham się potrosze —
Bowiem zarówno wzniosłych żądz rozkosze,
Jak męki ducha są mi ku podniecie.
Więc czy mi sprzyja los, czy mię ugniecie —
W miarę jak matce rówien lub macosze —
Zarówno mężnie ciężar życia znoszę,
Gdyż w bój gotowym zawsze mię znajdziecie.
Miłość i Laura w taki mię w tej mierze
Wbijają upór i zarozumienie:
Że w nic, jak tylko w mą szczęśliwość wierzę.

Cierp! żyj płomieńmi! konaj nieskończenie!
Nad stan ten droższej doli nikt nie spotka —
Tak to jest gorycz życia mego słodka!—



Sonet 194.

W pierwowzorze mocno dziwaczny.

Płakałem — teraz śpiewam, chcąc zdaleka
Wywabić słońce moje z po za chmury,
Z jego litością godną czci, od której
Przeczysta Miłość ocalenia czeka.
Gdyż taka z moich łez urosła rzeka,
Iż stał się niby potop z nich ponury.
Przezeń zaś chyba ptaka mógłbyś pióry,
Przejść, nie zaś żaglem, jak jest w mocy człeka.
Więc tylko myślą w szparki lot gdy pędzę,
Ona, by w końcu wspomódz moją nędzę,
Na ustach mając uśmiech miłościwy,
Nie laur lub palmę, ale mi oliwy
Rószczkę przesyła, i odemnie wraże
Ohmury odgania, i żyć dłużej każe. —



Sonet 195.

Żali się w nim na cierpienie, którem chwilowo dotknięte zostały oczy Laury.

Zadowolony żyjąc z mojej doli,
Drugim zazdrością losu łask nie mącę —
Bobym nie oddał za ich szczęść tysiące
Cierpienia tego, co mię błogo boli.
Cóż gdy te śliczne oczy, którym gwoli
Z rozkoszą znoszę męki dojmujące,
Mgłami zachodzą, w których moje słońce
Mierzchnie topniejąc! — O! czyż los pozwoli,
Byś ty przyrodo, jak macocha sroga,
Moc taką miała i złej żądzy tyle,
By chcieć zniweczyć, co jest dziełem Boga?
Wprawdzie Niebiańska moc jest w każdej sile —
Lecz jakżeś zdarzyć mógł Przedwieczny Panie:
By kto Twe drogie dary psuć był w stanie? —



Sonet 196.

Nawet zwycięzcę ślepy gniew zwycięża —
Tak z Aleksandrem. Próżno czcił go suto
Pędzel Apellów, Lizyppowe dłuto,
I próżno sam on sławę miał z oręża!
Tydeja w chwili gdy go gniew rozprzęża,
Menalippowej czaszki jadłem struto —
Gniew także, na śmierć, niezmożoną butą
Syllę poraził, lycerskiego męża!
Też Walentynian, z gniewem w jednej porze
Śmierć miał, a także Ajaks gdy się wścieka
Zazdrością łupów, nie rad własnej biedzie.
Gniew — to szał krótki[32]! kto go w czas nie zmoże
Długim się stawa — i on wtedy człeka
Często ku hańbie, często w śmierć zawiedzie!—



Sonet 197.

Sonet ten, dziwaczny w pomyśle, opiewa pociechę, jakiej doznał poeta, rozchorowawszy się na oczy, podczas kiedy Laura z podobnegoż cierpienia wyzdrowiała.

Cóż za szczęśliwy traf, że gdym w twe oczy
Spojrzał, cierpieniem skrytem udręczone,
Stopniowo wzrok mój, w zdjętą z nich zasłonę
Zapadł, i zwolna zmierzch go szary mroczy!
Żem choć tym kosztem, stojąc gdzieś w uboczy,
Wzrok Laury zbawił w którym duszą tonę,
Niebiosom dzięki składam! gdyż to one
Mem zdrowiem leczą mój ten skarb uroczy.
Także przyrodę wielbię nieskończenie,
Za to od słońca oczu jej zaćmienie —
Tak mi rozkoszą wielką jest ta nędza!
Bowiem, jak gwiazda o złowrogiej tęczy,
Niech już jak zechce silniejszego dręczy,
Kiedy słabszemu wątłych sił oszczędza. —



Sonet 198.

Jest to wspomnienie pobytu w Awinionie, w domu przyjaciela Lelio, i razem, jak się zdaje, powitanie go z powtórnym powrotem.

Izdebko! niegdyś cicha ty ostojo
Wśród burz mych dziennych, które tylko zrzadka

Przeświecał promień — bądź mi dziś za świadka
Łez, co się blasku słonecznego boją.
Łoże! coś nieraz ciężką troskę moją
Snem kołysało tuląc mię jak matka,
Patrz, ile cierpię, krwawiąc do ostatka
Z ran serca, które nigdy się nie zgoją!
Jednak nie was ja. lecz unikam raczej
Siebie i myśli mojej i rozpaczy,
Za którą idąc, zda się, tracę życie.
Dla tego nieraz (czyliż uwierzycie?)
W tłum się ja gwarny chronię z mą żałobą —
Taki to strach mię być sam na sam z sobą! —



Sonet 199.

Miłość nad moje unosi mię chęci,
I sam własnemu szczęściu krzywdę czynię,
Odkąd tę, w której serca mam władczynię,
Czcią moją trudzę z każdym dniem zawzięciej.
Jak ci żeglarze, co są w otchłań pchnięci
Z nawą, ładowną w licznych skarbów skrzynie —
Tak mem staraniem jest, mą łódź jedynie
Od skał jej pychy strzedz i niepamięci.
Cóż, gdy to we mnie samym grzmi ta burza,
Co łódź mych losów niezbłaganie nurza
W chłody i nocnych cieniów mrok najdzikszy!
I gdy się Laurze srogi ból mój przykrzy.
Toń rozwichrzona tak ją w pochód nagli,
Że jest bez rudla wprędce i bez żagli! —



Sonet 200.

Grzeszę, i grzech mój znam Lecz duch mój działa,
Jakby sam, z siebie, w sobie gorzał — na to
By, z bólu wzrostem, przytomności stratą
Był zwyciężony przez męczeństwa ciała.
Niechby w tem była żądza moja cała.
Bym miał spoczynku Miłościwe Lato —
Cóż gdy kochania władzą wichrowatą
Wola się we mnie dziwnie rozszalała!
Miłości! tyś jest winna — gdyż mą duszę
W płomieniach wstrząsasz tak, że szukać muszę
Dla jej zbawienia stromych dróg rozpaczy.

Lecz raczej Laury wdzięków jest w tem wina —
Więc zdarz — ilekroć ona to wspomina —
Niech sobie samej winę mą przebaczy. —



Sestina VII.

Napisana w drodze do Awinionu na wybrzeżach Druenzy[33][34].

Ni stworzeń tyle pierzcha morską tonią,
Ni chmur tak dużo w blaskach mknie miesiąca,
Ni gwiazd się tyle roi w cieniach nocy,
Ni tyle ptasząt kwili w gąszczach gajów,
Ni tyle kwiatów kwitnie wpośród smugów, —
Ile w mem sercu myśli gra z wieczora!
Chciałbym ostatnich dożyć chwil wieczora,
Któryby żądz mych kołysany tonią
W sen mię wieczysty uśpił gdzie wśród smugów.
Gdyż, ile cierpię, wie to blask miesiąca.
I wiedzą także ciche cienie gajów,
Wśród których błądzę sam i w dzień i w nocy!
Nigdym nie zaznał cichej, sennej nocy,
Wzdychając wiecznie rankiem i z wieczora,
Miłości sprawą błędny gość wśród gajów!
I zanim spocznę, sypką wyschnie tonią
Morze, a słońce blask swój od miesiąca
Weźmie, a w zimie ujrzę Maj wśród smugów.
Trawiąc się w sobie, błądzę w pośród smugów,
Dniem — zamyślony, rzewnie płacząc w nocy —
Tyleż wybladły, co i blask miesiąca!
I dość mi ujrzeć szary zmrok wieczora.
Bym zaraz, w walce z żądz bezdenną tonią,
Wzdychając, mięszał ciszę śpiących gajów!
Od miast uciekam, bowiem w pośród gajów
Mam powierników tylko, gdy wśród smugów
Idę, wzdychając wraz z szemrzącą tonią.
I tak jest słodką dla mnie cisza nocy,
Że przez dzień cały tęschnię, chcąc wieczora —
By sercem witać drżący blask miesiąca.
Obym, jak niegdyś, tęschny ów miesiącą
Kochanek, usnął wśród zielonych gajów,

A Diana moja, w ciemny zmrok wieczora,
Spłynęła ku mnie wśród świetlanych smugów,
Sobą mi słodząc lotne chwile nocy —
Ażby zaświtał zorzy brzask nad tonią!
Druenzy tonią, w blaskach mknąc miesiąca,
Zrodzona z nocy, pieśni sennych gajów!
Wśród błogich smugów jutro dźwięcz z wieczora. —



Sonet 201.

Z okoliczności pobytu w Awinionie Karola Luksemburskiego, a raczej z tej przyczyny: że tenże, przy jakimś obchodzie uroczystym, pocałował Laurę w oczy i w czoło.

Królewskaż postać, umysł z Nieba rodem,
Patrzący duszy światłem wzrok sokoła,
Wdzięk w twarzy jakiej sprostać nic nie zdoła,
Dojrzały rozum w ciele dziwnie młodem,
Były tej pani, którą z pośród koła
Dziewic, świątecznym mknących chorowodem,
Chcąc, by szła raczej przed innemi przodem,
Ku swej osobie możny Pan powoła.
Ten mąż dostojny dawszy znak uprzejmie,
Podszedł, i w tkliwym dwojga serc rozejmie
Ramieniem swojem kibić jej otoczy.
I gdy całował czoło jej i oczy,
Przedziwnie wszystkim zdał się być uroczy
Ten czyn — mnie jednak zazdrość przezeń przejmie! —



Sestina VIII.

Tam, ku jutrzence, kędy słodkie tchnienie
Z wiosny powiewem zwykło wzruszać kwiecie,
Ptaszęta budząc, by zabrzmiały pieśnią —
Tkliwie mię wabi tęschną żądzą duszy
Ta, W której dłoni jest mych uczuć władza,
Zdolna w żałosne zmienić je zaklęcia.
Oby te ciche moich ust zaklęcia
Wonne od Laury zbudzić mogły tchnienie,
By przy mnie spokój był, choć przy niej władza!
Lecz wprzód się zima przyozdobi w kwiecie,
Nim się Miłości zbudzi kwiat w tej duszy,
Która nic nie dba: że jest czczona pieśnią.

Ileż wylałem łez, chcąc moją pieśnią
Jej serce wzruszyć! i przez moc zaklęcia
Opokę zmiękczyć tej nieczułej duszy,
Od której słodkie odskakuje tchnienie,
Zdolne poruszać liść i barwne kwiecie,
Ale nie walczyć z tym, z kim bywa władza!
Ludziom i Bogom jest Miłości władza
Głoszona zdawna prozą jak i pieśnią.
A jam ją głosił w mego wieku kwiecie.
Teraz, ni Miłość, ani słów zaklęcia,
Ni łzy zdołają zdziałać, by mi tchnienie
Lub choć męczarnię wzięto z mojej duszy!
Ku temu jednak, nędzo mojej duszy!
Niech potężnieje wszystkich sił twych władza,
Dopóki w tobie jest ożywcze tchnienie,
Gdyż niema rzeczy, której przez zaklęcia
Mieć byś nie zdołał, albo zdobyć pieśnią,
Prócz — gdybyś z lodu chciał wymaić kwiecie!
Lecz oto w chwili gdy się budzi kwiecie,
To czyż być może, bym w jej jednej duszy
Nie zdołał zbudzić wiosny moją pieśnią?
Gdy zaś przemożna jest złej doli władza,
Płacząc, i łzawe wiążąc w pieśń zaklęcia,
W świat pójdę, duszy mej unosząc tchnienie!
W sieć chwytam tchnienie — w śniegi rzucam kwiecie —
Kusząc mą pieśnią tę, co ni jej duszy
Miłości władza zmiękczy, ni zaklęcia! —



Sonet 202.

Do Laury.

Wznosiłem modły do Miłości Boga,
By mię w twem sercu, o ty męko słodka
Rozkoszy gorzkiej! nie miał za wyrodka:
Że mię udręcza zbytniej wiary trwoga.
Gdyż przeczyć nie śmiem (tak mi prawda droga!)
Że gdy mój rozum w drodze żądzę spotka,
Wnet sam on za nią, błędny jak sierotka,
Własnego swego dąży śladem wroga.
Ty jedna Pani! której moc tem większa,
I tem cię groźniej wszelki wdzięk upiększa,
Im dola moja sroższa mi macocha.

Mogłabyś wyrzec, zaniechawszy wzgardy;
— Jeślim ja dumna — może on być hardy,
Jeślim ja piękna — toż on słusznie kocha! —



Sonet 203.

Na wiadomość o chorobie Laury.

Ten Bóg, przed którym na nic się nie zdało
W bok umknąć, skryć się, mieć się ku obronie,
Z mej Laury oczu, w których słońce płonie,
Wprost mię gorącą raził w serce strzałą.
Z tej, śmierć już mając, gdym chciał istność całą
Za szczęście mieniać, on, zazdrosny o nie,
Zdarzył, że inny cios przez inne dłonie
Zdrowia niemocą raził Laury ciało!
Obie mię rany jednakowo bolą,
To łzawym chłodem, to przez żadz gorąco —
Gdyż jakbądź kochać Laurę złą jest dolą
Jednakże, kiedy widzę ją cierpiącą,
Poprzez złe losy idąc wprost przebojem,
I jej cierpieniem kocham ją i mojem. —



Sonet 204.

Po jakiejś schadzce z Laurą.

Wróć udręczone serce na to wzgórze,
Kędyśmy wczora Laurę zostawili —
Łaskawą była..... a dziś, nie wiem, czyli
Znów mię pogrążyć nie chce w smutku chmurze!
Tam wróć, grożącą by zażegnać burzę!
Próbuj sposobnej w czas dopatrzeć chwili,
Mej śmierci wyrok Laura niech uchyli,
Lub choć jej wszystek ból mój niech wynurzę.
— Milcz! Sameś winien samobójstwa zbrodni.
I sercu twemu nie skarż się twej biedy
Mową bezmyślną a zarozumiałą!
Bo czy ty sądzisz, że, gdyś odszedł od niej,
Z sobą je wziąłeś? — Wcale nie — toż wtedy
Ciebie odbiegłszy, ono z nią zostało! —



Sonet 205.

Cieniste wzgórza chłodne, pełne woni!
Wśród was siedziała, nucąc zadumana

W świetlanych blaskach Przedwiecznego Pana
Ta, której chwała w świat przezemnie dzwoni.
Serce mi tęschne z piersi zbiegło do niej
Wabione przez nią! Teraz— cóż za zmiana!
Jakże swawolnie przez nią jest deptana
Murawa, szkląca od łez moich toni!
Ona tam chodzi, i tam chodząc rzecze:
— Do mnie! o! do mnie! Gdzie ty smutny człecze,
Połykający łzy twe i nadzieje? —
Ona się ze mnie do rozpuku śmieje!
Ona mi serce żywcem w lód zanurza!
O błogie, chłodne, uśmiechnięte wzgórza! —



Sonet 206.

W odpowiedzi na Sonet Jana de’ Dondi poczynający się od słów „Jo noa so ben se io vedo quel che veggio.“ Jak się zdaje, idzie tu o poradę, w przedmiocie wyboru pomiędzy miłością ziemską a zwróceniem się ku Niebu.

Żal mi cię! strach też — by nie było gorzej!
Ku czemu gładki szlak wabiąco służy,
A także myśl ta, żebym twej podróży
Wspólnikiem nie był, mnie samego trwoży!
Wstyd jest spokoju szukać wśród bezdroży,
Walka zaś nieraz duszę na śmierć znuży.....
Lecz w niepewności pocóż gnuśnieć dłużej?
Stań się, co w Górze zdarzył wyrok Boży!
Więc choć zaszczytem płonnym pewnie będzie
Twa we mnie ufność (w czem być możesz w biedzie,
Gdyż człowiek rzadko zdrowy wzrok posiada),
Jak najżarliwiej, z czystych cnót pobudki,
Ku Niebu dążyć — oto moja rada;
Gdyż droga długa, żywot zaś jest krótki! —



Sonet 207.

Przypomnienie jakiejś schadzki z Laurą, w obecności kogoś, równie wiekiem jak dostojeństwem poważnego.

Dwie w Rajskim Sadzie rwane róże świeże,
Pewnego — pomnę — dnia Majowej chwały,
Mąż dostojeństwy ze wszech miar wspaniały
Młodym kochankom dwojgu dał w ofierze

Z takiemi słowy, że te — powiem szczerze —
Nieczuły nawet głaz by rozkochały;
Więc nic dziwnego: że błogiemi szały
Serc dwoje od nieb mimowiednie wzbierze.
On się wzdychając uśmiechnięty schyli.
I szepnie z cicha: — Czyż jest w owej chwili
Szczęśliwszych dwoje? — Dziś już nie wiem: czyli
To słowo z kwiatu, czy tchnął kwiat z tej mowy?
Lecz dotąd duch mój niemi drży i kwili
O błogie słowa! o ty dniu majowy! —



Sonet 208.

Laura, gdy w lauru liście ukochane
Zdobi, dumając, sploty swe złociste,
Samem zjawieniem swojem, już zaiste
Serdeczną sprawia w duszach ludzkich zmianę.
Nad wszystkie bowiem róże w cierniach rwane
Różą jest śnieżną, w której Bóg przeczyste
Wszechpiękno streścił! — Więc Cię błagam Chryste!
Zdarz: niech u kresu wcześniej od niej stanę!
Bo niech, ni oczy moje tej godzinie
Świadkami będą, w której noc grobowa
Zmierzchłemu światu blask słoneczny schowa,
Ni dusza, która bez niej śmiercią zginie —
Ni uszy, które cieszy dźwięk jedynie
Jej rozkosznego, jej błogiego słowa! —



Sonet 209.

Przesadą dziwną zda się komu może
Przezemnie, z głębi serca, mej dziewczynie
Składana wielka cześć, — i że z niej czynię
Najdoskonalsze w świecie dzieło Boże.
Ja zaś, przeciwnie, smucę się i trwożę,
Że jeszcze nie dość wielbię w niej Boginię —
A kto tej wierze obcy, ten jedynie
Raz niech ją ujrzy, a wnet wyzna szczerze:
Że cześć jej zdolna strudzić najognistsze
Równie wymowy jak poezyi Mistrze,
Bo język ziemski, gdy się tylko sili

Jej chwale sprostać, zaraz jednej chwili
Miłość niemotą drętwić go poczyna,
I w tem nie jego, lecz przeznaczeń wina! —



Sonet 210.

Kto znać chce: ile Niebo z ziemią w zmowie
Możnem być raczy — niech ogląda proszę
Tę, która słońcem będąc, dnia rozkosze
W pierś mą przez ślepe świata śle pustkowie.
Lecz — niech się śpieszy. Gdyż się może dowie:
Że śmierć, co naprzód dobrych a potrosze
Złych potem bierze, w łono ją macosze
Wchłonęła — zkąd ją wzięli Aniołowie!
Piękność, przy której wszystkie inne bledną,
Królewskość z cnotą, połączone w jedno
Ujrzy, w sposobnej jeżeli zdąży porze.
I wtedy wyzna: że niech nawet nie śni
Zdrętwiały umysł rzecz tę wydać w pieśni.....
Gdy się zaś spóźni — wieczny żal mieć może! —



Sonet 211.

Jakże mi dzień ten wspomnieć przykro srodze,
Gdym ją zostawił chmurno zamyśloną,
A z nią i serce moje! — odtąd pono
Z tą tylko myślą dniem i nocą chodzę.
Pokorna stała, dzierżąc w ręku wodze
Dworu piękności, którym otoczono
Jej cnót królewskość, i w swe biorąc łono
Przeczucie tęschne — więc pokrewne trwodze!
Wzięła od siebie precz swój wdzięk wesoły,
Równianki, perły, stroje zdobne tęczą,
Śpiew, słodkie słowa i swój uśmiech miły.
Odtąd zwątpienie oraz trosk mozoły
Dni moje trują — nocą zaś mię dręczą
Złe sny..... Daj Boże, by się nie sprawdziły! —



Sonet 212.

Gdy nie jest ze mną, zwykła najprzyjaźniej
W śnie mię pocieszać; lecz dziś tak ją srogą
Ujrzałem, że mi zmysły się nie mogą
Ani boleści odjąć, ni bojaźni.

W tej chwili jeszcze tak mię wzrok jej draźni
Smutku wymową, żem jak ten, od kogo
Odeszły, śmierci przerażone trwogą.
Radość z nadzieją towarzysze raźni.
— Wszak pomnisz dzień ów — rzecze ona do mnie —
Kiedyś, łzy mając w oczach, bezprzytomnie
Odbiedz mię musiał w blaskach bladej zorzy.
Za nic bym wtedy usty ci własnemi
Życia nie wzięła; lecz dziś, z Woli Bożej
Wiedz: że już Laury niema na tej ziemi. —



Sonet 213.

O śnie straszliwy śmierć niosący w duszę!
Możeż być prawdą: by już w Niebios bramy
Wzleciał świetlisty duch jej próżen plamy,
Co i w złej doli dniał mi i w otusze?
Lecz jakżeby mi wieści tej katusze
Zkądinąd mogły przyjść, nie od niej samej?.....
O! zdarz to Boże w którym ufność mamy,
Niech raz ten jeden zwątpić o niej muszę!
Niech zaprzeczenie w śnie mi nowym zdarzy
Słodkie zjawisko jej cudownej twarzy —
Bym żyć mógł dalej, mocen pociech tylą;
Lub gdy koniecznie Pani mej się zdało,
Dla jasnych Niebios rzucić ziemskie ciało,
Błagam, przyjdź na mnie ostateczna chwilo! —



Sonet 214.

W mych wątpliwościach ulgą mi jedyną
Płacz, pieśń, otucha, trwoga — smutne dzieje
Przemian, wśród których kochani i szaleję,
Moją Miłością, a nie moją winą.
O, w łzawy wzrok mój, Boska ty dziewczyno
Wróć blask twych oczu, w których Niebo dnieje,
(Doprawdy, nie wiem, w czem już mieć nadzieję!)
Inaczej płaczem wiekuistym spłyną.
I jeśli nie mnie, bądź choć litościwa
Światu, któremu zmrok, co ciebie skrywa,
Znagła z twej winy słońce zgasić może!

O! duch mój przykre cierpi bojowanie,
I sam już siebie poznać nie jest w stanie, —
Jak ten, co w trwodze błądzi przez bezdroże! —



Sonet 215.

Spojrzenia słodkie i rozkoszne słowa!
Kiedyż was ujrzę znowu i usłyszę?
Grozi mi bez was, błodzy towarzysze,
Przedwczesna śmierci z mą miłością zmowa!
O ty! coś wiecznie zgubić mię gotowa —
Z której mam zawsze płacz a nigdy ciszę —
W mych żądz obłędzie cóż mię ukołysze?
Jakaż pociecha z ich mię pęt rozkowa?
Toż ile razy w twej czarownej twarzy,
W której się wyrok życia mego waży,
Raczy się do mnie wdzięczyć litość tkliwa,
Bezlitosnego chciwa wnet bezprawia,
Przestwór pomiędzy mną i tobą stawia,
Dola, co chętnie mą niedolą bywa. —



Sonet 216.

Wciąż nasłuchuję, a nie słyszę wieści
Od tej, co miłość moją ceni tanio.
— Czy mię pocieszą słowa jej, czy zranią? —
Trwoży mię żądza, choć nadzieja pieści.....
Zgubił nie jednę z Pań ich czar niewieści —
A taby mogła być ich wszystkich panią!
A nuż światłości Bóg, stęschniony za nią,
Zrobić z niej zechce gwiazdę ku Swej Części?
Przedwczesny wtedy sen i mnie ogarnie —
Krótko spoczywać, boleć nieskończenie,
Przestanę znagła. — Srogie rozłączenie!
Po co odemnie bierzesz mą męczarnię?
Słodką mi była! — a dziś któż się dowie:
Że kres mi wypadł w drogi mej połowie? —



Sonet 217.

Osobliwie dziwaczny jest pomysł tego Sonetu. Niby, ze wschodem słońca, niebo, i ziemia do miłości się budzą (właściwie zaś Apollo i Laura); z tego zaś wzajemnego ich uczucia rodzi się laur, przez poetę na cześć Laury, jak wiadomo, wielbiony.

Wieczoru pragnąć, nienawidzieć zorzy,
Zwykli szczęśliwi ziemscy kochankowie —
U mnie zaś, szczęścia kresem zmrok się zowie,
A jego świtem — brzask jutrzenki hożej.
Gdyż jednocześnie wtedy, wśród przestworzy,
Dwóch słońc blask bije w nocnej ćmy pustkowie —
Że zaś królami w równej są połowie,
Więc ztąd się Miłość Nieba z ziemią tworzy.
Z tej zaś początek jest owego drzewa.
Które w mem sercu swój przybytek miewa
Na cześć tej, którą czczę nad własne życie.
Więc dziwnie sprzeczne moje są zwyczaje:
Bom chętny temu, co mię dręczy skrycie —
Nie chcę zaś tego, co mi spokój daje! —



Sonet 218.

Obym się kiedy pomścić zdołał na tej,
Co mię wymową oczu swych uśmierca,
Rada, że Amor, słodki przeniewierca,
Jej łaskawościom daje lot skrzydlaty.
W ten sposób dniami — ba! całemi laty
Dech ze mnie biorąc, jako lew morderca
Wokoło mego krąży nawet serca
Nocą, wśród ciszy mej samotnej chaty!
Wtedy, gdy znagła bliską śmierć obaczę,
Dusza się ze mnie, wolna więzów ciała,
Rwie do tej, której jest oddana cała.
Żebyż, w wycieczki owe swe tułacze,
Serdeczne Laurze wynurzając płacze,
Wymową swoją choć jej sen przerwała! —



Sonet 219.

W pierwowzorze mocno ciemny i przesadny.

W te oczy, w których tęchnych żądz mam święto,
Kiedy raz patrząc, wielce im się dziwię —
By na przekorę zrobić mi złośliwie,
Bieluchną rączką znagła je przymknięto.

Nie wytrzymałem! — i jak wraz z przynętą
Połyka haczyk rybka w wód przepływie,
Lub jak ptaszyna co nie wprzód się wywie
O bezpieczeństwie, aż na lep jest wzięta.
Tak jam się schwytał w jej paluszków siatki,
Lepem jej ślicznych oczu przynęcony. —
I odtąd duch mój, przez wypadek rzadki,
Ni ocalenia życząc ni obrony,
Gdy się bezwładnie w matni tej trzepota,
Umrzeć z rozkoszy bierze go ochota! —



Sonet 220.

Z jej cudnych oczu taka światłość żywa,
Raz mię, pamiętam, w blasków ujmie siecie,
I razem tęschność, co jej pierś ugniecie,
Taką wymową słodką mię wyzywa —
Że dziś, gdy wiążę wspomnień tych ogniwa,
Jeszcze sam w sobie cieszę się jak dziecię,
Nie mogąc dotąd pojąć: co też przecię
Mogło przyczyną być onego dziwa?
Dusza, nawykła wiecznie być dręczoną
(Jak jej to pewnie w górze jest znaczono),
Wśród dwóch rozkoszy: spojrzeń tych i słowa,
Przedsmak błogości Rajskich biorąc w łono,
Gdy jej otuchę dręczy zwątpień zmowa,
Pomnę — już że mnie była wyjść gotowa! —



Sonet 221.

Sonet ten, w którym poeta z wielkiem oburzeniem o Awinionie się wyraża, wogóle mocno jest ciemny.

Marzyłem zawsze żyć gdzieś na uboczy,
(Wiedzą to tchnienia łąk i gajów świeże)
Bym mógł od siebie precz mieć te kacerze,
Co dla dróg Pańskich ślepe mają oczy.
I, by się sen ów spełnił był uroczy,
Jakbądź Toskanię moją kocham szczerze,
Dotądby Sorgi miało mię wybrzeże,
Która w swych falach łzy mych pieśni toczy.
Cóż, gdy zła dola dziś, ku mej boleści,
W takich, niestety! stronach skarb mój mieści,
Gdzie wstrętne czyny Boga niepokoją

Dłoń co to pisze, w zgodzie z myślą moją,
Płonnego przecież kłamstwa nie rozgłasza! —
Wie o tem Laura, ja, i miłość nasza! —



Sonet 222.

Na tym padole, takich oczu dwoje
Ujrzałem w pełni dobra i słodyczy,
Że odtąd innych ani znać nie życzy
Ni nawet marzyć żąda serce moje.
Nigdy i nigdzie (śmiało przy tem stoję)
Podobnych oczu nie znał świat zwodniczy —
Ni takie miała ta, co Greckiej dziczy
Wodzów ruszyła, którzy zgnietli Troję —
Ni ta Rzymianka, która w czyste łono
Pchnęła nóż zbawczy, nie chcąc żyć zhańbioną —
Ni Polixena, Argia[35], Issifile[36].
Takto, z wyroków Bożych (jeśli nie śnię),
Dla mnie przypadło w dziale skarbów tyle —
Cóż? gdy przyszedłszy późno, pierzchły wcześnie! —



Sonet 223.

Która z Pań tęschnisz za chwalebną sławą,
Jaką przy cnocie daje Mądrość błoga,
Patrz pilnie w oczy tej, co mam w niej wroga,
Choć świat ją mniema panią mą łaskawą.
Z nich ucz się godnie czcić Miłości prawo,
I z wdziękiem ciała łączyć bojaźń Boga —
W nich się też czyta prosta w Niebo droga,
Gdzie ją wybrani wypatrują łzawo.
W nich też wymowa nad najsłodsze pieśni,
Tkliwe milczenia, wdzięczne obyczaje,
O jakich dola człecza nawet nie śni.
Słowem niezmierne piękno, które daje
Dziwnie się wielbić — a zaś ma swe blaski
Nie z żadnych ziemskich żądz, lecz z Niebios Łaski. —



Sonet 224.

W Sonecie tym, niby ktoś stawia fałszywą zasadę — tę zaś Laura zbija wymownie — a w końcu sam poeta rzecz tę od siebie rozstrzyga. —

— Życie należy mieć na pierwszym względzie.
Mniej zaś szacowną, cześć mi się wydawa. —
— Odwróć porządek. Tylko dobra sława
Życia szacunkiem zawsze jest i wszędzie.
Ta, co z swej własnej winy czci pozbędzie,
Już się kobietą nazwać nie ma prawa.
I śmierć jest lepszą, niż jej dola łzawa,
W sobie nosząca własnych spraw swych sędzię.
Ztąd to Lukrecyę słusznie wielbić możem:
Że sobie życie wziąść wolała nożem,
Niż je zatrzymać srogą hańbą krwawe
— Niech się tu zejdą Mędrcy, z całą władzą
Swych słów przebiegłych! — nic tu nie poradzą —
Laura koniecznie wygrać musi sprawę. —



Sonet 225.

Zwycięzki krzewie! coś zwykł wieńczyć czoła
Tym, którym z miecza lub jest z pieśni chwała,
Nieraz, w twej sprawie, ileż trosk mi zdziała
Dola naprzemian smutna lub wesoła!
O ty, coś jedno z nim! co nie dbasz zgoła
O zaszczyt inny, tylko: byś zuchwała
Miłości słodkie więzy wciąż deptała,
Przeciwko którym nikt i nic nie zdoła —
Niczem też tobie piękność powierzchowna:
Złoto, kamienie, barwy szat motyle,
Słowem skarb wszelki niczem jest przed tobą!
Twe wdzięki nawet którym nic nie zrówna
Za nic masz sobie! — chyba tylko, ile
Czystości duszy twojej są ozdobą! —



Canzona XXI.

Idę dumając. Chmurne myśli moje
Niepokój wzburza — serce ból mi miota —
A duszę dręczy tęschnota
Nie ku miłosnym sprawom, lecz ku skrusze —
Jakbym już stawał przed Wieczności wrota!

Błagałem Pana o tych skrzydeł dwoje,
Któremi w Niebios podwoje
Wolną zmaz ziemskich wznieść człek może duszę —
Lecz snadź niegodnym Łaski tej być muszę —
Bo choć się modlę, choć się w prochu korzę,
Widzę się zewsząd opuszczony srodze,
Jak ktoś, co z cudzej winy padł na drodze,
A o swej własnej sile wstać nie może!
Wiem: że dziś — jutro — o Boże!
W tobie pozyskam dróg mych przewodnika —
A jednak dreszcz mię przenika:
Aby tymczasem żądz mych obłęd luby
Nie zdołał marnie przywieść mię do zguby!

Z jednej mi strony szepcze duch bez ciała.
— Stój! Nie goń cienia! Wróć się z dróg rozpaczy!
Nędzny! czyż wzrok twój nie baczy:
Że czas ci drogi ulatuje marnie?
Raczej się cofnij w porę! Pomyśl raczej:
Czy warta życia żądza ta zuchwała,
Co, niżby szczęście ci dała,
Spokój wszelaki precz od ciebie garnie?
Gdyś nic nie zyskał dotąd nad męczarnie
Ten ognik błędny goniąc, toż ci prościej
Już nie iść dłużej tam, gdzie czyha zdrada —
Bo któż nadzieje swoje w tym pokłada,
Co sam spokoju nie zna ni stałości?
Ach! póki duch w tobie gości,
Nikt ci twej woli panem być nie broni —
Więc dziś ją w silnej zbierz dłoni —
Bowiem jest biada temu, komu zda się
Zaczynać wtedy, gdy już jest po czasie!

Wiem, jako wzrok twój olśnął, patrząc w zorzę
Błogiego blasku tej, co chcąc być szczerą,
Na dobrą sprawę, dopiero
Winnaby była przyjść po twoim zgonie!
Miłość, co szczęścia była ci przecherą.
Jej obraz w serce wryła ci w tej porze,
W której, nie łatwoby może

Żar jak ie inne w niem zażegły dłonie,
Ileż lat odtąd serce ono płonie,
Ułudnie tęschniąc ku sposobnej dobie,
Która, gdy szczęściem zwleka przyjść — ty przeto
Myśli szczytniejszą wzbiwszy w lot podnietą,
W Niebo spójrz, które zwraca się ku tobie
W swej nieśmiertelnej ozdobie.
Pomyśl — gdy tutaj, z łaski twej zdrajczyni,
Tyle szczęśliwym cię czyni
Spojrzenie, uśmiech, słowo — pomyśl proszę
Czemże te Rajskie muszą być rozkosze! —

Z drugiej znów strony, błoga myśl o chwale
Dziwnie kuszących pełna żądz, przebojem
W łonie rozsiadłszy się mojem,
Ni spać mi daje, ni się sama zdrzemnie,
Tak, że Miłości jej krzepiony znojem,
Czy chłodem cierpię, czy się ogniem palę,
Nie wiem, i nie chcę znać wcale.....
Tak jest. I zresztą walczyć z nią daremnie!
Bo odkąd światłom ujrzał, ona we mnie
Z dnia w dzień z mym wzrokiem razem podrastała
I choć ztąd zawód mam i wiele nędzy.
Myślę, że może żądza ta, nie prędzej
Aż razem z duszą wyjdzie z mego ciała.....
A jednak — cóż mi za chwała
Jeśli po śmierci mojej mię kto wspomni?
Więc wiedzcie o tem potomni:
Że w chwili, w której zgon za życie mienia,
Człek prawdzie służyć chce, nie złudom cienia!

Więc znów miłosna żądza którą płonę
Tamtej mię Wielkiej odejmuje Sprawie —
I chociaż śpiewem ją sławię,
Ni spokój z tego mam, ni powab Chwały!
Gdyż mię ku Laurze oczu jej bezprawie,
Chmur niepogodą nigdy nie zmącone,
Uparcie wabi w jej stronę.....
Zaczem — gdzież moce, coby dokazały
Nie dać mi tego: że się ja niestały

Tu ku Miłości, to ku Sławie chylę?
Tak wiecznie życia mego okręt kruchy
Targają srogo dwóch tych żądz podmuchy!
O ty! co wszelkie więzy masz w Swej sile
Powiedz mi: — czemu mąk tyle
Od dwóch Miłości cierpię jednocześnie?
Bom jest jak człek, który we śnie
Tu i tam pierzcha, iż śmierć za nim goni —
I chciałby walczyć z nią — lecz me ma broni!

Jednak, co czynię, wiem — nie będąc w biedzie
Co do tej prawdy, izmie zmusza błogo
Ciągle zaszczytną iść drogą
Ta Miłość, której bodaj nadto wierzę!.....
Bo gdy uczucia ukryć się nie mogą.
Raz po raz ona z serca mi dobędzie
Myśl, która zawsze i wszędzie
Na czole mojem da się czytać szczerze:
Iż rzecz śmiertelną kochać w takiej mierze,
W jakiej jedynie Bóg być winien czczony.
Im pożądańszy dank tem cięższa zdrada!
To zaś, choć głośno w duszy mej się gada —
Rozum gnębiony zmysłów złych brzemiony,
Gdy w woli nie ma obrony.
W słodkich nawyknień swoich brnąc bezprawia,
Tę wiecznie oczom przedstawia,
Z której mi przeto duszy śmierć i ciała,
Iż mnie i sobie zbyt się podobała.

Nie wiem, jak długo mam na ziemi srodze
Wlec jeszcze życie — odkąd mi wypadło
Wycierpieć walkę zajadłą.
Którą sam z własną duszą stoczyć miałem —
Ni ostatecznej chwili mi widziadło
Nie świta jeszcze ku Wieczności drodze —
Lecz wiem, że w lata zachodzę,
Skłonny wziąść, rozbrat z życiem rozszalałem.
Więc, na wypadek wszelki, jeśli z ciałem
Wprędce się rozejść duszy mej znaczono,
To, chcąc najmądrzej skończyć byt jak mogę,
Jąłem wspominać: gdziem to rzucił drogę

Wiodąc prosto w przystań upragnioną?
I oto, za ową stroną
Żal stęschnionemi ciągnie mię oczyma —
Cóż, kiedy w miejscu mię trzyma
Żądza tak silna w nawyknienie młode,
Że nawet z śmiercią wchodzić chce w ugodę!

Pieśni! już po mnie! Ledwie w sobie żywię
Ducha, okrzepłego złych podmuchów mrowiem —
I wiem: że życia mego w Park przędziwie
Nic już jest wielce krótka niewątpliwie;
A jednak słuchaj mej spowiedzi — bowiem
Nie do pojęcia rzecz powiem: —
Oto: — z mych cierpień mogąc wyjść obłowu
By w Niebo wzlecieć, ja znowu
Chcę żyć, by dalej wieść mą smutną dolę.....
Ztąd — znam co lepsze, gorsze jednak wolę! —[37]



Sonet 226.

Dzikie i twarde serce, i złe chęci,
Którym pozornie twarz Anielska wtórzy,
Łup z mego życia wezmą — jeśli dłużej
Pastwić się zechcą z każdym dniem zawzięciej.
Czy szron się sroźy, czy się wiosna święci,
W dzień, w noc, w pogodę, czy w tumanach burzy,
Jam równo smutny. Bom jest z owych, którzy
Strutą Miłości strzałą w pierś są pchnięci
I tylko wiotką mą nadzieję żywię
Wspomnieniem kropli, która wciąż, cierpliwie
W jedno padając miejsce, głaz przewierca.
Bo myślę sobie: — tak twardego serca
Niema na świecie, ni tak zimnej duszy
Której wytrwała w końcu łza nie skruszy! —



Sonet 227.

Do kardynała Jana Colouny, w odpowiedzi na Sonet Sennuccia del Bene, zaczynający się od słów — Oltre l’usato modo si rigira. Napisany w r. 1342, — jak świadczy jego wiersz przedostatni.

Panie mój drogi! myśl mię każda wiedzie
Ku tobie — jakbym w Niebios szedł podwoje!

Przeciw mej doli czemże się uzbroję?
Dręczą mię zewsząd losów złych gawiedzie!
W Miłości wzroku, która mknie poprzedzie,
Gdy śmierć przedwczesną widzą oczy moje,
Nie mając z sobą was, mych świateł dwoje,
I dniem i nocą jęczę w mojej biedzie!
Mej Laury srogość i twa dobroć Panie,
Błogież to więzy! którym się poddanie
Z woli mej własnej razem ze mną wzrosło. ...
Tak — Laur majowy i Kolumnę wzniosłą.
Pierwszą piętnaście lat, ośmnaście drugą,
W sercu mam — życząc wiecznie być ich sługą! —





Przypisy

  1. To jest łaskawie, nie zaś surowo.
  2. Naśladował ten Sonet Janicki Klemens w księdze Epigrammatów (21).
  3. Rozumieć, tu należy wejście słońca w konstellacyę Byka, co jak wiadomo wiosny jest początkiem.
  4. Mowa tu o Papieżu Bonifacym VIII-ym, wielkim prześladowcy domu Colonnów.
  5. Peneos, potok Tessalski, ojciec Dafny; pod nazwą zaś dumniejszej od niego głębi, rozumie tu poeta pewnie Sorgę, ponad którą Laurę widywał, jak to nieraz dalej i nierównie wyraźniej opiewać będzie.
  6. To jest tego: że pieśniami swemi zdolni byli wzruszyć skaty.
  7. Kalisto, ukochana Jowiszowi, którą według podania Król Bogów przeniósł na niebo w postaci Niedźwiedzicy.
  8. Podobnie Dante powiada w „Życiu Nowem:“ — Przyjdź śmierci! Od dawna już barwy twoje noszę.
  9. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – umrę.
  10. Mowa tu o Colonnach.
  11. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – pozostaje.
  12. Tak przynajmniej twierdzi de Sade, zarzucając w tem omyłkę Vasaremu, który mniemał, że tu mowa o Szymonie Memmi (ze Syenny), malarzu. Że zaś tu rzecz o rzeźbie nie o malowidle, wyraźnie przemawia za tem przytoczenie Polikleta i Pygmaliona.
  13. Umarł on w roku 1335 — niewiadomo jednak: czy Sonet z tego czasu pochodzi.
  14. Przypomina to w Dantem (Inf. c. XXV):
    Ah Pistoja! Pistoja! chè non stanzi
    D’incenerarti.....
  15. Val chiusa, co znaczy zamknięta dolina.
  16. To jest: gdzieindziej jak przy Laurze.
  17. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – pierwszy.
  18. Co do mnie, biorąc w rachubą porządkowe miejsce tej pieśni, skłaniałbym się raczej ku tej drugiej dacie.
  19. Catoblepas, bajeczny zwierz, mający się znajdować w Etiopii według Pliniusza i Pomponiusza Meli.
  20. W krainie Troglodytów — podobnież według Pliniuszowego bajania.
  21. W okolicy wieszczego niegdyś dębu Dodony, jak świadczy Pliniusz oraz Lukrecyusz.
  22. Po dzisiejszemu Kanaryjskich. O tem źródle mówi Pomponiusz Mela. Tasso umieszcza je w zaklętych ogrodach Arinidy — Ariosto zaś w puszczy Ardeńskiej.
  23. Przypis własny Wikiźródeł przenośnią.
  24. To jest z Okresu Wenery. Patrz w tym względzie objaśnienie przy Sonecie 24-tym.
  25. Dulce ridentem Lalagen amabo,
    Dulce loquentem.
    (Horatius ad Aristium Fuscum.)
  26. To jest: bojowe i poetyckie.
  27. Mowa tu o Delfach.
  28. Zdradza tu swą niechęć do Dantego, którego zupełnie przemilcza.
  29. Arunca była miejscem urodzenia Lucyliusza, Mantna Wirgila, Werona zaś Katulla.
  30. To jest, jak zawsze, w sferę Wenery — a jak tu, w miejsca niby, kędy Laura przebywa.
  31. Znaczy tu: trzy siedmiolecia — to jest lat dwadzieścia jeden.
  32. Ira furor brevis est. Horat.
  33. Durance — rzeka wpadająca do Rodanu w pobliżu Awinionu.
  34. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Durenzy.
  35. Żona Polinika.
  36. Którą Jazon uwiódł i zdradził.
  37. Owidiuszowe: — video meliora proboque, deteriora sequor.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Francesco Petrarca i tłumacza: Felicjan Faleński.