Pieśni Petrarki/Część druga (Płaczebna)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Francesco Petrarca
Tytuł Pieśni Petrarki
Data wydania 1881
Wydawnictwo nakładem tłumacza
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Felicjan Faleński
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Indeks stron


PIEŚNI PETRARKI.


CZĘŚĆ DRUGA,

PŁACZEBNA.



Sonet 228.

Napisany w roku 1348, na wiadomość o śmierci Laury w Weronie odebraną. W drugiej tercynie mowa jest o pożegnaniu z nią na rok przed tem.

Gdzie twarz ta wdzięczna, gdzie ten wzrok Anioła,
Wzniosłych powabów pełna gdzie postawa?
Gdzie słów powaga, skromnym tak łaskawa,
Że przed nią dumni giąć musieli czoła?
Gdzie ust jej uśmiech, moja śmierć wesoła,
Wprzód Raj przyśniony, dziś okrutna jawa?
Królewskość, w blaski mknąca po swe prawa,
Bowiem już ziemia starczyć jej nie zdoła!
Lauro! jam twój był — odkąd wzięto ciebie
Wspomnieniem tylko żyję przeszłej doli.
I wszelka inna boleść mniej mię boli.
Żądzą, nadzieją, zda się byłem w niebie,
Kiedym cię żegnał drżąc z rozkoszy cały.....
Och! tchnienie twoje wiatry już rozwiały! —



Canzona XXII.

Ułożona w r. 1349, ale ją poeta przerobił całkiem w r. 1356.

Co czynić? Cóż mi radzisz o! Miłości?
Już chyba umrzeć jest pora!
I nawet — po co się ociągać dłużej
Gdyż byt mój śmierci Laurze mej zazdrości —
I dusza moja wskróś chora,
Kiedy już więcej Pani swej nie służy,
To cóż jej z ziemskiej podróży,
W której ni z nią jest, ni się jej doczeka!?
Tak, niby wieczny kaleka,

Tem żyję, co mię zabić nie zaniecha,
Gdyż z Laurą wszelka znikła mi pociecha!

Miłości! z tobą wspólnie ja się żalę,
I lżej mi bywa, jeżeli
Wiem, że ty ze mną dzielisz mą męczarnię.
Boć przecię razem i na wspólnej skale
Rozbicie wspólneśmy mieli —
I jednocześnie, dzień nam luby, marnie
Wiecznie zazdrosna noc garnie!
Zdołamże w pieśń mą tchnąć mej piersi tętna?
O! ziemio ty obojętna!
Czy wiesz: że z Laurą, którą w sercu grzebię,
Twe wszelkie dobro precz odeszło z ciebie?

W niej wszystko mając, próżna własnej chwały
Tyś zaniedbała mieć w cenie:
Że Bóg ci gościem swego dał Anioła,
I że cię błogie stopy jej deptały!
Bowiem, tak piękne istnienie,
Dziś niebo nawet przyozdobić zdoła —
A ja, który bez niej zgoła
Życia ni siebie kochać już nie mogę,
Serca ukoić chcąc trwogę,
Do mnie ją wołam — choć wiem że daremnie —
Jednak tem tylko byt mój żywię we mnie!

Biada! Już prochem są jej wdzięczne lica,
Z których świadectwo o Niebie
Dniało, i wszelkich cnót niebiańska chwała!
Dziś w innym kształcie Raj się nią zachwyca —
Bowiem zasłonę już z siebie
Zdjęła, co czci jej kwitnąć przeszkadzała,
I rozebrawszy się z ciała,
Tak przemienioną przyoblekła postać.
Że tem piękniejszą pozostać
Musi, im dzielniej, ta, co ją upiększa,
Wieczna jest piękność od doczesnej większa.

Tym się urokiem ona gdy uśmiecha,
Niekiedy zejść jej jest dano

Do mnie, którego wie, że uszczęśliwi —
I to jest pierwsza doli mej pociecha.
Drugą jest słodkie jej miano,
Które w mem sercu dźwięczy jak najtkliwiej.
O! tak jest — tem ona żywi
Otuchę we mnie, która bólem zbladła.
Z kwiatem jej życia opadła!
Miłość to moja zna, i mam nadzieję
Laura też, która Wiedzą Prawd istnieje.

O białogłowy! coście podziwiały
Wasz z nią stosunek najtkliwszy.
Mimo, że do was z Niebios zeszła błogo —
Niech wam mnie będzie żal, nie tej, co z Chwały
Doczesnej w Wieczną wstąpiwszy,
Chce bym był, bez niej będąc, bez nikogo!
Tak, że jeżeli jej drogą
Pójść z nią nie mogąc, duch mój tu zostawa.
Tylko Miłości to sprawa,
Że dni mych wątku nie śmiem tknąć niezwłocznie —
Gdyż oto z ust jej taką mam wyrocznię:

— Okiełznaj boleść co twe męstwo kruszy,
Bo zbytkiem żądzy się traci
Raj upragniony, a w nim — pomnij przecię
Ta, którą sądzisz zmarłą, zwlokłszy z duszy
Szatę swej ziemskiej postaci,
Już tylko tobą tęschni w lepszym świecie —
I jeśli tu jest poecie
Lżej, gdy jej pamięć nieustanie chwali,
Błaga cię, aby i dalej
Sławić ją serca było ci potrzebą,
Jeśliś w jej oczach czytał kiedy Niebo!

W pogodę, w ustroń majową,
W wesołość która o cierpieniach nie śni,
O! nie chodź, moja ty pieśni!
Bo nie dla ciebie śmiech, ni płoche słowo,
Niepocieszona w czarnej szacie wdowo! —



Sonet 229.

Z tegoż roku co poprzedni. Po świeżo zaszłym zgonie Kardynała Colonny, którego stratę ze stratą Laury łączy.

Kolumnę wzniosłą i laur w wiosny kwiecie,
W których cień zwykłem chronić myśl strudzoną,
Wieczności cienie bezpowrotnie chłoną,
I bez nich świat ten pustym już znajdziecie.
Śmierci! dwa skarby wzięłaś mi! bo przecię,
Dumę i Miłość brałem ztamtąd, w łono,
I tych mi stratę próżnoby płacono
Najhojniejszemu bogactwami w świecie.
Ha! Bóg to zdarzył. Lecz znów czy mi zdarzy,
Bym z śmiercią w duszy, wśród tych dwóch cmentarzy,
Łzami nie zlewał w grób schylonej twarzy?
Życia się ranek wdzięczy jak najmilej —
Lecz ileż nieraz, nim się słońce schyli,
Szczęścia lat wielu ginie w jednej chwili! —



Canzona XXIII.

Napisana w r. 1350. Wiąże się myślą z następnym Sonetem.

Miłości! jeśliś mieć mię w jarzmie rada,
Jak to zdradzają chęci twe macosze —
To przedewszystkiem cię proszę,
Rzecz niemożebną zdziałaj: to jest śmiele
Chciej wydrzeć ziemi skarbów tych rozkosze,
Bez których istność moja, nędzą blada,
Jak cień po świecie się skrada.
Nie wiedząc, kędy są jej bytu cele;
I jeśli prawda, żes jest równie wiele
Mogąca w Niebie jako i w Otchłani,
(Gdyż tu, na ziemi, groźna twa potęga
Nieubłaganie dosięga
Wszystkich, co sercem chcą być doświadczani) —
Tę odbierz śmierci, którą życiu wzięto,
I odżyw sobą twarz jej uśmiechniętą! —

Przywróć świetlany blask jej pięknej skroni,
Który podnietą czystą szedł mi w łono —
Co nawet, gdy go zgaszono,

Jeszcze swych wspomnień śle mi Raj zwodniczy.
Bo kędyż znaleść łanię tak spragnioną,
Która do zdroju z równą żądzą goni.
Jak ja, gdy myślą mknę do niej?
Zkąd jest tem więcej w duszy mej goryczy,
Im więcej własnym łzom, i ufać życzy
Tej żądzy, która, bijąc w skrzydła rącze,
Wciąż mię udręcza myślą nie wesołą,
I w błędne unosząc koło.
Za tem iść zmusza, z czem się już nie złączę,
Więc oto czemu iść w jej ślad nie raczę,
Bowiem w jej państwie snadno o rozpacze!

Zdarz — niech ten luby dźwięk jej mowy słyszę,
Której w mądrości zrównać jest daremnie!
Głos, który mocen był we mnie.
Poprzez urocze słodkich przemian dzieje,
Pogodą świtać w moich wspomnień ciemnie,
I we wzburzony umysł siać mi ciszę!
On i dziś myśl mą kołysze
Wznieść pieśń co stratą Laury mej niemieje!
Miłości! żądzom zrównać chciej nadzieję!
I gdy nią duch się wzmacnia znamienicie,
Oczom i uszom powróć ich zachwyty —
Bo bez nich, zda się zabity
Byt moich zmysłów, śmiercią zaś jest życie!
I próżno ufać w słowa pociech czyje —
Gdy to com stradał grób przedwczesny kryje!

Zdarz bym znów ujrzeć mógł tych oczu błyski.
Co mi, dniem będąc, w zmrok zapadły srodze!
Och! obym choć na ich drodze
Raz się znalazłszy, mniemał nieprzerwanie,
Że po dawnemu w ich światłości chodzę!
O! te czarowne źrzenic jej pociski,
Z których już byłem tak bliski
Módz się dowiedzieć, co to jest kochanie,
Niech znów mi w sercu tkwią! i niech się stanie
Bym znów przynętę chwytał w ust jej mowie.
Podczas gdy w dłoniach skryte miała sieci,

A w jasnych splotach jej świeci
Urok, jakiego język nie wypowie!
O! duszę moją, oplącz w blask ich złoty —
Zanim nieszczęsny umrę od tęschnoty!

Nic mię wywikłać z sieci mej nie zdoła!
Nawet już teraz i zrządzenie Boże
Wziąść z mojej duszy nie może
Słodkosrogiego Laury mej widziadła,
Co w miejscu każdem i o każdej porze
Nawiedza myśl mą, bądź to, gdy do koła
Kwiecisty Maj krasi sioła,
Bądź gdy zieloność zwiędła z drzew opadła
Jednak — niestety — odkąd śmierć wybladła
Zerwała więzy, z których w każdej dobie
Być wyplątanym tak się mocno bałem.
To więcej w życiu już całem
Nie mam się czego bać — bo mówię sobie:
— Toćże już przecię Laurę mą straciwszy,
Czyliż być mogę jeszcze nieszczęśliwszy? —

Miłości! brou twą przeciw mnie niech zliczę:
Te z oczu Laury celne w serce strzały,
Co umysł mój przerażały,
(Gdyż ziemskie środki cóż wbrew Niebu znaczą?);
Uśmiechu ust jej słodkich wdzięk nieśmiały;
Rozumem wzniosłym zdobne w blask oblicze,
I, owe słowa dziewicze,
Zdolne w szlachectwo duszę wznieść prostaczą;
I tę, co była wszystkich dziew rozpaczą
Anielską postać, zbiegłą z Niebios w gości:
I to obejście, tak urocze błogo,
Że niema pewnie nikogo
Coby jej nie czcił..... Słowem, o Miłości!
Oto, czem w pierś mą cios dawałaś krwawy.....
Teraz — bezbronnaś, a jam — bez obawy!

Tych, których tobie los na pastwę dawa,
Wiąż jak chcesz nadal, samowładco człeczy!
Ale już nie jest w twej pieczy

Ten węzeł, który odkąd ze mnie zdjęto,
Swobodzie swojej tęscbny duch złorzeczy!.....
Stało się — już jest — Wędrownico łzawa!
Wiecznie przegraną ta sprawa,
W której nam wspólne zagrażało pęto.
A ty, z cięciwą wiecznie naciągniętą,
Co szukasz tylko, byś mógł strzały twoje
Zaogniać w piersiach tych, co mylnie sądzą
Że człek żyć może swą żądzą,
Już ja ran żadnych z rąk się twych nie boję —
Ni w Laury oczach mieć ci więcej hasło,
Bowiem z ich blaskiem twe królestwo zgasło!

Śmierć Laury wszelką zdjęła z ciebie zbroję —
Bo odkąd w Nieba skryto ją błękicie,
Smutną swobodę wzięło moje życie! —



Sonet 230.

Śmierć zdjęła więzy, w których nieprzerwanie
Lat wiele urok trzymał mię niewieści.
A mnie smutnemu to się tylko wieści:
Że człek i boleść swą jest przeżyć w stanie!
O! gdybyś z Baju, Miłosierny Panie
Laurę mi wrócił, to znów, ku jej części,
Kochałbym chętnie nadmiar mych boleści,
I moje chętnie cierpiał znów kochanie.
I tembym łatwiej uledz był gotowy,
Im więcej sobie tęschnię pójść w okowy,
W którychbym jęczał jako dawniej było.
Lecz cóż? Śmierć sroga między nami stawa.
Trudnaż z tą ksienią bladych cieniów sprawa —
Ni ją przemysłem zmożesz, ani siłą! —



Sonet 231.

Życie w ucieczce któż zatrzymać zdoła?
Któż wydrze cieniom wątły byt człowieczy?
Och! ze mną przeszłe i dzisiejsze rzeczy
W walce, i w walce przyszłość nie wesoła!
Wspomnienie zewsząd ciśnie mię do koła,
Oczekiwaniu smutna myśl złorzeczy —

I gdybym własną korzyść miał na pieczy,
W Śmierci zbawczego witałbym Anioła.
Wśród nawałnicy walcząc z falą wzdętą,
Kiedy mi gwiazdy oczu jej świeciły,
W przystali po szczęście szedłem i po chwałę.
Lecz skoro precz mi światła moje wzięto:
Ster prysnął, runął maszt, i z całej siły
Całunem na mnie spadły żagle białe! —



Sonet 232.

Co czynisz? po co szukasz nawet w dali
Chwil, co nie dadzą zwołać się tęschnotą,
Niepocieszony duchu? — Tylko oto
Podsycasz płomień, który wskroś cię pali!
Oczy te, w których coraz doskonalej
Czytałem pieśni mych Legendę Złotą,
Już się przymknęły tu na ziemi, po to
By wzrok w świetlanej wiecznie kąpać fali
O! długoż będę śmierć odnawiać własną,
Lub, myśl mą dręcząc, dalej iść, w tę drogę
Ogników błędnych, które w łzach mych gasną?
Nie — raczej Niebo z Laurą! — Bo czyż mogę
Wątpić, że owa piękność niepożyta,
Żywa czy zmarła, w mojem sercu czyta? —



Sonet 233.

Dajcież mi spocząć myśli mych katusze!
Nie dość: że Miłość, Dola zła, Śmierć blada,
Wstępnym mię bojem biorą — jeszcze zdrada
W wewnętrznej mojej gnębi mię otusze!
Bo i ty serce, acz ci ufać muszę.
Niby szpieg zręczny, co się chyłkiem skrada,
Z niemi się na mnie zmawiasz, — tak więc biada
I ztąd i zowąd godzi w moją duszę!
W tobie się Miłość czai potajemnie —
W tobie Niedola smutny dwór swój mieści —
Śmierć zaś uwiecznia pamięć tej boleści.
Co wzięła z sobą lepszą część mą ze mnie —
Lecz—iż ku błogiej łudzisz mię pociesze,
Ztąd ciebie jedno z winy twej rozgrzeszę. —



Sonet 234.

Zmierzchło wam słońce, biedne moje oczy!
Lecz raczej w gwiazdach boską twarz swą chowa,
Tęschniąc, że bez niej, zmaza was grzechowa
Przy ziemi łzami opóźnienia mroczy.
Uszy! nie dla was już ten dźwięk uroczy,
Co brzmiał tak słodko jak wybranych mowa —
Stopy! już próżno wola w was gotowa
Iść w ślad, niknący w świetlnej gdzieś przezroczy!
Więc żądze! zkąd wam, ze mną, w sposób śmiały
O Laurę walczyć: żeście jedne z wiela
Widzieć ją, słyszeć, ku niej iść przestały?
Śmierci złorzeczcie, lecz błagajcie Chwały
Tego, co na to wiąże i rozdziela,
By przez cierpienie przywiódł do wesela. —



Sonet 235.

Gdy pogodnego boski blask zjawiska,
Swem zajściem w ciemność raniąc mię do żywa,
Z mą duszą ziemski ślub okrutnie zrywa —
Niechże choć nędzę mą rozpatrzę zbliska.
Jak srogi cios to w proch mię ziemski wciska,
Laura i Miłość wie nielitościwa.
I że pociechy próżno człek przyzywa
W życiu, będącem pastwą mąk igrzyska!
Dziś mi pociechą Atropos nie Kloto!
A ty, coś wziął ją, strzeżesz, masz ją sobie,
Stokroć szczęśliwszys jest odemnie grobie,
Bo ją oglądasz, — a jam olsnął oto,
Odkąd, za mgłami łez i za tęschnotą,
Jej oczu zgasły dla innie zorze obie! —



Sonet 236.

Jeśli mi Miłość rady nie udzieli.
Za śmierć ja chyba żywot mój wymienię —
Tak to, z nadziei zgonem, żądz mych cienie
Smutną mi duszę trwożą coraz śmielej!
Że życie moje coraz mniej mam w cenie,
Czyż się to komu dziwnem zda? jeżeli
Bezdrożem, w wichrach, w mgłach, wśród mórz topieli,
Ster precz rzuciwszy, wiedzie je zwątpienie!

Tak jest, nie inny Sternik dziś je wiedzie,
W braku owego, który, w Niebo wzięty,
Świta już ztamtąd raczej oczom duszy,
Niżeli ziemskiej wzroku mego biedzie —
A mnie — myśl sama, że wśród burz, w odmęty
Lecę, na skroni szron we włosy pruszy! —



Sonet 237.
Napisany 6-go Kwietnia 1351 r.

W najtkliwszej dobie, kiedy nam w ramiona
Miłości skrzydeł Siłę dano z góry —
Z Laurą, idącą w modre gwiazd lazury,
Żywotne tchnienie pierzchło z mego łona!
Tam ona żyje, piękna, odrodzona —
Tam odtąd Państwa mego dział ponury —
Więc dziś złorzeczę owej chwili, w której
Niebu się rodząc, człek dla ziemi kona!
Bo czemu, z myślą co jej poszła śladem.
Radośnie, lekko, jako ptak nad ziemię,
W ślad za nią dusza ze mnie nie odlata?
Nie — nie jest śpieszno śmierci z licem bladem
Zdjąć ze mnie życia dojmujące brzemię —
I ja tą śmiercią żyję już trzy lata! —



Sonet 238.

Kwilą ptaszęta w gaju, brzmi wietrzyka
Wśród drżących liści skarga pieszczotliwa.
Srebrzystej strugi łkaniem szemrze niwa,
W czaharach leśnych szumi ustroń dzika —
Ja dumam smutny, gdyż mię wskroś przenika
Ból mój..... W tem owa moja wiecznie żywa
Której już nie mam, na obłoku spływa,
By w tęschnej doli cieszyć samotnika.
— Przestań się łzami twemi, biedny człecze,
Truć — tak mi ona litościwie rzecze —
Mnie ty nie żałuj, gdyż wiedz, że dni moje
Przez śmierć Wiecznością stały się — i właśnie
Gdyś mniemał widzieć, że więc wzrok mój gaśnie
Światłości Niebios dniały mu podwoje. —



Sonet 239.

Niema miejsc, gdziebym w tak potężnej sile
Był z tą, co gości z szczęśliwszemi duchy,
Ni gdziebym słodszej zdolny był otuchy,
Jakbądź tam z serca w niebogłosy kwilę —
Jak jest dolina owa, w której tyle
Do łez i westchnień miejsc wśród ciszy głuchej,
Że, zda się, Amor, w równie miękkie puchy,
Wabi gołębie swe i swe motyle.
Tam kwiaty, ptaki, szepczą nieprzerwanie
Miłość, i nawet wieczne mi kochanie
Zdrój wśród murawy szemrze uśmiechnięty.....
Lecz z tobą w Niebie Lauro jest przewaga —
Pamięć okrutnej śmierci twej mię błaga,
Abym w pogardzie świata miał ponęty! —



Sonet 240.

Ileż to razy, w słodkiej mej ustroni,
Wraz z Nią od siebie uciec chcąc daremnie,
Idę, rozgłośne łkania tłumiąc we mnie,
Choć łez mi cichych wzdęta pierś nie broni.
Ileż to razy, w żądz bezdennych toni
Wbiegam w manowce puszcz i w mroczne ciemnie,
Tej zowąc, która poszła już odemnie
Na to, bym wiecznie śmiercią tęschnił po niej.....
W tem — o cudowne Boskich Łask zjawiska!
Toćże z modrego rąbka mgły wytryska
Jej wiotka postać po nad Sorgi zdrojem!
O tak — tam ona w pośród kwiatów biała
Stoi, i jakby dać mi wiedzieć chciała:
Ile bezemnie tęschni w Niebie swojem. —



Sonet 241.

Szczęśliwa duszo! ty której widziadło
Rozświetla moje boleściwe noce
Wzrokiem, co ani w śmierci zgasł pomroce,
Ni go cośkolwiek mojej czci odkradło —
O! jakżeś dobra, że mą dolę zbladłą
Twą obecnością uczcić chcesz wysoce;

I że w te miejsca raczysz zejść sieroce,
Kędy mię niegdyś serce twe posiadło!
Gdziem szedł, o tobie nucąc przez lat tyle.
Teraz mię widzisz, jako idąc kwilę,
Nie żeś ty w Niebie, lecz że sam już jestem!
Na szczęście, słodkie są mych mąk zwyczaje —
Oto: gdziebądź się zwrócę, wnet poznaję
Twój głos, twą postać, wraz z twych szat szelestem. —



Sonet 242.

Śmierci! najgladsze zbladły tobą lica,
I najgwiaździstsze oczy zgasły w tobie —
I, co był wszelkim cnotom ku ozdobie
Umysł, twą sprawą, został bez dziedzica!
Cobądź wzrok pieści i co myśl zachwyca,
Wszystko mi z Laurą wzięłaś w jednej dobie
Bez jej widoku, bez jej słów, cóż zrobię?
Patrzeć, jak słyszeć, równa mi tęschnica!
Niekiedy, Boska przemoc jej kochania,
Litością zdjęta, zejść ją ku mnie skłania,
Bo wie: że innej nie mam już otuchy!
I jeśli, z owych pociech mojej duszy.
Kto się uśmiechnie, lub ramiony wzruszy —
W tym chyba serce równe skale głuchej! —



Sonet 243.

Myśl tak jest lotna, chwile zaś tak chyże,
Żeni niby w śmierci dobie znów z mą panią —
Tak skarbu stratę los mi płaci tanio —
Choć lżej mi — nawet, gdy się do niej zbliżę!
Miłość, od której krwawe cierpię krzyże,
Próżno naonczas rzuca mi w ślad za nią
Pociski, które w rdzeń mię duszy ranią —
Choć niby wzrok swój w Niebios tkwi szafirze.
Gdyż Laura, jakby w dom swój, schodzi ku mnie,
Z osowiałego serca płosząc dumnie
Ponure myśli, swem pogodnem czołem.
Duch wtedy we mnie, widząc światła tyle —
Westchnąwszy, mówi: — o! szczęśliwe chwile,
W których z jej oczu mą pociechę wziąłem! —



Sonet 244.

Nigdy synowi serce matki wdowie,
Ani lubemu tkliwa narzeczona,
Białe na szyi splótłszy mu ramiona,
Z duszy tak słodkich pociech nie wypowie.
Jak Laura moja — kiedy w to pustkowie
Zszedłszy, gdzie duch mój tęschny bólem kona,
Ku mnie się zwraca, drżąca z głębi łona,
Podwójną litość mając w każdeni słowie.
Bo i kochanki i trwożliwej matki.
Która mię tuląc, uczy w mądrej mierze:
Jako, na drodze pokus dziwnie gładkiej,
Chcąc precz od siebie życia mieć wypadki,
Dobrze to bywa z ziemią zerwać szczerze;
A mnie to spokój daje — gdyż jej wierzę. —



Sonet 245.

Gdybym cień luby tej, co dla nikogo
Widną już nie jest. (a przez dziwne prawa
Mych żądz, przed dawnym jeńcem swoim stawa
Znów żyjąc, ciesząc i kochając błogo.)
W ciało słów odziać zdołał! — lecz nie mogą
Sny żadne zjiścić, ani żadna jawa.
Tych wrażeń, kiedy zbiegłszy ku mnie łzawa,
Drży, bym wątpliwą nie szedł ku niej drogą.
W Niebo mię wabi — a ja słucham w skrusze
Tych sprawiedliwych próźb, co w ową porę
Z jej ust przeczystych z cicha brzmią nieśmiałe —
I jak mi każe, tak ja czynić muszę —
Gdyż dziwna słodycz, którą z słów jej biorę,
Do łezby zdolna zmiękczyć twardą skałę! —



Sonet 246.
Do nieżyjącego już Sennuccia del Bene.

Sennuccio! w smutnej tyś mię samotności
Odbiegł, a jednak duch się mój nie sroma
Radosnej myśli: żeś tu nie był doma —
I że się w Niebo wzbiłeś jak najprościej!
Teraz oglądasz, tam, gdzie duch twój gości.
Gwiazd błędne szlaki nad bieguny dwoma —

I wiedzę naszą, ile jest znikoma —
I jak ja jestem smutny z twej radości!
Błagam cię, w trzeciej racz pozdrowić sferze[1]:
Mistrza Dantego, Cino i Guittona,
I Franceschina zresztą towarzyszy.
Mojej zaś Pani powiedz: żem jej szczerze
Oddany zawsze — gdyż myśl udręczona
Nią tylko żyje, wśród odludnej ciszy! —



Sonet 247.

Łkaniem ku wiatrom skarżę się rozgłośnie,
Od wzgórz gdy wzrok mój w tę dolinę skłonię,
Gdzie na świat przyszła ta, co wziąwszy w dłonie
Serce z mej trwożnej piersi w życia wiośnie,
W Niebo z niem poszła, — a mnie w duszy rośnie
Gniew niemal na nią! bo gdy ku jej stronie
Spojrzę, to próżno łez mym oczom bronię,
Którym się ona wzięła tak zazdrośnie!
W tych górach stromych, skała, przepaść wszelka —
W dolinach błonia — w gajach liście świeże —
Murawa każda — każdy kwiat nad drogą —
W zdroju też każda chłodnych wód kropelka —
Nawet, po lasach każde dzikie zwierzę
Wie już oddawna, jak ja cierpię srogo! —



Sonet 248.

Ta promienista, ta płonąca cnotą.
Co była z Niebem w pobratymstwie chwały,
Chcąc, by świat bez niej był osamotniały,
Wróciła wcześnie w swoją gwiazdę złotą![2]
Dziś, myśl mą trzeźwiąc, widzę znów, że oto
W mej własnej sprawie modły jej zdziałały,
Iż, z jej zjawieniem, to mych żądz zapały
W zachwyt mię wznoszą, to w proch ziemski gniotą!
Święć się więc, czem ja cieszę się i smucę!
Co mi naprzemian daje się i wzbrania —
O mem zbawieniu radząc mi tajemnie!

Gdyż Lauro moja! dzięki twej nauce
Miłości z oczu, z ust, opamietania,
W tobie mam chwałę, ty zaś cnotę we mnie! —



Sonet 249.

Jak to jest dziwnie! Sam się teraz godzę
Z tem, co mi wprzódy było rzeczą wstrętną —
Gdyż z mąk wykwita Odkupienia piętno,
I spokój wieczny trwa po krótkiej trwodze!
Nadziejo! Żądzo! dwa ułudne wodze
Tych, którym w piersiach Miłość wzburza tętno —
O! czyliż była źle mi czynić chętną
Ta, co dla Nieba mię odbiegła srodze?
Własna to ślepa miłość i myśl głucha
W obłęd mię wiodły tak, żem szedł przebojem
Na śmierć, pociechy mając w niej jedyne!
Więc raczej święć się Ty, coś mego ducha
Indziej zwróciła, mnie, w szaleństwie mojem
W czas poskramiając — przez co już nie zginę! —



Sonet 250.

Gdy widzę z Nieba zstępującą Zorzę,
Z różaną skronią, w splotach z złotej przędzy,
Wołam, w miłosny pchnięty błąd pomiędzy
Sen i ocknienie: — To cień Laury może! —
O ty szczęśliwy! co wiesz, w jakiej porze
I gdzie masz skarb twój kryć od ziemskiej nędzy
Titonie![3] słuchaj! mój ja skarb nie prędzej
Ujrzę, aż śmierć mi z trumny zdziała łoże!
I nie tak srogie wasze są rozstania —
Gdyż choć w ciemnościach możesz wracać do tej,
Co przy księżycu na twem łonie drzymie,
Lecz smutkiem nocy moje dnie przesłania
Ta, co uniosła duszy mej tęschnoty —
W zamian mi ledwie dając w pieśń swe imię! —



Sonet 251.

Jej oczy, głośne pieśni mych wymową —
Jej twarz, jej wdzięki w rąbków jasnej bieli —

Od których duch mój tak się w sobie dzieli,
Że mię dziś jeszcze urzeczonym zową —
Słoneczne sploty z barwą złotopłową,
Różane usta, w których się Anieli
Niebiańskim Rajem z nędzy ziemskiej śmieli —
Wszystko to Boskie w proch rozwiało słowo!
Jam jednak żywy, mimo śmierci w duszy,
Bez gwiazd przewodnich, w statku, co się kruszy
Walcząc z odmętem rozwichrzonej toni!
Więc żegnaj pieśni, coś miłością brzmiała —
Już mi natchnienia wyschła w piersi chwała,
I lutnia moja łkaniem tylko dzwoni! —



Sonet 252.

Gdybym wprzód sądził, że są godne sławy
Więzione w pieśniach westchnień moich dźwięki,
W krasniejsze byłbym zdobił je sukienki
W czasie, gdym tylko był miłością łzawy.
Lecz gdy już niema tej, co w wzniosłe sprawy
Myśl nią skinieniem białej wiodła ręki.
Nie zdołam więcej w jasny ani w miękki
Mój rym dziś zmienić mroczny i chropawy.
Naonczas było mem staraniem całem,
Szukając ulgi, snuć mój rym zbolały.
Nie zaś, bym z tego czczej chciał nabyć chwały.
Tak jest, rozgłosu z łez mych nie szukałem —
Dziś mi zaś nie da płakać w niebogłosy
Milczenie grobu Laury złotowłosej! —



Sonet 253.

Mogłaby, niby Król w ubogie strony,
W pierś mą zawitać zejściem swem wspaniałem —
Cóż, gdy z jej wzięciem w Niebo, ja się stałem
Nie już śmiertelny, ale uśmiercony!
Duszę mi wzięto z mojem dobrem całem —
Skarb mej miłości został bez obrony —
I nawet — niemi tuląc go ramiony,
Głazbym rozrzewnić zdołał słów mych szałem!
Tylko że łzawych skarg mych nikt nie słucha —
A jam bez ulgi w twardą ziemię wbity —
I w piersi mojej tchnienie ledwie tleje!.....

Doprawdy — tylko cieniem byt jest ducha!
Doprawdy — ślepe żądz są nienasyty!
Doprawdy — złudną rzeczą są nadzieje! —



Sonet 254.

Nieraz, bywało, myśl mą w głębi ducha
Rzeźwią przemienne mej miłości dzieje:
— Litością Laura w żalu swym kruszeje —
Niech teraz trwożna przejmie cię otucha. —
Lecz odkąd chwil tych pamięć, jak noc głucha
Ostatniem Laury tchnieniem ku mnie wieje.
Już tylko teraz jedną mam nadzieję,
Że ona z Nieba widzi mię i słucha.
O ty wybrana! o ty bezprzykładnie
Dumna i piękna, dobra i wspaniała!
Toż z ziemi nędznej, twem odejściem śmiałem
Tam prosto poszłaś, gdzie ci dział przypadnie
Wziąść laur i palmę, któreś pozyskała
Twą wielką cnotą, moim wielkim szałem! —



Sonet 255.

Com wprzód oskarżał — teraz siebie bronię,
I własną sprawę mieć poczynam w cenie.
I owo niegdyś lube mi więzienie,
I cios tak długo tkwiący w mojem łonie.
Bo odkąd, znagła Park zazdrosnych dłonie
Stargały więzy, których nie wymienię
Za wolność żadną, gdyż mi nieskończenie
Ten grot jest miły co mi w piersi tonie,
Wyznam: że nawet w chwile najłaskawsze,
Miała na sobie dusza moja zawsze
Przedwczesnej śmierci pożądane piętna —
Raczej westchnieniom niż uśmiechom chętna —
Nad wolność ceniąc swej niewoli pęta —
I rada z ran swych umrzeć uśmiechnięta. —



Sonet 256.

Współzawodniczki dwie się w niej łączyły:
Cnota i Piękność — w zgodzie tak uroczej,
Że nigdy żaden spór się nie wytoczy
Różnić w jej duszy te bliźnięce siły.

Teraz, przez smutny rozdział u mogiły,
Pierwsza króluje w modrej gwiazd przezroczy,
Druga pod ziemią śpi, przymknąwszy oczy
W których miłosne blaski Niebem lśniły!
Słów urok, uśmiech tej nieziemskiej córy,
Jej wdzięczna postać, przypomnieniem której
Serce mi dotąd krwawi najboleśniej.
Znikły — i jeśli duch się we mnie chwieje
Iść w siad mej Laury, to, że mam nadzieję
Jej wzniosłe imię módz uwiecznić w pieśni. —



Sonet 257.

Gdy smutny spojrzę w tył, za temi laty,
Co z sobą wzięły duszy mej okowy,
Serce z mej piersi, myśl ognistą z głowy —
Spokój mi śmierci dając trybem spłaty;
Co mi rozwiały marzeń rój skrzydlaty,
Co dobro moje dzieląc w dwie połowy,
Jedną do Nieba drugą w dół grobowy
Wzięły — za cały zysk mi dając straty;
To wszystko duch mój gdy obrachowywa,
Żal mi samego siebie — bom obrazem
Najnędzniejszego przed najnędzniejszemi!
O moja dolo stokroć nieszczęśliwa!
O dniu ty błogi i okrutny razem[4],
Jakżeś mię w Niebo wzniósł i wbił do ziemi! —



Sonet 258.

Gdzie czoło, które chmurą i pogodą
Pierś mą wzruszało tak, że wiecznie drżała?
Gdzie z pod brwi ciemnych gwiazd świetlana chwała,
Co mi złociła drogę życia młodą?
Gdzieś ty przedziwna duszy jej urodo:
Dostojne myśli, mowo doskonała,
Skromności wzorze? Gdzie te wdzięki ciała,
Co mię, bywało, jak na pasku wiodą?

Gdzie ten rozkoszny urok jej postaci,
Z którego stratą, kto sam siebie straci,
To choć swój spokój w jej wspomnienie chroni?
Gdzie ta, co życie moje miała w dłoni?
Której śmierć tyleż światu jest rozpaczą,
Co i mym oczom, które wiecznie płaczą! —



Sonet 259.

Drapieżna ziemio! jakże ci zazdrości
Wzrok mój, w ślepoty uplątany pęto,
Żeś mu odjęła twarz tę uśmiechniętą,
Co we mnie burzy uciszała złości.
I wam zazdroszczę, modre wysokości!
Żeście tę duszę, z której ciało zdjęto,
Tak skrzętnie wzięły w waszą ustroń świętą,
Gdzie goszczą tylko ludzie sercem prości.
Wam wreszcie w Niebie, wy szczęśliwe dusze!
Z nią społeczeństwa pozazdrościć muszę.
Któregom nieraz szukał tak daremnie —
Gdyż śmierć bezbożna, która serce ze mnie
Z Laurą mi wzięła — ta nad wszystkie chciwa —
Czemuż mię z życiem do niej pójść nie wzywa? —



Sonet 260.

Dolino, coś jest jękiem skarg mych brzmiąca —
Strugo, coś moje łzy rozniosła wszędy —
Smugi, od których wieje woń lawendy —
Ptaszki, śpiew których ciszę gajów zmącą —
Powietrze, pełne westchnień mych gorąca —
Ścieżko, snująca się przez wzgórza, kędy
Nałogiem dawnym, w lube mi obłędy
Dziś jeszcze miłość wiedzie mię tęschniąca —
Was ja poznaję — tylko nie poznaję
Siebie samego, który wśród was błądzę,
Jak ci, co błądzą z wszelkich dóbr wyzuci!
Cóż mi: że dawne wskrzeszać rad zwyczaje,
W miejsca, co znały serca mego żądze,
Sam wracam — kiedy Laura już nie wróci?!—



Sonet 261.

Wzniósł mię duch w strony, kędy ta przebywa
Której już nie mam. W trzeciej ona sferze[5],
W pośród szczęśliwych, uśmiechnięta szczerze,
Słodka, piękniejsza po nad wszelkie dziwa.
Dłoń mą ująwszy, rzekła: — Jeśli tkliwa
Żądza nadgrodę wytrwałości bierze,
To z tą, coś bój z nią ciągły miał, przymierze
Niebawem w wieczne złączy cię ogniwa.
I wiedz, że pojąć nie zdołają zmysły,
Czem tu jest dla mnie z Niebem związek ścisły,
Odkąd w mogile ciało zdjęłam z siebie... —
Lecz w tem umilkła, i skinęła dłonią;
A ja, od słów tych co Zbawieniem dzwonią,
Myślałem chwilę: żem już został w Niebie! —



Sonet 262.

Miłości! z którą w lepszej doli, społem,
W tych miejscach tchnących czarem naszej Pani,
Straty kosztowne, zysk zaś wielce tani,
Obliczać, tęschne nawyknienie wziąłem —
Smugi i wzgórza, mknące wdzięcznem kołem —
I ty dolino, w której jak w przystani,
Burzą miłosnych trudów skołatani,
Szliśmy spoczywać z licem nie wesołem —
I wy śpiewacy gajów! i z pod skały
Ty Nimf orszaku lotny! i ty cały
Szczęśliwych tłumie zbliska i z daleka —
Patrzcie! jak jasne moje dni zciemniały
Śmierci obłokiem! — Lecz jest w doli człeka,
Że już w kolebce znać ma, co go czeka! —



Sonet 263.

Podczas, gdy serce miłosnemi szały
Wrąc we mnie, innej znać nie chciało rady,
Mej srogiej Pani pierzchliwemi ślady,
W miejsca mię puste trwogi moje gnały.

Tam, w pieśń wtapiałem ból mój żądny chwały
Przez tę, od której dziwnem cierpiał zdrady —
Lecz był naonczas rytm tej pieśni blady,
Jak ja sam byłem cichy i nieśmiały.
Teraz, gdym w grobie złożył skarb jedyny,
Tak, że już próżno śladem jej drożyny
Idę, w mych rymach biegły najboleśniej —
To, (czego serce próżno kiedyś życzy!)
Dziś, twardy nawet głaz, na dźwięk mej pieśni,
Pękając z bólu, płacze ze słodyczy! —



Sonet 264.

O piękna duszo! wolna tej powłoki,
Nad którą gładszej Bóg już nie wytworzy,
Spójrz, proszę, z Nieba, w padół tej bezdroży,
Gdziem z dni weselnych zapadł w smutku zmroki!
Precz myśl ta płocha, że mię twe uroki
Jedynie dręczyć miały coraz, srożej!
O! gdy odemnie nic cię już nie trwoży.
Niech cię doleci skarg mych jęk głęboki!
Patrz — tam — u skały, z której Sorga tryska,
Sam ja, wspomnieniem twego tu zjawiska
Żyję, boleścią podkarmiając ciało —
I z miejsc tych, w których, z tobą wraz mi w duszę
Miłość zstąpiła, smutny w świat iść muszę,
By nie być tam, gdzie ciebie już nie stało! —



Sonet 265.

Słońce, co drogą prawdy wprost w Niebiosy
Wiodło mię niegdyś po przez chwały tyle,
W Słońce Słońc idąc, w szczupłej swej mogile
Zamknęło z sobą blask mój złotowłosy!
Zdziczałem odtąd, i jak pielgrzym bosy,
Strudzoną stopą grzęznąc w spiekłym pyle,
Idę przez pusty świat, i rzewnie kwilę,
Lub z bólu serca jęczę w niebogłosy!
I szukam wszędzie miejsc, gdziem tylko kiedy
Laurę oglądał — a wśród owej biedy
Smutek i zawód ze mną jest jedynie...

Jej nigdzie niema! — tylko ślad jej święty,
Po nad Avernu i nad Styksu męty,
Świetlaną drogą prosto w Niebo płynie. —



Sonet 266.

Sądziłem duch mój dość wyzutym z ciała
Tem, co mu lotne skrzydła daje z góry,
Żem godnie śpiewać miał ten węzeł, który
Kochanie sprzęgło — śmierć zaś rozwiązała!
Lecz wprędce zwiędła we mnie myśl zuchwała.
Jak liść tchem wichru gnany ponad chmury,
Więc rzekłem: — gdzież mi sięgać mdłemi pióry
Po to, co Niebios wzięła w siebie chwała! —
Więc gdy dosięgnąć tam, gdzie nie dosięga
Nawet polotu orlich piór potęga,
Ku Laury chwale próżno siły trudzę,
Miłości moja, coś jest jej ozdobą.
Idź i ty za nią!..... tylko — weź mię z sobą,
Dzięki choć szczęściu, jeśli nie zasłudze. —



Sonet 267.

Ta, której Sorgę czczę nad moje Arno —
U której wiecznie być w niewoli życzę —
Zmieniwszy w gorzkość święte swe słodycze,
W dolę mię pchnęła tchnieniem śmierci czarną!
Odtąd, napróżnom rad był, siać jak ziarno
W potomne wieki, tych jej cnót dziewicze
Skarby bez ceny — wspomnień mych zdobycze —
Co zda się same w rym się dźwięczny garną.
Tych Boskich darów — o! czy uwierzycie?
Tyle w niej było, ile gwiazd w błękicie!
Któżby je zdołał uczcić należycie?
Dusza je moja w skarbcu wspomnień chowa —
Lecz — by je mogła wypowiedzieć mowa,
Myśl mię zawodzi, zdolność i brak słowa! —



Sonet 268.

Bezprzykładnego naszych dni zjawiska
Urok na ziemi, co go wnet Anieli
Pozazdrościwszy, wprędce w Niebo wzięli,
I on tam w gwiazdach królewskością błyska,

Z woli Miłości, ja, com mógł go zbliska
Oglądać, dla tych, co go nie widzieli,
Śpiewać mam dzisiaj, — ale któż ośmieli
Pieśń mą, gdy na to wszelka chęć zbyt niska?
Tak — dar tu słowa w pomoc brać daremno!
Wiem to, i każdy wie, co równo ze mną,
W Niebo rad wzlatać skrzydłem pieśni śmiałem.
Kto Prawdę kocha, ten jej nie otoczy
Bogactwem ozdób, — więc szczęśliwe oczy
Co w Nią patrzały, gdy tu była ciałem! —



Sonet 269.

Znów Wiosna wraca z jasnych dni pogodą —
Wśród łąk, na smugach, igra rój motyli —
Śmiga jaskółka, słowik w gaju kwili —
Pierwiosnki z sobą orszak wonny wiodą —
Uśmiechem krasi Niebo twarz swą młodą —
I na cześć Bóstwa tej świątecznej chwili
Wiatr, woda, ziemia, w miłość się złączyli —
Zwierz nawet dziki mięknie słodką zgodą
Ja tylko jeden, garnę w moje łono
Tęschność, przycichłą a nieuleczoną,
Ku tej, co w siebie życie moje chłonie!
Nie dla mnie ptaków śpiew, ni kwiatów wonie,
Ani uroki jakiekolwiek — bowiem
W mej samotności świat mi jest pustkowiem! —



Sonet 270.

Ten słowik, który tak się słodko żali
Ze straty dzieci swych, czy ich macierzy —
Którego skarga tak się dźwięcznie szerzy,
Wprost w gwiazdy płynąc, nawet kędyś dalej —
Mój on powiernik. Przed nim, w wiatrów fali
Sam siebie skarżę! — bo któż z ludzi szczerzej
Winien swej doli, jak ten, co nie wierzy,
By nieśmiertelni śmiercią umierali?
Tak jednak łatwo, tak się chętnie zbłąka
Myśl, pewna tego, że blask Boski dzionka
W podziemne zmroki nigdy zajść nie może!

Dziś, udręczenie własne żyć mię skłania —
Bym, łkając wiecznie, znał wyroki Boże:
Iż tu ni szczęścia niema, ani trwania. —



Sonet 271.

Podobno naśladowany (co do układu) z Gwidona Cavalcanti.

Ni w noc pogodną gwiazd błądzących mrowie,
Ni w falach żagle w których wiatr szeleści,
Ni w cichym gaju szaty szmer niewieściej,
Ni w gwarnych miastach zbrojni w stal mężowie,
Ani o szczęściu upragnione wieści,
Ni brzmiący rozgłos co się chwalą zowie,
Ani słowika tkliwa pieśń w dąbrowie,
Ni o miłości słowa pełne części —
Nic już takiego, serca mi zapałem
Nie krzepi — odkąd tę w niem pochowałem,
Co jedna dni mych rozświecała chmury.
Dziś, życia ciężkie przykrząc sobie trudy.
Chcę śmierci — bym znów tę oglądał, której
Obym był nigdy nie oglądał wprzódy! —



Sonet 272.

Chwile te w siebie wzięła już mogiła,
W których z rozkoszą twardem cierpiał pęta,
I tę, co wiecznie plącz ją mój pamięta,
Co Boskie tchnienie z Niebios w pieśń mą zsyła!
Pierzchla już twarz jej błogo uśmiechnięta,
Ale pierzchając w sercu mi utkwiła
Wzrok swój, a wzroku tego dziwna siła
Z sobą je wzięła do Wiecznego święta.....
Ona je z sobą wzięła, ta skrzydlata,
Którą wawrzynem Chwały uwieńczono,
I której cnoty niezmożone strzegą —
Tam, oczyszczone ze mnie i ze świata,
Z nią jest, a jabym rad być tam, gdzie ona,
Nie tu, gdzie jestem bez niej i bez niego! —



Sonet 273.

W związku z Sonetem 212-tym oraz 228-ym. Rozpamiętywa w nim chwilę rozstania się z Laurą.

O myśli! mąk twych własnych prorokini!
Coś już przeczuciem wcześnie drżąc kryjomem,

W chwilach radości smutna prędkim gromem,
Spoczynku z przyszłych walk szukała przy Niej —
Toćże ze słów Jej, co jak zdrój w pustyni
Wezbrały w litość połączoną z sromem,
Rzec możesz, z góry było ci wiadomem:
Iż się tu z szczęściem wieczny rozbrat czyni!
O! wtedy — pomnę — (biada mojej duszy!) —
Tak Boska słodycz w jej się oczach wzruszy,
Że już innemi widzieć ich nie mogę!
Więc — jak ktoś, z drugim związali jak najściślej,
Pamiątkę rad mu dawa — ja jej w drogę
Serce me dałem i najdroższe myśli! —



Sonet 274.

Już we mnie z laty przymierzchała błogo
Gorącość zbytnia, jak gdy w żądz pochodnię
Dojrzałość dmucha, a ta zwolna chłodnie,
Wieczności mrocznej nadchodzącą trwogą.
Już dłużej w Laurze ostać się nie mogą
Podejrzeń widma — skoro zna, jak zgodnie
Żyć z sobą mogą siostry te przyrodnie:
Jej słodka cnota z moją męką srogą.
Już bliski czas był, gdy się Miłość dawa
Z Czystością zjednać — gdy z przyrody prawa
Bratem i siostrą są już kochankowie
Lecz Śmierć, ni Szczęścia, ni Nadziei dzieła
Dopuścić nie chcąc, w poprzek mi stanęła
Jako wróg zbrojny, w drogi mej połowie! —



Sonet 275.

Czas już był znaleźć spokój lub przymierze
Po walkach tylu! — cóż, gdy w poprzek drogi
Ta się znalazła, co przed szczęścia progi
Stając, wspólnego wszystkim kresu strzeże!
Jak mgła gdy wsiąka w tchy poranku świeże,
Tak się rozwiało życie mej niebogi —
A ja dziś w oczu jej drogowskaz błogi
Patrząc, iść za nią muszę — gdyż jej wierzę.
Nie mało odtąd zbiegło chwil, jeżeli
Już mi na skroniach włos się srebrem bieli —
Wiecznież sam będę drżał Wieczności mrowiem?

Nie — Laura ze mną! Jeśli jej wypowiem
Wszystko, co cierpię — dość mi. Ona bowiem
W Niebiesiech nawet mękę mą podzieli! —



Sonet 276.

Już w cichą przystań z toni rozszalałej
Miłość nas wiodła, byśmy ocaleni
Ten spokój mieli, co to w lat jesieni
Żądzę przetwarza w cnotę pełną chwały —
Już w mojem sercu oczy jej czytały
Jakby w wierności księdze. W tem, zśród cieni,
W chwili nie długiej, śmierć — ponura ksieni —
Pracę lat mnogich rozbiła o skały.
Sądziłem jeszcze w ostatecznej porze.
Że więc w przeczyste uszy jej, wyśpieszę
Wyszeptać spowiedź myśli mych tajemną!
A ona również byłaby mi może
Coś odszepnęła, coby ku pociesze
Pamięci po niej pozostało ze mną!—



Sonet 277.

W pierwowzorze bardzo przesadny.

Gdym Laurę tracił — (o! i któż wysłowi
Bezlitość zrządzeń, które tak nieczule
Ten kwiat poddawszy godny wieńczyć króle,
Świat mi zmieniły w głuchą czczość pustkowi!) —
Miłość mi rzekła: — Odtąd masz Laurowi
Pieśń czci twej święcić i spowiadać bóle!... —
Odtąd, ja tęschny, całem sercem tulę
Do jego objęć bluszcz mej myśli wdowiej.
O tamtej myśląc, w której żywem łonie
Mych dumań miałem skarb — a tę już chłonie
Wieczność, w promieniach której topniejemy...
O Boski Laurze! co Zrządzenia sprawą
Odkwitasz w niebie — czemu, pieśnią łzawą
Wiecznie cię wołam — a tyś dla mnie niemy?. —



Sonet 278.

Dnie moje, szybsze niźli bieg jeleni,
Jak cień pierzchają, — a ja nie wiem: czyli

Słońce gdzie świeci — bowiem, w jednej chwili
Życie i gorycz równo duch mój ceni!
O świecie! w którym, żądzą oślepieni,
W jakąś nadzieję ludzie gdzieś wierzyli,
Nie tobie cieszyć żywot, co się chyli
W grób, kędy Laura śpi wśród głuchych cieni!
Sama, jedynie, wskroś przeistoczona
Jej postać w Niebie, wiecznie we mnie żywa,
Coraz mię więcej tu rozmiłowywa —
Aż z myślą o niej byt się mój dokona —
Gdyż dniem i nocą dumam, w ślad jej rączo
Mknąc: — jak to będzie gdy nas wreszcie złączą?!



Sonet 279.

Piękny ten Sonet, po mistrzowsku przez Bohdana Zaleskiego odtworzony, stanowi niby motyw jednego z najpiękniejszych jego poematów, noszącego napis: Nawiedziny grobu Laury. —

Wdycham powiewy dawnych lat — z tych wzgórzy
Patrząc, gdzie owa Światłość wzięła ciało,
Z której mi w oczy z woli Niebios dniało
Szczęście — a teraz któż je z łez rozchmurzy?
O marny świecie! — oto ślady burzy:
W zdeptanej trawie szemrze zdrój nieśmiało,
I pustka w gnieździe zdobnem Laury chwałą,
Gdziem miał nadzieję, gdy się duch mój znuży,
Ledz pod jej stopy, z sercem kołysanem
Do snu, i patrząc w oczu jej uroki
Spokojnie kończyć życie me tułacze
Miłość mi skąpym, srogim była panem
Laurą ja żyłe..... a dziś, w świat szeroki
Idąc, rozpierzchłych jej popiołów płaczę! —



Sonet 280.

Oto jej gniazdko! — Rzekłbyś — skrzydły dwiema
Zwisłemi śmiercią, ta ptaszyna biała
Serce rai moje do martwego ciała
Tuli, na rozpacz mą gołębią niema!
O! wśród pustego domu jej terema
Gdzie jej twarz wdzięczna, z której światłość dniała?
Gdzie Laura Pani? — Takiej ziemia cała
Nie miała drugiej..... dziś — i tej już niema!

I jam tak nędzny po niej jest sierota,
Że, chcąc czy nie chcąc, z każdej świata strony
W ten kraj powracam czcią jej uświęcony.....
Niestety! w miejscach, kędy światłość złota
Z niej promieniała — te roskoszne wzgórza
Wiecznie już dla mnie ciemna noc zachmurza! —



Sonet 281.

Do Jakuba Colonny, w odpowiedzi na jego Sonet, zaczynający się od słów: — Se le parti del corpo mio distrutte...

W źrzenicach wyschłych łzy mam znowu, jeśli
Tę pieśń tak tkliwą czytam oniemiały,
Którą Miłości tchnienia podszeptały,
A przyjaźń dłonią litościwą kreśli.
Niezmożonemu ty podobny cieśli,
Gmach z losów twardych wzniosłeś sobie trwały —[6]
A dziś mię kusisz: byśmy, pełną chwały
Pieśń, śmiercią we mnie zmilkła, wspólnie wznieśli...
O! chciałbym z serca wieniec mego czoła
Podzielić z tobą![7] Biada mi! Śmierć blada
Po cóż jedyny skarb mi mój odkrada?
Gdzieżeś ty Lauro? Któż cię dobyć zdoła
Z grobu mej piersi? — gdy już tylko muszę
Twem słodkieui tchnieniem żywić w sobie duszę! —



Canzona XXIV.

Napisana w r. 1361.

Raz, gdym stal w oknie niej samotni cichej,
Takie mi dano dziwne widzieć rzeczy,
Jakich nie bywa wśród słonecznej chwały.
Łania nadbiegła, wdziękiem swym przepychy
Wszelkiej postaci przechodząca człeczej —
Dwa psy tuż za nią, czarny pies i biały —
Te tak zajadle ją gnały,
Że już nie widząc na pustkowiu całem,
Kędyby mogła krwawej ujść pogoni,
Kiedy w jaskini się chroni.

Tam pastwą śmierci pięknem padła ciałem —
A ja nad smutną dolą jej płakałem.

Dalej, na morzu statek widzę, który,
W kości słoniowej rznięty i w hebanie,
Z purpurowego żagle miał przędziwa,
A morze było ciche, dzień bez chmury —
Więc przez toń modrą lekkie niosło wianie
Tę łódź, ładowną w złotodajne żniwa.....
W tem znagła burza się zrywa —
I gnany wichrem okręt w padł na skały.
O! cóż za klęska! Toćże w mgnieniu oka.
Gromem co runął z wysoka.
Tuż przy mnie przepadł skarb tak okazały,
Jakiemu żadne inne nie zrównały!

Indziej, wśród gaju, dziwnie uroczyście
Kwitł Laur tak piękny, jakby miał niezłomne
Rajskiego drzewa życie w wiecznej wiośnie —
A takim szmerem brzmiały jego liście,
Jak był ten słodki szept, co niegdyś, pomnę
Wzdychać mię uczył, drżeć i czuć miłośnie...
W tem znagła grad w niego chłośnie —
Wicher z gałęzi liście mu rozmiecie,
I wraz, skręciwszy w miejscu, aż z korzenia
Ten krzew szczęśliwy wyplenia!
Zkąd ból mi srogi serce zdjął, bo przecię
Gdzież znaleźć drugi taki cień na świecie?

W tym samym gaju, z pod sterczącej skały,
W majowej liści, łąk i kwiatów dobie,
Zdrój chłodnej toni słodko szemrząc tryska —
W około niego chętnie się schadzały
Nimfy i Muzy, wyprawiając sobie
Śpiewu i tańca wdzięczne widowiska...
Tam, kiedym siadł sobie zbliska,
Słuch i wzrok pieszcząc mej uciesze gwoli,
Znagła, rozwarta przepaść, w czarnem łonie
W mych oczach wszystko to chłonie.

A jam pozostał sam, i tej niedoli
Wspomnienie jeszcze trwoży mię i boli!

W tem, cudownego ptaka z skrzydłem białem
Widzę — a głowy był on złotopiórej,
I taki w sobie dumny a wyniosły,
Że nieśmiertelnym zrazu go mniemałem...
Tego, sam nie wiem kiedy, z ponad chmury,
Szumiące skrzydła, śnieżnych piór swych wiosły
Nad laur i źródło przyniosły —
Lecz gdy on Boskie drzewo w poniewierce,
I wsiękły w otchłań święty zdrój obaczy.
Dziób w pierś swą zwrócił w rozpaczy,
I w moich oczach znikł — a jam wziął w serce
Cios, jakbym mniemał: że się sam uśmiercę!

Nakoniec, widzę w kwiatach, wśród murawy,
Takiej postaci cudnej kształt niewieści,
Że myśląc o niej jeszcze drżę i płonę;
Skromna, miłości mając urok łzawy,
Idąc, rąbkami białych szat szeleści —
Wiatr tchnie w jej złote włosy rozplecione.....
Aliści zwolna w jej stronę
Snuć się poczęły srebrne mgły przędziwa...
W tem wąż jej żądło wraził w nóżkę bosą...
Zgięła się, jak kwiat pod kosą,
I wraz z uśmiechem znikła — o! szczęśliwa!
Mój płacz jedynie wiecznie trwałym bywa.

O pieśni moja! nie zbłądzę,
Jeśli ci powiem: że te smutne dziwa,
Dały mym myślom słodką śmierci żądzę. —



Ballata XI.

Napisana w roku 1348.

 
Miłości! gdy kwiat swój miała
Nadzieja moja w dank swój ufna szczerze,
Bóg mi nadgrodę razem z Laurą bierze...
Srogież jest życie! ach! i śmierć zuchwała!
Śmierć — bo mi dłonią ojczyma

Stargała błogie więzów mych ogniwa,
Życie — iż wbrew mię woli mej tu trzyma...
Lecz gdzież mi wyzuć się z ciała
Mej Laury śladem, — gdy ta, wiecznie żywa,
Która w mem sercu przebywa,
Wie to, że życie w które już nie wierzę,
Równa się dla mnie śmierci jej ofierze! —



Canzona XXV.

W pierwowzorze miejscami bardzo przesadna.

Milczeć nie mogę — a znów strach mię: czyli
Wydoła słowo iść z mem sercem w parze?
I czy ja godnie wyrażę
Cześć tej, co z Nieba pieśni mojej słucha?
Do mnie Miłości! Jeśli w mym zamiarze
Jest myśl zuchwała, co w doczesnej chwili
Rzecz wieczną wskrzeszać się sili,
Ty racz jej dumę zgiąć w skupienie ducha —
Miłości! w tobie jedna mi otucha! —
Świat cały wiosną śmiał się nam radośnie,
Gdym ją raz pierwszy ujrzał. Wtedy, pomnę,
Powziąłem żądze niezłomne
(A to się stało także w dni mych wiośnie)
Mą pieśń jej święcić — gdyż mi się wydało:
Że się w jej serce wkradnę moją chwałą.

Mleczną twarzyczkę miała, włos świetlany,
W usteczkach perły, — a z tych ust świeżości
Tchnienie, jak można najprościej
W serce mi zbiegło, i już tam zostało —
W tem — patrzę — zbrojny Bóg w jej oczach gości,
I ten tak srogie w pierś mi zadał rany.
Że jeszcze dotąd, bez zmiany
Jakby dziś było, krwawię jego strzałą —
Niestety — razem dano w pierś jej białą,
Z diamentu serce, w którem sama jedna
Panować chciała, niby król nieczuły, —
A mnie po głowie się snuły
Myśli: że ból mój pychę jej przejedna —

Słowem, los przyszły tak mi coś odsłania:
Żem wziął ztąd w siebie radość i wzdychania.

Więc tam, gdzie zrazu barwność łąk wesoła
Niebaczną stopę razi cierni trwogą,
Przeciwko którym nie mogą
Poradzić nawet Nieśmiertelne Bogi.
W ten krzew co majem wiecznym kwitnie błogo
Ufny, wprost wszedłem do błędnego koła,
Z którego nikt już nie zdoła
Fortelem żadnym znajść do wyjścia drogi —
Lecz, jak on człowiek, który w toni srogiej
Lada pociechy chętnie upatrywa,
Tak ja, w tę piękną co mię więźniem trzyma,
(Przerażonemi oczyma
W niej widząc wszystkich miejsce i czasów dziwa!)
Począłem patrzeć, z takim żądz zapałem,
Że w mej niedoli siebie zapomniałem.

Tak bezwładnego, gdy mię ta dziewica
Z Ziemi do Nieba bierze Rajskim szałem,
Czuję: istnieniem że całem
W głaz się przemieniam zdobny w cudowiska!
Gdy w tem niewiastę przy mnie zkądś ujrzałem
Poważną wiekiem, choć młodzieńczą z lica —
Ta, widząc jak mię zachwyca
Postać co z środka Lauru mi wybłyska:
— Chodź do mnie — rzekła — jam ci wielce bliska!
Odkąd stworzony świat, ja mam tę władzę,
Że radość w smutek, i, jak wiatru tchnienie,
Smutek w wesołość przemienię —
Przyroda jest mi miano! Więc ci radzę:
W słońcu tem śmiało utkwij orle oczy,
I słów mej mowy słuchać bądź ochoczy.

W dniu jej urodzin, gwiazdy, które z dali
Dwóm waszym dolom świetnie przewodniczą,
Wspólnej miłości słodyczą
Tlały, w przeczyste Niebios mknąc odmęty —
Wenus z swym Ojcem, przy nich, tajemniczo

Po stronie waszych szczęśliwości stali,
A wszelki blask co się pali
Złośliwym wpływem, z dróg ich precz był wzięty....
Nigdy podobnej nie znał świat ponęty!
Rozkosznym dreszczem drżała ziemska bryła —
Wiał z wód i wiatrów duch przedziwnie młody —
Alić, wśród chwil tych pogody,
Na widnokręgu chmurką mię strwożyła
Łez gorzkich wróżbą, którą Bóg jedynie
Odwrócić zdolny, gdy Litością skinie.

Zstąpiwszy w byt nasz lichy, w którym była
Przeczystą perłą w szczere wziętą złoto —
Rzecz nie do wiary — lecz oto
Już nawet w lata swoje niemowlęce
Nadprzyrodzoną zdała się istotą,
Którą Miłości niezmożona siła
Ku pocieszeniu nam zsyła.
Cobądź dotknęły stopy jej lub ręce,
Wszystko się zdało służyć tej Panience:
Na jej spojrzenie błonia w kwiat się stroją —
Jej uśmiech niwy od nawałnic broni —
Słowem, skinieniem swej dłoni
Złośliwość wszelką gnie pod władzę swoją;
By znał oślepły świat wśród głuchej ciszy,
Jakie jej z Niebios światło towarzyszy.

Potem, gdy owo dziwnych cnót pąkowie
W kwiat się młodzieńczy zwolna przeistoczy,
Piękności równie uroczej
Nie oglądano nawet w snów krainie!
Gdzież równie skromne w swej pogodzie oczy?
Gdzie zbawcza Mądrość w równie słodkiej mowie?
I jakież słowo wypowie
Szczęśliwość, która w świat bywało płynie
Wprost z Niebios przez nią? Ty sam wiesz jedynie,
Któryś wdziękami duszy jej i ciała
Do głębi płonął: że ta córa słońca,
Swej równej mieć nie mogąca,
Sennem się niemal przywidzeniem zdała —

I wiem: że tracąc błogie to mamidło,
Wcześnie ci życie swą gorzkością zbrzydło! —

To rzekłszy, znów się zwróci do wrzeciona,
Na którem wartko wątek życia przędzie,
Milczeniem smutku wieszcząc najboleśniej:
Że wkrótce — o moja pieśni! —
Laura, bez której pustka mi jest wszędzie,
Miała już wiecznie dla mnie być stracona...!.
A któż piękniejszy od niej kiedy skona?! —



Sonet 282.

Już to ostatnie mocy twej mozoły
Okrutna śmierci! któraś zubożyła
Miłości państwo, gdy z twych rąk mogiła
Brała mi szczęścia mego kwiat wesoły!
Liść ze mnie zdarłaś — i mój byt, na poły
Złamany, sterczy jako tarń pochyła:
Szczęściem, pociechę Bóg mi w męztwie zsyła —
I całym zyskiem twoim są — popioły!
Bo oto część jej lepsza, w jasnem Niebie,
Ku wiekuistej błogich dusz pamięci,
Nowem się słońcem dziwnie pięknem święci.
O! w twem zwycięztwie zwycięż ty sam siebie
Aniele nowy! Niech cię litość wzruszy:
Byś też zwycięztwem była mojej duszy! —



Sonet 283.

Lauru cień, świeżość, tchnienie, słowem duszę
Żyjącej niegdyś w krzewie tym Dryady,
Ta mi odjęła, w której poszedł ślady
Mój spokój, w wieczne pchnąwszy mię katusze!
Jak — żegnaj słońce! — gdy wstał miesiąc blady —
Tak ja dzień jasny we mnie żegnać muszę —
Skoro mię kusi Miłość w żądz swych skrusze:
Bym przeciw śmierci w śmierci szukał rady!
O pani moja! tyś tu sen nie długi
Wśród nas przespawszy, dziś masz tam ocknienie
Gdzie się do Stwórcy tulą w niebowzięci!

I jeśli z pieśni szukać mam zasługi,
To, gdy u Boga w dziwnej jesteś cenie,
Niech się twe unię wiecznie nam tu święci! —



Sonet 284.

Niestety! jeden z moich dni wesela
Kończył się pomnę. Że zaś tych tak mało
W życiu zaznałem, więc mi wcześnie drżało
Serce, przeczuciem chwil żałobnych wiela!
I jak ten, co mu zwolna dreszcz obdziela
Członki, aż wreszcie wskroś mu wstrząśnie ciało —
Tak ja, struchlałem, widząc, mą nie całą
Szczęśliwość, daną w moc nieprzyjaciela.....
W tem, gdy mi łzami zapływały oczy,
Ona w nich znagła topiąc wzrok uroczy,
Już świtający blaski nadziemskiemi,
Zdała się mówić w cnót swych majestacie:
— Bądźcie mi zdrowe! Już nie tu na ziemi,
Lecz mię gdzieindziej upatrywać macie! —



Sonet 285.

O dniu! o godzin ostateczne chwile!
O gwiazdy czarnych barw u szczęścia mety!
O wzroku Laury! któż mi, jeśli nie ty,
Pociechy wieścił... bym je kładł w mogile?!
Sądziłem wówczas — dziś się już nie mylę —
Żem miał (o dziwne wiotkich żądz podniety!)
Część, nie zaś wszystko stracić. Lecz, niestety —
Nadziei płonnych wiatr unosi tyle!
Jakże przeciwnie było mi znaczono!
Toż w twarzy Laury mogłem czytać jasno:
Że mi żywota blaski wraz z nią gasną...
Biada! wzrok własny snadź mi był zasłoną,
Żem patrząc, widzieć nie mógł, — by temprędzej
Byt mój dorównał ostatecznej nędzy! —



Sonet 286.

Ten wzrok jej słodki, skromny,wzrok, ten luby,
Zdawał się mówić: — weź co możesz ze mnie,
Gdyż mię tu szukać będziesz chciał daremnie,
Wśród niezliczonych dni bolesnej próby! —

Umyśle ciężki, próżen trosk a gruby!
Leniwy patrzeć w przyszłych cierpień ciemnie!
Toćżeś w tych oczach czytać mógł tajemnie,
Co dziś znasz jawnie, gwoli własnej zguby!
Zdały się mówić te, co z błogiej siły
Tak długo duszy jej zwierciadłem były,
Dziś w swem milczeniu dziwnie rozgorzałe:
— Bądź zdrów! przed czasem, zdarzył Bóg, odchodzę —
Mnie w Niebo bierze, by mi dał Swą chwałę —
Ciebie zostawia — byś tu cierpiał srodze! —



Canzona XXVI.

Od źródeł życia, nieraz w świat szeroki
Bywało w lądy gdzieś zamorskie gonię,
By prześladowczych znaleźć gwiazd odmianę —
Jednak — o dziwne tkliwych żądz uroki! —
Zawszem w to błogie wracać chciał ustronie,
Gdziem znał: że w domu mych nadziei stanę...
Lecz dziś! niestety! daję za wygrane —
Gdyż w głębi mego rozdartego łona,
Już mi nadzieja żadna się nie święci.
A nie straciłem pamięci,
Tak, że choć dusza żądzą jest karmiona,
To niemniej wiecznym nienasytem kona.

Jak rumak, gdy mu zbrakło jadła w drodze,
Rad nie rad krok swój zwalnia od południa.
Choć zwykł dnie całe biedź aż po wieczory —
Tak strudzonemu gdy mi wzięła srodze
Mej duszy pokarm ta, co świat wyludnia.
Ustałem nędzny! — i od owej pory,
Duch mój nadziei wszelkiej głodem chory,
Życie w pogardzie ma, choć śmierć go trwoży —
I w niepewnościach swych, jak mgła na wietrze,
Który ją tchem w niwecz zetrze,
Chciałby się w nicość rozwiać gdzie w bezdroży —
Byle się prędzej spełnił wyrok Boży!

Nigdym nie cenił życia, tylko tyle —
(Miłość mi świadkiem, co zna żądz mych tajnie)

Ile mu Laura błogą dniała zorzą!
Dziś, gdy się budząc niebu, śpi w mogile.
O! gdyby można, pragnę nadzwyczajnie
Iść jej śladami w tę jej drogę Bożą!
Lecz cóż? wspomnienia tak mię dziwne trwożą,
Jakich człek sobie nigdy nie przebaczy —
Bo gdym w jej, pomnę, patrzał lica blade,
Spóźnioną słyszałem radę:
Że niźli bez niej długo mrzeć z rozpaczy,
Chwilę mi przed nią umrzeć było raczej!

Tak jest. W tych oczach, w których sercem całem
Gościć niepłonną śmiałem mieć nadzieję,
Póki w nich dniały blaski życia hoże,
Litości sprawą, z po załez, czytałem
Niedoszłe szczęścia chybionego dzieje:
— Niestety! Więcże prawda to? Więc może
Czasby mi było umrzeć w owej porze? —
O! tak. Nie cały zmarłbym wtedy przecię —
Z Laurą część lepszą zostawiając ze mnie...
Dziś — mieć otuchę daremnie —
Gdy prochu bryła dobro moje gniecie,
A ja drżąc z bólu, idę sam po świecie!

Gdybym mógł w on czas całą moją wolę
Przeczuciu oddać, które dziś mi tyle
Wyrzutów czyniąc, żyć wśród cierpień życzy —
Te słowa byłbym zgadł na Laury czole:
— Przez wielką gorycz, która potrwa chwilę,
Idź do trwających wieczny czas słodyczy! —
To usłyszawszy, w sposób tajemniczy
Doczesnej z siebie zbywszy precz osłony,
Poszedłbym, wolen trosk i więzów ciała,
Tej która na nią czekała
Stolicy w Niebie, pierwsze dać pokłony
Gdy dziś tam wejdę mocno już spóźniony!

Mów szczęśliwemu, smutna moja pieśni:
— Umieraj — choćby najwcześniej!

Gdyż jest od cierpień Zbawcą śmierć w swej porze,
I niech się śpieszy, kto wczas umrzeć może! —



Sestina IX.

Mój błogi niegdyś los i byt wesoły,
Słoneczne dzionki, księżycowe noce,
Słowem, ten duszy całej słodki nastrój,
Który nawykłem wypowiadać w pieśni,
Zmienione znagła w ból i w cierpkie skargi,
Psują mi życie pożądaniem śmierci!
Okrutna! gorzka! niezbłagana śmierci!
Przez cię nie mogę więcej być wesoły —
Zmuszony w życie boleść wziąść i skargi.
Dnie bezsłoneczne, bezmiesięczne noce,
I myśli, których nie śmiem dźwięczyć w pieśni,
Przez cierpień srogich wskroś bolesny nastrój!
Do tegoż wiódł mię szczęścia mego nastrój,
Bym dziś narzekał gniewnie lub chciał śmierci?
Gdzie wdzięczne rymy, gdzie ucieszne pieśni,
Które w dniach błogich umysł snuł wesoły?
Gdzie te miłosnych szeptów pełne noce?
Dziś — mówić, myśleć, mogę tylko skargi!
Bywało wonczas, w płoche żądz mych skargi
Wcielając myśli roztęschnionej nastrój,
Bezsenne, długie przepędzałem noce —
Dziś płacz mój więcej gorzki mi od śmierci,
Bo już nie ze mną Laury wzrok wesoły —
Treść tak wytworna dla mych lichych pieśni!
O! tak — treść Boską jam brał w moje pieśni
Z tych oczu Rajskich! — dziś z nich czerpię skargi!
I gdy wspominam z bólem czas wesoły,
Gdym czuł w mej duszy innych myśli nastrój,
Idę, złorzecząc tobie blada Śmierci,
Coś mię wtrąciła w tak ponure noce!
Sen odbiegł moje udręczone noce —
Rytm dźwięczny odbiegł schrypłe moje pieśni,
Co nie umieją nic już brzmieć, prócz śmierci!
I głos mój nawet stępiał jękiem skargi...
W Miłości Państwie gdzież podobny nastrój

Tyleż dziś smutny, co był wprzód wesoły?
Czyż był kto kiedy tak ja wesoły?
Czyż dziś smutniejsze ma kto dnie i noce,
W duszy swej czując rozdwojony nastrój:
To wspomnień błogich, godnych istnieć w pieśni —
To jawy gorzkiej, żądnej wzbudzać skargi —
Nie mając przeciw śmierci, nic prócz śmierci?
Śmierć mię zgnębiła — lecz mam ufność w śmierci,
Że znów tej twarzy ujrzę blask wesoły,
Z której tęschnotę brałem, łzy i skargi,
Ochłody rzeźwe i snów pełne noce —
Kiedym bywało snuł natchnione pieśni,
Miłością smutny lecząc w sobie nastrój!
Teraz mym pieśniom któż da wzniosły nastrój,
Bym, jak Orfeusz, Laurę mą z rąk śmierci
Wybawić zdołał dźwiękiem tkliwej pieśni?
Próżno to marzyć! — Więc niech nie wesoły
Co prędzej spłynę w niezgłębione noce,
Wraz z przymarłemi na mych ustach skargi!
Miłości! tobie długo ja, i skargi,
I powierzałem smutnych dumań nastrój,
W zamian bezsenne cierpiąc przez cię noce!
Ztąd dziś od ciebie zwracam się ku śmierci,
Aby mię wzięła w wiosny kraj wesoły,
Gdzie ta jest, którą opłakuję w pieśni!
Jeśli dość wzniosłe będą moje pieśni,
Że tej dosięgną, która, próżna skargi,
Pięknością swoją zdobi Raj wesoły,
To ona pozna ten sam we mnie nastrój,
Który lubiła, nim cios bladej śmierci
Jej dał dnie jasne, mnie zaś czarne noce!
Wy! co wzdychacie w balsamiczne noce,
Szczęśliwą Miłość głosząc w dźwięcznej pieśni —
Błagajcie za mną, bym mógł znaleźć w śmierci
Przystań, i wreszcie kres bolesnej skargi! —
O! przez ten błogi mych nadziei nastrój.
Tą smutną żądzą jużem ja wesoły!
Choć nie wesoły — błagam w dnie i w noce —
Brzmiąc w smutny nastrój — pełne trwogi pieśni —
Bym mógł me skargi — skończyć wreszcie w śmierci! —



Sonet 287.

Idź, smutna pieśni! w grób nakryty skalą,
Gdzie skarb spoczywa mój najdroższy — do tej,
Która króluje w blasku Chwały złotej,
Jakbądź w zapadłych zmrokach śpi jej ciało!
Powiedz jej, proszę: żem już był nie mało
Strudzony życiem dążąc w kraj tęschnoty —
Gdy w tem, wspomniawszy jej niebiańskie cnoty,
Krok w krok jej śladem iść mi się wydało
Bowiem są święte śmierci tej gorycze,
Co ją zrobiły nieśmiertelną w Niebie,
By świat w niej cały znał i czcił Anioła!
Niech do mnie zbliży, jak to dziwnie życzę,
Pielgrzymki mojej kres, i niech do siebie
Mnie, takim, jaką sama jest, powoła! —



Sonet 288.

Jeśli jest godzien ten co kocha szczerze
Nadgrody, jaką Litość daje łzawa —
Konieczne wezmę dank; bo moje prawa
Na tem opieram, w co jak w Laurę wierzę.
Gdyż dziś już ona zna, że w każdej mierze,
Czcigodną była czystych żądz mych sprawa —
Więc czyta w duszy mej, i wiarę dawa
Tym słowom, które wprost mi z serca bierze.
Ztąd kiedy ona w Niebie sobie streści
Świadomość moich cierpień, i jedynie
W słodyczy zechce ufność mieć niewieściej —
Wiem, że w ostatniej moich dni godzinie,
Biednemu ulgę niosąc, ku mnie spłynie
Ta przyjaciółka Chrystusowej części! —



Sonet 289.

Taką w tysiącu kiedyś pań ujrzałem,
Co mi od razu serce wzięła trwogą,
Nie w śnie, lecz w jawy cudach, które mogą
Wybranych tylko duchów być udziałem —
Nic w niej nie było ziemskiem, ani małem,
Jak gdy kto z Nieba raczy przyjść do kogo —
Więc ku niej dusza moja płonąc błogo,
Swe skrzydła drżącym rozwinęła szałem.

Lecz zbyt mię ziemskie opóźniało brzemię,
Tak, żem wnet bez niej został, patrząc w ziemię,
O czem gdy myślę, jeszcze dziś drętwieję.
O wy jej oczy! w których mi się zdało
Czytać najdroższe uczuć mych nadzieje,
Toż przez was weszła śmierć w jej piękne ciało! —



Sonet 290.

W drugiej tercynie tego sonetu, poeta dokładnie wypowiada datę śmierci Laury.

Wraca, a raczej zawsze ze mną bywa
Ta, którą próżno po za Letę słano,
Taką, jak była w mojej wiosny rano,
Zdobna w świetlane gwiazdy swej przędziwa —
Taką jak była..... Z pewną jednak zmianą —
Gdyż wielce smutna. — Więc się duch mój zrywa
Ku niej, wołając: — Co? to ty znów? Żywa?
O! niech twą mowę słyszę ukochaną! —
Lecz ona milczy... — W tem się ja złudzony
Opamiętywam w mierze coraz szerszej,
I mówię w sobie: — Jakże? — toćże przecię
W Czterdziestem ósmem wieku tego lecie,
Szóstego Kwietnia, o godzinie pierwszej,
Z ciała już duch ten wzleciał w Rajskie strony! —



Sonet 291.

O! nasza krucha i ułomna chwało,
Co cieniem będąc, nosisz Piękna miano.
Pocóżeś, w zmowie z mą serdeczną raną,
Sobą tak nikłe ozdobiła ciało?
Bo, iż Bóg nie chce, by szczęśliwość całą
Jednemu tylko z krzywdą wszystkich dano,
Przeto swą hojność na tę zlał wybraną,
Której na ziemi długo być nie miało!
Nie — takiej drugiej niema i nie będzie,
Ani nie było. I świat, w swym obłędzie
Szczęściem nie znalazł jej — choć szukał wszędzie...
W czas pierzchła! Smutny duch mój niech pamięta:
Że ta doczesna wdzięków jej ponęta
Lśni dziś blaskami przedwiecznego Święta! —



Sonet 292.

O! zmienne gwiazdy, co zdmuchnięte burzą,
Wtrącacie w otchłań ludzki ród zwątpiały,
O dnie nad wiatry szybsze i nad strzały!
Znam ja was — błędów doświadczywszy dużo!
Lecz, iż wam prawa wyjątkowe służą,
Więc losy słusznie skrzydeł lot wam dały —
Podczas gdy duch mój próżen jasnej chwały,
W ziemię zaciężył długą w łzach podróżą.
Jednak, u schyłku życia, w brzask wieczora,
Ku Niebu wzlecieć byłaby już pora,
Udręczeń srogich kruche rwąc ogniwa —
Cóż kiedy dusza, wskroś Miłością chora,
Cierpieniem właśnie silna jest i żywa...
I ztąd to cnota arcydziełem bywa. —



Sonet 293.

Ten, co mu w mocach nie zrównają, ani
Wonności wschodnie, ni jasności wschodnie —
Co zachodzących blasków gdzieś pochodnie
W czarowne wdzięki przyozdobił dla niej —[8]
On Laur, pod którym tylko się wybrani
Zgromadzać zwykli, by tam świetnieć godnie —
W liście się wzmagał, by mógł schronić pod nie
Miłość, siedzącą obok mojej pani.
W tym ukochanym krzewie, dziś ja jeszcze
Gniazdo mych myśli najwybrańszych mieszczę —
Gdyż pociech życia stał mi się potrzebą.
Świat wypełniała chwała jego błoga —
Gdy Bóg, by Laurą przyozdobić Niebo
Wziął ją — a rzecz ta godną była Boga! —



Sonet 294.

O Śmierci! tobą został świat bez dzionka,
Zmierzchły, wystygły, — Miłość, zeschłej róży
W smutku podobna — wieczna zaś rozłąka
Brakiem mi pociech w mej samotni płuży!

Nie we mnie jednym duch się tęschny błąka
Z Laury zgaśnięciem. Lecz gdy wśród tej burzy
Z duszy mi cnoty pierzchły precz nasionka —
To zkądże wezmę męztwo, bym żył dłużej?
Łez ziemi całej godna jej mogiła!
Ród ludzki bez niej przekwitł! Ztąd niczyje
Smutki nie mogą zmienić się w nadzieje!
Świat jej nie poznał póki ciałem była...
Ja tylko — który, by jej płakać, żyję —
I Niebo — które stratą mą pięknieje! —



Sonet 295.

Ile raczyło Niebo mieć w swej pieczy
Mój wzrok i Miłość ziemską, oglądałem
Niemal cudowne choć śmiertelne rzeczy,
Będące w sobie Wszechistnieniem całem;
I znowu takie, co choć żyją ciałem,
Ich doczesności nieśmiertelność przeczy —
Tak, iż i umysł przez nie trwożny miałem,
I lsnął mi od nich wątły wzrok mój człeczy!
Ztąd, cobądź kiedy w moich pieśniach o niej
Z Boskiego dla mnie Miłosierdzia dzwoni,
Dźwięk to jedynie pusty w gwiazd przestworze!
Gdyż sprostać słowo myśli mej nie może —
Tak, jak gdy patrząc w słońca blask jarzęcy,
Tom mniej obaczysz, im w niem światła więcej! —



Sonet 296.

O lube! błogie duszy mojej wiano,
Które Bóg z ziemi wziąwszy, w Niebie chowa —
Lauro! O jakżeś zgubić mię gotowa,
Mogąc mi życie krzepić wrażeń zmianą!
Niechbyś mi we śnie twarz twą ukochaną
Objawić chciała, jasnem światłem płowa —
Nieciłbym choć z ust twych pociech słyszał słowa...
Co? Czyżby w niebie obojętność znano,
Przez którą u nas chłodne serce czyje
Nieraz tak chciwie cudzą męką żyje,
Że aż wytrwałe zwalcza tem kochanie?

O! zstąp ty do mnie z pośród Niebian rzeszy!
Ty jedna ból mój uśpić jesteś w stanie —
Zjaw się! Twój luby niech mię cień pocieszy! —



Sonet 297.

Niby w odpowiedzi na zaklęcie poprzedniego sonetu.

Jakiż to Anioł tak się wnet użali
Skarg mych? i jakież Miłosierdzie skore,
Cień upragniony Laury, w samą porę
Widzieć mi dawa wśród świetlanej fali?
Nią dusza smutna pieści się i chwali,
I od niej taką chwyta w pierś pokorę:
Że znów skwapliwie byt mój śmierci biorę,
Żyję, i nie jest ciężko mi żyć dalej.
Błogosławionaś, iż udzielasz chwałę
Zjawieniem samem, czy też słowy twemi
Co są nam dwojgu tylko zrozumiale!
— Wierny mój! wiedz to, iż odszedłszy z ziemi
W sprawie nam wspólnej, dotąd ból twój dzielę...
Rzekła — i innych błogich rzeczy wiele! —



Sonet 298.

Strawą łez, którą karmi mię obficie
Miłość i smutne z nią wyroki Boże,
Raz, gdy się sycąc, serce sobie trwożę:
Żem już na męki mej krzyżowej szczycie —
W tem ta, co nad nią wyższej nie ujrzycie,
Ni drugiej takiej — w tkliwej swej pokorze
Ponad samotne moje spływa łoże,
Mierzchnące we mnie chcąc podtrzymać życie —
I ręką, której pożądałem tyle,
Łzy mi obtarłszy, z ust pociechy wróży,
Jakich czyż serce dozna kiedy czyje?
— Nie szukaj prawdy w ksiąg przemądrych pyle —
Rzecze — i zamiast płakać po mnie dłużej,
Żyw bądź, tem życiem, jakiem ja dżiś[9] żyję. —



Sonet 299.

Gdy myślę o tej, którą na swe łono
Bóg wziął — jej splotach, pełnych Rajskiej woni —

Jej słowach, w których dźwięk mi śmierci dzwoni —
Spojrzeniu, którem myśl mą uśmiercono —
Cudem ja jeszcze żyję! Nawet pono
Żyćbym już nie mógł, gdybym zwątpił o niej —
I gdyby, z brzaskiem zorzy, w mej ustroni
Nie stała mi się w łasce swej wyśnioną...
O ty przeczysta schadzko z duchem ducha!
Jakże tam bacznie Laura skarg mych słucha,
I długich dziejów mojej męki srogiej!
W tem — gdy już dzionek nikły cień jej mroczy,
Tam, dokąd wszystkie znane są jej drogi,
Wraca, zmartwieniem łzawe mając oczy. —



Sonet 300.

Być może, Miłość słodką kiedyś była,
(Być może — nie wiem) — dziś to zaś, na świecie
Największa gorycz! Dobrze o tem wiecie
Wy coście przez nią ucierpieli siła.
Ta, którą niegdyś Bóg nam na to zsyła,
By wprędce w Niebo wziąść to Rajskie kwiecie,
Męką mi była w życiu swem — a przecię
Nie mniejszą męką jest mi jej mogiła!
Z nią dobro całe śmierć mi zła zabrała —
Ztąd duszy, która jej miłością pała,
Już ni nadzieja rzeźwi, ani chwała!
Bywało — niegdyś, poprzez łzy śpiewałem —
Dziś mi jęczenie jest śpiewaniem całem,
Łzy się zaś stały rozpaczliwym szałem! —



Sonet 301.

Miłość i boleść mocniej niż należy
Skusiła moją skarg niesytą mowę.
Żem śmiał bezmyślnie słowo rzec grzechowe
O tej, co świętą w grób zstąpiła świeży.
Gdyżby mi raczej cieszyć się najszczerzej,
Że w Niebie ta jest, którą moją zowę —
Gdzie Bóg już zgodził przez wyroki owe
Ją oraz Miłość — błogich dwóch szermierzy.
Tą ja pociechą słodzę sobie dolę,
I niż ją widzieć na tym klęsk padole,
Raczej żyć bez niej sam, i umrzeć wolę!

Tam, dziwnie piękna, w duszy głąb zebrana,
Z lotnemi duchy gości, gnąc kolana
U stóp Wiecznego nas obojga Pana. —



Sonet 302.

Dusze Wybranych i Archaniołowie
Niebios mieszkańce, w dniu, gdy moja pani
Między nich weszła, zdjęci byli dla niej
Czcią i zdumieniem, — i niejeden powie:
— Zkąd Śmiałość taka? W twarzy zkąd i w mowie
Piękności tyle? Toż po dzień ten ani
Marzono nawet, by od Niebios w dani
Duch taki ziemskie zdobić mógł pustkowie! —
Tymczasem ona, wdzięczna swojej doli,
W Najdoskonalszych śmiało wchodzi rzeszę,
I po za siebie tkliwie wzrok sokoli
Posławszy, patrzy: czyja za nią śpieszę?
Aż widząc, żem jest z nią i z Bogiem cały,
Błaga: wytrwałość by mi Nieba dały! —



Sonet 303.

Ty, co w sług Pańskich najwierniejszych rzędzie
Spędziłaś godnie twój byt ziemski cały,
I dziś zasiadasz u Stolicy Chwały,
W blask zdobna, oraz w śniegi szat łabędzie!
O ty, nad którą niema i nie będzie!
W obliczu Tego, w którym zawsze miały
Orędownika czystych żądz zapały,
Usłysz gorącej wiary niej orędzie!
I wiedz: żem zawsze równem sercem ciebie
Czcił, czyś na ziemi była, czyś jest w Niebie —
Tylko w twych oczach znając dnia rozkosze!
Więc dziś — choć innej nie mam w tem zasługi
Prócz cnót nie moich — racz ubłagać, proszę,
Bym się mógł złączyć z tobą w czas nie długi! —



Sonet 304.

Z najsłodszych oczu, z najświetlistszej twarzy,
Zdobnej nad czołem w tak promienne sploty,
Że zda się przy nich słońca blask mniej złoty,
Z uśmiechu, jakim Niebo tylko darzy —

Z rączek, co łatwo nawet zastęp wraży
Mogłyby podbić miłosnemi groty —
Słowem, od tchnienia pełnej cnót istoty,
Zdolnej wśród Rajskich berło mieć Mocarzy
Wziął życie duch mój! — Cóż gdy w owej porze
Niem się Anioły zachwycają Boże,
Gdy ja w doczesnej ciała jęczę nędzy!
Jedno mię tylko krzepi coraz śmielej,
To, że ta, która żądze moje dzieli,
Chce też, bym z nią się złączył jak najprędzej. —



Sonet 305.

Mniemam wezwanym zostać w lada chwilę
Ku mojej pani, — bom już należycie
Równie z zewnętrznym jak w wewnętrznym bycie
W lat małowiele jest zmieniony tyle,
Że się samego siebie poznać silę!
Zaczem, powszednie przykrząc sobie życie,
Tem je zapełniam, że obliczani skrycie:
Długo mi jeszcze w ziemskim grzęznąć pyle?
Uśmiecha mi się dzień ów najprzyjaźniej,
W którym, wychodząc z ciasnej ziemskiej kaźni,
Zrzucę doczesną szatę zdartą w szmaty,
I z tej ciemnicy pomknę lot skrzydlaty
W blask, wśród którego mają byt Wybrani —
Ku memu Panu i ku mojej Pani! —



Sonet 306.

Jej tchnienie święte w spokój mój zdrętwiały
Tak błogo wieje, że aż śmiałość biorę
Dać głos tym myślom, co złą dolą chore
Za dni jej życia nieme być musiały:
— Zginąłem przez was, oczy pełne chwały!
Odkąd mi blaskiem waszym pierś rozgore —
Boście zmieniły każdą dni mych porę
W miłosne nędze i nadziei szały!... —
To słysząc ona milczy pełna skruchy,
W oczy mi patrząc. W tem, wśród ciszy głuchej,
Z jej wzdętej piersi rzewne słyszę łkania.

I oto duch mój, zasmucony szczerze,
Iż ją, szczęśliwą, łkać po ziemsku skłania,
Złym snom odjęty, znów się w siebie zbierze! —



Sonet 307.

Zda mi się dłuższym niż tysiącolecie
Dzień każdy, odkąd iść nie mogę za tą,
Która dziś w Niebo drogą mię skrzydlatą
Wiedzie, jak wprzód mię wiódł jej blask po świecie.
Ziemskie mię złudy nie wstrzymają przede,
Które jedynie duszy są zatratą —
Bo mi już świta Miłościwe Lato,
Co nawet mąk mych pamięć precz rozmiecie.
Więc mężnie byt mój śmierci tej poświęcę,
Którą wycierpiał Bóg w najcięższej Męce
Na to, bym silny stał się Jego śladem.
On, w owej chwili, Sam a nie inaczej
W tę, co mi życiem była, wstąpić raczy —
Bym ujrzał gwiazdę nad jej czołem bladem! —



Sonet 308.

Śmiercią jej słodkie nie zgorzkniały lica,
Lecz ich słodycze słodką śmierć zrobiły.
To cóż się waham? skoro do mogiły
Za mojem słońcem pójdę w ślad księżyca!
Krwi własnej szczodry Bóg mię Mój pochwyca
W objęcie, którem zgniótł piekielne siły —
Więc przyjdź posłańcze śmierci nader miły!
Wielka ku tobie dręczy mię tęschnica!
I nie zwłócz — błagam! Bowiem myślę sobie:
Czy ja mojego życia czasem nie śnię,
Odkąd z mych objęć Pan ją w niebo wzniesie?
Bom ja naprawdę umarł już w tej dobie!
Z nią szedłem, i z jej życiem, jednocześnie
Przy ostatecznym z nią stanąłem kresie! —



Canzona XXVII.

Raz — pomnę — słodkie, wierne pocieszenie,
Ku podtrzymaniu duszy mej strudzonej,
Stanie przy łożu mojem z serca strony,
W swej Chwały Rajskiej garnąc mię promienie:

I gdy ją pytam, wdzięczny nieskończenie:
— Szczęśliwa duszo! cóż cię przyjść tu skłoni? —
Ona, Laur w jednej swej dłoni
A w drugiej Palmę mając, głową skinie
I rzeknie: — Po to jedynie
Z pogody jasnej zeszłam w noc tę głuchą,
Byś sobie serce wzmocnić mógł otuchą! —

Słowem i czynem wielbię ją, i przy tej
Skrusze mej, pytam: — Więc, nad moją stratą
Wraz ze mną cierpisz? — Ona zaś mi na to:
— Płacz ten, któregoś nigdy nie jest syty,
I ciche łkania twoje, wprost w błękity
Biegnąc, — niebiański spokój mój mi mącą —
Tak bowiem żal ci gorąco,
Żem od powszedniej nędzy waszej wzięta
W kraj błogi wiecznego święta!
Choćby ci raczej spokój znajść w tej wierze —
Gdy ma być prawdą, żeś mię kochał szczerze. —

A ja jej na to: — płaczę — bom na świecie
W ciemnościach mąk mych został sam bez ciebie
Lecz o twej Pani szczęśliwości w Niebie
Anim na chwilę nie mógł wątpić przecię,
Wiedząc, że ono, w swe słoneczne dziecię
Dało rozrzutność cnót swych w takiej mierze,
Jaka koniecznie odbierze
Zbawienie wieczne z rąk Dobrego Pana.....
O! ty nad wszystkich wybrana!
Coś nam tu krótko dniała Chwałą Świętą,
Jakże cię nagle doli naszej wzięto! —

Więc cóż uczynię, gdy mi łzami płyną
Chwile, po których przeznaczenie depce?
O! było raczej umrzeć mi w kolebce,
Niż dziś z pociechą rozstać się jedyną! —
A ona na to: — Cierpisz własną winą.
O! gdybyś zdołał, w lot się wzbiwszy skrzydły,
Świat rzucić wielce ci zbrzydły,
I z twem istnieniem rozbrat wziąwszy bladem,

Do mnie, za moim pójść śladem
Tam, kędy Miłość bierze dank prawdziwa,
Gdzie człek szczęśliwy Laur lub Palmę zrywa! —

Rzekłem: — o! powiedz niech mi się to nie śni:
Ten Laur, ta Palma w rękach twych, cóż znaczy? —
A ona: — Sambyś winien wiedzieć raczej,
Ty, coś tak długo Laur uwielbiał w pieśni!
Palma jest godłem tej, co jak najwcześniej
Ten świat i siebie sarną zwyciężyła —
A w Laurze jest cała siła,
Co mi od Boga w bój ten była dana.
Więc i ty, do tegoż Pana
Zwróć się o pomoc modły gorącemi,
Byś mógł być ze mną, gdy odejdziesz z ziemi. —

Pytam: — Więc wiecznie masz i będziesz miała
Twe sploty złote, i twe nadczłowiecze
Oczy — dwie gwiazdy? — Na to ona rzecze:
— Milcz! — Piękność ziemska rzecz to nic nie trwała.
Niebem się ciesząc, jestem duch bez ciała.
Ta, którą widzisz, zdawna już jest prochem.
Więc, precz z wierzeniem twem płochem!
Tam, gdzie ni wdzięki spełzną, ni się zmniejszą,
Stokroć ci będę piękniejszą,
I stokroć droższą, gdyż nie srogą wcale,
Odkąd oboje wskrześniem w Pańskiej Chwale!...

Ja płaczę rzewnie — a ona
Łzy mi osusza tchnieniem swem, i z cicha
Słowami pociechy wzdycha,
Zdolnemi wzruszyć nawet skał brzemiona.....
W tem pierzchł sen błogi — a z nim i wyśniona! —



Canzona XXVIII.

Ten mój odwieczny, słodki Pan, a srogi.
Gdy mię zapozwał raz przed sąd królowej,
Co cząstce naszej duchowej
Wierna, w szczerości dobro zna jedyne —

Ja tam, z pod serca dobytemi słowy.
Jąłem spowiadać mych miłości drogi.
Nie tając grozy, ni trwogi,
Że niepomszczoną śmiercią może zginę:
— Pani! — wolałem — toż ja w złą godzinę
Wszedłem w tej służby obowiązki twarde,
Gdziem tylko gniew i pogardę
Zyskał, i razem duszą mą i ciałem
Tyle się mąk wycierpiałem.
Że już nie mogąc dłużej tak zawzięcie.
Boleć, byt własny miałem w dziwnym wstręcie!

Odtąd, w męczarniach płonne pędząc chwile,
Ileż korzyści, ileż zaniedbałem
Rozkoszy Rajskich, mym szałem
Służąc chytrego okrutnika sprawie!
I jakież słowo może być dość śmiałem,
By wypowiedzieć krzywd i nieszczęść tyle?
O! sprawiedliwie nań kwilę.
I łzy w mym głosie mam, i sercem krwawię —
Bo mi pociechy żadnej nie dał prawie! —
Na lep słodyczy złudnych przezeń wzięty.
Jam żółci tylko znał wstręty!
A kiedy mniemam. Rajskie śniąc rozkosze,
Że przezeń w Niebo się wznoszę,
On ze mnie zdrajczo męztwa zdjąwszy zbroję,
Znagła mi spokój wziął i pchnął mię w boje!

On to mię skłonił mniej niż należało
Miłować Boga, i strzedz własnej części,
I dla urody niewieściej
Chwały się wyrzec co wraz ze mną wzrosła!
On się doradcą przy mnie gdy umieści,
Mych żądz się wodzem zrobił — chcąc, bym śmiało
Puścił się w toń rozszalałą,
Gdzie mię ni żagle zbawią, ani wiosła.
Biada mi! Serce czyste, myśl podniosła,
Pragnienia szczytne, na cóż mi się zdały?
Gdy dziś, złamany, zwiędniały,
Niźli się żądzy mojej wyrzec, wolę

Mą niezaszczytną niewolę!
Tak to ten, co go moim zdrajcą mienię,
Żyć gorzko w słodkie zmienił mi istnienie!

Zmusił mię wkroczyć w puszcz zapadłych knieje,
Gdzie w cierniach tłuszcza zbójców i zbrodniczej
Źwierzęcej gnieździ się dziczy,
Kędy ogników błędnych straszy trwoga —
W manowce, w klęski, jakich nikt nie zliczy —
W bezdroża, z których blada groza zieje,
I gdzie, żegnając nadzieję,
Człek opuszczonym zda się być przez Boga!
Tam on, tą moją co mi wiecznie wroga,
Równie na jawie dręczył mię jak we śnie,
I jeślim z tego przedwcześnie
Dotąd nie umarł, Nieba mię ustrzegły,
Nie zaś ten zdrajca przebiegły,
Co mem zbawieniem jak sam chce pomiata —
Gdyż mu jest pastwą ból mój i zatrata!

Odkąd mię posiadł, chwile moje miały
Niepokój wieczny, tak, że senne zioła
Ni zaklęć moc już nie zdoła
Módz ukołysać duszę nią — albowiem
Czarami swemi obiegł mię dokoła —
Gdziebądźbym uciekł, to dzwon rozbujały
Wszystkie swe nocne hejnały
Wydźwięczy wprzódy, nim się ja z wezgłowiem
O sen ugodzę!... — Wreszcie szczerze powiem:
On mi robakiem w głąb’ się serca wwierci,
Że mam byt gorszy od śmierci,
Podwójną znosząc cierpień moc, jeżeli
Nikt ze mną mąk tych nie dzieli!
Więc oto czemu dwaj nieprzejednani
Przed tobą stają. — ty zaś sądź nas Pani! —

— Teraz o Pani! — rzekł on wróg mój srogi —
— Pozwól, niech druga strona głos zabierze,
I niech otwarcie i szczerze
Ja znów opowiem jak istotnie było,

Ten tu, z młodości, nawykł był w złej wierze
Kłamliwe słowa nieść przed sądów progi[10]
Żem ja go odwiódł z tej drogi,
Dziś mu to rzeczą zda się być mniej miłą —
A jednak, sam on. wszystkich żądz swych siłą.
W swe zło mniemane biegł jak żwawe dziecię —
I słusznie działał — boć przecię
W dolę tę słodkie w wiodły go ponęty,
Gdy, jego małością tknięty,
Umysł mu wzniosłem ku tak górnej chwale,
Jakby go nigdy sam był nie wzniósł wcale.

Wie on: że często, chuć poniżająca,
Najznamienitsze nawet w dziejach męże,
(Jak pamięć ludzka zasięże,
Czy z męztwa słynne, czy też z cnót zasługi,)
Wziąwszy im z serca czystość, z rąk oręże,
W miłostek lichych toń niesławną strąca, —
A jemu przecież, z tysiąca
Tych, co są zdobne w Rajskich świateł strugi,
Wybrałem taką, jak nie było drugiej,
Choćby Lukrecyę nawet wspomnieć czystą —
I razem, takim lutnistą
Stał się przezemnie: że od owej chwili,
Czy się raduje, czy kwili,
Myśl w nim Anielska bije żywem źródłem —
I oto, czem go, jak on rzekł, uwiodłem!

I oto srogie żółci tej gorycze,
Słodsze nad rozkosz, którą drugich poję!
I oto zyski są moje,
Żem z duszy z serca służył jego sprawie!
Żem go pod skrzydeł moich wziąwszy zwoje.
Dał mu uciechy, jakich i nie zliczę!
I oto moje zbrodnicze
Czyny, któremi tak go dzielnie sławię.

Że już zakątka nigdzie nie znajść prawie,
Kędyby o nim ludzie nie wiedzieli!
Bo czyż mu krzywda, jeżeli
Równie na dworach jak w prostaczym gminie
Sprawą Miłości on słynie
Przez tę, co moją była uczennicą,
I którą Nieba słusznie dziś się szczycą?

I wreszcie dłużnym nie chcąc mu pozostać.
Precz go od tylu lichych spraw odwiodłem.
Że z żadnem dążeniem podłem
Już on nie zdoła więcej wejść w przymierze —
Gdyż żyć począwszy pod zaszczytnem godłem,
Silić się musiał tej koniecznie sprostać,
Której uroki i postać
W swe serce wziąwszy, Miłość w serce bierze —
A tak. w nadziei zyskał co i w wierze,
Wszystko to od nas dwojga mu przypadło —
I nigdy senne widziadło
Marnych urojeń trwogą tak nie straszy,
Jak człek ten, co z łaski naszej
W Łasce u Boga będąc i u ludzi,
Swą krzywdą siebie sam i drugich łudzi!

W końcu, żem własne dał mu wzniosłe loty
W Niebios dziedziny — za cóż on złorzeczy?
Że ponad niskość wszechrzeczy
Zbiegłszy, o własnej doli swej stanowi —
Że w proch wdeptawszy lichy byt swój człeczy,
Zasługi drogą mógł, i drogą cnoty
Poprzez światłości szlak złoty,
Ku Przedwiecznemu wznieść się początkowi,
Jestże w tem krzywda? — Teraz, duch on wdowi
Mnie wraz potępia z tą niezapomnianą,
W której pamięci mu dano
Życia otuchę! Teraz on dokoła
Zawodzi głośno i woła:
— Dał mi ją — wziął ją! cóż ja teraz zrobię? —
A przecięż nie ja, lecz ją Bóg wziął sobie. —


Tu, gdy on śmiało, ja zaś z drżeniem łona,
Oba zwróceni twarzą ku Królowej,
Wspólnemi rzekniem jej słowy:
— Teraz niech Pani Sąd się twój dokona—
Na to z uśmiechem nam ona:
— Skarg waszych słuszność rozważywszy ściśle,
Nim wyrok wydam, niech się wprzód namyślę. —



Sonet 309.

Często i wierne mówi mi zwierciadło,
I myśl strudzona, i na włosach szrony,
I zapas sił mych z każdym dniem zmniejszony:
— Patrz — mknie ku tobie starość z twarzą zbladłą!
Przyjm tę konieczność gdy już tak wypadło,
Gdyż na nią rady nie znajść. ni obrony... —
To, kiedy słyszę, mniemam w chwili onej
Ciężkie od siebie spędzać precz widziadło.
I znać poczynam: jak jest lotnem życie,
I że się tylko raz na świecie żyje,
I w sercu słyszę dźwięczne od tej słowo,
Która dziś słusznie dnieje gdzieś w błękicie —
Powiem, doprawdy nie wiem, sprawy czyje
Sławę mieć mogły równie wyjątkową? —



Sonet 310.

Na skrzydłach myśli w Niebo jasne lecę,
Niby z czasowych ziemskich jeden gości,
Co zdarte ciało depcząc, jak najprościej
Po dank swój dąży na Wysokie Wiece!
Błogością serce drży mi tak dalece,
Że tych mi dreszczów każdy pozazdrości —
Bowiem z ust Laury słyszę o Miłości
Słowa Anielskie razem i kobiece!
Z sobą mię wiedzie — a ja, gnąc kolana,
Błagam, niech wprędce zdarzy mi u Pana:
Bym patrzeć w Bańskie mógł i w jej oblicze —
Na to mi ona: — Tak ja sama życzę —
Lecz choćbyś na to długie czekał lata,
Wierz mi: tem większy zysk ci da ta strata! —



Sonet 311.

Śmierć mi zdmuchnęła moich olśnień zorzę —
Noc ogarnęła oczy pełne chwały —
I Miłość moją prochy przysypały —
I laur już dla mnie stracił tchnienia Boże!
Swobodę wziąwszy, błądzę gdzieś w bezdroże —
Nie mam być przed kim trwożny lub zuchwały —
Ni brać od kogo dreszcze lub zapały —
Nikt mię już ani zgnębi, ni wspomoże!
Więc od owego Pana, co tak długo
W swych złudach zdradnych miał mię swoim sługą,
Gdy już nareszcie wolność jest mi dana,
Całą mą duszą, w chwili tej, do Pana,
Co brwi zmarszczeniem rządzi Swe błękity,
Zwracam się, trudów życia całkiem syty! —



Sonet 312.

Dwadzieścia jeden lat miłosnym szałem
Targany duch mój, cierpiał ognia próby —
I gdym nie zyskał nic, prócz serca zguby,
Wziętej mi Laury dziesięć lat płakałem!
Dziś, dognębiony duszą jak i ciałem,
Znam: że mi klęską był ten obłęd luby —
Więc ostateczne chmurnych dni mych śluby
Ku tobie. Boże! zwracam sercem całem;
Gdyż smutkiem chora we mnie myśl majaczy:
Żem marnie przeżył lata, w których raczej
Miałem spokoju szukać, niż rozpaczy.
Ty, coś mię w toń tę wtrącił, Niebios Panie!
Nad moją duszą racz mieć zmiłowanie —
Niech grzech swój znając, bronić go przestanie! —



Sonet 313.

Idę, niezwrotnej dni mych płacząc pory,
W której śmiertelne ukochałem rzeczy
Związany z ziemią — choć w tej doli człeczej
Nieszlachetnemi nie pełzałem tory.
Ty, co znasz iłem jest zwątpieniem chory,
Wszechmiłosierny w Twej Opatrznej pieczy!
Niech mi w tej toni Łaska Twa nie przeczy
Dopełnić duszy mojej niedobory!

Niech, gdym żył w walce i wśród burzy swistań,
W spokoju umrę, idąc w cichą przystań —
Niech choć odejdę w chwale, gdym żył w nędzy!
Iskrę tę, która jeszcze we mnie, tleje,
Racz Tchnieniem Twojem zgasić co najprędzej —
Ty wiesz: że w Tobie Jednym mam nadzieję! —



Sonet 314.

Słodkie srogości i łagodne wstręty,
Pełne przeczystych uczuć, cnót i chwały!
Rozkoszne wzgardy, coście rozbudzały
Niemądrą pychę w pieśni łkaniem wzdętej!
Luby uroku dźwięcznej słów ponęty,
Wytwornych wzruszeń kwiecie doskonały!
Zdroju piękności, czystszy nad kryształy,
Co żądz powszednich na dno strącasz męty!
I wy spojrzenia, w których szczęście gości,
Zdolne ukrócić myśli mych bezprawia —
Wreszcie ten uśmiech, co to raz odmawia,
Drugi raz wabi! — słowem, wy zmienności
Wszelkie mej Laury! — w was ja miałem lube
Nieba pokusy, bym nie zbłądził w zgubę! —



Sonet 315.

Duchu szczęśliwy! co tu w ziemskim bycie
Szedłeś przedemną z gwiazdą po nad czołem,
Twoje ja tchnienie w pierś, a w duszę wziąłem
Myśl twą, by we mnie dniała niepozbycie!
Oczy wy moje! jeszcze dziś widzicie:
Jak ona w dal szła, zda się z Wiosną społem
Już nie kobietą będąc, lecz Aniołem
Co miał mi stróżem być na całe życie!
I jak, na swego Stwórcy śpiesząc łono,
Czyniła rozbrat z ziemską tą osłoną,
Którą jej czystą duszę ozdobiono.
Wraz z nią i Miłość pierzchła precz skrzydlata,
Z nią i dzień jasny w mroczne ćmy odlata —
Aż śmierć nareszcie wzięła rządy świata! —



Sonet 316.

Ach! zgnębionemu pomóż umysłowi
Miłości moja! bym mógł śpiewać o tej,

Co w Raj się wzbiła Anielskiemi loty,
Gdzie ją Wybrani byli wziąść gotowi.
Zdarz mi: niech godnie moja pieśń wysłowi
Doczesnej niegdyś chwały jej sen złoty —
Gdyż ni piękności takiej, ani cnoty,
Ni znał, ni zazna, świat jej śmiercią wdowi!
Miłość mi rzecze: — Tak jak wspólnie baczem,
Istotnie: mądrość, światłość, wdzięk wszelaki,
Z nią od nas pierzchły w Niebios modre szlaki,
Bo jak świat światem, w życiu tem tułaczem,
Nie było, niema, i nie będzie takiej
Płacząc to mówię — ty zaś pisz to z płaczem. —



Sonet 317.

O ptaszku błędny! co tkliwemi dźwięki
Przeszłości płacząc, krwawisz sobie łono!
Któremu szczęścia dzionek zamroczono
Z Raju cię wziąwszy — o ty mój maleńki!
Z twem udręczeniem, gdybyś mi do ręki
Zbiegłszy, w pierś moją zajrzał — to byś pono
Duszę tam znalazł tak niepocieszoną,
Że za twe własne mógłbyś wziąść jej jęki!
Z nas dwóch, ja nie wiem lepsze losy czyje?
Gdyż ta, na którą płaczesz, może żyje —
Podczas gdy moją śmierć mi wzięła w Niebo!
Lecz w noc tę, która zimnem wskroś przenika,
W kim bądź mieć wspomnień moich powiernika
Stało się biednej duszy mej potrzebą! —



Canzona XXIX.

Panienko piękna, którą blask osłania!
Co w gwiazdy zdobna, dniejesz na obszarze
Nieba, którego Król wziął z Ciebie życie!
Dziś mi o Tobie Miłość mówić każe.
Lecz jak bez Twego zacząć współdziałania
I bez tej Chwały, którąś Ty w zachwycie
Zrodziła Światu? O! jeżeli skrycie
Z dziwną wyprzedzasz rozkoszą
Tych, co Cię w sercu swem noszą,
(Tak, że wy nawet biedni, co tęschnicie,

Bywacie wprędce przez Nią wysłucham) —
Chciej memi wzruszyć się modły!
Acz jam proch podły — Ty zaś niebios Pani!

Panienko mądra! owszem, najmądrzejsza
Z rozumnych pięciu Panien w Przypowieści,
I z najjaśniejszą z wszystkich lampą w ręce!
Puklerzu dzielny! w którym hart się mieści
Przeciw niedoli ciosom, czem się zmniejsza
Przewaga śmierci — Tobie cześć ja święcę!
Jeśli w miłości ziemskiej Ty szaleńce
Oślepłe garniesz ku Sobie,
To zwróć źrzenice Twe obie —
Te smutne, które Syna Twego Męce
Pociechą były — zwróć je ku mnie proszę —
Niech udręczony też łzawo,
Za Twoją sprawą, pociech mam rozkosze!

Panienko czysta! owszem, o! przeczysta
Córo i matko syna Twych wnętrzności,
Który dał życiu blask i Zmartwychwstanie!
Przez Ciebie Bóg nasz między nami gości.
Z Ciebie w ostatniej doli świat korzysta,
Z Tobą brzask Chwały wiecznie pozostanie,
Gdyż Cię nad wszystkich królestw naszych Panie
Wyborem Nieba zaszczycą,
Błogosławiona Dziewico!
Dająca Ewy łzom rozradowanie!
Spraw, niechaj godnie Tobie się pokłonię
O ty! Chwalebna bez końca!
W wieńcu siedząca na Najwyższym Tronie!

Panienko Święta wszelkiej pełna Łaski!
Coś przez przedziwne Twej pokory dzieło
W Niebo jest wzięta, i tam uwielbiana —
Z Ciebie świętości źródło w świat spłynęło!
Z Twojego łona, słonecznemi blaski,
W ten wiek pochmurny jasna dnieje zmiana!
W Tobie trzy słodkie w jedno zbiegły miana:
Dziewicy, Matki i Córy!

Tyś Panią Króla jest, który
Krwią Swą wykupił ludzi z pęt Szatana,
Że im dziś szczęście i swoboda błoga.
O! w Świętej Krwi owej zdroje
Weź serce moje, Wybranico Boga!

Panienko! wiecznie w stanie Swym jedyna,
Coś Twemi wdzięki Niebo rozkochała,
Większej, ni równej Tobie, niema wcale!
Twych myśli, Twoich żądz przeczysta Chwała,
Z dziewictwa, które Święty Płód poczyna,
Zdziałała Kościół Żywej Boga Chwale.
Twą Łaską, mimo tęschność, łzy i żale.
I błędów także nie mało,
Gdyby się Tobie tak zdało,
Od potępienia istnosć mą ocalę,
Tylko cię błagam: niech pod Twoim chodzę
Przewodem, o Matko Boża!
Bym mógł z bezdroża wyjść ku prawej drodze.

Panienko jasna i przedziwnie stała
Gwiazdo miotanych wichrem fal żywota!
Ucieczko wierna wiernych Twych żeglarzy!
Patrz! jak mną sroga nawałnica miota!
Jak mi już zdarła żagle, ster strzaskała —
Czyż los mi zgubę ostateczną zdarzy?
Nie — ja ufanie mam w Twej dzielnej straży,
I jakbądź grzech mię przygniata,
Nie dopuść, Królowo świata!
By się z mej doli śmiech urągał wraży.
Wszak ci to za nas Pan się Bóstwa zrzecze,
I gdy Litością rozpłonie,
W dziewiczem łonie ciało wziął człowiecze.

Panienko! ileż łez już z siebie dałem,
Chcąc wyrzekaniem lub modlitwą marną
Zbyć udręczenia ciężkiej mojej doli!
Odkąd rodzinne porzuciłem Arno
Dziwnie obłędnym płonąc wskroś zapałem,
Czyż dziw: że srogim utrapieniom gwoli,

Duszę mi ziemska piękność przyniewoli
W doczesnej miłości pęta?
Więc przyjdź Panienko ty Święta!
Nim mię pchniętego w ostateczną kolej,
Dni moje szybciej mknące niż pociski,
Między upadkiem i nędzą,
Aż tam przypędzą, kędy kres już bliski.

Panienko! już jej niema! Swym mię zgonem
Tyleż co życiem udręczyła całem,
Tak, że z tysiącznych nieszczęść mych, jej strata
Jest mi jedynem, które gdy poznałem
Nieodwołalnie było już spełnionem —
Gdyż raczej moje miała skrócić lata,
Niźli że sama w kraje gwiazd odlata!
Więc, że dla ludzkiej posługi
To, czego nie mógł nikt drugi,
Niczem jest Cnocie Twej, Królowo Świata!
Zkąd wielceś słynna zawsze jest i wszędzie —
Spraw, niech mą boleść ukoję!
Niech serce Twoje mnie zbawieniem będzie!

Panienko! Tobie jednej zaufało
To biedne serce, i oby Cię zdjęła
Litość ostatniej skargi mej gołębiej!
Mnie nie patrz we mnie, tylko Stwórcy dzieła,
Którego obraz mą zasługą całą.
Miłość mię ziemska tyle jeszcze gnębi,
Że jest w zmartwiałej piersi moich głębi
Łez pełno ku jej pamięci —
Tchnienie Twe niech je uświęci,
Niech świetlanemi mgłami je okłębi,
Niechaj w ostatnią moją choć godzinę.
Ziemskiego wolen już kału,
W wieczność pomału czystym płaczem spłynę.

Panienko ludzka, nieprzyjazna dumie!
Miłość, początek wspólny wszelkiej rzeczy,
Serce Ci moje składa w kornej dani!
Jeżeli taki jak ja, lichy człeczy

Gliniany zlepek, wiernie kochać umie,
To cóż dopiero Ty. wspaniała Pani!
Jeśli Ci żal mej nędzy, jeśli dla niej
Dźwigną mię Boskie Twe ręce,
Niech Twem imieniem uświęcę
Myśl, chęci, czyny, bym był, jak wybrani,
Czystym od żalu i tęschnoty łzawej —
A Ty, Najświętsza! wzajemnie
Przyjmij odemnie skruchę mej poprawy!

Wprędce się tchnienie ziemskie zastanowi
W piersi mej... och! póki jeszcze
Śmiertelne drętwią mię dreszcze —
Panienko! błagam — Twemu mię Synowi,
Co Jeden prawym człekiem jest i Bogiem,
Daj w zalecenie niezwłoczne,
Niech w Nim odpocznę odpocznieniem błogiem!



KONIEC.

Przypisy

  1. To jest w okręgu Wenery. — Cino da Pistoja, słynny poeta, współczesny Petrarce, — Guittone d’Arezzo, podobnież poeta żyjący na początku XIII-go wieku, — Franceschino degli Albizzi, krewny Sennuccia i przyjaciel Petrarki.
  2. To jest: na planetę Wenus.
  3. Titonos — kochanek Aurory.
  4. 6-ty Kwietnia, w którym po raz pierwszy ujrzał Laurę i w którym także umarła.
  5. To jest, jak zawsze, w okręgu Wenery.
  6. Mowa tu o ciężkich trudach rodu colounów w walkach z Orsiniemi
  7. To jest ten, którym go uwieńczono na Kapitolu.
  8. To ma znaczyć: że miejsce urodzenia Laury, względnie do pobytu Petrarki, ku zachodowi się znajdowało.
  9. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – dziś.
  10. Stosuje się to do zawodu prawniczego, od którego jak wiadomo Petrarka rozpoczął.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Francesco Petrarca i tłumacza: Felicjan Faleński.