Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A jam pozostał sam, i tej niedoli
Wspomnienie jeszcze trwoży mię i boli!

W tem, cudownego ptaka z skrzydłem białem
Widzę — a głowy był on złotopiórej,
I taki w sobie dumny a wyniosły,
Że nieśmiertelnym zrazu go mniemałem...
Tego, sam nie wiem kiedy, z ponad chmury,
Szumiące skrzydła, śnieżnych piór swych wiosły
Nad laur i źródło przyniosły —
Lecz gdy on Boskie drzewo w poniewierce,
I wsiękły w otchłań święty zdrój obaczy.
Dziób w pierś swą zwrócił w rozpaczy,
I w moich oczach znikł — a jam wziął w serce
Cios, jakbym mniemał: że się sam uśmiercę!

Nakoniec, widzę w kwiatach, wśród murawy,
Takiej postaci cudnej kształt niewieści,
Że myśląc o niej jeszcze drżę i płonę;
Skromna, miłości mając urok łzawy,
Idąc, rąbkami białych szat szeleści —
Wiatr tchnie w jej złote włosy rozplecione.....
Aliści zwolna w jej stronę
Snuć się poczęły srebrne mgły przędziwa...
W tem wąż jej żądło wraził w nóżkę bosą...
Zgięła się, jak kwiat pod kosą,
I wraz z uśmiechem znikła — o! szczęśliwa!
Mój płacz jedynie wiecznie trwałym bywa.

O pieśni moja! nie zbłądzę,
Jeśli ci powiem: że te smutne dziwa,
Dały mym myślom słodką śmierci żądzę. —



Ballata XI.

Napisana w roku 1348.


 
Miłości! gdy kwiat swój miała
Nadzieja moja w dank swój ufna szczerze,
Bóg mi nadgrodę razem z Laurą bierze...
Srogież jest życie! ach! i śmierć zuchwała!
Śmierć — bo mi dłonią ojczyma