Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I gdy ją pytam, wdzięczny nieskończenie:
— Szczęśliwa duszo! cóż cię przyjść tu skłoni? —
Ona, Laur w jednej swej dłoni
A w drugiej Palmę mając, głową skinie
I rzeknie: — Po to jedynie
Z pogody jasnej zeszłam w noc tę głuchą,
Byś sobie serce wzmocnić mógł otuchą! —

Słowem i czynem wielbię ją, i przy tej
Skrusze mej, pytam: — Więc, nad moją stratą
Wraz ze mną cierpisz? — Ona zaś mi na to:
— Płacz ten, któregoś nigdy nie jest syty,
I ciche łkania twoje, wprost w błękity
Biegnąc, — niebiański spokój mój mi mącą —
Tak bowiem żal ci gorąco,
Żem od powszedniej nędzy waszej wzięta
W kraj błogi wiecznego święta!
Choćby ci raczej spokój znajść w tej wierze —
Gdy ma być prawdą, żeś mię kochał szczerze. —

A ja jej na to: — płaczę — bom na świecie
W ciemnościach mąk mych został sam bez ciebie
Lecz o twej Pani szczęśliwości w Niebie
Anim na chwilę nie mógł wątpić przecię,
Wiedząc, że ono, w swe słoneczne dziecię
Dało rozrzutność cnót swych w takiej mierze,
Jaka koniecznie odbierze
Zbawienie wieczne z rąk Dobrego Pana.....
O! ty nad wszystkich wybrana!
Coś nam tu krótko dniała Chwałą Świętą,
Jakże cię nagle doli naszej wzięto! —

Więc cóż uczynię, gdy mi łzami płyną
Chwile, po których przeznaczenie depce?
O! było raczej umrzeć mi w kolebce,
Niż dziś z pociechą rozstać się jedyną! —
A ona na to: — Cierpisz własną winą.
O! gdybyś zdołał, w lot się wzbiwszy skrzydły,
Świat rzucić wielce ci zbrzydły,
I z twem istnieniem rozbrat wziąwszy bladem,