Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/286

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z rączek, co łatwo nawet zastęp wraży
Mogłyby podbić miłosnemi groty —
Słowem, od tchnienia pełnej cnót istoty,
Zdolnej wśród Rajskich berło mieć Mocarzy
Wziął życie duch mój! — Cóż gdy w owej porze
Niem się Anioły zachwycają Boże,
Gdy ja w doczesnej ciała jęczę nędzy!
Jedno mię tylko krzepi coraz śmielej,
To, że ta, która żądze moje dzieli,
Chce też, bym z nią się złączył jak najprędzej. —



Sonet 305.


Mniemam wezwanym zostać w lada chwilę
Ku mojej pani, — bom już należycie
Równie z zewnętrznym jak w wewnętrznym bycie
W lat małowiele jest zmieniony tyle,
Że się samego siebie poznać silę!
Zaczem, powszednie przykrząc sobie życie,
Tem je zapełniam, że obliczani skrycie:
Długo mi jeszcze w ziemskim grzęznąć pyle?
Uśmiecha mi się dzień ów najprzyjaźniej,
W którym, wychodząc z ciasnej ziemskiej kaźni,
Zrzucę doczesną szatę zdartą w szmaty,
I z tej ciemnicy pomknę lot skrzydlaty
W blask, wśród którego mają byt Wybrani —
Ku memu Panu i ku mojej Pani! —



Sonet 306.


Jej tchnienie święte w spokój mój zdrętwiały
Tak błogo wieje, że aż śmiałość biorę
Dać głos tym myślom, co złą dolą chore
Za dni jej życia nieme być musiały:
— Zginąłem przez was, oczy pełne chwały!
Odkąd mi blaskiem waszym pierś rozgore —
Boście zmieniły każdą dni mych porę
W miłosne nędze i nadziei szały!... —
To słysząc ona milczy pełna skruchy,
W oczy mi patrząc. W tem, wśród ciszy głuchej,
Z jej wzdętej piersi rzewne słyszę łkania.