Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Sonet 261.


Wzniósł mię duch w strony, kędy ta przebywa
Której już nie mam. W trzeciej ona sferze[1],
W pośród szczęśliwych, uśmiechnięta szczerze,
Słodka, piękniejsza po nad wszelkie dziwa.
Dłoń mą ująwszy, rzekła: — Jeśli tkliwa
Żądza nadgrodę wytrwałości bierze,
To z tą, coś bój z nią ciągły miał, przymierze
Niebawem w wieczne złączy cię ogniwa.
I wiedz, że pojąć nie zdołają zmysły,
Czem tu jest dla mnie z Niebem związek ścisły,
Odkąd w mogile ciało zdjęłam z siebie... —
Lecz w tem umilkła, i skinęła dłonią;
A ja, od słów tych co Zbawieniem dzwonią,
Myślałem chwilę: żem już został w Niebie! —



Sonet 262.


Miłości! z którą w lepszej doli, społem,
W tych miejscach tchnących czarem naszej Pani,
Straty kosztowne, zysk zaś wielce tani,
Obliczać, tęschne nawyknienie wziąłem —
Smugi i wzgórza, mknące wdzięcznem kołem —
I ty dolino, w której jak w przystani,
Burzą miłosnych trudów skołatani,
Szliśmy spoczywać z licem nie wesołem —
I wy śpiewacy gajów! i z pod skały
Ty Nimf orszaku lotny! i ty cały
Szczęśliwych tłumie zbliska i z daleka —
Patrzcie! jak jasne moje dni zciemniały
Śmierci obłokiem! — Lecz jest w doli człeka,
Że już w kolebce znać ma, co go czeka! —



Sonet 263.


Podczas, gdy serce miłosnemi szały
Wrąc we mnie, innej znać nie chciało rady,
Mej srogiej Pani pierzchliwemi ślady,
W miejsca mię puste trwogi moje gnały.

  1. To jest, jak zawsze, w okręgu Wenery.