Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/276

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ile mu Laura błogą dniała zorzą!
Dziś, gdy się budząc niebu, śpi w mogile.
O! gdyby można, pragnę nadzwyczajnie
Iść jej śladami w tę jej drogę Bożą!
Lecz cóż? wspomnienia tak mię dziwne trwożą,
Jakich człek sobie nigdy nie przebaczy —
Bo gdym w jej, pomnę, patrzał lica blade,
Spóźnioną słyszałem radę:
Że niźli bez niej długo mrzeć z rozpaczy,
Chwilę mi przed nią umrzeć było raczej!

Tak jest. W tych oczach, w których sercem całem
Gościć niepłonną śmiałem mieć nadzieję,
Póki w nich dniały blaski życia hoże,
Litości sprawą, z po załez, czytałem
Niedoszłe szczęścia chybionego dzieje:
— Niestety! Więcże prawda to? Więc może
Czasby mi było umrzeć w owej porze? —
O! tak. Nie cały zmarłbym wtedy przecię —
Z Laurą część lepszą zostawiając ze mnie...
Dziś — mieć otuchę daremnie —
Gdy prochu bryła dobro moje gniecie,
A ja drżąc z bólu, idę sam po świecie!

Gdybym mógł w on czas całą moją wolę
Przeczuciu oddać, które dziś mi tyle
Wyrzutów czyniąc, żyć wśród cierpień życzy —
Te słowa byłbym zgadł na Laury czole:
— Przez wielką gorycz, która potrwa chwilę,
Idź do trwających wieczny czas słodyczy! —
To usłyszawszy, w sposób tajemniczy
Doczesnej z siebie zbywszy precz osłony,
Poszedłbym, wolen trosk i więzów ciała,
Tej która na nią czekała
Stolicy w Niebie, pierwsze dać pokłony
Gdy dziś tam wejdę mocno już spóźniony!

Mów szczęśliwemu, smutna moja pieśni:
— Umieraj — choćby najwcześniej!