Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/205

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Te oczy słodkie, z których blaski Boże
    W życie mej duszy dniały, czas nie długi
    Tak mi przyjazne były w mojej doli,
    Że jak ten niby, co go nie zasługi
    Własne, lecz wartość cudzych cnot wspomoże,
    Zarozumiałym sobie być pozwoli —
    Teraz, gdy znów poniewoli
    Widzę, żem w równi liczon jest z natręty.
    Pogardą w dal odepchnięty,
    Litości łaknąc, spełniam czyn żebraczy
    Który każdego oburzy —
    Lecz gdy jałmużna nie chce wspierać dłużej
    Żądz mych — to zrobić mogęż ja inaczej?

    Bom dróg szukając różnych, zszedł w bezdroże,
    Bym inną jaką postać uśmiechniętą
    Spotkał, przy której żądze wytchnąć mogą;
    Lecz dusza, rada wrócić w dawne pęto,
    Zawsze mię zwraca w owe blaski Boże,
    W których topniejąc, myślę sobie z trwogą:
    Że może mniej będzie srogą
    Ta, co wyłącznie serce moje więzi.
    A jako ptak na gałęzi,
    Od zbytku światła w cień się chroni chciwie,
    Tak ja w jej twarzy uroczej
    Czytam, co o mnie mówić mogą oczy —
    I tem zarazem truję się i żywię.

    Tak to jest — śmiercią własną ja się żywię!
    Jak Salamandra, która wśród płomieni
    Żyjąc, pokarmu tego nie jest syta!
    Jednak nie bądźcie cudem tym zdumieni.
    Bo, żem nie długą chwilę żył szczęśliwie,
    Za to niedola ze mnie dziś wykwita,
    Jak bywa w kwiaty obfita
    Wiosna, a zima w szron i gołoledzie.
    I jeśli kiedy w mej biedzie
    Podtrzymać życie zmusza mię potrzeba,
    Biorę mą karm’ pokryjomu —