Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z tego zaś wzajemnego ich uczucia rodzi się laur, przez poetę na cześć Laury, jak wiadomo, wielbiony.

Wieczoru pragnąć, nienawidzieć zorzy,
Zwykli szczęśliwi ziemscy kochankowie —
U mnie zaś, szczęścia kresem zmrok się zowie,
A jego świtem — brzask jutrzenki hożej.
Gdyż jednocześnie wtedy, wśród przestworzy,
Dwóch słońc blask bije w nocnej ćmy pustkowie —
Że zaś królami w równej są połowie,
Więc ztąd się Miłość Nieba z ziemią tworzy.
Z tej zaś początek jest owego drzewa.
Które w mem sercu swój przybytek miewa
Na cześć tej, którą czczę nad własne życie.
Więc dziwnie sprzeczne moje są zwyczaje:
Bom chętny temu, co mię dręczy skrycie —
Nie chcę zaś tego, co mi spokój daje! —



Sonet 218.


Obym się kiedy pomścić zdołał na tej,
Co mię wymową oczu swych uśmierca,
Rada, że Amor, słodki przeniewierca,
Jej łaskawościom daje lot skrzydlaty.
W ten sposób dniami — ba! całemi laty
Dech ze mnie biorąc, jako lew morderca
Wokoło mego krąży nawet serca
Nocą, wśród ciszy mej samotnej chaty!
Wtedy, gdy znagła bliską śmierć obaczę,
Dusza się ze mnie, wolna więzów ciała,
Rwie do tej, której jest oddana cała.
Żebyż, w wycieczki owe swe tułacze,
Serdeczne Laurze wynurzając płacze,
Wymową swoją choć jej sen przerwała! —



Sonet 219.


W pierwowzorze mocno ciemny i przesadny.


W te oczy, w których tęchnych żądz mam święto,
Kiedy raz patrząc, wielce im się dziwię —
By na przekorę zrobić mi złośliwie,
Bieluchną rączką znagła je przymknięto.