Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W samotnych jednak miejscach, precz od ludzi,
Lżej mi, i przeto tam, gdzie szlak otwarty,
Nieszczęśliwego więcej nie ujrzycie.
I choć się we mnie zniechęcenie budzi,
Że Laura sroga wciąż obraca w żarty
Niezmierną boleść w którą wkładam życie,
To jednak, szepcze mi skrycie
Coś, ile razy szukać pragnę zmiany:
— W służbie miłości nie chciej przykrzyć sobie.
Możesz się stać w prędkiej dobie
Tyleż kochany, co dziś pogardzany! —
Więc znów się krzepię, niemal rad z mej biedy —
Lecz czyli zmiana przyjdzie? jak? i kiedy?

— Gdzie cień ponury wzniosła rzuca jodła,
Głaz napotkawszy śnieżny na mej drodze,
Oglądać mniemam postać dumnej pani.
W tem, spostrzegając jak mię gorzko zwiodła
Myśl, obłąkaną śpiesznie wstecz odwodzę.
Lecz wyobraźnia, raz spocząwszy na niej,
Jak czynią oczarowani,
Coraz u parciej luby obraz bada,
W bezprzytomności chętnie lgnąc bezprawia.
Miłość albowiem to sprawia,
Że jest ułudzie własnej dusza rada —
Gdyż tak ją jasno oczy oglądały,
Że oby błąd ten mógł być wiecznotrwały!

Toćżem ja nieraz (nikt mi wiary nie da!)
Laurę oglądał: w źródło, w mgły przestrzenie
Patrząc. I wtedy urok mi ją czyni
Taką: iż sama przyznać mogła Leda,
Mówiąc o własnej córce swej Helenie:
Że jak przy słońcu gwiazda — zgasła przy niej.
I im się w głuchszej pustyni,
W im samotniejsze schronię od niej knieje,
Tem obraz luby w żywsze barwy zdobię.
A kiedy w ocknienia dobie
Rzeczywistości podmuch błąd mój zwieje,