Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na zimnym głazie siadłszy, jak on zimny,
Ku czci mej pani łzawe składam hymny.

To znów uczuwam niepozbytą żądzę
Wbiedz na najwyższy jaki szczyt, z którego
Ziemia się człeku po pod stopy chyli.
Ztamtąd, gdy tęscłmy w dal oczyma błądzę,
Aż przetwór cały między mną spostrzegą
I tą niewdzięczną, co jest w każdej chwili.
Czy zdala odemnie czyli
Przy mnie, tak samo blizka jak daleka —
Pierś mi wezbraną dziwna rozkosz przejmie,
Gdyż coś w niej szepcze uprzejmie:
— Kto wie czy Laura również nie narzeka
Żeś od niej odbiegł? — Och! tą myślą błogą
Dni moje biedne krzepią się jak mogą!

O pieśni moja! leć śmiało
Tam — w tę szczęśliwą stronę — nad wybrzeża
Szemrzącej strugi, gdzie woń wiecznie świeża
Lauru obwieszcza się chwałą!
Tam serce moje wiernie zamieszkało
Przy tej, co duszą mego jest kochania —
Tu się albowiem tylko cień mój słania! —



Sonet 100.


Iż do nadgrody drogę mi zamknięto,
W manowiec zbiegłem, Laurze chcąc w rozpaczy
Z oczu precz odejść, — ale cóż to znaczy,
Gdy im wprzód w zakład wierność dałem świętą?!
Więc łzy połykam twarde znosząc pęto,
Bom snadź do nędzy zrodzon duch tułaczy,
I nawet szemrać nie śmiem, bo już raczej
Jest mi potrzebą boleść niż ponętą.
Niech tylko z oczu kształtów tych nie tracę,
Co nad największych Arcymistrzów prace
Potęgą boską wdzięków swych świetnieją!
Zresztą, czyż jest gdzie tak odludne błonie,
Kędy się nędzny przed jej gniewem schronię —
Lub gdzie potrafię rozstać się z nadzieją? —