Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I miała jasnym dzionkiem uśmiechniętą
Twarzyczkę chytrą, a zaś twarde pęto
Podstępnym wężem w białej rączce chwieje.
Aż wreszcie wpadłem w matnię tę gotową —
A to sprawiło jej ułudne słowo,
Moje zaś płoche żądze i nadzieje. —



Sonet 149.
Do Laury.


Miłość, co żądzą serce moje pali,
Ziębiącym wstrętem wskroś przejmuje twoje —
A ja, sam nie wiem. czy się więcej boję
Ciebie, czy siebie — bośmy równo stali.
To chcę być blisko to znów jak najdalej.
Zbliska — ból cierpię, zdala — niepokoje,
A te ukrywam, jak gdy, niby w zbroję,
Dziewczę swe wdzięki tuli w rąbka fali.
Zazdrość mię dręczy — głośno to wyznaję.
Lecz pieśń się nawet wypowiedzieć lęka
Ile w swym bólu słodką jest ta męka!
Wielcebo dziwne twoje są zwyczaje!
Ktobądź w twych oczu słońce wzbić się stara,
Śmiałka takiego spotka los Ikara. —



Sonet 150.


Jeśli mi rany Laury wzrok zadawa,
I ust jej rozkosz pełna słów swawoli —
Jeśli do tyla panią jest mej doli,
Że, jak chce: sroga bywa lub łaskawa —
To może kruchą stać się moja sprawa.
Gdy, bądź z mej winy, bądź złym losom gwoli,
Siebie mi biorąc, wręcz mię przyniewoli
Litościwszego w śmierci szukać, prawa.
Bowiem, doprawdy, drżę ja niesłychanie,
Ilekroć w twarzy jej, schmurniałej nieco,
Doświadczeń dawnych próby mi przeświecą.
Z przyrody, zmienność rzeczą jest kobiecą —
Ztąd cóż mniej trwałem bywa nad kochanie,
Co, w sercu płochem, za błysk oka stanie. —