Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdyż pomnę, com ja czytał gdzieś w tej mierze:
Że aż do chwili ostatecznej, szczerze
Szczęśliwym, człek się nazwać niechaj strzeże. —



Sonet 44.


Kiedyż mi kiedyż mieć uszczęśliwienie?
Nadzieją pierś mi coraz żądniej płonie,
A ja strapiony próżno sięgam po nie,
Gdyż niemal z rąk już pierzcha mi szalenie.
Prędzej śnieg w czarność i w gorąco zmienię,
Na górach prędzej morskie rykną tonie,
I prędzej słońce zajdzie w owej stronie
Zkąd Eufrat z Tygrem rwiste grzmią strumienie —
Niżeli spokój znajdę, i niżeli
Miłość i Laura zmienią obyczaje,
Gdyż się we dwoje zgubić mię spiknęli,
Tak choć niekiedy ulga mi się staje,
Gorzką w słodyczy swojej jest jałmużną,
A innej łaski czekać ztamtąd próżno. —



Sonet 45.


Przesyłając komuś w darze dwie poduszki: większą i mniejszą — oraz kubek. Z treści Sonetu przypuszczać się godzi: że tu idzie o jakieś pociechy po zawodzie miłosnym owego przyjaciela.

Twarz którą boleść łzami poorała,
Na tej poduszce złóż mój drogi panie,
I skąpszym siebie bądź, niech wstyd się stanie
Tej, która sługi swe zbladłemi działa.
Mniejszą zaś, przyłóż ku tej stronie ciała
Gdzie od strzał serce krwawi nieprzerwanie,
Byś z sobą samym skończył bojowanie,
Gdyż krótki czas jest, droga zaś niemała.
A z kubka krople wychyl czarownicze,
Których gdy w słodycz przejdą ci gorycze,
Z serca myśl wszelka pierzchnie nie wesoła
Poczem, jeżelim nie natrętny zgoła,
W tem samem sercu ja zamieszkać życzę,
Niech śmierć mię nawet z niego wziąść nie zdoła! —