Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dąży, jak planet rój w słoneczne wrota?
I choć na końcu może śmierć napotka,
W was mu i wtedy radość będzie słodka.

Jak kiedy gwiazdę przewodnią,
Gdy go nawałnic zewsząd gwałt uciska,
Zbłąkany żeglarz w skutek modłów zoczy —
Tak i mnie, wpośród igrzyska
Miłosnej burzy, zbawczą są pochodnią
Na mojem niebie jej gwiazdziste oczy.
O! nawet dzielniej widok ich uroczy
W spokoju działa, niż wśród burzy bladej —
Gdyż od nich takie łask świetnieją krocie,
Że lichej jak ja istocie,
Prosto w potomność, wytkniętemi ślady
Promienny pochód się ściele,
I bez nich więcej nie dam sobie rady —
Gdyż w nich jedynie widzę święte cele —
Bo sam przez siebie, czyżbym wart był wiele?

Czyż wyobraźnia wymarzy
Wdzięk tej pogody, jaką się uśmiecha
Duszy mej, słodkie oczu jej wejrzenie?
Wszelka mi inna uciecha
Za nic. i uśmiech wszelkiej innej twarzy
Jeśli nie Laury, za nic sobie cenię.
Cudowny spokój, który nieskończenie
Śmiertelnikowi życia kres przedłuża,
Oto są jego dary najłaskawsze.
I oby tylko mógł zawsze
Mieć sobie Miłość za Anioła Stróża!
I niechby dzień jego święta
Nie zaszedł nigdy! bowiem, jako róża
W słowika śpiewie, dusza w nim zaklęta,
O całym Bożym świecie nie pamięta!

Ale cóż mówię szalony!
Mogęż za życia marzyć pociech tyle,
Gdy Laura na mnie patrzy coraz gniewniej?
O! niechaj tylko choć chwilę,