Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Sonet 51.


Opiewa w nim (być może w drodze do Rzymu), wypadek, w którym o mało nie postradał życia. Stało się to podobno w r. 1335.

Na zgubnym lądzie, gdzie Tyrreńskie tonie
Z wiatrem szalone wiodą wciąż rozprawy,
Laur mi się zjawił dumny ze swej sławy,
Ku czci którego pieśń nie jedną dzwonię.
Ku niemu miłość wiodła mię, w mem łonie
Wspomnień uroczych budząc orszak łzawy —
W tem niebacznego, skryta wśród murawy
Tylko co przepaść żywcem nie pochłonie.
Wraz się cofnąłem. Zrazu żal mi było,
Żem mych nadziei niespełnionych tyle
W przedwczesnej znagła złożyć mógł mogile —
Lecz wprędce rzeczą godną mi zdało
Miłości mojej wielkiej, żem o mało
W sam czas nie spoczął dla niej pod mogiłą. —



Sonet 52.


Czasu pobytu swego w Rzymie, podobno w r. 1336.


Powagę grodu odwiecznego świętą
Wspomniawszy sobie w mej nieszczęsnej toni,
Myśl mię pobożna w niebo spojrzeć skłoni,
Kędy mi skruchy wrota odemknięto.
Aliści w walkę wszedłszy z tą ponętą,
Pokusa dawna znów mi w ucho dzwoni:
— Laura cię twoja woła — wróć się do niej —
Znajdziesz ją właśnie słodko uśmiechniętą. —
A mnie, wśród dwóch tych sprzecznych sobie chęci,
To jedna nęci, to znów druga nęci,
I tak z kolei jestem którejś sługą.
A żadna ze mną nie chce gościć długo —
I między sobą walczą bez pamięci —
Lecz czy, i kiedy, zmoże jedna drugą? —



Sonet 53.
Do Laury. Po powrocie z Rzymu.


Że więc przy tobie przezornością żadną
Ni się pokorą jakąbądź ocalę,