Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Łudzi was obłęd zwodniczy,
I wzrok wasz dziwnie krótki jest! jeżeli
W przedajnych sercach wiary szukać chcecie.
Pomyślcie tylko: toż przecię
Wróg jest niejeden wśród tych przyjacieli!
I próżnobyście też chcieli,
Dom wasz, obcemi włóczęgi
W potędze trzymać; bo gdy własnej dłoni
Cios nie ocali nas tęgi,
Czyliż skuteczniej cudza dłoń obroni?

Opatrznie Bóg to zdziałał: że z przed wieka
Alp rozgradzały warownie
Dziedziny nasze od niemieckiej strony,
Przecież, o zgrozo! gdy się niewymownie
Brat przeciw bratu rozwścieka,
Patrzcie — toż w prędkiej chwili, nieproszony
Gość, najezdnicze Tentony
W kraj nam się wparły rozwartemi bramy!
I dziś, ta zgraja co na cudze dybie,
Jest tu jak w własnej siedzibie!
A jednak — zważcie — lud ci to ten samy,
Który, jak w dziejach czytamy,
W pień Maryusz niegdyś wysiecze —
Czego nie zginie pamięć w czas daleki.
Gdy Rzymski spragniony człecze
Krew pić musiałeś, pijąc wodę z rzeki!

Twierdzi to Cezar: że nie widział błoni,
Kędyby żył ich posoka
Nie była mieczom naszym krwawą spłatą:
Teraz zaś, zkądże Mocny Bóg z wysoka
Ku wrogom naszym się kłoni?
Wam to! Panowie władcy! wdzięczność za to,
Nawykli żyć wichrowato,
Odkąd niezgody wąż się w myśl wam wśliźnie!
I czy to prawo, sąd, czy wyrok jaki,
Uciskać biedne wieśniaki?
Grody i sioła prześladować bliźnie?
I jednocześnie w obczyźnie