Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Twarzy mi swojej odchyliwszy chwałę:
— Patrz — ilem piękna! — rzecze: — teraz może,
W miarę twych zasług, w pokorze
Nadgrody słodkiej żądać chcesz odemnie? —
— Pani — odrzekłem — jam od niepamięci
Wszystkie miłosne w tobie złożył chęci.
Zaczem też i niedaremnie
W tobie mi wola i niewola razem.
Na to mi ona swoją mową błogą.
I z tym swej twarzy wyrazem,
Który nadzieją poi mię lub trwogą:

— Rzadko jest taki, coby o wielkości
Mych darów słysząc, mimo żądz zamieci,
Nie uczuł iskry w swem łonie,
Z jakiej się wprędce płomień święty nieci;
Cóż, gdy ten, co go dobro wszelkie złości,
Skrzętnie ją zaraz popiołami chłonie.
Na których siadłszy w koronie,
Gnuśności chwastem po nad cnoty kwitnie.
Lecz ty, którego Miłość, jak to słyszę,
Szlachetną żądzą, nad twe towarzysze
Wyniosła wielce zaszczytnie,
Wierz mi — do końca wytrwasz w błogiej chętce...
Że cię zaś nieba sługą moim głoszą,
Taką ci ujrzeć dam wprędce,
Która twych oczu stanie się rozkoszą! —

Chciałem powiedzieć: — o! to być nie może! —
W tem ona:— Spojrz tam, wzniósłszy wzrok wysoko
W najskrytsze niebios ustronie —
Ku niej nie każde sięgnie spojrzeć oko! —
Wstydem oblany schylam skroń w pokorze,
Czując, że pierś mi jeszcze silniej płonie.
A ona, klasnąwszy w dłonie:
— Wszak prawdę rzekłam? — prawi uśmiechnięta —
— Jako gdy z słońca wejściem w niebios progi
Gwiazd najświetniejszych gaśnie orszak mnogi,
Tak zbladła moja ponęta
W obec tej, której blask przezemnie słynie;