Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nią, gdybym tknięty, skrócił sobie życie,
W temby nie moja, lecz tej była wina
Co ani o mnie dba, ni mię wspomina.

Boleści! raz mię zmusiwszy
To wypowiedzieć, czego rzec nie chciałem —
Dozwól, niech znowu to co chcę wypowiem.
O! ja was wielbię z zapałem
Oczy mej Laury! — choć nielitościwszej
Nie znąjść, jak piękna pani ich! albowiem
Jeżeli zrzadka tylko, wątłem zdrowiem
Rumieniec krasi moją twarz spłakaną,
Sądźcież, co wtedy w mem się wnętrzu dzieje,
Gdy trwożne krzepiąc nadzieje,
Z nocy tych oczu rajskie błyśnie rano.
O święć się brzasku ich miły!
Jakbądź ich samych widzieć im nie dano.
Toż ile razy ku mnie się zwróciły,
Poznać to mogły jak są wielkiej siły!

Gdybyście ludzie ujrzeli
Tę boską postać, którą rymem głoszę!
O! niech ją tylko ten ogląda, kogo
Umiarkowane rozkosze
Nasycić nie są zdolne, — gdyż jeżeli
Ogarnąć czego zmysły już nie mogą,
Tem się swobodny duch kołysze błogo!
O gwiazdy niebios! gdy się w moc wam garnie
Ten byt, co dla niej jednej we mnie gości,
Niestety! czyż z wysokości
Warto jest wreszcie jak wy błyszczeć mamie?
Obyście z niebios sklepienia
Częściej na moje patrzały męczarnie;
A zato znowu, niech mi mniej zacienia
Blask wasz, gwiaździste Laury mej spojrzenia!

Niech wyzna pieśń moja tkliwa:
Że wszelkie inne ziemskich żądz brzemiona
Słodkie mej Laury jarzmo z karku strąca,
Tak, że w nie dusza wprzężona,