Old Surehand/Tom I/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Old Surehand
Wydawca Wydawnictwo
„Przez Lądy i Morza“
Data wydania 1910
Druk Drukarnia Zygmunta Jelenia w Tarnowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
„Pan generał“.

Porównywając czas, w którym Wupa Umugi porzucił Sto Drzew, z czasem, kiedy odjeżdżaliśmy stamtąd, i przypuściwszy, że z powodu spiekoty dziennej nie natężał koni zanadto, mogliśmy z łatwością obliczyć sobie odległość, jaką zyskał przed nami. Ponieważ jechaliśmy prędko, spodziewaliśmy się, że najpóźniej we dwie godziny po południu będziemy tak blizko niego, że dojrzymy jego Komanczów.
Ale tak się nie stało. Kiedy poznaliśmy po stanie słońca, że już minęła trzecia godzina, wysilaliśmy napróżno wzrok, ażeby dostrzedz czerwonych. Tylko trop ich był taki świeży, że nie mogli być od nas dalej, jak o trzy mile angielskie. Podpędziliśmy konie, i niebawem dostrzegłem przez lunetę na południowo-wschodnim widnokręgu mały oddział jeźdźców, kierujących się widocznie wbitemi w ziemię tykami i dążących w tę samą stronę, co my.
— Byliżby to Naini? — zapytał z powątpiewaniem Old Surehand.
— Z pewnością — odpowiedziałem.
— Hm! Nie przysiągłbym się na to.
— Czemu? Czy sądzicie, że oprócz nich nas są jeszcze ludzie, jadący teraz przez Llano?
— Czy byłoby to takie nieprawdopodobne?
— Nie, lecz ci trzymają się tyk.
— To niczego nie dowodzi.
— O, i owszem! Jadą na południowy wschód, więc musieli przybyć z północnego zachodu, a zatem stamtąd, skąd my także jedziemy. Bylibyśmy musieli ich widzieć.
— Może nadeszli z północy i zboczyli podług palików.
— Nie; to są Komancze.
— Ależ ich jest półtora setki.
— To nic! To jest tylna straż.
— Czy sądzicie, że Wupa Umugi odgrodził się od nas tylną strażą?
— Tak.
— Czemu?
— Tak. Oni mają uważać i donieść mu o naszem nadejściu. Mówiąc „naszem“, nie mam oczywiście na myśli nas, lecz dragonów, o których sądzi, że idą za nim. O nas i o naszych Apaczów nie ma wcale obawy.
— To zdanie ma pewną słuszność.
— Nietylko pewną, lecz zupełną, jest bez wątpienia słuszne. Zobaczycie to zaraz, skoro tylko zbliżymy się do nich tak, że rozpoznają nas gołem okiem.
— Well, spróbujmy.
Ruszyliśmy szybciej, niż dotychczas, i pokazało się wkrótce, że miałem słuszność, gdyż, skoro tylko dosięgliśmy ich oczyma, zatrzymali się na kilka chwil. Zobaczyli nas także, poczem puścili konie cwałem i rychło zniknęli nam z oczu. Chcieli w tej chwili donieść Wupie Umugi, że dragoni nadciągają. Uważali nas za nich, bo z takiego oddalenia nie mogli nas rozpoznać ani policzyć.
Nam był na rękę ten pośpiech, ponieważ z nastaniem nocy musieliśmy dojechać do punktu, skąd było najbliżej do oazy. Przybyliśmy też tam w nocy. Dalej nie mogliśmy się posuwać, gdyż Komancze musieli teraz rozbić obóz, nam zaś nie mogło zależeć na zderzeniu się z nimi już teraz. Stąd aż do pola kaktusowego mieliśmy jeszcze dzień drogi. Zostawiłem więc tu na straży pięciu Apaczów, a z resztą pojechałem do oazy, gdzie dostaliśmy się w godzinę.
Winnetou nie wrócił tam oczywiście jeszcze ze swoimi Apaczami, a Bloody Foxa, który był ich przewodnikiem, także jeszcze w domu nie było. Parker Hawley byli niezadowoleni z tego, że tak długo nie mieli nic do roboty, ale pocieszyłem ich nadzieją jutra, bo mieli się do nas przyłączyć. Ujrzawszy, że Old Wabble’a nie było, zapytał Parker:
— Gdzież ten stary cowboy, sir? Czemu się nie pokazuje?
— Niestety, niema go z nami.
— Czy zostawiliście go przy strażach?
— Nie. Znajduje się u Wupy Umugi i Komanczów Naini.
— U nich? Czy pojechał za nimi na zwiady?
— To także nie. Nie znajduje się za nimi, lecz u nich.
— U nich? Jak to należy rozumieć?
— Zrozumiecie zaraz, skoro wam powiem, że jest u nich w niewoli.
— W niewoli? A do wszystkich dyabłów! Czy to prawda?
— Niestety, tak!
— Czy znów popełnił jakie głupstwo?
— Jeszcze jakie! Mógł nam popsuć całą sprawę — i nie jemu zawdzięczamy, że udało się nam nasz plan uskutecznić.
— To słuszne! Ale dobrze wam tak, mr. Shatterhandzie.
— Jakto? Was to cieszy, jak się zdaje!
— Pewnie. I złoszczę się i cieszę. Naco wzięliście go ze sobą? Jesteście tacy zakochani w tym starcu, że może robić głupstwa jedno za drugiem, a wam ani na myśl nie przyjdzie zrobić to, co byłoby najwłaściwsze.
— Co?
— Napędzić go dyabła.
— To właśnie teraz uczynię.
— Już nie potrzeba.
— Czemu?
— Bo już go niema.
— Ale on wróci.
— Chcecie go wyswobodzić?
— To się samo przez się rozumie.
— Hm, tak! Zostawić go tam wprawdzie nie można, lecz daję wam rzeczywiście i na seryo dobrą radę: wypędzić go zaraz po uwolnieniu. On gotów jeszcze na nas sprowadzić nieszczęście, z którego się nie wywiniemy. Ale wam też ciągle chodziło o niego i zawsze musiał być przy was, chociaż wiedzieliście, że na niego zdać się nie można. Tymczasem mnie i Hawleya wciąż się na bok usuwa; musimy tutaj siedzieć i nudzić się, a wy tymczasem jeździcie to tu, to ówdzie, bierzecie wszystko na siebie i przeżywacie najpiękniejsze przygody. Wyobrazicie sobie, że nas to gniewa; zasługujemy przynajmniej na tyle zaufania, co Old Wabble.
— No, no, to brzmi, jak wyrzut, mr. Parkerze!
— I jest nim, i ma nim być! My przecież także żyjemy i jesteśmy na dzikim Zachodzie nie na to, by muchy łapać lub polować na glisty. Przyznać musicie, że nas ustawicznie usuwano w kąt.
— Cieszcie się, że nie żądam od was udziału w czemś, co narażałoby na szwank wasze życie.
— Nasze życie! Czyż ono więcej warte od waszego? A może uważacie nas za ludzi trwożliwych? Wypraszamy to sobie!
Byłby rezonował jeszcze dłużej, gdyby nie był nadszedł Bob. Ujrzawszy nas, zawołał z radością:
— Oh, oh, massa Shatterhand i massa Surehand znowu tu! Masser Bob zaraz wiedzieć, co zrobić: buty przynieść?
— Tak, pozbądźmy się mokasynów.
Pobiegł i przyniósł buty, które wdzialiśmy zamiast indyańskich. Następnie spytałem Boba:
— Co tam z Sziba Bighem? Jest jeszcze.
Zrobił minę nie do opisania i odrzekł:
— Już go niema.
— Co? Nie?
— Nie. Sziba Bigh pójść precz!
Roześmiał się przy tem całą twarzą i otworzył usta tak szeroko, że można mu było pomiędzy dwa rzędy wspaniałych zębów zaglądnąć aż do gardła. Chciał sobie ze mnie trochę zażartować, ja zaś przystałem na to, pytając z udanym strachem:
— Precz? Przecież chyba nie umknął.
— Tak, umknąć.
— Słuchaj, Bobie, przypłaciłbyś to życiem, gdyby on umknął rzeczywiście. Ręczyłeś mi własną głową za niego!
— A więc massa Shatterhand zastrzelić Boba. Sziba Bigh precz, całkiem precz. Massa Shatterhand wejść i przekonać się.
— Tak jest, ja się przekonam. Tu siedzi kula, którą ci wpakuję w głowę, jeśli jeńca niema w izbie.
Wyjąłem rewolwer i wymierzyłem w niego, poczem udaliśmy się do domu. Otworzył drzwi, wskazał do środka i rzekł:
— Tu zobaczyć. Nikt nie być.
Widok, jaki mi się teraz przedstawił, omal nie pobudził mnie do śmiechu. Młody wódz stał oparty o ścianę i patrzył ku nam roziskrzonemi z wściekłości oczyma. Właściwie nie opierał się wprost o ścianę, bo między nim a nią znajdowało się coś jeszcze. Było to ośm długich tyk, złożonych przez Murzyna w gwiazdę, związanych rzemieniem i przymocowanych czerwonemu do grzbietu. Gwiazda była tak wielka, że wystawała poza ciało wodza w górę i na boki. Z tą gwiazdą na plecach nie mógł Sziba Bigh wyjść drzwiami. Czy to stojąc, czy leżąc, czy też w jakiej innej pozycyi, musiał się zawsze zaczepić. Wygodne mu to nie było, i to prawdopodobnie był powód gniewu, z jakim na nas patrzył.
— Przecież on jest; tam stoi! — rzekłem do Boba, udając ździwienie.
— Tak, on być! — roześmiał się z przyjaznym wyrazem twarzy.
— A więc nie uciekł.
— Nie.
— A przecież tak powiedziałeś.
— Bob tylko żartować, pięknie żartować! Przecież Bob nie dać uciec Indyaninowi, skoro ma na niego uważać!
— Ale cóżeś mu przywiązał do pleców?
— Przecież massa Shatterhand widzieć. Indyanina nie bić, nie zakłuć, nie zastrzelić i nie wypuścić. Masser Bob być mądry i przebiegły — i przywiązać ośm długich tyk na plecach.
— Hm! Czy on na to pozwolił?
— Nie chcieć, ale masser Bob powiedzieć, że dać mu dużo policzków, a on potem dać sobie to całkiem spokojnie zrobić. Czy masser Bob nie być mądry i przebiegły, jak mucha na nosie?
Nie mogłem mu odpowiedzieć na to pełne ufności w siebie pytanie, bo Sziba Bigh zawołał z gniewem:
— Uff! Niech mnie biały brat uwolni zaraz od tych tyk.
— Czemu? — zapytałem spokojnie.
— Czy to się godzi dręczyć wodza w ten sposób?
— Ty nie jesteś tu wodzem, lecz jeńcem.
— Nie mogę usiąść ani leżeć.
— No, to musisz stać.
— Zdawało mi się, że Old Shatterhand traktuje nieprzyjaciół tak samo, jak przyjaciół!
— Jestem twoim przyjacielem. Tego nie zmieniają tyki na twoich plecach.
— Ależ to męka!
— Sądzę, że o ból nie dbasz.
— Pshaw! Nie ból mnie męczy. Czemu dałeś nigrowi rozkaz, żeby ze mną to zrobił?
— Ja mu tego nie nakazałem.
— A więc zrobił to z własnej woli?
— Tak.
— To zabiję go, skoro tylko odzyskam wolność.
— Tego nie zrobisz.
— Zrobię.
— W takim razie już nigdy nie będziesz wolny. Kazałem mu rozkrępować cię i dobrze się z tobą obchodzić. Czy byłeś głodny?
— Nie.
— Albo spragniony?
— Nie.
— Więc miałeś wszystko, czego ci było potrzeba. Na co się uskarżasz?
— Na to, że przywiązał mi do pleców te tyki. Takich rzeczy nie robi się z wodzem Komanczów!
— Gdzie to napisane, albo kto to powiedział? Czy mówią o tem stare wampum, albo podania Komanczów? Nie! Że to się robi, doświadczyłeś teraz na sobie samym. A kto temu winien, że to się stało? Ty sam!
— Nie.
— Owszem! Powiedziałeś, że umkniesz, skoro tylko nadarzy ci się sposobność do tego. Murzyn musiał ciebie pilnować i zabrał ci tę sposobność zapomocą tej gwiazdy. Musisz przyznać, że spełnił tylko swoją powinność.
— Ależ on mnie tem ośmieszył. Wolę najgorsze bole od noszenia tego drzewa.
— Tego nie mógł się sam domyśleć; miał dobre zamiary. Gdybyś mi dał słowo, że nie umkniesz, byłbyś mógł siedzieć na wolnem powietrzu i doznawać wszelakiej czci, należącej się wodzom.
— Mnie nie wolno dać tego słowa.
— Wolno!
— Nie!
— Wolno ci to uczynić, gdyż opór twój nie przydałby się na nic.
— Odszukałbym naszych wojowników i ostrzegłbym ich rychło.
— Nie znalazłbyś ich!
— Ja ich odnajdę!
— Nie. Nie wiesz, gdzie się znajdują.
— Wiem.
— Nie, bo nie masz pojęcia o tem, co się dzisiaj stało.
— Czy mogę się dowiedzieć?
— Właściwie nie, ale mimo to powiem ci o tem. Z tej szczerości powinieneś poznać, że jesteśmy pewni swojej sprawy i że ucieczka twoja nie przydałaby się na nic.
— Więc mów!
— A więc najpierw — czy wierzysz, że przejrzelibyśmy wasze plany?
— Wiem, że je znacie.
— Chcieliście wywieść w pole białych jeźdźców i przy tej sposobności opanować oazę. Jechałeś przodem, ażeby pokazać drogę Wupie Umugi. Potem chcieliście tyki powbijać kędy indziej i zwabić za sobą blade twarze. Za nimi miał przyjść Nale Masiuw, by ich otoczyć i odciąć odwrót. Czy tak jest?
— Mój biały brat to odgadł.
— Tak, muszę to dobrze wiedzieć, bo inaczej nie przyznałbyś mi racyi. Następnie sam wiesz najlepiej, jak wzięliśmy cię do niewoli, zanim zdołałeś Wupie Umugi pokazać drogę tutaj.
— Wiem to.
— Widziałeś także, iż Winnetou odjechał z pięćdziesięciu wojownikami, ażeby powyjmować paliki i powtykać je we fałszywym kierunku.
— Widziałem.
— Well. Odjechaliśmy potem stąd, ażeby obserwować Komanczów. Przybywszy do Stu Drzew, zobaczyliśmy, że Winnetou dobrze zrobił swoją rzecz. Paliki szły w kierunku, który Wupę Umugi razem z jego ludźmi zawiedzie na pustkowie, gdzie niema wody.
— Uff!
— Tak, powiem ci nawet jeszcze otwarciej, że zastawiliśmy na niego daleko niebezpieczniejszą pułapkę, aniżeli sobie wyobrażasz. Paliki zawiodą go jutro w sam środek wielkiego, nieprzebytego pola kaktusowego, z którego niema wyjścia. Droga zawiedzie go do środka, ale już nią nie wróci.
— Uff!
— Pojedzie przeszło godzinę, zanim dojedzie do środka pola kaktusowego. Ponieważ tyki wiodą go w pułapkę, będzie sądził, że to ty je tam powbijałeś i pójdzie za niemi. Będzie sądził, że tą drogą wyjdzie znowu na wolne pole. Tymczasem droga się skończy, i wasi wojownicy nie będą mogli ani iść dalej ani na boki. Nie pozostanie im nic innego, jak zawrócić, ale skoro tylko to uczynią, zobaczą za sobą nas z trzystu Apaczami. Obsadzimy tę drogę i nie wypuścimy ich stamtąd.
— Uff!
Już po raz trzeci wybuchnął tem słowem, bo ze strachu nie mógł nic innego powiedzieć.
— Powiedz mi teraz, co uczynią wasi wojownicy? — mówiłem dalej.
— Będą się bronić.
— Jak się do tego zabiorą?
— Będą strzelali do was.
— Tak ci się zdaje?
— Tak. To wojownicy waleczni, którym ani przez myśl nie przejdzie poddać się bez oporu.
— Mówisz tak, bo znajdujesz się tutaj, w domu, a nie w tamtej pułapce. Droga, wiodąca w kaktusy, jest bardzo wązka, i tylko niewielu jeźdźców może nią jechać obok siebie. Jeśli się wasi wojownicy odwrócą i zechcą do nas strzelać, nie będą mogli stanąć do nas frontem, lecz zatrzymają się długą, wązką linią, jeden za drugim, tak, że tylko pierwsze szeregi będą mogły strzelać. A gdyby to nawet uczynili, nie dosięgłyby nas ich kule.
— Czy sądzisz, że tak licho strzelają?
— Nie. Ale, jak wiesz, mamy strzelby sięgające dalej od ich strzelb. W ten sposób możemy ich zatrzymać w takiem oddaleniu, że nie zdołaliby nas dosięgnąć.
— Uff!
— Będą więc siedzieli w kaktusach i nic nam nie zdołają uczynić.
— A wy? Co wy uczynicie?
— My zaczekamy poprostu, dopóki się nie poddadzą. My mamy wodę, a oni jej nie mają.
— A jeśli się nie poddadzą?
— To zginą z pragnienia.
— Na to przemknął mu po twarzy lekki uśmiech i potem rzekł:
— Old Shatterhand jest człowiek mądry, ale wszystkiego przecież przewidzieć nie może.
— Tak ci się zdaje? Czy znasz drogę, którą Komancze zdołaliby nam się wymknąć?
— Tak.
— Drogę, której ja nie znam?
— Tak. Gdybyś o niej pomyślał, mówiłbyś całkiem inaczej. Howgh!
Rysy jego twarzy nabrały wyrazu ufności. Miał bezwątpienia jakiś pomysł, w jaki sposób mogliby Komancze wymknąć się nam z pułapki. Pomysł ten uważał za doskonały, jak tego dowodziło słowo „howgh“, znaczące tutaj tyle, co zapewnienie.
— Howgh? — zapytałem. — Czy jesteś taki pewny swojej sprawy?
— Tak.
— Jakąż to masz drogę na myśli? Czy Old Shatterhand uważa mnie za takiego niemądrego, że mu to powiem?
— Nie. Niema potrzeby, żebyś mi mówił, bo ja to już wiem. Jeśli sądzisz, że Old Shatterhand nie pomyślał o wszystkiem, to mylisz się bardzo. Sądzę, że powinienbyś mnie znać pod tym względem.
— A więc powiedz, co mam na myśli.
— Zaczekaj jeszcze! Gdybyś nawet wiedział o jakim sposobie ocalenia swoich wojowników, o którym nie pomyślałbym, musiałbyś siebie zapytać, czy oni też wpadną na myśl, która wydaje ci się taką doskonałą.
— Wpadną z pewnością.
— Pięknie! W takim razie weźmiemy ich nietylko z przodu, lecz także z tyłu.
— Uff!
Okrzyk te zabrzmiał, jak głos przerażenia.
— No? — spytałem, śmiejąc się. — Czy Old Shatterhand nie myślał rzeczywiście o wszystkiem?
— Ja... nie wiem tego — odpowiedział z wahaniem.
— Ale ja wiem. Znam tę drogę ocalenia, istniejącą tylko w twojej wyobraźni. Pomyślałeś skrycie: jeśli Komancze wpakują się w kaktusy, to nie muszą jeszcze tracić nadziei; mają noże ze sobą i mogą sobie utorować drogę z zasadzki. Mam słuszność, czy nie mam?
— Uff, uff! — rzekł przygnębiony.
— Tak, uważałeś teraz siebie za bardzo mądrego, ale zważ, jak długo by to trwało, zanim by wycięli taką drogę przez kaktusy. Byłaby wązka i tylko kilku mogłoby nad nią pracować. Upłynęłoby kilka dni na tem. A czy sądzisz, że patrzylibyśmy na to spokojnie?
Milczał.
— Podzieliłbym naszych ludzi i posłałbym jedną połowę na drugą stronę kaktusów, ażeby w ten sposób wziąć waszych wojowników między siebie. Ale moglibyśmy uporać się jeszcze prędzej i zniszczyć wszystkich Komanczów za kilka minut tak, że nie kosztowałoby to nas ani jednego wystrzału.
— Jak?
— Podpalilibyśmy kaktusy.
— Uff! W takim razie musieliby spalić się wszyscy nasi wojownicy!
— Zaiste!
— Old Shatterhand nie uczyni czegoś takiego.
— Nie ufaj tak w moją dobroć!
— Nie, nie uczyni.
— Być może! Chciałem ci w ten sposób powiedzieć tylko, że dla waszych wojowników niema ocalenia: już nam nie ujdą.
— Jeśli ich zamkniecie w ten sposób, to będą musieli się poddać, ale wy nie zdołacie ich tak trzymać w zamknięciu.
— Rzeczywiście?
— Będziecie musieli opuścić zasadzkę.
— Czemu?
— Czyż zapomniałeś, że nadejdzie Nale Masiuw? Zapomniałeś już o nim?
— O, nie zapomniałem bynajmniej.
— W takim razie wiesz, że dąży za wami. Mając jego za sobą, a Wupę Umugi przed sobą, wpadniecie w taką samą pułapkę, w jaką chcecie zwabić Wupę Umugi. Old Shatterhand przyzna mi słuszność?
Twarz jego nabrała pewniejszego wyrazu, lecz ja odrzekłem:
— Nie mogę ci niestety zrobić tej przyjemności. Tymczasem nastąpiło coś, o czem nie dowiedziałeś się jeszcze. A nawet, gdyby położenie było takie, jak sobie myślisz, przeliczyłbyś się, bo za nami nie przybyłby Nale Masiuw.
— I owszem!
— Nie. Przed nim idzie konnica białych, a o niej zapomniałeś.
— Uff! — zabrzmiał wyraz rozczarowania.
— Widzisz teraz, że wszystkie twoje myśli są fałszywe, zaś Old Shatterhand myśli całkiem słusznie. Nawet gdyby nic już nie zaszło, moglibyśmy Wupę Umugi trzymać w zamknięciu, zupełnie spokojni o Nale Masiuwa. On nie mógłby nam w niczem przeszkodzić, bo dragoni wzięliby go na siebie.
— Uff, Uff!
— Ale do tego już wcale nie dojdzie. Mój młody brat przerwał mi przedtem, kiedy mówiłem o Stu Drzewach. Leżeliśmy ukryci całkiem blizko i widzieliśmy, jak nadszedł Wupa Umugi. Nie miał pojęcia o naszej obecności i środki ostrożności uważał za zbyteczne. Dlatego też udało się mnie i Old Surehandowi podejść pod jego obóz i znowu go podsłuchać. Usłyszawszy dość, oddaliliśmy się, niedostrzeżeni przez nikogo. Nazajutrz rano odszedł z Komanczami wzdłuż palików, wetkniętych przez Winnetou.
— W jakim kierunku?
— Mój młody brat pyta się bardzo przebiegle, lecz Old Shatterhand będzie niemniej rozumny i nic mu nie odpowie.
— Gdybyś nawet powiedział, nie mogłoby to przydać się nam na nic.
— O przeciwnie! Gdyby ci się udało uciec dziś jeszcze, wiedziałbyś, w których stronach masz szukać waszych wojowników. Nie dowiesz się więc o tem. Cieszy mnie to zresztą, że wytężasz całą swoją bystrość, ażeby mimo beznadziejności wywieść mnie w pole. Mówię dalej: Gdy Wupa Umugi odszedł, przybyli do Stu Drzew biali żołnierze. Jak sądzisz, co tam zrobiłem?
— Mówiłeś z nimi?
— Tak.
— I ostrzegłeś ich?
— Oczywiście!
— Uff!
— Nietylko ich ostrzegłem, lecz połączyłem z nimi Apaczów na przyjęcie Nale Masiuwa.
— Uff! Czy walczyliście z nim?
— Nie.
— Nie przyszedł wcale? Wysłał może ludzi na zwiady, którzy was zobaczyli i nabrali podejrzenia?
— Nie; wy, Komancze, nie jesteście tacy rozumni. Wysłał wprawdzie ludzi na zwiady, lecz oni nie dostrzegli nas, bośmy się ukryli. Potem nadszedł on sam z całym oddziałem i rozłożył się nad wodą. Widząc ślady białych jeźdźców, sądził, że odeszli za Wupą Umugi. Dlatego nie uważał za potrzebne być ostrożnym, a nam udało się go otoczyć.
— Uff, uff! Otoczono go! Przecież mówisz, że z wami nie walczył.
— Był na to zbyt tchórzliwy i zgodził się na układy ze mną. Siedziałem przy nim sam, a żaden z nas nie miał przynieść broni ze sobą. Ale tak, jak przedtem był tchórzem, tak teraz okazał się podstępnym. Podczas rozmowy dobył nagle noża i chciał mnie przebić.
— Uff! Czy rzeczywiście to zrobił?
— Tak.
— To niegodne wojownika!
— Zwłaszcza, jeśli ten wojownik jest wodzem.
— Czy cię nożem ugodził?
— Nie. Pomylił się też co do mnie, bo uważałem dobrze na niego i miałem się na baczności. Kiedy podniósł nóż, powaliłem go na ziemię.
— Pięścią?
— A czemżeby innem. Nie miałem broni ze sobą.
— Uff, uff! Znowu pięścią! Czy zginął?
— Nie, bo nie chciałem go zabić. Wziąłem go szybko na barki i zaniosłem do Apaczów i do białych wojowników.
— A Komancze nie zdołali ci przeszkodzić?
— Nie mogli, bo stało się to tak szybko, że nie mieli na to czasu. A potem nie mogli zbliżyć się do nas, bo zabilibyśmy ich wodza. Gdy przyszedł do przytomności, zagroziłem mu odebraniem kosmyka skalpowego, spaleniem worka z gusłami i powieszeniem.
— Chciałeś zabić jego duszę?
— Tak.
— A on nie dopuścił do tego, nie dopuścił napewno — wiem to. Ja sam w to wprawdzie nie wierzę, lecz on ma takie zdanie, jak wszyscy czerwoni ludzie, i sądzi, że przez to gubi się ducha wojownika.
— Czy sądzisz, że nie dopuścił? Cóż mógłby poradzić, gdybym miał zamiar to uczynić?
— Wolał pójść do niewoli.
— On sam?
— On... uff, uff! Chyba nie razem z wojownikami.
— Tak, ze wszystkimi.
— Czy on sam nie wystarczał?
— Nie. Musiałem mieć wszystkich; sam to zrozumiesz.
— I dostałeś ich wszystkich?
— Tak.
Na to spuścił głowę i rzekł głosem stłumionym.
— A więc zniknęła wszelka moja nadzieja! Gdyby mi się nawet dzisiaj udało umknąć, nie zdołałbym ocalić Wupa Umugi ani jego wojowników.
— Nie. Najpierw nie wiedziałbyś, gdzie go szukać, a powtóre nie mógłby ci Nale Masiuw dopomódz.
— Gdzie macie go i wojowników?
— Mógłbym cię oszukać, bo niema powodu mówić ci tego, ale mimo to nie zataję ci niczego. Odszedł ze swoimi ludźmi do swojej wsi.
— Uff! Więc byłeś taki dobry, że zwróciłeś mu zaraz wolność.
— Nie, taki dobry nie byłem. Zrozumiesz, że taka dobroć byłaby największem głupstwem, jakiego mógłbym się dopuścić.
— Czemu?
— Musiałbym wziąć od tych ludzi przyrzeczenie, żeby natychmiast odjechali z powrotem do domu.
— Oni byliby dali.
— Ale nie dotrzymaliby słowa.
— Ty im nie ufasz?
— Nie ufam nikomu z Komanczów.
— Mnie także nie?
— Tobie tylko mógłbym uwierzyć, bo znasz wielkiego i dobrego Manitou, karzącego każdą nieprawdę i zdradę.
— Więc nie puściłeś ich wolno a mówisz, że wrócili do domu.
— Jako jeńcy.
— Czyi?
— Białych Dragonów. Ruszyli oni z powrotem i zabrali ich ze sobą.
— Związanych?
— Tak.
— Więc ich zabiją!
— Nie. Dowódca bladych twarzy dał mi słowo, że daruje im życie.
— Czy go dotrzyma?
— Tak, jestem tego pewien.
— To ich przynajmniej ograbi.
— Ograbi? Co nazywasz ograbieniem? Czyż zwyciężony nie należy ze wszystkiem, co ma, do zwycięzcy?
— U chrześcijan także?
— U nas także, bo zmuszacie nas, żebyśmy postępowali z wami tak samo, jak wy z nami. Jako zwycięzcy zabralibyście nam nietylko całe nasze mienie, lecz także życie. Jeśli my wam je darujemy, będzie to taką dobrocią, że więcej żądać nie możecie.
— A więc biali żołnierze zabiorą Komanczom wszystko, co mają przy sobie?
— Tak, broń i konie.
— Więc jak mają czerwoni wojownicy żyć bez koni i bez broni?
— To już ich rzeczą. Wy to wykopaliście topór wojenny, a nie byłoby się to stało, gdybyście nie byli mieli koni i broni palnej. Odbierając wam jedno i drugie, nie popełnimy grabieży, bo to nasza sprawiedliwa zdobycz. Zarazem postaramy się w ten sposób, żebyście nie mogli tak rychło zakłócić pokoju.
— W takim razie odbierzecie także wojownikom Wupy Umugi ich broń i konie?
— Prawdopodobnie.
— Uff! To bardzo źle!
— Pewnie, że dla was źle, lecz nie zasłużyliście na nic innego. Pomyśl tylko o sobie. Kto z drugim pali fajkę pokoju i przyrzeknie mu nie zdradzić przed nikim jego wigwamu, a potem nadciąga mimo to z gromadą wojowników, ażeby zabrać mu wigwam i życie, ten zasłużył na więcej, aniżeli na odebranie mu konia strzelby. Czy to przyznajesz?
Przyznał widocznie i westchnął smutnie:
— A więc także mój koń i strzelba!
— Nie, to nie. Lubię cię i pomimo twego wrogiego usposobienia uważam cię wciąż jeszcze za mego przyjaciela. Zatrzymasz wszystko, co posiadasz, — co zaś do wojowników Wupy Umugi, to zobaczę, czy będzie można kierować się dobrocią. Zależy to całkiem od ich zachowania się względem nas.
— Jak się mają zachować? Wojownicy będą się bronili.
— Wolelibyśmy, żeby tego nie było. Jeśli my, niechcący przelewać krwi, mielibyśmy jej stracić choć trochę, to nie spodziewajcie się pobłażania. Mam jednakowoż nadzieję, że uda mi się wodza przekonać, iż opór byłby szaleństwem, i sądzę, że on uzna moje powody za rozumniejsze, aniżeli ty.
— Aniżeli ja? — spytał zdziwiony.
— Tak. Chciałem ci ulżyć niewolę jak najwięcej, i żądałem od ciebie tylko przyrzeczenia, że nie uciekniesz. Odmówiłeś mi, nie rozumiejąc tego, że ucieczka twoja zaszkodziłaby wam tylko, a nie pomogła. W ten sposób zmusiłeś mnie do surowości.
— Nie dałem przyrzeczenia, bo nie wiedziałem jeszcze o tem, co wiem teraz.
— A więc uznajesz, że nie pomógłbyś swoim?
— Tak.
— W takim razie jeszcze czas na przyrzeczenie.
— Daję je.
— Dobrze! Ale pamiętaj o tem, że twojem zachowaniem się możesz nietylko sobie, lecz także wszystkim swoim pomódz, albo zaszkodzić. Co uczynisz dobrego, czy złego, to odwetuje się także na nich. Jeślibyś złamał słowo, to kara spadnie nie tylko na ciebie, lecz także na nich.
— Ja go nie złamię!
— Dobrze! Ale czem mi za to zaręczysz?
Spojrzał na mnie z wyrazem zapytania w oczach, więc oświadczyłem mu:
— Słowu chrześcijanina mogę zaufać, lecz przyrzeczeniu czerwonego — nigdy.
— A Winnetou zaufałbyś?
— We wszystkiem, ale on jest wyjątkiem, a wewnątrz chrześcijaninem.
— Jeśli czerwonemu odbierzesz gusła, jako zastaw, musi on dotrzymać przyrzeczenia.
— Tego z tobą uczynić nie mogę, bo nie wierzysz w potęgę guseł.
— Wypalę z tobą fajkę przysięgi!
— I to nie może być dla mnie zastawem. Wypaliłeś ją z Bloody Foxem i mimo to złamałeś słowo.
Spuścił oczy i rzekł cicho i smutnie:
— Kara, jaką otrzymuję od Old Shatterhanda jest ciężka; nie zwraca się ona przeciw memu ciału, lecz napełnia bolem moją duszę.
Poznałem, że ból ten był rzeczywisty a smutek szczery, więc odpowiedziałem:
— Słyszałeś, że wciąż jeszcze uważam się za twego przyjaciela i brata, więc zaniecham teraz wyjątkowo zwykłej ostrożności, obdarzając cię zaufaniem i wiarą. Ale serce moje zasmuciłoby się bardzo, gdybym się powtórnie zawiódł na tobie. Czy uciekniesz, jeżeli teraz puszczę cię wolno?
— Nie.
— Czy nie opuścisz oazy bez mojego pozwolenia?
— Nie.
— Nie życzę sobie także, iżbyś drogą przez kaktusy próbował wyjść do swoich Komanczów i mówić z nimi!
— Nie uczynię tego. Nawet gdyby tu przyszli, milczałbym, dopóki nie otrzymałbym od ciebie pozwolenia.
— Więc podaj mi na to rękę, jako czynią mężowie i wojownicy, zbyt dumni, by mieli starać się o coś, co można tylko kłamstwem uzyskać.
— Oto masz rękę! Możesz mi wierzyć — znaczy to tyle, co gdybym ci się sam oddał w ręce.
Spojrzał przytem na mnie wzrokiem tak szczerym, iż byłem pewien, że mnie nie zawiedzie. Dla pewności i ze względu na murzyna dodałem:
— Rozgniewałeś się na Boba?
— Bardzo.
— Czy się zemścisz?
— Nie. Czerwony wojownik jest za dumny, ażeby się mścić na czarnym mężu. Ten Murzyn nie wiedział, co czynił. Nie domyślał się, że przywiązywanie takich tyk do pleców wodza nie zgadza się z jego godnością.
— Ja uwolnię cię od nich.
Zdjąłem je z niego. Wyprostował zesztywniałe członki ciała i wyszedł ze mną na dwór, gdzie wieczorem znowu konie pojono. Matka Sanna przyniosła nam jedzenie, a kiedy skończyliśmy jeść i nad wodą zapanował spokój, położyliśmy się spać, gdyż nazajutrz musieliśmy wyruszyć o świcie. Sziba Bigh położył się między mną a Old Surehandem, chociaż nie żądaliśmy tego. Poddawał się dobrowolnie pod nasz nadzór, chcąc w ten sposób dowieść, że uczciwie bierze swoje przyrzeczenie.
Wstawszy nazajutrz wczesnym rankiem, napełniliśmy wszystkie wory wodą, zaopatrzyliśmy się w żywność i odjechaliśmy po pożegnaniu się z Sziba Bighem. Bob stał na drodze i zapytał:
— Czy massa Shatterhand powiedzieć, żeby Bob pilnować młodego wodza Indyan?
— Nie; to nie potrzebne.
— I nie wiązać tyk na plecach?
— Wcale nie. On przyrzekł, że nie ucieknie i dotrzyma tego przyrzeczenia.
Pomimo, że powiedziałem to z pełnem przekonaniem, ani myślałem zaniechać odpowiednich środków ostrożności. Poza pasem kaktusowym zostawało tylu Apaczów, ilu potrzeba było do pilnowania pięćdziesięciu wziętych do niewoli Komanczów. Dowódcy tych straży dałem rozkaz uważania także na Sziba Bigha i nie wypuszczenia pod żadnym warunkiem. Potem odjechaliśmy w dwieście ludzi, czyli w liczbie, wystarczającej aż nadto do uporania się z Komanczami. Tym razem wzięliśmy oczywiście ze sobą Parkera i Hawleya.
Najpierw udaliśmy się na miejsce, gdzie wczoraj zostawiłem na straży pięciu Apaczów. Byli oni na tyle sprytni, że zaraz o świcie poszli na zwiady za Komanczami i po krótkiej jeździe znaleźli ich obozowisko, Naini wyruszyli już byli dalej; było im dzisiaj także tak pilno. Ruszyliśmy za nimi tak samo szybko i to, w ten sposób, że czasami dosięgałem ich dalekowidzem. Nie zbliżaliśmy się jednak nigdy tak, żeby mogli poznać, czy za nimi są czerwoni, czy biali, bo mieli nas uważać za dragonów.
Upłynął cały dzień i nie zdarzyło się nic godnego wzmianki. Tylko wieczorem zerwał się mocny wiatr, jaki dość często wieje przez Llano Estacado. Wiejąc od północy, przebiegł już wielką część pustyni i był bardzo gorący. Mieliśmy go wprawdzie na pół za plecyma, lecz mimo to nam dokuczał, nie tyle przez swoją temperaturę, ile przez to, że podnosił tumany piasku i zasypywał nam nim oczy, uszy i nosy.
— Głupi wiatr! — mruknął Parker z niechęcią. Musiał przecież wiać teraz, zamiast zaczekać, aż będziemy nad wodą? Nie podobna prawie patrzyć ani oddechać.
— Nie rezonujcie, mr. Parkerze! — odrzekłem. — Ja się cieszę i powiadam wam, że ten wiatr bardzo mi teraz na rękę.
— Na rękę, powiadacie? Istotnie, nie rozumiem, z jakiego powodu.
— Mam na myśli Winnetou.
— Jego? Czemużto?
— Czyż nie widzicie, że ten wiatr, pędząc piasek w górę, zaciera ślady Komanczów? Nie moglibyśmy iść za nimi, gdyby nie tyczki.
— Tak, zapewne, że widzę — ale co to ma wspólnego z Winnetou?
— Bardzo wiele, bo jego ślady zatrą się także.
— Hm! Czy to dla nas nie obojętne?
— Bynajmniej. Przecież Winnetou musi powbijać tyczki aż do pułapki, nieprawdaż?
— Yes.
— Musi zatem kawałek wjechać w kaktusy, w których chcemy wziąć do niewoli Komanczów, ale nie może tam pozostać, lecz musi zawrócić.
— To się przecież rozumie samo przez się, bo gdyby tego nie uczynił, byłby sam pojmany. To i ja pojmuję, sir.
— Ale skutków nie pojmujecie widocznie.
— Jakich skutków?
— Że czerwoni spostrzegliby jego ślady i dowiedzieliby się, że zawrócił. Czy nie obudziłoby to w nich podejrzenia?
— Być może!
— To nie tylko może być, lecz stałoby się niewątpliwie. Ci czerwoni to doświadczeni i przebiegli hultaje, a wy, jako westman powinnibyście odgadnąć zaraz myśli, jakieby im przyszły i przyjść musiały z tego powodu.
— No, spróbuję odgadnąć! Uważają ślady Winnetou i jego Apaczów za trop Komanczów Sziba Bigha. Wiedzie on w kaktusy i zaraz potem prowadzi w bok. Cóż innego mogliby pomyśleć, jak to, że Sziba Bigh zajechał za daleko, że zabłądził, i że droga właściwa nie prowadzi w kaktusy, lecz w tym kierunku, w którym on ruszył. Czy to słuszne, mr. Shatterhandzie?
— Tak.
— Nie pójdą zatem w kaktusy, czyli w pułapkę, lecz pojadą nowym tropem. Widzicie, sir, że nie jestem taki głupi, jak wam się zdawało, i że umiem coś odgadnąć.
— Nie masz wcale powodu być zarozumiałym, stary Samie! — zawołał Joz Hawley.
— Tak sądzisz? A to czemu?
— Bo sam nie wpadłeś na tę myśl. Dopiero mr. Shatterhand naprowadził cię na nią.
— Tak? Niech tak będzie. Mimo to niekoniecznie musisz zabierać się do mentorowania upominania mnie.
— Chciałem cię tylko uchronić od przechwałek.
— Mogłeś sobie tego oszczędzić, bo przecież sam nie jesteś...
— Bez kłótni, moi panowie! — wtrąciłem. — Myśl jest, a czy ona pochodzi ode mnie, czy też od mr. Parkera, to wszystko jedno. Nie stawajmy jednak zaraz na niej, lecz myślmy dalej! Komancze ruszyliby więc za nowym tropem Winnetou — a dokąd on ich zaprowadzi, mr. Parkerze?
— Naturalnie, że tutaj, do nas.
— Zapewne. Winnetou nie zostanie tam, lecz ruszy ku nam. Zwróci się najpierw w bok a potem odwróci się znów do tyczek. Idąc za nim, musieliby to zauważyć — i pomyślcie sobie, jaką nieufność mogłoby to w nich wzbudzić! Udanie się całego planu byłoby na szwank wystawione. Tymczasem przychodzi wiatr i niszczy wszelakie ślady. Może nam to nie być przyjemnem? Powiadam wam, że cieszę się tem nadzwyczajnie. Przychodzi właśnie w sam czas, jak gdyby był istotą rozumną i zamierzał nam dopomagać. Winnetou ucieszy się tem tak samo, jak ja.
— Hm, tak — mruknął Parker szukając sposobności do pokazania, że nie potrzebuje mojej pomocy i że sam może wpadać na podobne myśli. — To wcale dobre, co mówicie, mr. Shatterhandzie, ale tylko w takim razie, jeżeli Winnetou dotarł do pola kaktusowego, zanim zaczął wiać ten piękny wiatr.
— Tak jest z pewnością.
— Tak?
— Tak. Śmiem nawet twierdzić, że jest już dawno gotów z wtykaniem palików i że wkrótce już spotka się z nami.
— Jeśli się tylko spotka!
— Niema obawy! Wódz Apaczów wie, co ma czynić. Chyba cudem mógłby nas minąć. Zresztą nazwałbym także prawie cudem to, żeby Komancze mieli tak stale i pełni ufności jechać za nimi. Mnie na miejscu Wupy Umugi wydałaby się ta sprawa już dawno wysoce podejrzaną. A wam nie, mr. Parkerze?
— Dlaczego podejrzaną, sir?
— Sziba Bigh znał drogę od Stu Drzew do oazy Bloody Foxa i musiał powiedzieć Wupie Umugi, jak to daleko. Tymczasem oni jadą i jadą, a oazy jak niema tak niema. Powinni byli wczoraj wieczorem dostać się do niej, a tymczasem jechali dziś jeszcze przez cały dzień i nie dotarli do celu. Jeśli to nie jest podejrzane, to chyba niema nic bardziej podejrzanego na świecie.
— To słuszne, zaiste. Powinni byli zatrzymać się już dawno i rozważyć całą sprawę. Prawdopodobnie przypuszczają, że Sziba Bigh pomylił się, mówiąc o drodze i oddaleniu, albo, że go nie zrozumieli.
— Tak będzie prawdopodobnie, ale do tego należy dodać jeszcze coś, co musi pędzić ich naprzód, a mianowicie pragnienie. Od wczoraj zrana nie mieli wody dla siebie ani dla koni. Jeśli zawrócą, będą musieli jechać dwa dni, zanim ją znajdą w Stu Drzewach. Wolą jechać dalej, gdyż paliki wiodą ich do oazy, która każdej chwili może się przed nimi wynurzyć. Że to przypuszczenie moje jest słuszne, tego dowodzi ich pośpiech.
— Jadą szybko i...
Utknął w pół zdania, zatrzymał konia, wskazał ręką przed siebie i mówił dalej pospiesznie:
— Zawrócili! Naprawdę nabrali podejrzenia i zawrócili. O, tam nadchodzą, tam nadchodzą!
Ten okrzyk strachu zwrócił naszą uwagę na widnokrąg przed nami, na który nie zważałem z powodu rozmowy. Tam rzeczywiście znajdowali się ludzie. Nie mogliśmy gołe m okiem rozpoznać, czy się ruszają. Wziąłem do rąk perspektywę i zwróciłem ją na nich. Już w kilka chwil mogłem wszystkich uspokoić, mówiąc:
— Nie mamy powodu lękać się, bo to nie są Komancze, lecz Winnetou. Widzicie, że miałem słuszność, twierdząc, że niebawem spotka się z nami.
— Czy możecie go poznać, sir? — zapytał mnie Old Surehand.
— Teraz jeszcze nie.
— Więc musimy być ostrożni!
— To zbyteczne. Jedziemy dalej!
— A gdyby to była tylna straż Komanczów?
— Byłaby w ruchu, a ci tam pokładli się na ziemi.
— Czyż nieprzyjaciele nie mogliby także tego uczynić?
— Tak, lecz Winneton pokazuje mi, że to on.
— Jakto?
— Macie tu znów sposobność podziwiać bystrość i rozwagę tego wodza Apaczów. Objechał Komanczów łukiem a potem zatrzymał się za nimi, ażeby na nas zaczekać. Domyśla się oczywiście, że moglibyśmy jego ludzi uważać za Nainich, więc w ten sposób usadowił swój oddział, że potem możemy poznać na pewno, iż to on właśnie. Macie tu mój dalekowidz i popatrzcie sami, mr. Surehandzie!
Uczynił to i rzekł przychylnie:
— To rzeczywiście sprytne, bardzo sprytne z jego strony!
— No?
— Ci ludzie tam nie leżą tuż przy sobie, lecz tak, że tworzą rysunek strzały.
— A dokąd zwraca się ostrze?
— Nie ku nam, lecz ku południowemu wschodowi, a zatem od nas.
— Ta strzała ma nam wskazać kierunek, w którym mamy jechać spokojnie, a więc Winnetou daje nam znać, że możemy bez obawy jechać dalej. Powiedzcie mi szczerze, mr. Surehandzie, czy na jego miejscu wpadlibyście na ten pomysł?
— Chyba nie. A wy, mr. Shatterhandzie?
— Jeśli może nie na ten, to w każdym razie na podobny. Rozumie się samo przez się, że tu był potrzebny znak, dający nam jakieś wyjaśnienie. Ale ta szczególna pozycya Apaczów powiada nam nietylko, że mamy przed sobą Winnetou, lecz zarazem daje nam pewność, że sprawa stoi tak, jak sobie tego życzymy.
— Ja też tak myślę, gdyż Winnetou nie rozkładałby się tak spokojnie, gdyby się stało coś przeciwnego naszym zamiarom. Wszystko zatem jest dobrze. Poza tem jednak mam pewną wątpliwość, której nie ukrywałbym przed wami, gdybym wiedział, że nie weźmiecie mi jej za złe.
— Wziąć za złe? Ani mi przez myśl nie przejdzie. Wśród towarzyszy, jakimi przecież jesteśmy, ma każdy prawo a nawet obowiązek wypowiedzieć swoje zdanie. A jeśli zwrócicie moją uwagę na jakiś błąd, lub zaniedbanie, to mogę wam być tylko wdzięcznym za to.
— Moja wątpliwość nazywa się — woda.
— Tak, więc woda?
— Tak; czy mogę wam to wyjaśnić.
— To zbyteczne, bo wiem, co macie na myśli. Jeśli chcemy Komanczów pokonać zapomocą pragnienia, to musimy się postarać o to, żebyśmy go sami nie cierpieli.
— Tak jest. Na dziś jesteśmy wprawdzie zaopatrzeni w wodę, ale może upłynąć cały dzień jutrzejszy, zanim załatwimy się z Wupą Umugi, a potem znów dzień nam zejdzie, zanim dostaniemy się do oazy. Na dwa dni nie mamy niestety wody. W dodatku Komanczom będzie jej jeszcze bardziej potrzeba, aniżeli nam.
— Tak, tyle wody rzeczywiście nie mamy, lecz mogę was uspokoić, że mimo to nie będziemy cierpieli pragnienia.
— Rzeczywiście nie?
— Nie. Tę waszą wątpliwość usunąłem po cichu już dawno.
— Ach! Pomyśleliście już nad tem?
— Pewnie! Byłbym najlekkomyślniejszym człowiekiem na świecie, gdybym był ułożył plan, wedle którego przeszło trzysta ludzi i koni ma zajść na Llano Estacado, i gdybym był przy tem zapomniał o wodzie. Czy rzeczywiście uważaliście mnie za takiego nierozważnego?
— Nie, ale tej wody można dostać tylko w oazie. A może jest jeszcze gdzieś jakieś znane wam źródło?
— Nie. Sprowadzimy ją z oazy.
— W jaki sposób? Oddalona stąd o dzień drogi więc muszą upłynąć przynajmniej dwa dni, zanim ludzie, wysłani po nią, zdołają wrócić. To nie dobre.
— Mylicie się. Tym posłańcom wystarczyłaby noc na jazdę tam, a jutro wieczorem byliby już z powrotem.
— Ale ich konie nie wytrzymają.
— To też zbyteczne, bo wracać wcale nie muszą.
— Hm! Nie mam pojęcia, jak sobie z tem poczniecie.
— To bardzo proste, sir, zrobimy to zapomocą koni rozstawnych.
— Ach! To istotnie najprostsze i najlepsze. Że też sam na to nie wpadłem.
— Nasi Apacze mają mnóstwo worów na wodę, a do tego dołączy się wory Bloody Foxa. Poślemy je do oazy, a na to nie potrzeba wielu ludzi, lecz koni. Ci ludzie ustawią się w pewnych odstępach na linii, wiodącej do oazy. Nikt więc z ludzi, ani żaden z koni, nie będzie odbywał całej drogi; będzie chodził tylko od jednego posterunku do drugiego. Tak to rozumiem.
— W takim razie muszę was prosić o przebaczenie, sir! Wy myślicie o wszystkiem. Czy umówiliście się o to z Winnetou?
— Nie. O tem nie padło między nami ani słowo, ale znamy się wzajemnie i wiemy, że żaden z nas nie zaniedba potrzebnego zarządzenia. Ale co to jest? Apacze nie mają koni, oprócz Winnetou. Ach! Czy wyobrażacie sobie, dlaczego mr. Surehandzie?
— Nie — odpowiedział.
Podczas tej rozmowy nie zatrzymywaliśmy się oczywiście, lecz jechaliśmy dalej i zbliżyliśmy się tak do Apaczów, że już widzieliśmy ich dokładnie. Porzucili już rysunek strzały i stali obok siebie, patrząc na nas. Koni przy nich nie było, prócz karego Winnetou.
— Poznacie teraz znowu, że wasze obawy były płonne — oświadczyłem Old Surehandowi. — Winnetou troszczył się tak samo i uprzedził mnie nawet. My zazwyczaj spotykamy się w naszych postanowieniach.
— Czy sądzicie, że swoje konie i wory na wodę posłał już do oazy?
— Tak. Widzicie przecież, że ma przy sobie najwyżej z trzydziestu ludzi, a Blody Foxa także już niema. Pojechał pewnie z resztą do oazy po wodę.
— To byłoby rzeczywiście zdumiewające, gdyby Winnetou miał tę samą myśl, co i wy.
— Miał ją; mogę was o tem zapewnić.
Gdy w kilka minut potem dojechaliśmy do Winnetou i jego ludzi, przystąpił do mnie i powiedział:
— Mój brat Charley zrozumiał mnie, ujrzawszy naszą pozycyę. Chciałem mu powiedzieć, że to nie Komancze.
— Jak daleko oni przed nami? — spytałem.
— Jechali bardzo szybko, bo mają pragnienie, lecz będą się musieli wkrótce zatrzymać, bo słońce już nad horyzontem.
— Tak, za kwadrans będzie już ciemno. Jak, daleko jeszcze stąd do pola kaktusowego?
— Dwie godziny.
— To nie dostaną się tam już dzisiaj, gdyż będziemy ich jutro za dnia mieli w pułapce, a nie dzisiaj wieczorem. Wojownicy mego czerwonego brata nie mają przy sobie koni. Czy Winnetou posłał ich z worami do oazy po wodę?
— Tak. Bloody Fox, który zna prostą drogę, wziął ich ze sobą, żeby ich porozstawiać w odstępach i drogę wyznaczyć pozostałemi nam tykami. Ale wory, które mieli ze sobą, nie wystarczą.
— To poślemy nasze za nimi, skoro tylko obóz rozbijemy. Musiałeś chyba liczyć na to.
— Tak. Wiatr się zerwał i zawiał moje ślady; nasz plan uda się znakomicie. Teraz jedźmy dalej, żeby być jak najbliżej Komanczów. Gdy jutro wjadą w kaktusy, musimy tak szybko podążyć za nimi, żeby, skoro tylko powstanie w nich podejrzenie, nie mieli już miejsca do odwrotu ani do ujścia bokiem.
Dosiadł konia i ruszyliśmy dalej. Jego ludzie musieli wprawdzie iść pieszo, lecz dotrzymywali nam kroku tak dobrze, że zachowaliśmy potrzebną nam szybkość. Nawet po nastaniu ciemności jechaliśmy jeszcze od tyczki do tyczki, dopóki nie zrozumieliśmy, że musimy stanąć, nie chcąc teraz jeszcze zetknąć się z nieprzyjacielem.
Wiatr tymczasem już osłabł a niebawem ustał zupełnie. Ciemno było tylko, dopóki sierp księżycowy nic wyszedł na niebo. Przedtem jeszcze wpakowaliśmy próżne wory na konie, a gdy zrobiło się jaśniej, ruszyła z niemi część Apaczów. Winnetou pojechał odprowadzić ich do pierwszej stacyi, której miejsca nie znali. W ten sposób postarano się o wszystko, co potrzebne, i mogliśmy paść w objęcia snu, który nam się bardzo przydał. Skoro Winnetou wrócił, położył się obok mnie, nie budząc mnie. Drugi na jego miejscu byłby mnie pewnie obudził, ażeby donieść mi o tem, co uważałby za stosowne — on jednak wiedział, że między nami tego nie było potrzeba.
Chociaż położył się spać później od nas, zbudził się nazajutrz przed nami. Na śniadanie nie traciliśmy czasu, gdyż mogliśmy jeść po drodze. Napiliśmy się tylko wody a resztę daliśmy koniom, którym jej było za mało. W ten sposób wypróżniła się reszta worów a Winnetou posłał je przez kilku swoich ludzi zaraz na rozstawy. Nie potrzebował jechać z nimi, bo za dnia wystarczyło im dokładne pokazanie kierunku.
Ruszyliśmy znowu dalej i to w tempie tak szybkiem, że piechurowie zostali w tyle; mogli przybyć później. Spoglądałem pilnie przez lunetę i przekonałem się, że wczoraj wieczorem zbliżyliśmy się bardzo do Komanczów, w kwadrans bowiem później dotarliśmy już do miejsca, na którem obozowali i zobaczyliśmy, że na krótki czas przedtem wyruszyli.
Niebawem dostrzegłem już ich samych. Winnetou wziął także dalekowidz do ręki, patrzył przez chwilę i rzekł z zadowoleniem:
— Jadą bardzo powoli. Czy mój brat widzi?
— Tak. Konie znużone dwudniową drogą bez wody.
— A oni sami cierpią z powodu pragnienia. Mimo to będą się długo wzbraniali poddać.
— Dla Wupy Umugi jest pewien większy przymus, aniżeli pragnienie.
— Mój brat ma na myśli gusła wodza Komanczów. To bardzo dobrze, że brat zabrał je z Doliny Zajęczej. Zwycięstwo będzie nietrudne a powrót wygodny, bo Old Shatterhand wziął do niewoli Komanczów Nale Masiuwa i oddał ich dragonom.
To było pierwsze słowo, jakie padło między nami w tej sprawie. To, że nie było Nale Masiuwa ani konnicy, musiało być wbrew jego oczekiwaniom a mimo to nie zapytał mnie wcale. Ktoś inny nie byłby spoczął, nie dowiedziawszy się czegoś o tem ode mnie, on zaś nie rzucił ani jednego pytania i w swej nieporównanej bystrości odgadł wszystko, jak dowodziły jego słowa. To dało mi sposobność do opowiedzenia mu, w jaki sposób Nale Masiuw dostał się nam w ręce i jak pozbyliśmy się tego balastu. Na końcu opowiadania wydał pełne zadowolenia „uff!“ i dodał:
— Mój brat postąpił całkiem właściwie. Czerwoni byliby dla nas ciężarem już ze względu na samą wodę, a także biali jeźdźcy, których nie potrzebujemy do pochwycenia Wupy Umugi. Nale Masiuw jest dostatecznie ukarany utratą koni, a oprócz tego postradał strzelby swoich wojowników. Winnetou dowie się, czy komendant dotrzyma słowa i czy daruje im życie. Jeśliby je złamał lub porwał się choćby na jednego, to zapłaci mi za to życiem. Howgh!
Na tem skończyliśmy sprawę a co do jego groźby końcowej, nie miałem potrzeby tracić słów; brał ją poważnie i wykonałby pewnie, gdyby się później okazało, że komendant nie dotrzymał przyrzeczenia.
Odległość od kaktusów ocenił Winnetou na dwie godziny drogi, lecz upłynęło aż trzy, tak powoli jechali Naini dzięki znużeniu koni. Byliśmy stale za nimi w takiem oddaleniu, że nie mogli nas dostrzedz, gdy tymczasem my widzieliśmy ich przez lunety. Nie tworzyli jednego szeregu, lecz jechali szeroko obok siebie i za sobą. Po upływie wspomnianych trzech godzin ścisnęli się i zaczęli tworzyć wązką linię.
— Aha, otóż i chwila rozstrzygająca! — rzekłem do Winnetou. — Nie zatrzymują się; widocznie nic nie podejrzywają.
— Tak — potwierdził — przybyli do wązkiego otworu wiodącego w kaktusy. Nie mogą tego pola objąć wzrokiem i zdaje im się, że nie będzie bardzo szerokie, skoro je Sziba Bigh przejechał. Oprócz tej ufności pędzi ich tam jeszcze pragnienie. Tam, gdzie rosną kaktusy, musi być wilgoć, która wydobyła z ziemi te rośliny, więc przypuszczają, że za niemi musi się znajdować oaza. Nie widzą tego, że ta wilgoć jest tylko podziemna, i że jej bardzo mało.
Wkrótce ujrzeliśmy także kaktusy, które tysiącami pokrywały przestrzeń nie do objęcia okiem ani na szerokość ani na długość. Wązki jasny pas wiódł do środka i tworzył rodzaj drogi o tak nieurodzajnym gruncie, że ani jeden korzonek nie znalazł w nim pożywienia dla siebie. W tem miejscu właśnie, kazał Winnetou wbić w ziemię tyczkę, żeby Komanczów upewnić, że tu mają wejść między kaktusy.
Uczynili to istotnie bez namysłu i weszli już w głąb tak daleko, że kiedy dojechaliśmy do skraju kolczastej gęstwiny, zniknęli nam z oczu w oddali. Tu zatrzymaliśmy się oczywiście i pozsiadaliśmy z koni. Przywiązaliśmy konie do palików poza doniosłością strzału, ażeby, w razie nieoczekiwanego zresztą oporu nie doznały jakiego szwanku. a sami zajęliśmy pozycyę, panującą nad drogą od wejścia daleko w głąb, niezdobytą dla powracających Komanczów.
Ta droga miała z początku szerokość dwudziestu może kroków, lecz już na odległość strzału od nas zwężała się tak bardzo, że mogła pomieścić zaledwie czterech albo pięciu jeźdźców obok siebie. Gdyby Komanczom przyszła była szalona myśl zaatakowania, mielibyśmy przed sobą kolumnę ich szeroką co najwyżej na pięciu a głęboką na trzydziestu jeźdźców. Szósta lub piąta część nas wystarczyłaby do odparcia takiego ataku. Kule nasze powaliłyby tylko pierwsze szeregi, a one utworzyłyby wał, przez który reszta nie mogłaby się przedostać, zwłaszcza, że z powodu kaktusów nie mogliby go obejść ani prawą ani lewą stroną.
W ten sposób udało nam się nareszcie zwabić nieprzyjaciela w znakomitą pułapkę, i mogliśmy już spokojnie czekać na to, co teraz pocznie. Co pocznie? Musi wrócić, skoro dojdzie do miejsca, gdzie droga się kończy i gdzie już dalej iść nie można — musi wrócić.
Czekaliśmy jedną godzinę, dwie a nawet dłużej, ale Komancze nie nadchodzili. Prawdopodobnie nie zawrócili zaraz z końca drogi, lecz zatrzymali się, by się naradzić — ale przyjść musieli niewątpliwie. Staliśmy więc z natężonym wzrokiem, zwróconym tam, skąd mieli nadejść.
— Uff! — zawołał nareszcie Winnetou, wzkazując ręką przed siebie.
Bystrym wzrokiem dojrzał ich, zbliżających się ku nam; nadciągali zwolna, znużeni i rozczarowani. Nie dostrzegli nas jeszcze, ponieważ siedzieliśmy na ziemi a konie stały daleko na pustyni. Wnet jednak utknął długi i wązki korowód; zobaczyli nas, a my wstaliśmy, by się pokazać.
Jeśli sądzili, że mieli za sobą dragonów, to poznali teraz, że się mylili. Byli tak blizko, że musieli zrozumieć, iż nie mają przed sobą białych, lecz Indyan.
— A to strach dla nich! — rzekł stojący obok mnie Old Surehand.
— Strach? Jeszcze nie — odrzekłem.
— Ależ z pewnością!
— Nie. To jeszcze nie strach, lecz zdumienie.
— Czemu?
— Przecież mogą nas jeszcze uważać za Komanczów Nale Masiuwa.
— To prawda.
— Ale choćby i tak, musi ich dziwić nasza obecność, bo byli pewni, że Nale Masiuw pędzi za nimi dragonów.
— To słuszne! Ciekawym, co też uczynią.
— Wiem, co uczynią. Wyślą jednego lub dwu wojowników naprzód, ażeby się dowiedzieć, kto jesteśmy. O widzicie, już jadą!
Zobaczyliśmy, że dwaj oddzielili się od reszty i zbliżali się do nas powoli, nie na koniach, lecz pieszo.
— Czy mój brat pójdzie ze mną naprzeciwko nich! — zapytałem Winnetou.
— Tak, chodźmy — odrzekł.
Szliśmy tak samo powoli, jak oni, naprzeciw nich, między kaktusy. Ujrzawszy, że jeden z nas jest czerwony a drugi biały, stropili się i stanęli. Skinęliśmy na nich, aby się zbliżyli, a sami szliśmy dalej. Na to podeszli bliżej z wahaniem, ale wkrótce znowu stanęli.
— Niech brat Shatterhand mówi! — rzekł Winnetou.
Kiedy trzeba było mówić, pozostawiał mi zazwyczaj pierwszeństwo. Zawołałem więc do Nainich.
— Niechaj wojownicy Komanczów zbliżą się śmiało! Chcemy z nimi pomówić — i nic im się nie stanie, jeśli nie spróbują użyć przeciwko nam broni.
Na te słowa przyszli. Zawołałem ich, bo nie chciałem pójść do nich, gdyż w ten sposób byłbym się dostał w doniosłość strzału Komanczów. Spotkaliśmy się mniej więcej w połowie drogi, lecz oni nie chcieli zbliżyć się do nas zanadto.
— Wódz Komanczów, Wupa Umugi, wysłał was, by się dowiedzieć, kto jesteśmy — rzekłem. — Czy mnie poznajecie?
— Nie — odrzekł starszy z nich, przyczem oczy obydwu spoczywały z trwożnem uszanowaniem na Winnetou.
— A tego czerwonego wojownika, który stoi tu przy mnie, także nie?
— Uff! To Winnetou, Wódz Apaczów.
— A ja jestem Old Shatterhand, jego biały brat przyjaciel.
— Uff, uff! — zawołali obydwaj i zaczęli mi się przypatrywać dokładnie. O ile zatrwożył ich już widok Apacza, o tyle wzmogła się ta trwoga na dźwięk mego nazwiska. Starali się ją jednak ukryć.
— Sądziliście, że macie za sobą białych jeźdźców? — mówiłem dalej.
Nie otrzymałem na to odpowiedzi.
— A za nimi miał przyjść Nale Masiuw?
— Skąd Old Shatterhand wie o tem? — zapytał starszy.
— Ja wiem jeszcze więcej — wiem wszystko. Chcieliście białych jeźdźców wciągnąć w pułapkę, a teraz sami w niej siedzicie. Popatrzcie przed siebie! Tam stoi trzystu wojowników Meskalerów gotowych wystrzelać was do nogi, jeśli zechcecie się bronić.
— Uff, uff!
— Nie możecie bezwarunkowo powrócić i przejść tędy; musicie się poddać. Jeśli tego nie uczynicie, to albo was wystrzelamy albo będziecie musieli w tej kaktusowej puszczy zginąć nędznie z pragnienia.
Spojrzeli po sobie, a chociaż z ogromnym wysiłkiem, starali się ukryć wrażenie słów moich, widać było, że zdjęło ich wielkie przerażenie. Następnie zapytał ten, który odpowiadał dotychczas:
— Gdzie są biali jeźdźcy?
— Czy myślisz, że ci to powiem?
— A gdzie Nale Masiuw?
— I tego ci nie powiemy. Natomiast spytam się ciebie, gdzie jest Sziba Bigh i jego pięćdziesięciu Komanczów.
— Uff! Sziba Bigh? Tego nie wiemy!
— Ale my wiemy.
— Gdzie?
— W każdym razie nie tu przed wami. Wam się zdawało, że idziecie za nim, a tymczasem on wcale nie jechał przed wami.
— Dlaczego nie?
— Jesteście zwykłymi wojownikami, a myśmy obaj wodzowie.; zwykle rozmawiamy tylko z wodzami. Nie myślimy więc odpowiadać wam na pytania. Powiem wam tylko jedno, co doniesiecie Wupie Umugi.
— Powiemy mu o tem.
— Szliście przez dwa dni wzdłuż palików, bo sądziliście, że to Sziba Bigh pokazuje wam nimi drogę. Tymczasem nie on, lecz Winnetou powtykał je w ziemię, ażeby was w błąd wprowadzić.
— Uff! Czy to prawda?
— Old Shatterhand zawsze mówi prawdę. Sziba Bigh nie mógł wam pokazać drogi, bo wzięliśmy go do niewoli. Tak samo w niewoli jest Nale Masiuw ze wszystkimi wojownikami. Dostał się w ręce nam i białym jeźdźcom, których ostrzegliśmy przed nim i przed wami. To macie powiedzieć Wupie Umugi.
Wypatrzył się na mnie z przerażeniem i zawołał:
— Wupa Umugi nie uwierzy temu!
— Nam obojętne, czy on uwierzy, czy nie, ale to prawda.
— Wiemy, że Old Shatterhand miłuje prawdę, ale to, co teraz mówi, nie chce nam się pomieścić w uszach. Czy byłby gotów sam powiedzieć to naszemu wodzowi?
— Dobrze!
— To wrócimy do Wupy Umugi i doniesiemy mu o tem.
— Tak — a my zaczekamy tutaj na niego.
Poszli, a my usiedliśmy na ziemi. Gdy doszli do towarzyszy, poznaliśmy po ich ruchach, jakie wrażenie wywarła na nich wiadomość. Wszyscy pozsiadali z koni, na których dotąd siedzieli. Po chwili podszedł jeden z nich ku nam; nie był to Wupa Umugi, lecz ten sam człowiek, z którym mówiliśmy przedtem. Przyszedłszy do nas, powiedział:
— Wódz Komanczów słyszał nasze słowa, ale nie chce im uwierzyć. Chciałby je usłyszeć z ust waszych.
— Dobrze — czemu go niema?
— Tu jest Old Shatterhand i tu jest Winnetou, wódz Apaczów, więc Wupa Umugi nie chce sam przybyć tutaj.
— Dobrze, dwu na dwu. Niechaj kogoś weźmie ze sobą.
— Będzie z nim Apanaczka, drugi wódz Nainich.
— Nie mamy nic przeciw temu.
— Old Shatterhand i Winnetou mają broń przy sobie, więc Wupa Umugi i Apanaczka mogą także przyjść z bronią?
— Na to zgadzamy się także.
— I nic im nie grozi?
— Nic.
— A potem będą mogli wolno powrócić, gdy rozmówią się z wami?
— Tak.
— Uwierzymy temu, jeśli Winnetou i Old Shatterhand przyrzekną to pod słowem.
— Przyrzekam. Howgh! — odrzekł Winnetou.
— Ja już raz powiedziałem, więc nie potrzebuję powtarzać — oświadczyłem. — Co Old Shatterhand powie, to jest jako przysięga. Zresztą muszą Wupa Umugi i Apanaczka być bardzo tchórzliwymi wojownikami.
— Są najodważniejsi i najwaleczniejsi z całego szczepu. Dlaczego Old Shatterhand obraża ich, uważając ich za tchórzów?
— Ponieważ pytasz, czy wolni powrócą.
— To pytanie zadaje się zawsze, ilekroć nieprzyjacielscy wojownicy schodzą się na naradę między swoimi oddziałami.
— Czy my zadaliśmy to pytanie?
— Nie — przyznał z zakłopotaniem.
— Spojrzyj za siebie i spojrzyj przed siebie. Tam stoją Apacze, tam Komancze — a my znajdujemy się tu, w samym środku. Żadna ze stron, które się tu schodzą, nie ma nic więcej od drugiej. Jeśli Wupa Umugi i Apanaczka żywią przeciw nam jaki podstęp, to niebezpieczeństwo jest dla nas takie samo, jak dla nich, gdybyśmy ich chcieli oszukać. Dlatego nie pytaliśmy o nasze bezpieczeństwo — ty zaś żądałeś przyrzeczenia, że wrócą wolni. Kto tu jest odważny — a kto tchórzliwy? Czy Wupa Umugi kazał ci się pytać w ten sposób?
— Tak.
— To powiedz mu, żeby nabrał odwagi i przyszedł do nas! My dotrzymujemy słowa i jesteśmy zbyt dumni, żeby się porywać na Komancza, który takiemi pytaniami dowodzi, że nie posiada odwagi.
Odszedł.
— Mój brat powiedział to bardzo dobrze — pochwalił mnie Winnetou, który zresztą na mojem miejscu byłby mówił tak samo.
Byłem ciekawy poznać Apanaczkę, który, sądząc po nazwie, musiał być znakomitym wojownikiem, gdyż w języku Komanczów oznacza ten wyraz człowieka pod każdym względem dobrego i dzielnego.
Niebawem przyszli obaj, wyprostowani i dumni, jak ludzie, wiedzący o swej korzystniejszej sytuacyi. Chcieli nam zaimponować tą postawą, co im się jednak nie mogło udać. Nie rzekłszy słowa, usiedli naprzeciw nas, ze strzelbami położonemi wpoprzek na kolanach, kierując na nas chłodne spojrzenie. Nie daliśmy się tem złudzić, wiedząc, że wewnątrz u nich było całkiem inaczej, aniżeli na zamaskowanych pewnością twarzach.
W Apanaczce spodziewałem się ujrzeć człowieka starszego; tymczasem był jeszcze młody — i przyznać muszę, że prócz Winnetou nie widziałem jeszcze nigdy takiego zajmującego Indyanina.
Nie był zbyt wysoki, lecz nadzwyczaj silnie zbudowany. Daremnie też szukałem w jego twarzy typu Indyanina. Nie było w niej ani trochę skośnych oczu ani wystających kości policzkowych. Miał długie ciemne włosy, związane na szczycie głowy. Wyglądały przytem niemal na kędzierzawe i tylko dzięki pielęgnacyi trzymały się sztywnie i prosto. Mimo ciemne to zabarwienia twarzy, wydało mi się, że nad górną wargą, na brodzie i policzkach leży ów szczególny niebieskoczarny cień, jaki widzi się po ogoleniu u ludzi z czarnym zarostem. Czyżby ten Apanaczka, wbrew fizyologicznym właściwościom Indyan, posiadał tak gęstą brodę, że musiał się aż golić? Skąd by miał mydło? Jak wiadomo, Indyanie nie golą się, lecz wyrywają sobie skąpy zarost, dopóki nie przestanie się wykłówać. Ten Indyanin był bardzo sympatyczny. Twarz jego zrobiła na mnie takie wrażenie, że nazwałbym je uczuciem swojości. Czyżbym go widział już kiedy? Nie — z pewnością nie. Ale w takim razie musiała gdzieś wśród obecnych lub dawniejszych moich znajomych znajdować się twarz, podobna do niego. Z szybkością błyskawicy wynurzyło się w mojej pamięci setki i tysiące takich twarzy, ale odpowiedniej między niemi nie było. To szczególne, że to, co najbliżej człowieka, jest częstokroć równocześnie najdalej!
Ilekroć nieprzyjacielscy wodzowie schodzą się na naradę, zwykle nie ten jest najdostojniejszy, kto pierwszy zabiera głos. Im wyżej się ceni, tem dłużej otacza się milczeniem. Uchodzi to za przyjęte, iż ten czuje potrzebę mówienia, kto ma szczególny powód sypania grzecznych słówek. Wupa Umugi chciał widocznie udawać, jakoby mu nic nie zależało na porozumieniu; milczeli więc, a twarz jego świadczyła, że nie przemówi, zanim nie zostanie zagadnięty. Mogłem się na to zgodzić, bo mieliśmy sporo czasu, o wiele więcej od niego.
Spojrzałem na Winnetou, a krótkie mgnienie oka wystarczyło mi, by nabrać przekonania, że nie chciał rozpoczynać rozmowy. Zaczekałem więc jeszcze przez chwilę, a gdy nikt nie przerwał milczenia, rozciągnąłem się na ziemi, jak długi, i wsunąłem rękę pod głowę; jak człowiek, chcący wypocząć albo usnąć. To zachowanie się osiągnęło zamierzony skutek, chociaż na razie tylko w połowie, bo Wupa Umugi rzucił okiem na Apanaczkę, który dzięki temu odezwał się:
— Old Shatterhand i wódz Apaczów, Winnetou, chcieli z nami pomówić.
Leżałem dalej, nie odpowiadając, a Winnetou milczał także. Wtem Apanaczka powtórzył swoje słowa:
— Old Shatterhand i wódz Apaczów Winnetou chcieli z nami pomówić.
I teraz jeszcze nie otrzymał odpowiedzi. Powiedział to samo jeszcze raz — a wtedy dopiero podniosłem się powoli i rzekłem:
— To, co tu słyszę, dziwi mnie bardzo. Nie my to chcieliśmy mówić z wami, lecz zapytano nas, czy chcielibyśmy powiedzieć Wupie Umugi to, co jego wojownikowi wydało się niemożebnem. Pozwoliliśmy mu przyjść tutaj, a on siedzi teraz, jak gdyby zupełnie nie był ciekaw, co się stało. Czemu milczy i każe Apanaczce mówić za siebie? Czy nie uważa się za dość mądrego? On chciał z nami pomówić, nie Apanaczka, ale skoro ust nie otwiera, to zgadzamy się na to. Mamy tyle wody i mięsa, ile nam potrzeba i jeśli on ma także tyle czasu co my, to niech milczy dalej!
Udałem, że chcę się znowu położyć. To pomogło, bo Wupa Umugi rzekł:
— Niechaj Old Shatterhand siedzi i wysłucha słów moich.
— Słucham — odparłem krótko.
— Old Shatterhand twierdził, że Nale Masiuw pojmany razem z wojownikami?
— Powiedziałem tak, bo to prawda.
— Gdzie dostał się do niewoli?
— Pod Stu Drzewami.
— Do czyjej?
— Mojej, Apaczów i białych jeźdźców, którzy połączyli się z nami.
— Sziba Bigh ma być także w niewoli?
— Tak jest.
— U kogo?
— U mnie i Winnetou.
— Gdzie się to stało?
— W drodze od Stu Drzew, gdy wtykał paliki, ażeby ci wskazać drogę do Bloody Foxa.
— Nie mogę temu uwierzyć!
— To nie wierz sobie!
— Udowodnij to!
— Wupie Umugi trudno żądać dowodów od Old Shatterhanda.
— Jak mogłeś się tak raz za razem zetknąć z Sziba Bighem, z białymi jeźdźcami i z Nale Masiuwem?
— To nie był przypadek, lecz obliczenie.
— Obliczenie? W takim razie musiałbyś był wiedzieć, co wojownicy Komanczów postanowili uczynić!
— Ja też wiedziałem to doskonale.
— Od kogo?
— Od ciebie.
— Uff! Czyż ja ci to powiedziałem?
— Tak.
— Kiedy i gdzie?
— Nad Błękitną Wodą.
— Uff! Wielką łatwowierność przypuszczasz u Wupy Umugi.
— Tego nie. Przypuszczam raczej u ciebie ogromną nieostrożność. Byłeś poprostu ślepy i głuchy i zaniedbałeś niemal wszystko, co należało do takiego przedsięwzięcia, jak wasze.
— Jakiego przedsięwzięcia?
— Śmieszne pytanie! Winnetou podsłuchał był już bardzo dawno dwu wojowników Komanczów, którzy mówili o tem, że macie się udać na Llano Estacado, ażeby napaść na Bloody Foxa; natychmiast tedy pojechał prosto do niego, aby go ostrzedz, a do domu posłał po trzystu ludzi Foxowi ku pomocy. Ci to ludzie stoją teraz tam za kaktusami.
— Uff!.. To to zrobił Winnetou — ale coś ty wiedział?
— Dowiedziałem się o tem od niego. On pojechał do Foxa, a ja wziąłem się ku Błękitnej Wodzie, aby was pod patrzeć i uwolnić Old Surehanda. I jedno i drugie poszło mi gładziej, niż się spodziewałem — i wtedy, kiedyś ty w otoczeniu swoich najlepszych wojowników siedział na brzegu przy ognisku, ja leżałem w trzcinie w wodzie i słyszałem każde słowo.
Wydzierał mu się krzyk wściekłości — ale zdusił go w sobie, wyrzucając z warg coś w rodzaju syku.
— Potem na jeziorze schwytałem cię — mówiłem dalej — a drugiego dnia wypuściłem. Sądziłeś wtenczas, że odjechałem na zachód — tymczasem zwiodłem was i wróciłem napowrót nad Rio Pecos. Tam zastałem dwu wojowników, co czekali na Nale Masiuwa, aby mu pokazać bród. Obserwujemy ich z Old Surehandem, a tymczasem nadchodzą dwaj posłańcy Naje Masiuwa, którzy mieli ci donieść, że ich wódz nie może tak prędko nadejść, ponieważ został napadnięty i pobity przez jazdę białych i że dopiero musi wysyłać do domu po stu nowych wojowników.
— Uff, Uff!
— Kiedy ci dwaj posłańcy rozmawiali z twoimi dwoma wojownikami i kiedy im objaśnili cały plan, my leżeliśmy za najbliższym krzakiem i słyszeliśmy każde słowo.
— Old Shatterhand musi być ulubieńcem złego Ducha; ten mu wskazuje ścieżki, wiodące do tajemnicy — i broni go, gdy po niej kroczy.
— Pshaw!... Potem wysłałeś sześciu ludzi na zwiady. Podsłuchaliśmy ich nad wodą w Alczeze-czi; tam ich potem zabito.
— Uff! Zabito!... Dlategośmy już ich więcej nie oglądali!... Przepłacicie życiem to morderswo!
— Nie chełp się. Jak można być tak głupim i grozić nam, znajdując się w takim, jak ty, położeniu? Nadszedł Sziba Bigh z dwudziestu ludźmi, aby ci wytyczyć drogę do Bloody Foxa. Dodałeś mu jeszcze trzydziestu Nainich; miał z nimi w Stu Drzewach naciąć tyk i poznaczyć wam drogę. Ja o tem wiedziałem — znalazłem się na Llano jeszcze przed nim, opasałem go naszymi trzystu Apaczami i wziąłem do niewoli.
— Uff!... Stawiał opór?
— Tak samo nie, jak ty go nie będziesz stawiał.
— Milcz! My będziemy walczyli.
— Czekaj. Kiedy już był w naszych rękach, pojechaliśmy znów do Stu Drzew. Pousuwaliśmy pale, które powtykał Sziba Bigh, a Winnetou pozakładał je tak, jak są teraz, aby was wciągnąć w to wielkie kaktusowe pole. Jego to mieliście przed sobą, nie Sziba Bigha.
— Uff!
— Zatrzymałem się przy Stu Drzewach, by zaczekać na ciebie. Przybyłeś wieczorem a rano poszedłeś dalej.
— Ale ty nie wiesz, jaki dobry połów mieliśmy tam!
— Pshaw! Kiedy przyprowadzono ci starego Wabble’a z koniem, ja siedziałem tylko o cztery kroki od ciebie, ukryty w krzakach i słyszałem znów każde słowo. Czy teraz wiesz już, skąd wiem o wszystkiem? Od ciebie samego! Rano jechaliście dalej — na swoją zgubę, ponieważ wierzyliście palikom, które wam podstawił Winnetou. My jednak zostaliśmy na miejscu i zaczekaliśmy na białych jeźdźców. Kiedy przybyli, ostrzegliśmy ich, a oni — skoro tylko dowiedzieli się, że zamiast ścigać, sami byli ścigani — okazali natychmiast gotowość do połączenia się z nami przeciw Nale Masiuwowi. Ukryliśmy się, a kiedy Nale Masiuw nadciągnął do Stu Drzew, został przez nas otoczony.
— Czy bronił się?
— Nie.
— Uff! On musiał walczyć, bo to nie tchórz!
— Ale podstępny. Kazałem go wezwać na naradę, na którą mieliśmy przybyć bez broni. Przyszedł z ukrytym nożem. Podczas rozmowy wydobył go, by mnie przebić, lecz powaliłem go pięścią i zabrałem do niewoli. Zrozumiał, że był zgubiony. Nadto odebrałem mu worek z gusłami i zagroziłem mu, że go spalę, że zabiorę mu kosmyk skalpowy a jego samego powieszę. Wtedy zaczął prosić o łaskę, a ja mu jej użyczyłem; wojowników jego wzięto do niewoli i związano.
— Gdzie on teraz?
— Biali jeźdźcy ruszyli z nim za Rio Pecos, gdzie też puszczą go wolno, gdyż darowałem życie jemu i jego wojownikom. Lecz muszą oddać broń i konie.
— Uff, uff!... To dlatego, że zabrałeś mu gusła, bo inaczej nie byłby się poddał!
— Ty poddasz się tak samo, jak on!
— Nie!
— Bo także zabiorę ci gusła.
— Nie możesz mi ich zabrać.
— Dlaczego?
— Bo ich nie mam przy sobie. Wupa Umugi ma nie jeden worek z gusłami, ale kilka — lecz jest na tyle rozumnym, że nie bierze ich ze sobą do walki, gdzie mógłby je łatwo utracić. Nie dostaniesz ich!
— Powiedziałem, że ci je zabiorę, a co powie Old Shatterhand, to zawsze prawda. Sam się przekonasz. A teraz dalej. Mieliśmy już tylko z tobą do czynienia; napełniliśmy wory wodą i ruszyliśmy za tobą. Masz się za rozumnego, a mimo to byłeś tak głupi, że przyszedłeś aż tu za Winnetou, nie zauważywszy, iż nie masz przed sobą Sziba Bigha. Teraz siedzicie otoczeni z trzech stron kaktusami a z czwartej przez Apaczów. Czy wobec tego chcesz walczyć?
— Tak.
— To spróbuj. Wiem jednak, że tego nie zrobisz. Gdybyście nawet zwyciężyli, musielibyście zginąć z pragnienia, bo nie macie wody. Ale zwycięstwo wasze jest także niepodobieństwem. Oglądnij się! Nie macie gdzie rozwinąć się i jesteście tacy stłoczeni, że każda nasza kula musi trafić kilku waszych wojowników. My mamy wodę — a wy jej nie macie. My i konie nasze nie czujemy znużenia, wy zaś macie pragnienie i jesteście śmiertelnie zmęczeni. Rozważ to dobrze!
— Będziemy mimo to walczyć.
— Nie. Jesteś wprawdzie nieostrożny, ale chyba nie zwaryowałeś.
Spuścił głowę i milczał. Upłynęło sporo czasu bez słowa z jego strony — potem dopiero spytał głosem stłumionym:
— Co postanowilibyście o nas, gdybyśmy się wam poddali?
— Darowalibyśmy wam życie.
— Nic więcej?
— Nie.
— Bez koni i bez strzelb nie jesteśmy niczem; nie możemy ich oddać.
— A przecież je oddacie, jeśli tego zażądamy. Jeśli darujemy wam życie, będzie w tem aż nadto łaski. Gdybyście wy zwyciężyli, nie byłoby dla nas łaski, lecz musielibyśmy zginąć u słupa męczeńskiego.
Ścisnął pięści ze złością i zawołał:
— Że też zły duch zaprowadził cię nad Błękitną Wodę! Gdyby nie to, plan nasz musiałby się udać!
— To prawda — i dlatego sądzę, że to nie zły duch lecz dobry zaprowadził mnie nad Błękitną Wodę. Wy nie macie nadziei ujść nam i jeśli się nie poddacie, zginiecie. To chyba musisz zrozumieć.
— Nie, tego nie rozumiem.
— W takim razie opuściła cię dusza.
— Mam ją jeszcze. Pamiętaj o tem, że w naszym ręku znajduje się zabójca Indyan, którego nazywacie Old Wabble’m.
— A cóż on nas obchodzi?
— Może nic?
— Wcale nic.
— On jest zakładnikiem w naszym ręku.
— Pshaw!
— I musi zginąć, jeśli któremuś z naszych stanie się coś złego.
— To niech ginie! Wpadł wam w ręce, ponieważ był mi nieposłusznym, a kto mnie nie słucha, z tym nie współczuję; on się mnie wyparł.
— Więc godzisz się na to, żeby zginął?
— Nie.
— Powiedziałeś to właśnie!
— W takim razie zrozumiałeś mnie fałszywie. Rozumiem to tak, że dla jego ocalenia nie poniosę żadnej ofiary, ale gdybyście go zabili, to pomszczę go na was krwawo; możecie mi wierzyć. Teraz już jestem gotów i nic mam ci nic do powiedzenia.
Wstałem, a Winnetou poszedł za moim przykładem. Komancze też się podnieśli. Apanaczka spojrzał na nas szczególnym wzrokiem. W jego oczach nie było gniewu, złości ani nienawiści ku nam; nazwałbym to niemal przychylnością i czcią, mimo, że starał się ukryć swoje uczucia i myśli. Tem lepiej widzieliśmy, że w Wupie Umugi gotowało się od złości i nienawiści. Szalał i walczył z sobą — nareszcie wybuchnął:
— A myśmy także gotowi!
— I już nie macie nam nic do powiedzenia?
— Teraz już nie!
— Ale później!
— Ja pomówię z moimi wojownikami.
— Zrób to zaraz i nie trać czasu, bo nasza cierpliwość mogłaby się wyczerpać!
— Pshaw! Są jeszcze inne drogi ocalenia!
— Ani jednej!
— Nawet kilka!
— A gdyby nawet sto było, nie przydałoby wam się to na nic. Jeśli nie będzie można inaczej, podpalimy kaktusy.
— Uff! — zawołał przerażony.
— Tak, uczynilibyśmy to, gdyby nie było innego środka do zniewolenia was do poddania.
— Czy Old Shatterhand i Winnetou chcieliby zostać podpalaczami?
— Daj spokój takim pytaniom. W porównaniu z wami podpalacz jest jeszcze dobrym człowiekiem. A zatem pomów ze swoimi ludźmi i donieś nam rychło, co postanowicie.
— Dowiesz się o tem.
Z temi słowy na ustach odwrócił się i odszedł z Apanaczką, ale już nie w tej dumnej postawie, w jakiej przybył. My także wróciliśmy do naszych ludzi, ciekawych usłyszeć, cośmy zyskali na rozmowie z wodzami.
Oczywiście, że od tej chwili nie spuszczaliśmy Komanczów z oka. Chociaż atak z ich strony nie miałby sensu, musieliśmy jednak liczyć się także z tą możliwością i stać w pogotowiu do walki. Widzieliśmy tylko tych, którzy byli na przedzie, ale co się działo w tyle, to było dla nas ukryte. Dosiadłem przeto konia i jechałem krajem kaktusów tak długo, aż miałem przed sobą nietylko ich czoło, lecz bok. Zobaczyłem, że było tu co najwyżej trzydziestu Komanczów, a reszta odjechała głęboko w kaktusy. Wróciłem i zawiadomiłem o tem Winnetou.
— Chcą się przebić nożami przez kaktusy — powiedział.
— Ja także jestem tego zdania. Ale to im się nie uda.
— Nie. Zeschły kaktus jest twardy, jak krzemień, tak, że noże im prędko stępieją.
— Mimo to nie należy zaniedbywać niczego. Pojadę jeszcze raz, by ich obserwować.
— Mój brat może to uczynić, ale to niepotrzebne.
— Czy mogę pojechać razem? — zapytał Parker.
— Dobrze.
— A ja także? — dodał Hawley.
— Tak, ale nikt więcej. Sprowadźcie sobie konie!
Pojechaliśmy ku południowi, gdzie pole kaktusowe tworzyło ku wschodowi załom. Objechaliśmy go, pędziliśmy z godzinę skrajem pola i przybyliśmy do zatoki piasku, wrzynającej się głęboko w kaktusy. Ruszyliśmy nią i jechaliśmy aż do końca. Tu wydobyłem lunetę i zacząłem szukać Komanczów. Zobaczyłem ich na północy jako małe punkciki. Co robili, tego nie mogłem rozpoznać, lecz w każdym razie starali się nożami utorować drogę, drogę przez tę nieprzejrzaną kolczastą gęstwinę. To było niepodobieństwem. Wróciliśmy oczywiście tą samą drogą.
Kiedy wyjeżdżaliśmy z owej piaszczystej zatoki i chcieliśmy już skręcać na zachód, wydało mi się, jak gdyby daleko na południowej stronie Llana poruszało się coś powoli. Zwróciłem tam dalekowidz i przekonałem się, że się nie mylę. Byli to jeźdźcy. Na razie nie mogłem ich jeszcze policzyć, lecz wkrótce zobaczyłem, że było ich ośmiu i że mieli ze sobą cztery juczne konie lub muły. Jechali ku północnemu wschodowi, musieli więc przejeżdżać tylnym skrajem kaktusów, na których froncie stali Apacze. Gdyby tak zauważyli Komanczów i pomogli im przy przebiciu się przez kaktusy? Uważałem to wprawdzie za niepodobieństwo, ale zbyt często przekonywałem się, że dzięki małemu przypadkowi niepodobieństwo stawało się czemś możebnem. Nie mogłem puścić ich dalej w dotychczasowym kierunku, lecz musiałem ich nakłonić do obrania drogi na drugą stronę pola kaktusowego, zwłaszcza gdy zauważyłem, że czterej z jeźdźców byli Indyanami.
Do którego szczepu należeli? Musiałem się tego dowiedzieć, więc pojechaliśmy tak daleko na południe, że znaleźliśmy się na ich drodze i zaczekaliśmy tam. Zobaczyli nas także, zatrzymali się na chwilę, ażeby się umówić, i podjechali ku nam.
Tylko dwu z nich wpadło mi w oko: jeden biały i jeden czerwony. Indyanin miał orle pióro w czuprynie, co dowodziło w nim wodza. Biały był to człowiek długi, chudy, między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką. Odzież jego była bardzo fantastycznie złożona, napół cywilna a napół wojskowa. U lewego boku miał długą szablę. Gdy przybliżyli się do nas, doszedłem do przekonania, że twarz białego nie mogła budzić zaufania.
Zatrzymali się w pewnem oddaleniu, a biały wykonał łaskawy, niedbały niemal ruch ręką do kresy kapelusza i powiedział:
— Good day, boys! Czego włóczycie się tu po tej przeklętej pustyni, he?
— Wyjechaliśmy się przewietrzyć — odrzekłem.
— Przewietrzyć? To osobliwa przyjemność. Gdybym nie musiał jechać przez Llano, niktby mnie tu nie zaprowadził. Kimże wy właściwie jesteście?
— Jesteśmy boye.
— Odpowiadajcie porządnie i nie żartujcie!
— Nazwaliście nas boyami, więc jesteśmy nimi prawdopodobnie.
— Nonsens! Niemam czasu bawić się w takie figle. Jeśli w dzikim Llanie spotka się kogo, trzeba bezwarunkowo dowiedzieć się, kto to.
— To bardzo słuszne.
— Pięknie! Spotkałem was, a zatem... no...?
— My spotkaliśmy was, a zatem... no...?
— Słuchajcie! Wyglądacie na szczególnego oryginała! Nie jestem zwykle taki zgodliwy, ale chcę raz zrobić wyjątek. Widzicie chyba to, że jestem oficerem?
— Być może.
— Czy słyszeliście kiedy o sławnym Douglasie, o generale Douglasie?
— Nie.
— Co? Nie?
— Nie.
— A więc jesteście zupełnie nieobeznani z historyą Stanów Zjednoczonych.
— Możliwe.
— Otóż ja właśnie jestem tym generałem Douglasem.
Przy tych słowach przybrał nagle nadzwyczajną postawę, czego nie uczyniłby chyba prawdziwy generał.
— To ładnie! Bardzo mnie to cieszy, sir!
— Walczyłem pod Bull Rum.
— To wam zaszczyt przynosi.
— Pod Gettysburgiem, pod Harpers Ferry, w górach Chattanoo i w dwudziestu innych bitwach. Byłem zawsze zwycięzcą. Czy temu uwierzycie, sir?
— Czemu nie? — odpowiedziałem.
— Well! Radziłbym wam! Teraz jadę przez Llano. Ci biali to moi służący, a ci czerwoni to przewodnicy. Ich dowódca Mba[1] jest wodzem Szikazawów.
Jeden palec tego wodza był więcej wart, aniżeli cały tak zwany generał. Po chwili zapytałem go:
— Czy wojownicy Szikazawów wykopali topór wojenny przeciwko innemu szczepowi?
— Nie — odpowiedział.
— Ani przeciw Apaczom, ani przeciw Komanczom?
— Nie.
— W takim razie czeka wodza tego spokojnego szczepu, Mbę, wielka niespodzianka. Oto tam po drugiej stronie kaktusów stoi wódz Apaczów, Winnetou, z wielu wojownikami, którzy zamknęli wodza Komanczów, Wupę Umugi, i jego wojowników i chcą go wziąć do niewoli. Czy chcesz się temu przypatrzyć?
— Pojadę tam — rzekł z zaiskrzonemi oczyma.
— Winnetou? — zapytał „generał“. — Ja go muszę zobaczyć. Oczywiście, że tam pojedziemy. A wy kto jesteście, sir?
— Ja należę do oddziału Winnetou, a nazywają mnie Old Shatterhand.
Na to zrobił wielkie oczy, spojrzał na mnie całkiem innym wzrokiem, niż przedtem, i rzekł:
— Wiele o was słyszałem, sir. Bardzo mnie to cieszy, że was poznałem. Oto moja ręka, ręka zwycięskiego generała!
Podałem mu moją, bardzo zadowolony z tego, że dobrowolnie zgodzili się z nami jechać. Mba nie rzekł ani słowa, lecz widać było po nim, iż spotkanie się z nami uważał sobie za zaszczyt. Tem rozmowniejszy był Douglas. Chciał się dowiedzieć o wszystkiem z obecnego starcia się Apaczów z Komanczami, ja zaś powiedziałem tyle, ile było nieodzownie potrzeba, gdyż nie podobał mi się; miał twarz zupełnie łotrowską. Usłyszawszy nazwisko Old Surehanda stropił się tak widocznie, że zrozumiałem, iż między nim a wymienionym musiało coś zajść bezwarunkowo. Postanowiłem sobie mieć go ciągle na oku.
Gdy przybyliśmy do Apaczów, zdziwili się niepomiernie, że wróciłem w towarzystwie, znalezionem w pustyni i przygotowanem do takiej podróży, gdyż konie juczne wiozły wory pełne wody. Wymieniłem nazwiska, a Winnetou pozdrowił Mbę z poważną sympatyą, — generała zaś przywitał z wielką rezerwą. Old Surehand przypatrzył mu się ze zdziwieniem. Zdumiał się jego wyglądem, ale nie znał go widocznie ani trochę. Natomiast oko rzekomego oficera było na niego zwrócone niemal z trwogą a badawczo, a niepokój ustąpił dopiero wtedy, gdy zobaczył, że Old Surehand zachowywał się wobec niego, jak wobec zupełnie nieznajomego. To utwierdziło we mnie przekonanie, że przed tym człowiekiem należy się mieć na baczności. Skorzystałem z najbliższej sposobności, ażeby zapytać Old Surehanda:
— Czy znacie tego niby generała, sir?
— Nie — odpowiedział.
— Nie spotkaliście się z nim jeszcze nigdy?
— Nie. Widzę go dziś po raz pierwszy.
— Przypomnijcie sobie, czy tak jest rzeczywiście.
— Nie mam powodu sobie przypominać, bo tak jest istotnie. Ale dlaczego dopytujecie się w ten sposób, sir?
— Bo on musi być w jakimś stosunku do was.
— Jakto?
— Zląkł się, gdy wymieniłem mu wasze nazwisko.
— Pewnie złudzenie!
— Nie; widziałem to wyraźnie. A teraz przed, chwilą patrzał na was wprost trwożnie.
— Rzeczywiście?
— Tak. Widać było całkiem wyraźnie, że czekał na to z nadzwyczajnem napięciem, czy przypomnicie go sobie.
— Hm! Ja znam bystrość waszych oczu, mr. Shatterhandzie, ale w tym wypadku was zwiodły. Nie mam nic wspólnego z tym Douglasem.
— Lecz tem więcej on z wami, jak się zdaje. Będę mu się dalej przypatrywał.
— Czyńcie to, sir! Zobaczycie, że mam słuszność.
Słońce rzucało na ziemię rozpalone promienie światła i przeszło już południe, a od Komanczów nie nadchodziła odpowiedź. Później dopiero zauważyliśmy wśród nich ruch, który nas przekonał, że byli znów wszyscy razem. Wupa Umugi przekonał się, że niepodobna było wyciąć drogi przez kaktusy i wrócił. Nie pozostało mu nic innego, jak wdrożyć nowe układy. Rzeczywiście ujrzeliśmy też niebawem zbliżającego się Komancza, który z daleka wołał do nas, że obaj wodzowie jeszcze raz chcą z nami mówić. W odpowiedzi zgodziliśmy się na to i poszliśmy na miejsce, gdzie odbyła się pierwsza narada. Przedtem jednak wyjąłem z torby u siodła gusła, zabrane z Doliny Zajęczej. Schowałem je pod bluzę myśliwską tak, że nie było ich widać.
Zaledwie usiedliśmy, nadszedł Wupa Umugi z Apanaczką. Zajęli naprzeciw nas poprzednie miejsca, a chociaż starali się, jak mogli, wyglądać swobodnie, nie mogli ukryć niepokoju. Mimo to oko Apanaczki nie miało w sobie wyrazu nieprzyjaźni, gdy tymczasem w oczach Wupy Umugi płonął ogień nienawiści.
Tym razem nie kazał nam Wupa Umugi czekać zbyt długo. Skoro tylko usiadł, zaczął:
— Czy Old Shatterhand jest jeszcze tego samego zdania, co przedtem?
— Tak — odpowiedziałem.
— Mówiłem z moimi wojownikami przychodzę do niego z wnioskiem.
— Wysłucham go.
— Zakopiemy wojenne topory i zapalimy z wami fajkę pokoju.
— To pięknie. Widzę, że zaczynasz nabierać rozumu. Ten rozum jednak powinien ci powiedzieć, że twoją propozycyę możemy przyjąć tylko pod pewnymi warunkami.
— Uff! Chcecie stawiać warunki?
— Naturalnie!
— Tu niema żadnych!
— Owszem, są! Czy sądzisz może, że po wszystkiem, co się stało i co było waszym zamiarem, wystarczy ci tylko powiedzieć, że chcesz z nami pokoju, a my puścimy cię, jak zwycięzcę? To zachcianka taka zuchwała, że najchętniej kazałbym naszym wojownikom wystrzelać was wszystkich. I uczynię to, jeśli raz jeszcze przyjdziesz mi z podobnym głupstwem. Uważaj!
Powiedziałem to tak podniesionym i surowym głosem, że spuścił oczy z zakłopotaniem. Potem spytał z mniejszą pewnością siebie:
— Czego żądacie za to, żebyśmy mogli odejść?
— Tego, co już powiedziałem. Darujemy wam wolność i życie, lecz zabierzemy konie i strzelby. Resztę broni możecie zachować.
— Na to nie mogę się zgodzić.
— Dobrze, to jesteśmy gotowi i niech się walka zaczyna.
Udałem, że się podnoszę, więc zażądał czemprędzej:
— Stój, zostań tu jeszcze! Czy jesteś rzeczywiście pewien, że ulegniemy?
— Zupełnie pewien.
— Będziemy się bronili!
— To wam nic nie pomoże. Wiemy, co się stanie, a ty nie możesz się także łudzić co do tego, że w razie walki nikt z was nie zostanie przy życiu.
— Ale z was padnie też wielu.
— To trudno! Sama moja strzelba czarodziejska wystarczy, aby was wszystkich trzymać z daleka od nas. Niesie ona kule tak daleko, że wasze nie zdołają nas wcale dosięgnąć.
— Pomyśl o Old Wabble’u, którego mamy u siebie.
— Myślę o nim.
— On umrze najpierwszy.
— Lecz nie ostatni, bo wy pójdziecie zanim. Jeśli krew jego popłynie, to nie możecie się spodziewać łaski!
— Uff! Old Shatterhandowi zdaje się, że może z Wupą Umugi zrobić tak, jak z Nale Masiuwem.
— Tak, ja tak sądzę.
— Miałeś jego worek z gusłami, więc mogłeś go sobie zdobyć.
— Czy ci nie powiedziałem, że zabiorę i twoje gusła?
— Powiedziałeś, ale ich nie dostaniesz.
— Pshaw! Nic łatwiejszego od zabrania ich. Ja wiem, gdzie je zostawiłeś.
— Gdzie?
— W Kaam Kulano.
— Uff!
— Wiszą przed twym namiotem, a w pobliżu jego znajduje się namiot, gdzie przywiązany jest Murzyn, wzięty do niewoli.
— Uff! Od kogo dowiedział się o tem Old Shatterhand?
— Nietylko dowiedziałem się, lecz widziałem temi mojemi oczyma. Patrz, co teraz uczynię!
Wstałem, wyjąłem nóż i naciąłem nim chrustu kaktusowego, poczem zwróciłem się znowu do Wupy Umugi:
— Pojechałem z Alczeze-czi na Kaan Kulano.
— Uff!
— I przywiozłem stamtąd trojakie rzeczy.
— Co?
— Murzyna...
— To nieprawda!
— Twego ulubionego młodego konia...
— Nie wierzę temu!
— I twoje gusła.
— To kłamstwo, to wielkie kłamstwo!
— Old Shatterhand nie kłamie.
Rozpiąłem bluzę, wyciągnąłem z pod niej worki z gusłami i położyłem je na kupce chrustu. Na ten widok zdawało się, że wodzowi oczy wyjdą z oprawy. Mięśnie napięły mu się i widziałem, że za chwilę zerwie się, ażeby pochwycić gusła. Dobyłem prędko rewolweru, wymierzyłem doń z niego i zagroziłem:
— Zostań na miejscu! Przyrzekłem ci bezpieczeństwo i wolny powrót i słowa mego dotrzymam, ale te worki do mnie teraz należą i jeśli zechciałbyś porwać się na nie, zastrzelę cię!
Opadł bezsilnie na ziemię i jęknął:
— To... są... moje... gusła... rzeczywiście... moje... gusła!
— Tak, to one — i poznajesz teraz znowu, że Old Shatterhand wie zawsze, co mówi. Dałem ci słowo, że obejdę się z tobą tak samo, jak z Nale Masiuwem. Odpowiedz prędko, czy poddacie się pod tymi warunkami, o których ci powiedziałem?
— Nie... Tego... nie uczynimy!
— W takim razie spalę teraz najpierw twoje czary, potem zabiorę ci kosmyk skalpowy a ciebie każę powiesić. Howgh!
Wyjąłem z kieszeni zapałkę, potarłem ją i przyłożyłem do zeschłych kaktusów, które zaraz zączęły się palić.
— Zatrzymaj się! Moje gusła, moje gusła! — ryczał wódz w najwyższem przerażeniu. — Poddajemy się, poddajemy!
Ponieważ wciąż jeszcze mierzyłem doń z rewolweru, nie ośmielił się wódz opuścić swojego miejsca. Zgasiłem ogień i powiedziałem głosem największej powagi, wyjmując drugą zapałkę:
— Słuchaj, co ci teraz powiem. Zgasiłem ogień, bo przyrzekasz się poddać. Niech ci nie przyjdzie na myśl nie dotrzymać tego przyrzeczenia. Za najlżejszym oporem z twojej strony zapalę ogień na nowo i nie zgaszę go dopóki worki się nie spalą. Słowa te mają takie znaczenie, jak gdybym je potwierdził fajką przysięgi!
— Poddajemy się, poddajemy! — zapewniał, trzęsąc się niemal z trwogi. — Czy w takim razie otrzymam napowrót moje gusła?
— Tak.
— Kiedy?
— W chwili, kiedy wrócimy wam wolność, ale nie prędzej. Aż do tego czasu schowamy je dobrze, lecz zniszczylibyśmy je natychmiast, gdybyście spróbowali wydobycia się z niewoli. Żądam od ciebie rzeczy następujących: Ty zostaniesz zaraz tu z nami, wydasz broń i dasz się związać. Godzisz się na to?
— Muszę, muszę, bo masz moje gusła.
— Apanaczka wróci do waszych wojowników i doniesie im, co postanowisz, a oni złożą tam, gdzie stoją, wszelką broń, zostawią ją tam i przyjdą potem do nas pojedynczo, ażebyśmy ich skrępowali tak, jak ciebie. Czy to uczynią?
— Uczynią, bo gusła wodza są dla nich taką samą świętością, jak własne.
— To dobrze! Będą spragnieni, więc dostaną wody, a potem zwolna napoimy konie i udamy się tam, gdzie jest więcej wody. Jeśli będziecie posłuszni i zachowacie się dobrze, to może być, że odstąpimy nieco od naszej surowości i pewnej liczbie waszych ludzi zostawimy konie i strzelby. Słyszysz, że jestem względem ciebie dobrotliwszy, aniżeli byłem względem Nale Masiuwa. Godzisz się na to?
— Tak. Przecież muszę się zgodzić, chcąc ocalić gusła a z niemi życie.
— Więc niech już Apanaczka idzie. Daję mu czas jednej ćwierci godziny, a jeśli potem Komancze nie zjawią się u nas jeden po drugim bez broni, gusła twoje pójdą z dymem.
Młody wódz powstał, przystąpił do mnie o krok bliżej i rzekł:
— Słyszałem wiele o Old Shatterhandzie. On jest największy ze wszystkich bladych twarzy i nikt nie oprze się jego sile i roztropności. Tego doznaliśmy dzisiaj także. Apanaczka był jego wrogiem, ale cieszy się, że go poznał i jeśli dalej żyć będzie, zachowa dla niego odtąd przyjaźń i miłość braterską.
— Jeśli żyć będzie? Przecież darowano ci życie!
Na to wyprostował się dumnie i odparł:
— Apanaczka nie jest ani dzieckiem, ani starą babą, lecz wojownikiem; on nie przyjmuje darowanego życia!
— Co rozumiesz przez te słowa? Co ty zamierzasz? Co chcesz uczynić?
— O tem nie dowiesz się teraz, lecz później.
— Czy chcesz stawić nam opór?
— Nie. Jestem jeńcem tak, jak wszyscy wojownicy Komanczów i nie będę się opierał ani też spróbuję uciekać — ale Old Shatterhand i Winnetou nie śmią nigdy powiedzieć, że zawdzięczam życie trwodze o gusła innego wodza. Apanaczka wie, co winien sobie i swojemu imieniu!
Odwrócił się i poszedł dumnie.
— Uff! — zabrzmiało z ust Winnetou.
Był to okrzyk uznania, nawet podziwu. Ilekroć milczący Apacz dał się unieść czemuś takiemu, to przyczyna była zawsze niezwykła. Oczy moje podążyły mimowoli za młodym wojownikiem, który pociągnął mnie do siebie na pierwszy rzut oka, a teraz dowiódł swem postępowaniem, że pod względem charakteru stał wysoko ponad równymi sobie. Przeczuwałem bowiem, co zamierzał, a Winnetou domyślał się tego także.
Teraz podniósł się także Wupa Umugi, lecz powoli i z trudem, jak gdyby jakiś ciężar przytłaczał go do ziemi. Wyrzuty, jakie musiał sobie czynić z tego powodu, że jako najwyższy wojenny wódz Nainich poddawał się całkiem bez oporu nieprzyjacielowi, którego chciał zniszczyć, były mu ciężarem tak wielkim, że kto wie, czy zdołał go się pozbyć kiedy w carem życiu. Poszedł z nami, chwiejąc się niemal, do naszego obozu i przybywszy tam, pozwolił się związać i położyć na ziemi.
Oczywiście, że Old Surehanda zawiadomiliśmy najpierw o wyniku układów. Potem zabrał się do mnie „generał“, który, usłyszawszy, co mówiłem do Old Surehanda, chciał mnie obsypać pochwałami, które jednak chłodno przyjąłem. Podczas tego spoczywały oczy jego pożądliwie na moich strzelbach, na co nie zważałem na razie, co mi się jednak niezbyt przyjemnie później przypomniało. Potem rzekł głosem przytłumionym:
— Zajmujecie mnie bardzo, zarówno wy, jakoteż wszyscy, którzy się z wami znajdują, a więc i Old Surehand. Czy to prawdziwe nazwisko?
— Zdaje mi się, że nie — odrzekłem.
— A jak on się właściwie nazywa?
— Tego nie wiem.
— Ale, czy znacie jego stosunki?
— Nie.
— I nie wiecie też, skąd pochodzi?
— Także nie. Jeśli chcecie wiedzieć o tem wszystkiem, to dam wam dobrą radę.
— No?
— Zapytajcie jego samego. Może wam powie. Mnie nie powiedział, a ja nie byłem taki ciekawy, żeby się dowiadywać.
Z tem odwróciłem się i odszedłem od niego.
Teraz czekaliśmy, czy Komancze się stawią. Pierwszym, który przybył, nie był czerwony, lecz biały, a mianowicie Old Wabble. Nie przyszedł pieszo, lecz przyjechał na koniu; nie mógł sobie tego odmówić. Stanął przede mną, zeskoczył z konia, podał mi rękę na powitanie i zawołał wesoło i swobodnie, jak gdyby sobie nie miał nic do zarzucenia.
— Wellkome, sir! Muszę wam rękę uścisnąć za to, że przyszliście. Ale teraz już znów wszystko dobrze; th’is clear!
— Nie, to bynajmniej nie takie clear! — odrzekłem, nie przyjmując jego ręki. — Ja nie mam z wami już nic więcej do czynienia!
— Tak? A, to czemu?
— Ponieważ mimo waszego spóźnionego wieku jesteście głupim, niepożytecznym boyem, którego powinien się strzedz każdy człowiek rozumny i rozważny. Idźcie mi z oczu!
Zostawiłem go tak samo, jak generała, więc udał się do Old Surehanda, potem do Parkera i Hawleya, lecz wszyscy, nie odpowiadając mu, odwrócili się od niego tak samo, jak ja. Stał sam, dopóki nie przystąpił doń generał.
Teraz zaczęli przychodzić za nim Komancze jeden po drugim. Albo sami przyszli do przekonania, że niema dla nich innego ocalenia, albo Apanaczka posiadał taki wpływ, że nie stawili oporu jego przedstawieniom i rozkazom. Każdego nadchodzącego rewidowano, czy niema broni, i wiązano. U nikogo z nich nic nie znaleziono; wszystko, co możnaby nazywać bronią, złożyli obok koni. Dopiero kiedy tak leżało tych stu pięćdziesięciu zuchwałych i niesumiennych Indyan, którzy wyruszyli grabić i mordować, nie oszczędzając nikogo, stanęło nam przed oczyma niebezpieczeństwo, któremu uszliśmy szczęśliwie.
Jeśli powiedziałem, że wszyscy Komancze leżeli, to należy zrobić wyjątek dla jednego, a mianowicie dla Apanaczki, który nadszedł ostatni, a na moje skinienie nie został związany. Kiedy Apacze skrępowali ostatniego z Komanczów, przystąpił młody wódz do mnie rzekł:
— Teraz Old Shatterhand każe i mnie skrępować?
— Nie — odpowiedziałem. — Dla ciebie zrobiłbym chętnie wyjątek.
— Dlaczego dla mnie?
— Ponieważ mam zaufanie do ciebie, gdyż nie jesteś jako inni synowie Komanczów, którym ufać nie można.
— Czy ty mnie znasz? Przecież widzisz mnie po raz pierwszy!
— To prawda, ale mimo to znam cię. Twarz twoja i oczy nie mogą kłamać. Wolno ci nosić broń i jechać z nami bez więzów, jeśli mi dasz przyrzeczenie, że nie uciekniesz.
Winnetou i Old Surehand stali przy mnie. Po twarzy przebiegł mu słoneczny błysk radości, lecz nic nie odpowiedział.
— Czy dasz mi to przyrzeczenie?
— Nie — odpowiedział.
— A więc masz zamiar uciekać?
— Nie.
— Więc dlaczego wzbraniasz się przyrzec, czego żądam?
— Bo nie potrzebuję ucieczki, gdyż albo zginę, albo będę wolny, jeśli Old Shatterhand i Winnetou są rzeczywiście prawdziwymi i dumnymi wojownikami, za jakich ich uważam.
— Odgaduję, co masz na myśli, ale mimo to proszę cię, żebyś mówił wyraźniej.
— Uczynię to. Apanaczka nie jest tchórzem, który idzie do niewoli, nie podniósłszy ręki na swoją obronę. Wupa Umugi mógł ze strachu o swoje gusła wyrzec się wszelkiego oporu, ale o mnie nikt nie powie, że się boję. Zgodziłem się ze względu na niego i na naszych wojowników, że wam się poddali, ale siebie skrycie wyłączyłem. Apanaczka nie przyjmuje darowanego życia ani wolności; tego, co ma, nie chce zawdzięczać łasce, lecz samemu sobie. Ja pragnę walki.
Odgadliśmy to obydwaj z Winnetou. Był to człowiek młody, lecz zasługujący na nasz szacunek. Spojrzał na nas pytająco, a kiedy nie daliśmy mu zaraz odpowiedzi, dodał:
— Gdyby te moje słowa usłyszeli tchórze, odprawiliby mnie z niczem, ale ja mam do czynienia z ludźmi walecznymi, którzy mnie zrozumieją.
— Tak, rozumiemy i pojmujemy ciebie — odrzekłem.
— Więc dacie pozwolenie?
— Tak.
— Ale rozważcie, że to pozwolenie będzie prawdopodobnie jednego z was kosztowało życie!
— Czy sądzisz, że mamy mniej odwagi od ciebie?
— Nie, lecz ja musiałem być uczciwym i zwrócić na to waszą uwagę.
— W tem dowód, że nie zawiedliśmy się na Apanaczce. Niechaj nam powie, jak sobie wyobraża tę walkę o życie i o wolność? Z kim chce się zmierzyć?
— Z tym, kogo mi wyznaczycie.
— Nie chcemy być mniej uczciwi od ciebie. Wybierz sobie kogoś na przeciwnika. Jaką bronią będziecie walczyli?
— Jaką mi wyznaczycie.
— I to pozostawiamy tobie.
— Old Shatterhand jest wspaniałomyślny.
— Nie. To, co czynię i postanawiam, rozumie się samo przez się. Jesteśmy zwycięzcami i znamy się dobrze między sobą. Nie możemy wybierać przeciwnika dla ciebie, wiedząc, że cię przewyższa.
— Przewyższa? Apanaczka nie znalazł dotychczas wroga, przed którymby ustąpił.
— Tem lepiej dla ciebie. Także rodzaj walki zostawiamy tobie. Wybieraj!
— W takim razie wybieram nóż. Obu przeciwnikom zwiąże się razem lewe ręce, a w prawe włoży się noże. Idzie o życie. Czy Old Shatterhand godzi się na to?
— Tak. Kogo sobie wybierasz?
— Czy zgodziłbyś się, gdybym wybrał ciebie?
— Tak.
— A Winnetou?
— I ja — odrzekł Apacz.
Twarz Komancza przybrała wyraz wielkiego zadowolenia i powiedział:
— Apanaczka jest bardzo dumny z tego powodu, że dwaj najsłynniejsi wojownicy Zachodu gotowi są z nim walczyć. Czy uważaliby go za tchórza, gdyby żadnego z nich nie wybrał?
— Nie — odpowiedziałem. — Miałbyś pewnie całkiem słuszny powód.
— Dziękuję ci. Winnetou i Old Shatterhanda uważają wszyscy za niepokonanych i jeśli ich nie wybiorę, może się zdawać, że mi brak odwagi. Ale ci dwaj mężowie są dla mnie święci i nietykalni, są przyjaciółmi wszystkich czerwonych i białych wojowników i żyją, jako wzór dla wszystkich mieszkańców dzikiego Zachodu — więc nie mogę ich ranić. Gdyby który padł pod moim nożem, byłaby to strata, której ani ja, ani nikt inny nie zdołałby powetować. Oto powód, dla którego nie wybieram ani białego ani czerwonego wodza Apaczów Mescalero.
— To wyszukaj sobie innego!
Powiódł okiem po gromadzie Apaczów, spojrzał na Old Wabble’a, Parkera, Hawleya i zatrzymał wzrok na Old Surehandzie.
— Apanaczka jest wodzem i nie chciałby walczyć ze zwykłym wojownikem — rzekł następnie. — Kto jest ta blada twarz, która stoi tam przy was?
— Nazywa się Old Surehand — odrzekłem.
— Old Surehand? Często o nim słyszałem. On silny, zręczny i waleczny — mogę go więc wybrać sobie na przeciwnika i nie wzbudzić podejrzenia, że myślę o własnej korzyści. Czy on przyjmie mój wybór, czy też odrzuci?
— Przyjmuję — odpowiedział Old Surehand, nie namyślając się ani chwili.
— Lecz Apanaczka powtarza słowa poprzednie, że tu idzie o życie.
— Tych słów nie potrzeba. Ja wiem, że czegoś takiego nie traktuje się jako zabawki. Niech Apanaczka powie, kiedy się walka ma odbyć?
— Życzę sobie, żeby się zaraz zaczęła. Czy Old Shatterhand godzi się na to?
— Tak — odpowiedziałem.
— W takim razie mam prośbę.
— Jaką?
— Dotychczas poszło wszystko według mojego wyboru — zato muszę dać przeciwnikowi także pewną korzyść.
— Jaką?
— Niechaj ma pierwsze pchnięcie. Nie poczuje mojego noża, dopóki ja nie poczuję jego na sobie.
Na to wtrącił Old Surehand:
— Ja tego nie przyjmuję. Nie jestem chłopcem, którego należałoby oszczędzać. Niechaj nikt nie ma prawa ataku i pierwszego pchnięcia. Old Shatterhand da znak, kiedy ma się zacząć pojedynek, a potem zacznie ten z nas, który zechce.
— To słuszne — potwierdziłem. — Żaden nie ma lepszych warunków od drugiego. Niech Apanaczka pójdzie po nóż swój. Złożył był broń swoją także tam, gdzie reszta Komanczów, więc teraz poszedł.
— Dzielny chłopak — rzekł Old Surehand. — Musi się go poważać, a przyznam się nawet, że mógłbym go polubić. Szkoda go, rzeczywiście wielka szkoda.
— Jakto?
— Gdyby mnie zmusił do tego, żebym go przebił.
— Hm! Czy jesteście tak pewni siebie?
— Tak sądzę, chociaż wiem dobrze, iż przypadek przynosi często coś innego, niż się przypuszcza.
— Całkiem słusznie, i proszę was, żebyście nie spuszczali tego z uwagi. On z pewnością posiada znaczną siłę fizyczną!
— Co do tego, to sądzę, że mogę mu sprostać. Może nie?
— Tak, wy macie przecież sławę dzięki sile muszkułów, ale widzicie go? Każdy członek w nim, jak sprężyna; musi być nadzwyczaj zręczny.
— Być może. Mimo to sądzę, że mogę się z nim mierzyć. Nie napróżno uczyło się dobrze gimnastyki i szermierki, ćwiczyło się całemi latami, a potem uganiało wśród tysiąca niebezpieczeństw po „bloody grounds“. Szczerze mówiąc, sądzę, że mam nad nim przewagę tak, że postanawiam go sobie oszczędzać.
— Co do tego, to sami musicie wiedzieć najlepiej, jak stoicie. Wyznaję otwarcie, że żałowałbym go, gdyby poległ.
— A mnie nie? — rzekł z uśmiechem.
— To pytanie oczywiście zbyteczne. A może mam wam osobno oświadczyć moją miłość i powiedzieć w długiej natchnionej mowie, że bez was żyć nie mogę?
— Nie, to niepotrzebne, sir. Miłuję was serdecznie, bardzo serdecznie i wiem, że wy mi także jesteście przychylni. Gdyby mi się w tym pojedynku nie poszczęściło, to proszę was, żebyście nie zapomnieli o mnie zbyt rychło, mr. Shatterhandzie. Czy dacie mi na to rękę?
— Macie ją, choć nie potrzeba tego, mr. Surehandzie.
— A następnie mam jeszcze jedną prośbę.
— Powiedzcie. Jeśli będę mógł, to ją wam spełnię.
— Gdybym poległ, to udajcie się do Jefferson-City nad Missouri. Znacie to miasto?
— Tak.
— Tam znajdziecie przy Fire street dom bankowy Wallace et Comp. — powiecie mr. Wallace’owi swoje nazwisko, w jaki sposób skończyłem tu moją drogę żywota i poprosicie go o wyjaśnienie, co mnie tak ciągle pędziło na dziki Zachód.
— Czy mi to powie?
— Tak, jeśli już żyć nie będę, a wy zapewnicie go, że jesteście pod tym względem moim spadkobiercą. Dopóki żyję, nie powie z pewnością o tem nikomu.
— A jeśli się dowiem, to co mam uczynić?
— To, co zechcecie.
— Wolałbym otrzymać od was dokładniejsze wskazówki.
— Ja ich wam nie dam, sir. Sprawa jest bardzo niezwykła. a gdybyście chcieli wstąpić w moje ślady, to czekałyby was wielkie trudy i niebezpieczeństwa.
— Czy sądzicie, że obawiałbym się tego?
— Nie, przecież znam was — ale nie mogę od was żądać, żebyście wystawiali na szwank życie dla zupełnie obcej wam sprawy, która nawet w razie powodzenia, nie przyniosłaby wam żadnego pożytku.
— Kto pyta o pożytek, kiedy chodzi o przysługę dla przyjaciela?
— Wy nie, wiem o tem — lecz mimo to nie żądam od was niczego. Każcie więc mr. Wallace’owi opowiedzieć sobie, o co idzie, i uczyńcie potem to, co nakaże wam serce i pamięć o mnie. O nic więcej prosić nie mogę i niech na tem sprawa się skończy.
Kiedy Old Surehand kończył to zdanie, wrócił Apanaczka z nożem w ręku. Pojedynek mógł się więc zacząć.
Łatwo sobie wyobrazić, jakie wzruszenie opanowało wszystkich, gdy się dowiedziano, że między Old Surehandem i Apanaczką ma się odbyć walka na noże, o życie. Apacze utworzyli natychmiast półkole w ten sposób, że leżący na ziemi Komancze mogli się także walce przypatrywać.
Old Surehand odłożył broń, zostawiając sobie tylko nóż, a potem podał rękę Apanaczce i rzekł do niego przyjaźnie:
— Jestem przeciwnikiem młodego wodza Komanczów, ponieważ chciał tego. Idzie życie o życie i śmierć o śmierć — chcę mu jednak, zanim nóż przeciw niemu podniosę, powiedzieć, że cieszyłem się, iż zostanę jego przyjacielem i bratem. Niech wynik będzie, jaki chce — nastąpi on między ludźmi, którzy, gdyby ich śmierć nie rozdzieliła, byliby się nawzajem poważali i kochali.
— Old Surehand jest sławną bladą twarzą — odrzekł Apanaczka. — Dusza moja odczuwa pociąg do niego, a gdyby poległ, imię jego mieszkać będzie zawsze w mojem sercu.
— Mam nadzieję. A teraz jeszcze jedno. Gdyby któremuś z nas wypadł nóż podczas walki, czy należy mu go podać?
— Nie. To będzie jego wina, że go dobrze nie trzymał; potem będzie się mógł bronić tylko ręką. Howgh!
Ręce ich spoczywały jeszcze. Kiedy teraz oko w oko zatopili w sobie wzrok, przyszło mi nagle na myśl, dlaczego rysy Komancza wydały mi się podczas narady takie znane. Były one, jeśli nie uderzająco, to przecież tak podobne do rysów Old Surehanda, że zdziwiłem się, iż nie poznałem tego od razu. Szczególny przypadek — albowiem nie mogło to być nic innego tylko przypadek.
Wtem wydobył Winnetou z kieszeni rzemień i rzekł:
— Niech moi bracia podadzą mi lewe ręce, żebym je związał! Owinął poczwórnie rzemieniem oba przeguby, ażeby złączyć je mocno, lecz tak, żeby została pewna swoboda ruchów. Potem odstąpiliśmy, ażeby mieli dość wolnego miejsca do walki. Siedmset oczu zwróciło się na nich z najwyższem zaciekawieniem — obaj jednak patrzyli na mnie, oczekując znaku walki.
— Teraz... go on! — powiedziałem.
Ich spojrzenia odwróciły się natychmiast ode mnie i zwróciły się wzajem na siebie. Gdybym ja był stał naprzeciw Apanaczki, byłbym na pewno spokojny i nie utraciłbym zimnej krwi — teraz jednak biło mi serce tak mocno, że zdawało mi się, iż słyszę jego uderzenia. Polubiłem bardzo Old Surehanda, a los Apanaczki nie był mi także obojętny. Kto z nich miał być zwycięzcą, a kto uledz?
Stali przez kilka minut cicho i bez ruchu, ze spuszczonemi prawemi rękami. Kto pierwszy podniesie nóż do błyskawicznego pchnięcia? Ten krótki czas wydał mi się wiekiem. Wtem Old Surehand podniósł rękę, a w tej samej chwili poruszyła się ręka Komancza z taką szybkością, że nie zdołaliśmy za nią podążyć oczyma. Ostrza zgrzytnęły, dało się słyszeć głuche uderzenie dwu pięści o siebie i oba noże wyleciały w powietrze, a obie ręce opadły. Żaden z nich nie był zraniony.
Było to szermiercze arcydzieło Old Surehanda. Chciał oszczędzić Apanaczkę i nie zabić go. Podniesienie ręki było fintą, którą skusił przeciwnika do pchnięcia.
— Uff, uff, uff, uff! — zawołano w półkolu Apaczów i Komanczów.
— To nic nie jest. Podajcie im noże! — krzyknął Old Wabble. — Krew, krew być musi!
Walczący nie spuścili z siebie oka ani na chwilę, a potem rzekł Apanaczka:
— Czy Old Surehand życzy sobie, żeby nam noże podano?
— Nie — odrzekł zapytany. — To byłoby przeciw umowie.
— Mówiłem, że gdy jednemu z nas nóż wypadnie, ale straciliśmy je obydwaj.
— To wszystko jedno. Dalej na pięści!
— Tak, dalej!
Znowu stali przez chwilę cicho, poczem zadał Komancz przeciwnikowi uderzenie w głowę, że zdawało się, iż zatrzeszczała, a w tej chwili otrzymał takie same. Żaden z nich się nie zachwiał.
— Uff! — rzekł Winnetou przyciszonym głosem. Żaden z nich nie jest Old Shatterhandem.
Obaj poznali, że w ten sposób nic nie wskórają i chwycili się czemprędzej za gardła. Byłem już świadkiem niejednego pojedynku, lecz na takie mocowanie nie patrzyłem dotychczas. Od miejsca, na którem stali, nie oddalili się ani na cal — ich silne, muskularne postacie wystawały nad ziemią, jak kolumny lub spiżowe posągi — potężne nogi, jakby wrosły w ziemię — związane ręce były spuszczone, a podniesionemi prawemi trzymali sobie gardła, jak w kleszczach. Stali tak nieruchomo, że, gdyby fotograf zwrócił na nich aparat, obraz nie doznałby najlżejszego drgnienia.
Każdy z nich miał zamiar pozbawić przeciwnika oddechu: było to straszliwe, bo sztywne i nieruchome dławienie, w którem zależało od tego, które gardło, czyja krtań była silniej rozwinięta. Twarz Old Surehanda stawała się coraz czerwieńszą, aż w końcu zaczęła sinieć. U Komancza była ciemniej zabarwiona, mimo to było widać, że nabierała tonów coraz to głębszych. Potem doszło nas stękanie, ale nie wiedzieliśmy, od kogo ono pochodziło — potem jęk i podwójne charczenie. Wreszcie zaczęli obydwaj chwiać się równocześnie — stopy podniosły się i zaczęły deptać piasek, nogi rozstawiły się dla uzyskania pewnej podstawy, a sztywne ciała jęły się pochylać w prawo i w lewo, w tył i naprzód. Usłyszeliśmy gulgotanie, jak gdyby się krztusili, aż obydwaj padli ha piasek sztywnie, jak figury bez życia. I leżeli, nie odjąwszy rąk od siebie.
Milczeliśmy z zapartym oddechem. Nikt nie wyrzekł ani słowa, nie wydał okrzyku. Ta milcząca walka, to dławienie się wzajemne oddziałało nawet na tych dzikich ludzi. Uklękliśmy z Winnetou obok zapaśników; musieliśmy użyć wszystkich sił, ażeby ręce zaciśnięte, jak szpony, odjąć od nabiegłych krwią krtani. Następnie sięgnęliśmy obydwom pod bluzy, ażeby zbadać bicie serca.
— Uff! — rzekł Winnetou. — Apanaczka jeszcze żyje, jeszcze nie zaduszony.
— Ja także czuję, słabe, co prawda, tętno — odrzekłem. — Są nieprzytomni, ale żyją. Zaczekajmy, dopóki nie przyjdą do siebie.
Uwolniliśmy ich ręce z rzemienia. Wtem przystąpił Old Wabble i zapytał:
— Żyją? Obaj żyją?
Nie odpowiedzieliśmy na to.
— Jeśli żaden nie zginął, to walka oczywiście nieskończona i musi się zacząć na nowo, z nożami w ręku, th’ is clear!
Na to wstał Winnetou, wyciągnął rękę i powiedział tylko jedno słowo:
— Precz!
W takich momentach stawał się cały wodzem-człowiekiem, przeciwko woli którego nie było opozycyi, jego oczom, twarzy i postawie nie podobna było się oprzeć. Tak też stało się teraz ze starym cowboym. Nie ośmielił się powiedzieć ani słowa; odwrócił się i odszedł, mrucząc pod nosem.
Po chwili zaczęli się nieprzytomni poruszać, a mianowicie sięgnęli obaj rękami do szyi. Old Surehand najpierw otworzył oczy. Przypatrywał nam się przez jakiś czas, jak nieobecny duchem, potem opamiętał się i zataczając się powstał.
— To.. to... to było — wyjąkał.
Ująłem go za rękę, by go podtrzymać, powiedziałem:
— Straszliwe dławienie! Nieprawdaż?
— Taaaak... taaaak! — bełkotał. — Moje gardło, jeszcze... napół...
— To nie mówcie jeszcze teraz! Czy stoicie już mocno?
Zaczerpnął głęboko oddechu, wysilił się, ażeby przemódz osłabienie i odrzekł:
— Tak, mogę. Jak... tam... z Apanaczką... Czy jeszcze... żyje?
— Tak, zaraz przyjdzie do siebie. O, patrzcie, ma już oczy otwarte!
Musieliśmy Komanczowi pomódz także podnieść się z ziemi, gdyż kręciła mu się głowa tak samo, jak przeciwnikowi. Minęła długa chwila, zanim obydwaj zapanowali nad zmysłami i członkami ciała. Kiedy to nastąpiło, zapytał Apanaczka:
— Kto zwyciężył?
— Nikt — odpowiedziałem.
— Kto najpierw upadł?
— Także nikt. Runęliście równocześnie.
— Więc musimy zacząć na nowo. Dajcie nam noże i zwiążcie nam ręce.
Chciał odejść po nóż, leżący tam, gdzie upadł, lecz zatrzymałem go za rękę i oświadczyłem głosem stanowczym:
— Stać! Walka już skończona, i niema potrzeby poczynać jej na nowo. Dosyć już tego!
— Żaden z nas nie zginął!
— Czy umówiono się, że bezwarunkowo musi jeden z was zginąć?
— Nie, lecz jeden z nas musi być przecież zwyciezcą.
— Bierz to sobie, jak chcesz! Jesteście albo obydwaj zwycięzcami, albo zwyciężonymi. W każdym razie jednak stawiłeś życie na kartę i dowiodłeś tem, że nie przyjmujesz darowanego życia.
— Uff! Czy to twoje rzeczywiste zapatrywanie?
— Tak.
— A jak sądzi Winnetou?
— Tak samo, jak brat Shatterhand — odrzekł Apacz. — Młody Wódz Nainich, Apanaczka, nie wpadł nam w ręce bez walki.
— Czy wszyscy są tego przekonania?
— Skoro Winnetou tak mówi, to wystarczy. Żaden z wojowników Apaczów nie będzie innego zdania!
— W takim razie godzę się. Jestem waszym jeńcem bez wyrzutu wobec samego siebie. Oto moje ręce; zwiążcie mnie, jak wszystkich innych Komanczów.
Spojrzałem na Winnetou pytająco. Jedno spojrzenie wystarczyło, bym się dowiedział o tem, co myślał. Odsunąłem więc wyciągnięte ręce Apanaczki i rzekłem:
— Powiedziałem już przedtem, że ciebie nie zwiążemy i broń ci nawet zwrócimy, jeśli nam przyrzekniesz nie umknąć. Czy dasz nam to przyrzeczenie?
— Daję.
— To idź po swoją strzelbę i po konia.
Już miał zamiar odejść w tym celu, lecz nie uczynił tego. Stanął i rzekł:
— Mam nawet mieć moją strzelbę? A jeśli wam słowa nie dotrzymam, lecz oszukam was i uwolnię moich wojowników?
— Tego nie uczynisz, bo nie jesteś oszustem.
— Uff! Old Shatterhand i Winnetou zobaczą, że Apanaczka zasługuje na zaufanie, jakie w nim pokładają.
— Nie potrzebujemy przekonywać się o tem. Zaufanie nasze jest nawet większe, aniżeli sądzisz. Słuchaj, co ci teraz powiem.
— Co?
— Weź sobie strzelbę i wszystko, co miałeś przy sobie i odjedź!
— Odjechać? — spytał zdumiony.
— Tak.
— Dokąd?
— Dokąd zechcesz.
— Dokąd zechcę? Tego nie chcę i nie mogę.
— Czemu nie?
— Bo jestem waszym jeńcem.
— Mylisz się. Jesteś wolny.
— Wolny? — powtórzył, jak echo.
— Tak. Nie mamy prawa ci nic mówić ani nakazywać, jesteś swoim własnym panem i możesz czynić, co ci się podoba.
— Ależ... ależ... dlaczego? — spytał, odstępując o kilka kroków i patrząc na nas szeroko rozwartemi oczyma.
— Ponieważ wiemy, że niema w tobie obłudy ani fałszu, i ponieważ jesteśmy przyjaciółmi i braćmi wszystkich prawych i dobrych ludzi.
— Ale jeśli jestem innym?
— Nie jesteś.
— Jeśli odjadę i sprowadzę wojowników, ażeby jeńców uwolnić?
— Tegoby nikt nie dokazał — i jeńców jesteśmy pewni. Skąd miałbyś dostać takich wojowników? Gdzie masz wodę? A gdybyś nawet mógł, nie ruszyłbyś ręką ani nogą dla uwolnienia Wupy Umugi, gdyż brałeś udział w naradzie, która oddała go nam w ręce. Dałeś sam przyzwolenie i nie cofniesz go, otrzymawszy wolność.
Na to pokraśniała mu twarz z radości i zachwytu, i zapewnił nas głosem, w którym brzmiała nuta serdeczności.
— Niechaj Old Shatterhand i Winnetou posłuchają teraz, co im powie wódz Komanczów, Apanaczka! Jestem z tego dumny, że ufają mi tacy sławni mężowie i że mi wierzą. Nie zapomnę im tego nigdy, że uważali mnie za człowieka bez obłudy i fałszu. Jestem wolny i mogę iść gdzie zechcę, ale zostanę z wami i zamiast poza waszemi plecyma znosić się potajemnie z jeńcami, będę bystro uważał na to, żeby żaden z nich nie uciekł. Uczynię to, choć należą do mojego szczepu.
— Jesteśmy tego pewni, a teraz usiądziemy z tobą wypalimy razem kalumet przyjaźni i braterstwa.
— Co... to... chcielibyście uczynić?
— Tak. A może nie masz do tego ochoty!
— Uff, uff! Nie mam ochoty! Gdzie tylko żyją czerwoni mężowie, niema prawego wojownika, który nie uważałby za najwyższe odznaczenie w swojem życiu pozwolenia na zapalenie z wami kalumetu.
— Ale co powie na to Wupa Umugi i reszta jeńców?
— Wupa Umugi? Czyż nie jestem tak samo wodzem, jak on? Albo, czy mam pytać zwyczajnych wojowników, co mi uczynić wolno, a czego nie? Kto z nich ma prawo dawać mi rozkazy lub żądać ode mnie tłómaczenia się? Nie spytam nawet Kolakekho.
Słowo to znaczy „mój ojciec“.
— Twego ojca? Czy on jest tutaj?
— Tak.
— Gdzie?
— Leży tam obok Wupy Umugi.
— Aha! Jego odzież i czupryna wskazują na to, że to guślarz Komanczów.
— Tak jest.
— Czy on ma żonę?
— Tak, moją matkę.
— Będziesz moim przyjacielem i bratem, więc nie zdziwisz się, że zapytam się o matkę. U nas, chrześcijan, panuje zwyczaj, że mówiąc z synem, myśli się równocześnie o tej, która nosiła go pod sercem. Czy matka twoja ma się dobrze?
— Ciało jej zdrowe, ale duszy w niej już niema, gdyż odeszła do Wielkiego Manitou.
Chciał w ten sposób powiedzieć, że matka jest obłąkana. Byłbym chętnie dowiedział się o niej czegoś więcej, ale nie mogłem dalej badać tego tematu, nie chcąc zwrócić na siebie uwagi. Nie byłbym też miał teraz czasu na to, gdyż od północy ujrzeliśmy nadjeżdżających jeźdźców z końmi jucznymi. Byli to pierwsi Apacze, wiozący wodę. Połączenie z oazą zostało zatem dokonane szczęśliwie, i od tej chwili mogliśmy liczyć na nieustanny dowóz wody.
Byliśmy wprawdzie także spragnieni, ale jeńcy oczywiście daleko więcej, więc uwzględniliśmy ich najpierw. Wprawdzie zawartość worów nie wystarczyła na wielu, ale ponieważ posterunki rozstawne wciąż były czynne, przybywały ciągle dalsze posyłki. W ten sposób mogliśmy wkońcu nawet konie zaspokoić o tyle, że zdołały wytrzymać drogę powrotną.
Po rozdziale wody odbyła się ceremonia kalumetu, którą Apanaczka zobowiązał się nam do wiecznotrwałej przyjaźni, ja zaś miałem do niego pełne zaufanie, że nie uczyni tak, jak Sziba Bigh, który mi się raz sprzeniewierzył.
Musieliśmy oczywiście wracać do oazy już choćby tylko dla wody, której potrzebowało tylu ludzi i koni. O dostatecznem napojeniu nie było mowy, zwłaszcza zwierząt, i to też nagliło nas do powrotu. Postanowiliśmy zatem jechać wieczorem i nocą, co było także lepsze, dlatego, że w ten sposób unikało się nużącej spiekoty dziennej.
Broń Komanczów rozdzieliło się między Apaczów, poczem wsadziliśmy jeńców na konie. Dzięki ich znużeniu, niestety, odbywała się jazda bardzo powoli. Szczęściem, spotykaliśmy posterunki z wodą, i biedne zwierzęta dostały przynajmniej tyle, że wystarczyło im na dojście do oazy.
Oczywiście, że każdy ze spotkanych posterunków przyłączał się zaraz do nas, a zarazem wyjmowano z ziemi każdy palik, bo pozostawione w ziemi mogłyby ewentualnie służyć drugim za drogowskazy do Bloody Foxa.
„Generał“ przyłączył się do nas ze swoimi białymi i czerwonymi towarzyszami, czemu nie mogliśmy przeszkodzić, chociaż nam ich obecność wcale nie była na rękę. Co do pilnowania jeńców, to nie było ono zbyt trudne wobec zarządzenia, że każdy z Komanczów jechał pomiędzy dwoma Apaczami. Umożliwił to stosunek liczebny.
Jazda nocą szła bardzo dobrze i przerywała się tylko na krótki czas, ilekroć natknęliśmy się na posterunek z wodą. Wtedy zatrzymywano się i rozdzielano natychmiast wodę.
Jeszcze wówczas, zaraz po spotkaniu się mojem z obłąkaną w Kaam Kulano, postanowiłem w razie wpadnięcia nam w ręce jej męża, spróbować nieznacznie, czy nie dowiem się o niej czegoś więcej. Teraz mając go już, mogłem wykonać to postanowienie. Po drodze zwróciłem konia w tę stronę i zapytałem:
— Czy mój czerwony brat jest guślarzem Komanczów?
— Tak — odpowiedział strapiony.
— Wszyscy czerwoni mają zwyczaj, zanim wyruszą na wyprawę wojenną, pytać gusła o wynik. Czy nie uczyniliście tego?
— Uczyniliśmy.
— A co powiedziały?
— Powiedziały, że zwyciężymy.
— A więc skłamały.
— Gusła nigdy nie kłamią, gdyż przez nie mówi Wielki Manitou. Ale chociażby zapowiedziały największe szczęście, jeśli wojownicy tak, jak teraz, popełniają błąd za błędem, musi się to szczęście zamienić w nieszczęście.
— Czy mój brat jest rodowitym Nainim?
— Tak.
— Słyszałem, że jest ojcem młodego wodza Apanaczki.
— Apanaczka jest moim synem.
— Czy masz jeszcze innych synów?
— Nie.
— A córki?
— Nie.
— Czy towarzyszka twojego wigwamu jeszcze żyje?
— Żyje.
— Czy mogę wiedzieć, jak się nazywa?
Stropił się, zawahał przez chwilę i odrzekł:
— Old Shatterhand jest wielkim wodzem. Czy wodzowie zwykli się troszczyć skwawami drugich?
— Czemu nie?
— Blade twarze mogą sobie myśleć inaczej, ale czerwonemu wojownikowi, a tem mniej wodzowi, nie przystoi pamiętać o cudzych kobietach!
Nie dałem się tą naganą zbić z tropu i pytałem w dalszym ciągu.
— Ja właśnie nie jestem czerwonym, lecz białym wojownikiem i paliłem z Apanaczką fajkę braterstwa. Wiesz o tem?
— Widziałem to — rzekł z gniewem. — Apanaczka mógł coś lepszego uczynić.
— Czy nie godzisz się z tem?
— Nie.
— On myśli o tem inaczej, niż ty, a ponieważ został moim bratem, współczuję oczywiście ze wszystkimi jego blizkimi, a więc z tobą, jako ojcem, i z tą, którą matką nazywa. Teraz nie wyda ci się dziwnem, że chciałbym usłyszeć jej imię.
— Ode mnie się nie dowiesz.
— Czemu nie?
— Bo nie powiem. Howgh!
Słowo to przekonało mnie, że istotnie nie otrzymałbym żadnej odpowiedzi. Byłbyż to rzeczywiście tylko zwyczaj indyański nie brania na język imienia cudzej żony, czy też milczał o swej obłąkanej żonie dla jakichś innych powodów? Czy i ja miałem milczeć? Nie! Przypatrywałem się jego twarzy tak ostro, jak na to pozwalało słabe światło księżyca, i rzekłem zwolna ale z naciskiem:
— Ty jesteś tibo-taka?
Poderwał się na siodle, jakby go osa ukłuła, lecz nic nie odpowiedział.
— A ona jest tibo-wete?
Nie odpowiedział, lecz zwrócił ku mnie twarz z wyrazem wielkiego zaciekawienia.
— Czy znałeś mego wawa Derrik? — mówiłem dalej, powtarzając pytanie, zadane mi wówczas przez tę kobietę.
— Uff! — zawołał.
— To jest mój myrtle-wreath! — powtarzałem dalej jej słowa.
— Uff, uff! — powtórzył, paląc mnie formalnie oczyma. — Co to za pytania?
— Znasz je tak dobrze, jak ja.
— Gdzie je słyszałeś?
— Pshaw!
— Od kogo?
— Pshaw!
— Czemu mi nie odpowiadasz?
— Bo mi się nie chce.
— Czy Old Shatterhand boi się dać mi odpowiedź?
— Nie mów głupstw!
— To nie głupstwo! Ja mogę żądać odpowiedzi!
— A sam żadnej nie dajesz.
— O ile?
— Czy odpowiedziałeś mi, kiedy poprzednio pytałem cię o kobietę?
— Ta skwaw do mnie należy, a nie do ciebie; mogę o niej mówić lub milczeć, jak zechcę.
— Więc nie wymagaj także, iżby drudzy mówili. Jeśli mówisz o trwodze, to chyba ty możesz się obawiać odpowiedzieć mi.
— Ale chcę wiedzieć, kto ci powiedział te szczególne słowa!
— Tego się nie dowiesz.
— Czy słyszałeś je może od Apanaczki?
— Nie.
— A od kogóż?
— Pshaw!
Na to wybuchnął.
— Gdybym nie był w niewoli i skrępowany, zmusiłbym cię do odpowiedzi.
— Pshaw! Ty mnie zmusić? Stary guślarz, oszukujący zapomocą hokus-pokus kobiety i dzieci swojego szczepu, i prowadzący swoją komedyą trzystu wojowników na zgubę, chce Old Shatterhanda zmusić do czegoś! Gdybyś nie był właśnie moim jeńcem, nad którym muszę mieć litość, pomówiłbym z tobą całkiem inaczej.
— Ty szydzisz ze mnie i nazywasz moje czary komedyą. Miej się na baczności przede mną!
— Pshaw!
— I nie poważ się roznosić dalej tych słów, które teraz słyszałem!
— Bo mogłoby to być niebezpieczne dla ciebie.
— Szydź sobie. Przyjdzie czas, kiedy szyderstwo stanie się skargą i płaczem.
Syknął formalnie te słowa między zębami i przekonał mnie tem rozdrażnieniem, że to, co słyszałem od jego żony, miało wielkie znaczenie.
— Nędzny robaku! — odrzekłem — Jak śmiesz mi grozić! Jeśli tylko zechcę, zduszę cię między palcami. Ale jedź dalej! Powiem ci później, od kiedy jesteś tibo-taka.
Zatrzymałem konia i pozwoliłem korowodowi przejść obok siebie. Podczas tego dojechali do mnie Old Wabble i „generał“, pogrążeni w zajmującej rozmowie. Ujrzawszy mnie, zwrócił stary cowboy swego konia ku memu i rzekł:
— Czy jesteście na mnie wciąż jeszcze tacy źli, jak po południu, czy też namyśliliście się inaczej?
— Myślę jeszcze tak samo.
— Co?
— Że jesteście lekkomyślnym starcem, którego nie mogę znosić dłużej przy sobie.
— Znosić? All devils! Tego mi jeszcze nikt nie powiedział. Czy wiecie, co znaczy — znosić?
— Tak.
— Więc trzymaliście mnie przy sobie, chociaż nie byłem godzien tego?
— Tak, podobnie.
— O, to grubo, to bardzo grubo, sir! Nie wolno wam zapominać, kim i czem jestem!
— Król cowboyów, pshaw!
— Czyż to nic nie jest?
— Nie jest to zbyt dużo, zwłaszcza, jeśli się z tego powodu za wiele myśli o sobie. Odkąd jesteście przy mnie, nie robiliście nic, tylko same głupstwa. Ostrzegałem was kilkakrotnie, lecz to zupełnie nie skutkowało. Jeszcze pod Stu Drzewami powiedziałem wam, że nas dalsze głupstwo rozdzieli; mimo to zabieracie się w kwadrans do nowego, jeszcze większego od wszystkich poprzednich. Teraz dotrzymuję słowa. Strzelajcie sobie w przyszłości bąki gdzie i z kim chcecie, ale nie przy mnie i nie ze mną. Myśmy się już rozstali.
— Zounds! Czy to na seryo?
— Ani myślę z wami żartować.
— Ale, chcąc podsłuchać Wupę Umugi, miałem dobre zamiary!
— Jakie były wasze zamiary, to mi wszystko jedno; nie byliście mi posłusznym.
— Posłusznym? Czy byliśmy ze sobą w takim stosunku, że jeden miał rozkazywać a drugi słuchać?
— Tak.
— O tem nie słyszałem ani słowa. Sami mówiliście nieraz, że mamy wszyscy równe prawa.
— To słuszne, ale jeśli zajdzie taki wypadek, że ma się wykonać pewien plan określony, to nie wolno nikomu działać przeciw temu planowi.
— Niechaj będzie, jak chce; nie byliście naszym dowódcą i nie mieliście prawa wyłączać mnie od podchodzenia.
— Na to zdanie nie powinien bym wcale odpowiadać; ale mimo to uczynię to, bo gotówiście myśleć, że zrobiliście coś niesłychanie mądrego. Czy Winnetou oddał mi komendę nad Apaczami?
— Tak.
— Więc ja byłem dowódcą?
— Tak.
— I miałem prawo rozkazu?
— Nad Apaczami, lecz nie nade mną!
— Co za nonsens! Byliście z nami i mieliście słuchać tak samo, jak Apacze.
— Nie!
— Ależ powiedzcie, czy nie macie już żadnej rozwagi? Coby się stało, gdyby każdy robił, co zechce, i to w sprawach, gdzie idzie o życie? Zresztą nie chciałem brać was ze sobą, ale wy przyrzekaliście święcie...
— Hm!
— A zgodziłem się dopiero wtedy, kiedy przyrzekliście stosować się do nas. Tem uznaliście mnie przecież za tego, którego wola miała znaczenie.
— Tak mówicie teraz i odwracacie sprawę!
— Well! Widzę, że każde słowo daremne. Kto przyznaje się do swoich błędów, z tym można mówić, ale kto je upiększa i to w taki sposób, jak wy teraz, na tego już niema rady.
— Czy żądałem może waszej pomocy?
— Czy wam może nie była potrzebna?
— Teraz już nie.
— Dobrze! Jesteśmy zatem gotowi!
— Tak, gotowi. Na zawsze?
— Tak.
— To znaczy, że nie chcecie już ze mną mieć nic do czynienia?
— Tak.
— Well! Bądźcie zdrowi!
Odjechał, ale wrócił się jeszcze, pochylił się ku mnie z konia i rzekł:
— Wiecie, czemu mi każecie odejść?
— Oczywiście!
— Ja wiem także. To nie z powodu tak zwanych przez was głupstw, lecz dla czegoś całkiem innego.
— Dlaczegóż?
— I wy jeszcze pytacie? Ja was przejrzałem. Nie przypadam wam do smaku, bo nie chcę pójść między nabożnisiów. Chcieliście zostać moim pasterzem, a ja miałem być owieczką. Nie zrobiłem tego i dlatego wyjeżdżacie na mnie. Znacie moje zapatrywania na religię i pobożność. Najpobożniejsi najgorsi! Old Wabble to nie baranek, pasący się waszą trawką. Jeśli się wam jagniąt zachciewa, to wyszukajcie sobie gdzie indziej nawet całej trzody. Dla takich baranów możecie być odpowiednim owczarzem, ale król cowboyów nie pozwoli się wam ani paść ani strzydz. To dla was moje ostatnie słowa!
Odjechał. Ja załatwiłem się z nim przedtem, a teraz on załatwił się ze mną. A jednak żal mi go było.
Przyłączyłem się do Winnetou i Old Surehanda, jadących na samym końcu orszaku. Apanaczka jechał sam, to tu, to tam i uważał się widocznie bardziej za dozorcę, aniżeli za wodza Komanczów. Nad ranem zbliżył się do nas, dał mi znak, żebym się zbliżył do niego, a gdy zostaliśmy nieco w tyle, tak, że nikt nie mógł nas słyszeć, powiedział z cicha:
— Jeździłem do guślarza, mojego ojca. Old Shatterhand z nim rozmawiał.
— Czy ci o tem powiedział?
— Powiedział. Pytałeś go o żonę.
— Tak.
— A on rozgniewał się na to bardzo.
— Na to nic nie poradzę.
— Wiedziałeś, że jego żona nazywa go tibo-taka a siebie tibo-wete.
— Nazywa siebie w całości tibo-wete-elen.
— Wiem o tem. Wiedziałeś także o wawa Derrik i o myrtle-wreath. Guślarz omal ze skóry nie wyskoczył z tego powodu.
— Czemu? Czy nikt nie ma o tem wiedzieć?
— Nie.
— A ty wiesz także.
— Ja nie jestem białym, lecz Indyaninem.
— Aha! Tylko biali nie mają o tem wiedzieć?
— Tak.
— Czemuż to?
— Bo to są słowa czarodziejskie. One należą do tajemnic guślarskich.
— Rzeczywiście?
— Tak.
— Czy wiesz o ich znaczeniu?
— Nie.
— Przecież jesteś synem guślarza!
— On i mnie nie udziela tajemnic. Pytał, skąd mógłbyś znać te słowa; nie mogłem mu dać wyjaśnienia, lecz powiedziałem, że byłeś w Kaam Kulano i zabrałeś stamtąd worki z gusłami wodza. Może tam widziałeś moją matkę?
— Tak jest.
— I mówiłeś z nią?
— Tak.
— I ona powiedziała ci te słowa?
— Tak.
— Uff! Guślarz nie śmie o tem wiedzieć.
— Dlaczego?
— Bo obije matkę.
— Ah!
— On ją bije. Dzielny wojownik jest za dumny na to, żeby się porwać na kobietę, on jednak bije ją, ilekroć usłyszy te słowa. Nie mogę mu więc powiedzieć, że znasz je od niej.
— A od kogóż miałbym je słyszeć?
— Od którego z naszych wojowników; wszyscy oni znają te słowa, bo słyszeli je często.
— Hm! To szczególne! — rzekłem w zamyśleniu. Paliłeś ze mną fajkę braterstwa; czy wierzysz mi, że mam względem ciebie dobre zamiary?
— Tak.
— Czy będziesz wobec mnie szczerym, ale tak naprawdę szczerym?
— Będę.
— Czy kochasz tego guślarza, swego ojca?
— Nie.
— Ale miłujesz jego żonę, a swoją matkę?
— Bardzo.
— Czy ona go miłuje?
— Tego nie wiem. Ucieka przed nim, bo jej dusza z niej wyszła.
— Czy widziałeś ją jeszcze z duszą?
— Nie — utraciła ją, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem.
— Czy guślarz jest Nainim?
— Nie.
— Więc mnie okłamał.
— Czy powiedział ci, że jest Nainim?
— Tak.
— To nieprawda. On przybył do Nainich z innego szczepu.
— Z którego?
— Tego nie wiem, bo nikomu tego nie mówi.
— Czy obcuje z białymi mężami?
— Tylko, jeśli ich spotka przypadkiem.
— Czy ma przyjaciół między nimi?
— Nie.
— Uważaj na to, o co teraz cię spytam. Czy on unika może bladych twarzy?
— Tak.
— Mam na myśli to, czy wystrzega się spotkania z nimi bardziej, aniżeli mężowie czerwoni?
— Nie wiem, czy bardziej.
— To pomyśl nad tem!
— Szczególnie nie obawia się białych.
— Tak? Sądziłem, że przeciwnie.
— Czemu?
— Jesteś jego synem i proszę ciebie, żebym mógł milczeć o tem na razie. Może nadejdzie czas, kiedy ci powiem.
— Jak Old Shatterhand chce. Czy wolno mi teraz wypowiedzieć pewną prośbę?
— Uczyń to!
— Czy matka moja nie powiedziała ci, żebyś nie mówił jej słów?
— Tak, prosiła o to.
— A mimo to powiedziałeś je ojcu!
— Bo sądziłem, że zna te słowa. Nikomu innemu nie zdradziłbym tego.
— Więc milcz teraz wobec wszystkich! One są tajemnicą guślarską.
— Hm! Mówię wprawdzie waszym językiem, ale ty musisz go znać lepiej ode mnie. Wiem, co znaczy „taka“ i „wete“, ale co należy rozumieć pod słowem „tibo“?
— Tego ci powiedzieć nie mogę.
— Czy rzeczywiście nie znasz tego słowa?
— Słyszałem je często od matki, lecz nie wiem, co ono znaczy.
— A słowo „elen“?
— I tego nie wiem.
— To szczególne! Niema języka czerwonych mężów, w którym znajdowałyby się te słowa. Muszę jednak dowiedzieć się bezwarunkowo, jakie mają znaczenie.
— Chcesz wniknąć w tajemnicę gusł?
— Tak, jeśli to są gusła, czego jednak nie sądzę.
Potrząsnął głową i odrzekł:
— Ja nie wiem, dlaczego dusza Old Shatterhanda zajmuje się w ten sposób moim ojcem i matką — przestrzegam go jednak, żeby się miał na baczności przed guślarzem, ponieważ nie lubi, żeby się nim zajmowano. On ma wielkie doświadczenie we wszelkich czarach i może wszystkich swoich nieprzyjaciół zniszczyć na wielką odległość, nie widząc ich, ani słysząc.
— Pshaw.
— Nie wierzysz temu?
— Nie.
— Skoro ja mówię, to możesz wierzyć. Strzeż się go, a weź do serca moją prośbę i nie mów o tych słowach nikomu!
— Zastosuję się do twego życzenia. A teraz powiedzno mi, czy rzeczywiście żyjecie w zgodzie z wojownikami Szikasawów?
— Tak.
— Czy wiesz, gdzie oni mają pastwiska?
— Tam, w górze, nad Red River.
— To długa rzeka. Czy możesz mi to bliżej oznaczyć?
— Tam, gdzie rzeka Peace uchodzi do Red River.
— Przypuszczam, że to szczep mały.
— Mają kilkuset wojowników i jednego wodza.
— Czy to ten Mba, który teraz jest u nas?
— Tak.
— Co to za człowiek?
— Jak wszyscy wojownicy; ani większy, ani mniejszy.
— Masz na myśli to, że jest waleczny, ale nie nazbyt sławny?
— Tak.
— A ja inaczej rozumiałem moje pytanie; chodziło mi o jego charakter.
— To człowiek spokojny, czemu nie należy się dziwić, gdyż ma niewielu wojowników. Nie słyszałem nigdy o grabieży, mordowaniu lub wiarołomstwie z jego strony.
— Na mnie robi także dobre wrażenie. Czy znasz go osobiście? Widziałeś go już kiedy?
— Nie.
— Pomów z nim teraz! Chciałbym wiedzieć, kto to ten generał, co robi, dokąd dąży i jak się spotkał z Mbą.
— Chętnie to zrobię.
— Zrób to jednak w ten sposób, żeby to nie zwróciło uwagi. Niech nie przypuszcza, że nam na tem zależy.
Odjechał i po upływie pół godziny powrócił.
— No, i dowiedziałeś się czego? — spytałem.
— Tak. Czem jest i co robi generał, tego Mba nie wie. Spotkał się z nim i trzema jeszcze blademi twarzami nad Wild Cherry i obiecał im, że ich zaprowadzi przez Llano Estacado nad rzekę Peace, gdzie Szikasawi chcą wypocząć po drodze przez pustynię i ruszyć dalej.
— A dokąd?
— Tego już nie wiem, bo i on nie mógł mi tego powiedzieć. Tamto powiedział mi bez pytania z mojej strony.
— Oczywiście, że generał przyrzekł mu wynagrodzenie.
— Trzy strzelby, ołów i proch.
— Więcej nic się nie dowiedziałeś?
— Nie chciałem się dopytywać, żeby mu to w oko nie wpadło.
— Postąpiłeś bardzo słusznie.
— Czy brat Shatterhand ma powód dowiadywać się o generała?
— Właściwie nie, ale on mi się nie podoba. Ilekroć zaś mam przy sobie ludzi, którym nie ufam, mam zwyczaj dowiadywać się o ich stosunkach i zamiarach. Przydało mi się to już nieraz. Radzę ci także tak czynić.
Zasadzie tej zawdzięczałem istotnie niejedną korzyść. Ten tak zwany generał nic mnie nie obchodził, i mogłem się nie troszczyć o to, skąd przybywa i dokąd dąży, ale jego łotrowska twarz nie pozwoliła mi być obojętnym względem niego, i dlatego to zarządziłem te pozornie bezcelowe wywiady. Jak dobrze zrobiłem, to miało się niebawem pokazać.
Zaczęło szarzeć i w kilka minut zrobiło się całkiem jasno. Jechałem z Winnetou na końcu pochodu, a przed nami Old Surehand z Apanaczką. Właśnie ukazało się słońce, a blask jego padł na tych dwu jeźdźców.
— Uff! — rzekł Winnetou półgłosem, zwracając na nich moją uwagę.
Nie pytałem, co miał na myśli, bo sam zauważyłem również uderzające podobieństwo obydwu. Taka sama postać, sposób siedzenia, i ruchy! Możnaby sądzić, że to bracia.
Wkrótce potem spotkaliśmy znów Apaczów z wodą. Był to przedostatni posterunek. Zatrzymaliśmy się tu nieco dłużej, ażeby wodę rozdzielić i dać koniom odpoczynek. Następnie ruszyliśmy dalej do ostatniego posterunku, skąd mieliśmy jeszcze godzinę drogi.
Teraz rozchodziło się o to, kogo dopuścić do trzymanej w tajemnicy oazy. Podjechałem do generała, znajdującego się znowu obok starego Wabble’a, i rzekłem:
— Zbliżamy się do celu, mr. Douglasie...
— Generale, generale! Jestem generałem, sir! — przerwał mi zdanie.
— Well! Ale co mnie to obchodzi?
— Oczywiście, że was mniej ode mnie, ale każdemu daje się zwykle tytuł, jaki mu się należy. Musicie wiedzieć, że byłem w bitwie pod Bullkum, a następnie walczyłem zwycięsko...
— Dobrze, już dobrze! — wtrąciłem. — Powiedzieliście mi to raz, a co raz słyszałem, to mam zwyczaj pamiętać bez powtarzania. Daruję wam chętnie „generała“, jeśli tylko mnie dacie nim spokój. A więc zbliżamy się do celu, mr. Douglasie, i będziemy chyba musieli się pożegnać.
— Pożegnać? Czemu?
— Bo drogi nasze rozłączą się prawdopodobnie.
— Bynajmniej. Zmierzam do Stu Drzew a słyszałem od mr. Cuttera, że wy także macie tam zdążać. Może nie?
— Tak.
Chciał się dostać nad Peace River do Szikasawów, a teraz wymieniał Sto Drzew, jako cel drogi. Czemuż nie miałby zmienić planu pierwotnego?
— Widzicie zatem, że mamy tę samą drogę — mówił dalej. — A gdyby i tak nie było, musiałbym udać się z wami do oazy.
— Dlaczego?
— Bo nie mam już wody.
— Wszak mieliście wczoraj pełne wory.
— Ale dziś już są próżne. Czy sądzicie, że my nie mamy także ludzkich uczuć? Rozdzieliliśmy wodę pomiędzy Komanczów.
Później zrozumiałem, że był to podstęp wojenny, ażeby się dostać do oazy. Teraz miałem mu jeszcze podziękować za humanitarność! Zauważyłem jednak przynajmniej:
— Oaza nie jest miejscem zgromadzeń dla wszystkich, a jej właściciel zwykł przyjmować u siebie tylko tych, których zaprosił.
— Jestem też zaproszony.
— Zaproszony?
— Yes.
— Przez kogo?
— Przez mr. Cuttera, który, jak przyznacie, jest gościem Bloody Foxa.
— To pytanie, czy teraz jeszcze ma prawo uważać się za niego. Zresztą, wiedział dobrze o tem, że tam nie każdy ma przystęp.
— Aha, z powodu wązkiej ścieżki, która tam wiedzie! W takim razie nie macie powodu mnie wykluczać; ta droga nie jest już dla mnie tajemnicą. Mr. Cutter opisał mi dokładnie i drogę i oazę. Wszystkim białym, których tu widzę, wolno tam wejść, i nie znam istotnie powodu, dla którego mielibyście mnie właśnie odmówić pozwolenia.
To było słuszne i, skoro Old Wabble popełnił znowu to głupstwo, że dał mu dokładny opis oazy i wejście do niej, to było to już tak samo, jak gdyby sam tam już był, i opór mój wywołałby tylko to, czego chciałem uniknąć. Dlatego też rzekłem z niechęcią i przymusem:
— W takim razie nie mam nic przeciw temu, żebyście tam napełnili wodą swoje wory; ale ludzi waszych trzymajcie z daleka!
Od zasadzki, w którą zwabiliśmy Komanczów, do oazy był dobry dzień drogi, ale ponieważ z powodu osłabienia koni posuwaliśmy się bardzo powoli naprzód, dostaliśmy się do zielonej wyspy pustynnej dopiero w dwie godziny po południu.
Po przybyciu musieliśmy się najpierw postarać o zabezpieczenie jeńców. Musieliśmy się rozłożyć tam, gdzie znajdowali się już ludzie Sziba Bigha — Apacze zaś otoczyli ich kręgiem nieprzebitym. Potem zaopatrzono przedewszystkiem konie. Zajął się tem Enczarko, który odkomenderował pewną liczbę wojowników do prowadzenia zwierząt partyami przez wązkie wejście i pojenia ich w jeziorku. Na tem upłynęły oczywiście całe godziny.
Ponieważ Komancze zaopatrzyli się w jedzenie bardzo niedostatecznie, musieli im Apacze dopomódz swoimi zapasami. Z tego powodu nie starczyło ich na tak długo, i należało skrócić pobyt pod oazą; postanowiono zatem już nazajutrz ruszyć z powrotem do Stu Drzew.
To wszystko nie odbyło się oczywiście tak gładko, jak opowiadam. Trzeba było zaopatrzyć trzystu Apaczów i dwustu Komanczów. Każdy miał tu do robienia jakąś uwagę, jakieś życzenie, a do nikogo nie zwracano się z tem, tylko do mnie albo do Winnetou. Nie mogliśmy złapać oddechu, a kiedy nareszcie zaspokoiliśmy wszystkich wedle sił naszych i mogliśmy pomyśleć o sobie, nadszedł już wieczór, i dopiero teraz przyszło mi na myśl, że od wczoraj nie wypiłem ani kropli wody. Starałem się o drugich, a zapomniałem o sobie. Kiedy to powiedziałem Winnetou, odrzekł z uśmiechem:
— To niech mój brat napije się prędko i mnie trochę zostawi, bo mam także pragnienie.
— Ty także? Kiedy piłeś po raz ostatni?
— Wczoraj z tobą. Naszym koniom lepiej się powodziło; napoił ich Bloody Fox.
Kiedy weszliśmy do oazy, zastaliśmy tam dwa ognie, oświetlające domek, plac przed nim i jeziorko. Na ławkach siedzieli Parker, Hawley, Fox, Old Surehand, Apanaczka, Sziba Bigh, Old Wabble, a obok niego generał. Ci dwaj nie rozłączali się widocznie. Wszyscy już jedli, a teraz zajęli się nami Bob i Sanna. Rozmawiano, a generał mówił widocznie ostatni, gdyż skoro tyko usiedliśmy, ciągnął dalej:
— Tak, to spotkane przez nas towarzystwo było wesołe. Usadowili się tam onegdaj jeszcze, ażeby wypocząć po polowaniu, a jak słyszałem, mieli jeszcze przez pewien czas pozostać na miejscu. Było ich razem piętnastu a między nimi niektórzy bardzo zajmujący. Ale najbardziej zajął mnie jeden z nich, który musiał przebyć bardzo wiele i ciągle coś opowiadał. Nie męczył się przy tem i zaledwie skończył jedną przygodę, miał już drugą na języku. Jeśli się nie mylę, nazywał się Saddler, ale jeden z jego towarzyszy powiedział mi, że właściwie nazywa się Etters, Dan Etters, i że przybierał już rozmaite nazwiska. Ale to było mi obojętne, gdyż niejeden już syn człowieczy miał powód zmieniać nazwiska. Jeśli ten westman nazywał siebie Saddlerem, a właściwie nazywał się Etters, to...
Przerwano mu. Na pierwszy dźwięk nazwiska „Etters“, powstał Old Surehand i zapytał, przechylając się przez stół:
— Etters, rzeczywiście Etters?
— Yes, sir.
— Czy słyszeliście dobrze?
— Pochlebiam sobie, że mam niezłe uszy!
— I zapamiętaliście dobrze?
— Mam właśnie doskonałą pamięć, jeśli chodzi o nazwiska.
— A Dan, Daniel było mu na imię?
— Nazywał się Dan Etters, nie inaczej!
Czy zdawało mi się to w migotliwem świetle, czy też tak było — generał zwrócił przy tem wzrok z wielkiem natężeniem na Old Surehanda, który widocznie wpadł w rozdrażnienie i chciał je opanować, lecz nie mógł.
— A zatem naprawdę Daniel Etters — rzekł z głębokiem westchnieniem. — Czy przypatrywaliście się dobrze temu człowiekowi?
— Doskonale — odparł Douglas.
— Opiszcie mi go!
— Hm! Opisać? Czy znacie może tego Ettersa? Czy macie z nim jakie stosunki?
— Tak. Chciałbym wiedzieć, czy ten człowiek, o którym mówicie, jest tym samym, którego ja mam na myśli. Dlatego chciałbym opisu.
— Dałbym go wam chętnie, tylko nie wiem, jakby to zrobić.
— Czemu?
— Bo to trudno opisać człowieka, nie mającego w sobie nic szczególnego i wyglądającego tak samo, jak stu innych.
— Czy on był długi, czy krótki, cienki czy gruby?
— Jeśli mam powiedzieć, to miał mniej więcej moją figurę i może ten sam wiek. Zresztą wyglądał jak inni ludzie, tak, że istotnie nie wiem, co mam na nim opisać.
— Czy nie miał w sobie nic, nic uderzającego?
— Wcale nic.
— Żadnego szczególnego znaku?
— Nie.
— Czy przypominacie sobie jego zęby?
— Jego zę... ach, prawda, zęby! To nadawałoby się do opisu.
— Co, co? Nie każcież mi tak długo czekać!
— Thunder! Wam widać pilno, mr. Surehandzie. Oto miał dwie luki w zębach.
— Gdzie?
— Jedną z prawej a drugą z lewej strony.
— Na górze, czy na dole?
— Oczywiście, że na górze, bo wiecie pewnie, że luki na dole nie widać tak łatwo. Brakowało mu po jednej i po drugiej stronie jednego zęba, a to nadawało mu szczególny wyraz i wpływało na wymowę; szeplenił, wymawiając literę „s“.
— To on, to on, to ten, którego szukam! — zawołał Old Surehand niemal radośnie.
— Co? Szukaliście tego człowieka?
— Jeszcze jak! Od wielu, długich lat! We wszystkich stanach, na sawannie, w puszczy, po kenionach i w przesmykach Gór Skalistych! Ścigałem go w lekkiem i wątłem kanoe i po głębokich polach śniegowych nad Missouri...
— Ścigaliście go? Więc to wasz wróg?
— Wróg, jakiego nie mam drugiego.
— Wybaczcie moje zdumienie. Ten Etters wyglądał tak niewinnie, jak dziecko.
— To demon, to dyabeł, szatan, że i w piekle nie ma większego. On przed wielu laty moje...
— Stopp, mr. Surehandzie! — wpadłem mu w słowo. — Jesteście rozdrażnieni. Czy nie możecie się mylić co do osoby?
— Nie, i jeszcze raz nie! On jest...
Nie zrozumiał słów moich i mówił dalej, więc rzuciłem mu ostrzegawcze spojrzenie, które przyprowadziło go do równowagi. Zatrzymał się, spróbował zapanować nad sobą i rzekł już spokojniej:
— Ale to stare dzieje i nie należy ich poruszać.
— Poruszcie je, mr. Surehandzie! — rzekł generał. Może to historya, której warto posłuchać. Opowiedzcie ją.
— Byłaby tylko nudną. A zatem, gdzie spotkaliście tego Ettersa. Na dole w forcie Terzel?
— Yes, w forcie Terzel, jak powiedziałem.
— I chce tam zostać?
— Sądzę; tak przynajmniej powiedział.
— Jak długo?
— Tydzień, jeśli dobrze słyszałem.
— A dawno temu, jak mówiliście z nim?
— Przed czterema dniami.
— Czterema! A więc tylko trzy pozostają!
— Mówicie to tak szczególnie! Czy chcielibyście tam jechać?
— Tak, pojadę tam, muszę!
— A może on już odjechał?
— To ruszę za nim. Podążę jego śladem, żeby nie wiem dokąd prowadził!
Podchwycił znów moje ostrzegawcze spojrzenie, usiadł, przesunął ręką po twarzy i zakończył słowami:
— Pshaw! Albo pozwolę mu uciec! Wprawdzie bardzo mnie udręczył, ale co mu zrobię, jeśli go nawet pochwycę? Sprawa przedawniona, i niema już sędziego, który wziąłby ją w rękę. Nie mówmy już więcej o tem.
W pewien czas potem poszedłem do domu a on za mną. Kiedy byliśmy sami, spytał:
— Chcieliście, żebym szedł z wami, sir?
— Zaiste.
— Czemu dawaliście mi znaki?
— Nie chciałem, żebyście się tak wygadali. Nie dowierzam temu niby-generałowi.
— Ja także nie, ale to nie wpływa na sprawę.
— A przecież może. Przypatrywał się wam z takiem napięciem i tak akcentował nazwisko Etters, jak gdyby wymieniał je tylko ze względu na was.
— To, że je wymienił, jest tylko prostym przypadkiem; jestem tego pewien.
— Ja nie. Zamiar można było wyczuć całkiem wyraźnie.
— Jaki zamiar mógłby kierować tym, nie znającym mnie wcale człowiekiem?
— On was zna, sir; zna całkiem pewnie!
Wtem nadszedł także Apanaczka. Rozglądnął się ostrożnie dokoła a widząc nas samych, zapytał:
— Czy moi bracia mówili o człowieku, którego wymienił ten generał?
— Tak — odpowiedziałem.
— Ja widziałem człowieka, mającego dwie agatan[2].
— Ah! Gdzie?
— W Kaam Kulano.
— Kiedy?
— Przed wielu laty, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem.
— To bardzo, bardzo dawno już temu — rzekłem rozczarowany.
— Nazywano go Etters.
— Rzeczywiście? Pamiętasz to jeszcze?
— Zapamiętałem to sobie, ponieważ go nienawidziłem.
— Za co?
— Śmiał się z matki, którą kochałem.
— Czego chciał u was?
— Tego nie wiem. Mieszkał w namiocie guślarza, a ile razy tam był, miała matka moja w sobie złego ducha, który trząsł wszystkimi jej członkami.
W ten sposób chciał pewnie określić kurcze.
— Czy możesz sobie przypomnieć, jak wówczas wyglądała twoja matka?
— Była młoda i piękna.
— Czy barwa jej skóry była wtedy jaśniejsza aniżeli teraz?
— Była czerwona, jak u wszystkich czerwonych kobiet.
— W takim razie fałszywy jest domysł, który we mnie powstawał. Ale ten drugi będzie trafny. Ten Etters wypędził was z cywilizacyi na dziki Zachód, mr. Surehandzie? On jest w związku z owemi nieszczęśliwemi zdarzeniami, które odebrały wam wiarę w Boga i ufność?
— Tak — odpowiedział. — Odgadliście to.
— A czy sądzicie rzeczywiście, że on znajduje się teraz w forcie Terzel?
— Jestem tego pewien.
— I chcecie się tam udać rzeczywiście?
— Muszę, muszę!
— Kiedy?
— Jeszcze dzisiaj wieczorem! Nie mogę stracić dnia, ani godziny, ani chwili. Ścigałem już tego łotra sto razy, często całymi tygodniami, ale nie mogłem go schwytać. Znałem tylko jego nazwisko i czyny. Teraz dowiaduję się tak nagle i niespodzianie, gdzie go można znaleźć, że zrozumiecie, iż nie będę miał ani minuty spokoju. Ja muszę jechać!
— Miejmy nadzieję, że generał was nie okłamał; ja mu nie ufam.
— Ależ rozważcie całą sprawę, sir! Jakiż zamiar mógłby mieć w tem kłamstwie?
— Żeby wywieść was w pole.
— Nie. Ja wierzę jego słowom jadę do fortu Terzel.
— Sam?
— Sam; przecież nie mam towarzyszy.
— Jednego będziecie mieli.
— Kogo?
— Mnie.
— Co? Was? — spytał z radosnem zdumieniem. Chcielibyście jechać ze mną?
— Tak, jeśli mnie z sobą weźmiecie.
— Czy was wezmę? Co za pytanie! Chciałbym ciągle a ciągle być z wami, nawet w zwyczajnych sytuacyach, bo nie uwierzycie, jak bardzo was polubiłem. A tu, gdzie idzie o coś tak ważnego, o polowanie na drapieżcę, którego nigdy nie mogłem schwytać, daje mi towarzystwo wasze tę pewność, że mi Etters tym razem nie ujdzie! Gdy Old Shatterhand raz puści się tropem, to zwierzyna zgubiona. A więc naprawdę chcecie jechać ze mną?
— Pewnie!
— To dla mnie poprostu rozkosz, to... to... to... Nie chce mi się w to wierzyć. Ale was i tu także potrzeba.
— Trudno! Winnetou zarządzi wszystkiem.
— I chcecie się z nim dla mnie rozstać?
— Rozłąka będzie niedługa, i odszukamy go zaraz potem. A więc bierzecie mnie z sobą?
— Co za pytanie! Wszak o pozwoleniu z mojej strony niema mowy. Przeciwnie, prosiłbym was na klęczkach, żebyście mi dopomogli waszą głową i ręką.
Wtem położył mu Apanaczka rękę na ramieniu i rzekł:
— I jeszcze jeden pojedzie.
— Kto taki?
— Apanaczka, wódz Komanczów Naini. Kocham ciebie i jadę z tobą. Mówię językiem bladych twarzy, nauczyłem się odszukiwać ukryty trop ludzki i nie lękam się żadnego wroga. Czyż nie mogę ci się przydać? Wypaliłem kalumet z Winnetou, z Old Shatterhandem i z tobą i jestem twoim bratem. Szukasz śmiertelnego wroga i narażasz się na niebezpieczeństwo; czy brat nie powinien być przy tobie? Czy byłbym ci przyjacielem i bratem, gdybym pozwolił ci jechać samemu?
Nadzwyczajnie rzewne oddanie się przemawiało z jego słów, głosu i z jego rysów. Old Surehand nie odpowiedział, lecz spojrzał na mnie pytająco. Dlatego zadecydowałem:
— Nasz czerwony brat Apanaczka chce coś uczynić, czego nie pochwaliłby cały szczep jego.
— Co mnie obchodzi cały szczep mój, skoro idzie o brata Surehanda! Synowie Komanczów znają tylko nienawiść i zniszczenie, a tu znajdują miłość i łagodność, Czerwoni mężowie zwyciężają tomahawkiem — wy zaś jesteście silni i niezwyciężeni i pokonujecie wrogów przebaczeniem i pojednaniem. Gdzie lepiej: u miłości czy nienawiści? Jestem wam bratem i jadę z wami!
— Dobrze, możesz nam towarzyszyć, lecz nie pojedziemy dziś wieczór, tylko jutro rano. Tych kilka godzin nam nie przepadnie, bo konie muszą wypocząć; potem będą zato o wiele szybsze.
— Ale jeśli Ettersa już nie będzie? — wtrącił Old Surehand zaniepokojony.
— To zostawi nam trop swój, którym podążymy. Nie obawiajcie się! Musimy przedewszystkiem mieć dobre konie. Ja mogę się zdać na mego karego, a koń Apanaczki jest także rączy i wytrwały — przypatrzyłem mu się. Ale jak tam wasz, mr. Surehandzie?
— To doskonałe zwierzę, chociaż niema porównania z waszym ogierem. Ale w ostatnich dniach musiałem go bardzo wysilić, więc wobec wymagań najbliższych dni gotów mi odmówić służby.
— Well, to pojedziecie na koniu Wupy Umugi, którego sprowadziłem z Kaam Kulano.
— Chcielibyście mi go pożyczyć?
— Nie pożyczyć, lecz darować.
— Nawet darować takie cenne zwierzę?
— Weźcie go sobie. Cóż z nim zrobię? Wupie Umugi go nie zwrócę, a sam go nie potrzebuję.
Uścisnął mi rękę i zawołał w zachwycie:
— Przyjmuję go, tak, przyjmuję! Wam nie odmówię przyjęcia nawet tak wielkiego daru, gdyż sądzę, że kiedyś pozwolicie mi zrewanżować się za to. A więc jedziemy dopiero jutro. A teraz chodźmy; muszę pójść do mego nowego konia.
— Ale nie dajcie nic poznać po sobie! Najlepiej będzie, jeżeli nie będziecie rozmawiali z generałem.
Wyszedłszy, zauważyłem, że Winnetou nie było; poszedł zobaczyć, czy jeńców dobrze pilnują. Zostawił swoją strzelbę srebrzystą tak samo, jak ja moją, na stole. Teraz miał je wszystkie w ręce generał i próbował właśnie mego sztućca, ażeby zbadać jego konstrukcyę. Miał przytem w twarzy wyraz nadzwyczajnej pożądliwości.
— Nieprawdaż, sir, że to wasza niedźwiedziówka? — zapytał, widząc mnie nadchodzącego.
— Tak — odrzekłem krótko.
— A to ten słynny sztuciec Henryego, o którym tyle słyszałem?
— Tak, ale co was to obchodzi?
— Chciałem otworzyć zamek, lecz nie zdołałem. Czy powiecie mi, jak...
— Tak, powiem wam — wpadłem mu w słowo — powiem, że musicie ręce trzymać zdala od tego. To nie są zabawki dla generała, który nigdy w życiu nie widział Bull Rum.
— Co? Nie widział? Powiadam wam, że...
— Cicho! Mnie nie blagujcie. Dajcie to!
Zabrałem mu obie strzelby, a w tej chwili nadszedł Winnetou, którego rusznicę trzymał jeszcze generał. Apacz odgadł natychmiast sytuacyę, odebrał mu strzelbę i rzekł z gniewem, wbrew zwykłemu swemu spokojowi:
— Jak śmie kłamliwa blada twarz zabierać się do strzelby wodza Apaczów? Tej strzelby nie dotknęły jeszcze brudne palce białego łotra!
— Łotra? — wybuchnął generał. — Niech Winnetou cofnie to słowo, bo...
— Bo co? — huknął nań Apacz.
Na to cofnął się Douglas i odpowiedział pokornie:
— Chyba strzelbę można oglądnąć.
— Lecz nie dotykać! Winnetou nie położy ręki tam, gdzie była jego ręka.
Otarł rogiem opończy rusznicę, jak gdyby się była zbrukała, podał mi ją potem i powiedział:
— Niech brat Shatterhand zaniesie nasze strzelby do izby i powiesi tam na ścianie, ażeby ich znów nie splamiły takie ręce.
Z tem odwrócił się i poszedł do swego konia. Zobaczyłem jeszcze, że generał zamienił z Old Wabblem nie całkiem zrozumiałe dla mnie spojrzenie i zaniosłem strzelby do domku, gdzie zawisły bezpiecznie, bo tam nikt niepowołany nie wchodził. Tak przynajmniej sądziłem ja i Winnetou.
Udałem się potem do niego, by mu powiedzieć, co ułożyłem z Old Surehandem. Zgodził się z tem zupełnie i powiedział:
— Mój brat czyni bardzo dobrze. Czy ten generał powiedział prawdę, czy nie — dobrze będzie, że pojedziesz z Old Surehandem. Cieszę się także, iż Apanaczka chce wam towarzyszyć. On wam nie będzie ciężarem, lecz pomocą. Mnie zastaniecie potem w mieszkaniach Meskalerów, dokąd zabiorę także konia, na którym dotychczas jeździł Old Surehand. Tam go sobie odbierze.
Następnie widzieliśmy, że generał napełnił wodą wory, przyczem dopomagał mu Old Wabble. Wynieśli je natychmiast do Szikasawów. Nie troszczyliśmy się o to, lecz uważaliśmy za pewne, że generał zamierzał jutro wcześnie wyruszyć, co było nam tylko na rękę.
Przygotowawszy nam łoża, poszedł Bob do izby, gdzie spał ze Sanną. Położyliśmy się. Bloody Fox spał zwykle w domku, ale z powodu zaduchu wolał dzisiaj przespać się na wolnem powietrzu. Ogniska, nie podsycane, pogasły wkrótce — i zasnęliśmy.
Rano byłem pierwszy na nogach i pobudziłem towarzyszy. Nie uderzył nas brak generała z Old Wabblem; poszedłem z Winnetou zobaczyć jeńców. Zastaliśmy wszystko w porządku, co się odnosiło do Komanczów i do Apaczów, ale Szikasawów nie było. Enczarko, który tutaj dowodził, spytany o nich, odpowiedział:
— Czy moi bracia nie wiedzą, że odjechali?
— Nie.
— Biały, nazywający się generałem, powiedział, że dłużej tu nie zostanie, ponieważ Winnetou i Old Shatterhand obrazili go, i odjechał z Szikasawami i z blademi twarzami.
— A Old Wabble?
— Pojechał z nimi.
— To przyjaźń między nimi dość prędko się zawiązała. Niech sobie jadą razem z Old Wabblem. Nie szkoda ich. Ale musieli jeszcze w ciemności wyruszyć, gdyż dzień dopiero od pół godziny.
— W ciemności? — spytał Enczarko. — Księżyc świecił jeszcze.
— Co? Księżyc? Dzisiaj rano?
— Dzisiaj rano? To było wczoraj wieczorem!
— Ach, oddalili się jeszcze wczoraj? Pilno im było.
— Ponieważ obraziłem generała — rzekł Winnetou. — Gniew wygnał go wkrótce potem.
Wróciliśmy nad wodę, zjedliśmy śniadanie i napoiliśmy konie. Tymczasem zapakował Bob żywność dla mnie, dla Old Surehanda i dla Apanaczki i napełnił wodą kilka worów. Gdy był z tem gotów, kazałem mu przynieść moje strzelby.
— Strzelby? — zapytał. — Gdzie być strzelby?
— W izbie. Wiszą na ścianie przy drzwiach.
Wszedł do środka, lecz wrócił zaraz z próżnemi rękami i doniósł:
— Strzelb tam nie być; masser Bob nie widzieć.
— Mylisz się. Czyż wczoraj wieczorem nie widziałeś ich, kładąc się spać?
— Masser Bob tam nie popatrzeć. Teraz nie być, rzeczywiście nie być.
To było przecież szczególne! Wszedłem do środka a Winnetou czem prędzej za mną. Strzelb nie było. Z początku zakłopotaliśmy się tylko, lecz zakłopotanie zamieniło się w przestrach, gdy dowiedzieliśmy się, że nikt z naszych nie był w domku. Przypuszczaliśmy jeszcze tylko, że ktoś zdjął dla nas strzelby i położył je gdzieś na dworze.
— Czyżby...? — zapytał Winnetou.
Z wewnętrznego rozdrażnienia nie dokończył myśli. Pomimo bronzowego zabarwienia jego twarzy ujrzałem, że mu krew uciekła z policzków.
— Czy masz na myśli generała? — spytałem.
Skinął tylko głową.
— O, to łotr! To nikt inny, tylko on! Jak pożądliwie przypatrywał się strzelbom! Zaraz nam się to wyjaśni! Bobie, czy był kto w domku, kiedy się spać położyłeś?
— Był massa generał.
— Aha! Czyż drzwi nie zaryglowałeś?
— Masser Bob nigdy drzwi nie ryglować; tutaj nie być opryszków.
— Czego tam chciał generał?
— Wejść po cichu i wołać Boba, ażeby mu dać dolara napiwku za wieczerzę i za obsługę.
— Czy świeca paliła się jeszcze?
— Nie — bo masser Bob i Sanna chcieć spać.
— Jak długo był generał w izbie?
— Massa generał wejść, zawołać masser Bob i dać mu dolara, a potem nie zaraz wyjść, bo nie znaleźć zaraz drzwi.
— Aha, przecież wiedział, gdzie były! Udawał tylko, że szukał, a przy tem macał po ścianach za strzelbami. Co mówi mój brat Winnetou? Czy jest tego samego zdania?
Nie widziałem jeszcze nigdy, żeby tego Apacza wyprowadziło coś z równowagi. Znajdowaliśmy się w położeniach i w niebezpieczeństwach, które byłyby każdego innego wprawiły w największe rozdrażnienie, a on zawsze zachowywał zupełny spokój. Były, co najwyżej, małe wątpliwości i niespodzianki, które jednak zauważytem tylko ja, ponieważ go znałem. Teraz widziałem go po raz pierwszy tak podnieconym wewnętrznie, że wysilał się, ażeby na zewnątrz zachować spokój. Zaznaczyło się to tem, że na moje pytanie odpowiedział cicho i połykając słowa.
— Mój brat ma słuszność. Generał... ukradł... nasze strzelby!
— Twoją wspaniałą srebrzystą rusznicę, drogie dziedzictwo po ojcu!
— On je... on je...
Nie mógł dalej mówić; widziałem, że hamowany gniew ściskał mu pięści.
— On będzie je musiał zwrócić — uzupełniłem niedokończone przezeń zdanie. — Musimy ścigać złodziei i to natychmiast.
— Tak... Natychmiast, natychmiast!
Można sobie wyobrazić, że utrata strzelb dotknęła nietylko nas dwu poszkodowanych. Przyjaciele, stojący przy nas, byli jeszcze bardziej rozdrażnieni. Old Surehand rzekł drżącym od gniewu głosem:
— Ta kradzież dotyka także i mnie bardzo ciężko, mr. Shatterhandzie. Musicie oczywiście ścigać łotrów i nie możecie jechać ze mną do fortu Terzel.
— Tak, nie mogę.
— A ja nie mogę ani wam towarzyszyć, ani czekać tu na was, gdyż muszę jechać i nie mogę tracić ani godziny.
— Boję się tylko, że nadaremnie odbędziecie tę drogę.
— Być może, ale nie chcę mieć potem wyrzutów; to zrozumiecie z pewnością.
— Pewnie, że rozumiem i nie namawiam was do zaniechania tej jazdy. Nie będziecie sam, bo Apanaczka będzie wam towarzyszył.
— Tak — oświadczył młody wódz Komanczów. — Jadę z bratem Surehandem, gdyż przyrzekłem to i słowa dotrzymam. Muszę dotrzymać tem bardziej, że Old Shatterhand nie może jechać.
— W takim razie życzę wam, żebyście tam znaleźli to, czego szukacie, mr. Surehandzie.
— A ja wam życzę — odrzekł — żeby wam generał nie umknął. Do wszystkich dyabłówł! Jeśli sobie tak pomyślę — te trzy drogocenne, niedoścignione strzelby stracone!
— Nie uważam ich bynajmniej za stracone!
— Nie? Spodziewacie się złodzieja odszukać?
— Nie tylko sądzę, lecz jestem pewien.
— Tak, znajdziemy go, żywym lub martwym, żeby nie wiem dokąd umknął, albo w ziemię się zapadł. On nam nie ujdzie! — mówił Winnetou, zgrzytając zębami.
— To pewne — dodałem. — Dostaniemy strzelby, tylko pytanie, w jakim stanie.
— Tak. Ten biały pies nie umie obchodzić się z niemi, więc może je łatwo uszkodzić, albo nawet uczynić nie do użytku, szczególnie sztuciec.
— Musiałby za to odpokutować ciężko, bardzo ciężko. Kogo chce brat Winnetou zabrać ze sobą?
— Nikogo.
— Pojedziemy sami?
— Tak. Każdy inny przeszkadzałby nam.
— Ja także? — zapytał Parker.
— Tak.
— I ja? — spytał Hawley.
— I ty.
— Ale my pojechalibyśmy tak chętnie!
— To nie może być. Wasze konie nie są takie rącze, jak nasze, i nie wytrzymałyby tej jazdy.
Obaj prosili jeszcze, żeby ich zabrać, lecz Winnetou odmówił stanowczo a ja przyznałem mu słuszność. Wobec tego ofiarowali swoje usługi Old Surehandowi i Apanaczce, ale tym także nie mogli się na nic przydać. Nie pozostało im nic innego, jak przyłączyć się do transportu pojmanych Komanczów.
Miał go prowadzić Winnetou, ale teraz to było niemożebne. Ponieważ jednak zostać tu także nie mogli, umówiliśmy się krótko, że dziś jeszcze zabiorą ich stąd Apacze pod dowództwem Bloody Foxa i Enczarko. Byłbym chętnie wstawił się za nimi, żeby otrzymali strzelby, lecz zaniechałem tego wobec twierdzenia Winnetou, że byłoby to niebezpiecznem. Mogłoby im po uwolnieniu wpaść na myśl zaatakować zaraz Apaczów, albo pójść za nimi potajemnie i spróbować napadu. Było to tem bliższe prawdy, że nie było Winnetou, Old Surehanda i mnie, których bali się najbardziej.
Mogliśmy się zaopatrzyć w rusznice, których Bloody Fox miał kilka i ofiarował nam, albo mogliśmy sobie wyszukać dwie ze zdobycznych, lecz zaniechaliśmy tego, będąc pewni, że odzyskamy nasze strzelby. Poco mieliśmy się wlec z innemi? Mieliśmy noże, rewolwery, lassa i tomahawki, a to wystarczało na razie.
Wyjechaliśmy za pole kaktusowe, gdyż chodziło o znalezienie śladów generała. Dowiedzieliśmy się przytem, że mówił do jednego ze strażników, iż pojedzie ku Stu Drzewom.
— To nieprawda, to fortel dla zmylenia was — rzekł Parker. — Generał nie zna wcale tej drogi.
— Ale jest z nim Old Wabble, który ją zna.
— Więc sądzicie, że pojechał tam istotnie?
— Nie, właśnie dlatego, że to powiedział, pojechał w innym kierunku.
— Ale dokąd?
— Przypuszczam, że ku Peace River. Dowiedziałem się, że tam zmierza, a on nie domyśla się, że wiem o tem. Chce wypocząć u Szikasawów.
— To powinniście zaraz tam jechać.
— Tak, lecz nie mogę zaniedbać żadnej ostrożności. Mogło mu coś innego przyjść na myśl, więc musimy iść tropem.
— To trudna sprawa, bardzo trudna!
— Czemu?
— Bo droga stąd do Stu Drzew roi się teraz od śladów. Kto znalazłby ich trop, musiałby mieć ostre oczy, musiałby być niemal wszystkowiedzącym.
— Zapominacie, że wiatr zawiał zupełnie te ślady. Będziemy więc widzieli bardzo wyraźnie trop pięciu białych i czterech Szikasawów.
— Ach, to prawda! A zatem ruszacie zaraz?
— Tak.
— To prędko i niespodzianie. Mam nadzieję, że zobaczymy was wkrótce, mr. Shatterhandzie. Pozwólcie, że podam wam rękę.
Joz Hawley podał mi także i rzekł tonem serdecznego zasmucenia:
— Czy przypominacie sobie jeszcze historyę, którą opowiadaliście nam tam, za Mistake Canon, sir?
— Tak.
— Ulżyliście nią mojemu sercu. Przyszedłem do przekonania, że z powodu śmierci owego Indyanina, nie mam sobie nic do wyrzucenia. Wy to daliście mi to uspokojenie. Dziękuję wam, mr. Shatterhandzie, i cieszyłbym się, gdyby nasze tropy skrzyżowały się kiedyś znowu!
Zaczęły się pożegnania. Old Surehand wziął mnie za rękę, odciągnął mnie od drugich, ażeby słów jego nie słyszeli i rzekł:
— Wczoraj wieczorem byłem uszczęśliwiony, że mieliście jechać ze mną do fortu Terzel — dziś wszystko zmieniło się tak niespodzianie. Wyobrazicie sobie, jak mnie to smuci. Wiecie, że chciałbym ciągle być z wami. Teraz musimy się rozstać tak nagle i to z takiego powodu! Ale czy rzeczywiście jesteście pewni, że odzyskacie te strzelby?
— Tak.
— Życzę wam tego z całego serca, a równie serdecznie życzę sobie, żebyśmy się rychło zobaczyli!
— Wierzcie, że to i moje życzenie, mr. Surehandzie.
— Czy nie oznaczylibyście mi miejsca?
— Nie.
— Czemu nie?
— Bo obydwaj nie wiemy, co się stanie i na jakie idziemy wypadki. Wy jedziecie na południe szukać tego Dana Ettersa. Kto wie, jak długo będziecie go ścigali i dokąd zaprowadzą was jego ślady. Ja jadę na północ i także nie mogę powiedzieć, kiedy i gdzie dopędzimy generała.
— Więc tu wcale nie powrócicie?
— Chciałbym, ale nie mogę powiedzieć, czy to będzie możliwe. Nie mogę wam więc z góry wyznaczyć schadzki, a wy prawdopodobnie także nie możecie.
— Nie.
— A więc musimy czas i miejsce przyszłego spotkania pozostawić przypadkowi.
— Hm, tak! Ale nie potrzeba znowu zdawać się tak całkiem na przypadek. Czy mogę wam dać pewną wskazówkę?
— Proszę o to.
— Jeszcze przed pojedynkiem z Apanaczką podałem wam adres. Pamiętacie go?
— Naturalnie.
— To weźcie go sobie za podstawę spotkania się ze mną. Gdybyście kiedy przybyli do Jefferson City nad Missouri, to idźcie do banku Wallace et Comp. a tam dowiecie się, gdzie znajduję się w danej chwili.
— Well, uczynię tak.
— Dziękuję! Ale mam jeszcze prośbę.
— Jaką?
— Nie starajcie się badać moich stosunków.
— Nie. Czyż uważacie mnie za człowieka niedyskretnego, nietaktownego i natrętnego?
— Wcale a wcale nie, ale moglibyście postąpić wedle wskazówki, danej wam przed pojedynkiem.
— Przecież daliście mi ją tylko na wypadek śmierci, a dotychczas żyjecie. Nie spróbuję nawet wciskać się w wasze tajemnice.
— Dziękuję wam, sir, dziękuję. A teraz bądźcie zdrowi. Życzę wam rychłego doścignięcia generała.
— A ja ucieszyłbym się potem nadzwyczajnie, gdybym się dowiedział, że pochwyciliście szczęśliwie waszego Ettersa.
Uścisnęliśmy sobie serdecznie ręce. Żałowaliśmy obydwaj szczerze, że musieliśmy rozstać się tak nagle i to na czas zupełnie nieograniczony.
Pożegnałem się także z Bloody Foxem. Winnetou dał jemu i Enczarowi Ko odpowiednie wskazówki, pożegnał wszystkich na swój sposób w krótkich słowach, opuściliśmy oazę, będącą miejscem takich groźnych wypadków, które jednak skończyły się dla nas tak dobrze.
Koniom było dziś ciężej, niż zazwyczaj, gdyż niosły wory z wodą na dwa dni. Jeśli bowiem było prawdą to, co przypuszczaliśmy — generał nie pojechał do Stu Drzew, lecz do Szikasawów, mieszkających na północ od Llana Estacada, i mieliśmy przed sobą dwa dni jazdy pustynią. Drogę znaliśmy dobrze. Wiodła przez Helmers Home, osadę, położoną na północnym skraju Llana a nazwaną tak od nazwiska właściciela Helmersa. Był to nasz dobry znajomy, nawet przyjaciel. Było do przewidzenia, że ci, których ścigaliśmy, tam zajadą.
Musieliśmy śpieszyć się bardzo, ponieważ jeszcze wczoraj wieczorem wyjechali z oazy, więc byli przed nami o pół dnia drogi. Mimo to musieliśmy doścignąć ich jeszcze gdzieś na pustyni, bo pościg byłby potem trudniejszy. Później zaczynały się trawy, zarośla, nawet lasy, potoki i rzeki, dostarczające wszędzie kryjówek, które dałyby generałowi sposobność do umknięcia.
Trop było łatwo rozpoznać. Prowadził on wprawdzie ku zachodowi, a więc w kierunku Stu Drzew, ale już w pół godziny, skręcał pod kątem prostym na północ. Nasze domysły zatem były widocznie słuszne.
Jechaliśmy ciągle cwałem i puszczaliśmy konie tylko czasem w tempo wolniejsze, ażeby odsapnęły. W południe, podczas największej spiekoty, zatrzymaliśmy się, daliśmy koniom wody i godzinę spoczynku. Potem ruszyliśmy dalej z takim samym pośpiechem, dopóki nie musieliśmy się zatrzymać z nastaniem ciemności. To było dla nas niekorzystne ze względu na to, że ścigani mogli także nocą jechać, gdy my tymczasem musieliśmy czekać, bo nie widzieliśmy tropu.
Mogliśmy mimo to jechać dalej, ponieważ znaliśmy cel prawdopodobny — ale byłoby to zbytnią śmiałością, gdyż nagle mogło zajść coś, co zmusiłoby ich do zmiany kierunku; to też zatrzymaliśmy się o zmierzchu. Zaledwie jednak ukazał się księżyc, ruszyliśmy w dalszą drogę. Sierp jego dawał mało światła, i innym westmanom byłoby trudno jechać za tropem przy tak skąpem oświetleniu i do tego cwałem, ale nasze oczy były dość ostre i, gdybym ja się nawet pomylił, to u Winnetou było to zupełnie wykluczone. Dopiero po północy zatrzymaliśmy się znowu, bo dzielne nasze zwierzęta musiały wypocząć. Potem dostały niedostateczną, co prawda, porcyę wody i zostały przywiązane do wbitych w ziemię palików, a my owinęliśmy się kocami i położyliśmy się spać. Zaledwie dzień zaszarzał, wsiedliśmy znowu na koń i w dwie godziny potem przybyliśmy na miejsce obozowania zbiegów. Spojrzeliśmy na siebie z zadowoleniem, gdyż odległość między nimi a nami zmniejszyła się z pół dnia na dwie godziny drogi, jeśli także rano wyruszyli.
Powiedziałem, że spojrzeliśmy na siebie, gdyż nie rzekliśmy do siebie ani słowa. Winnetou był wogóle człowiekiem milczącym, a w tak ważnej chwili, jak obecna, tracił jeszcze mniej słów.
Zaledwie ujechaliśmy z pół godziny drogi od obozowiska dziewięciu jeźdźców, musieliśmy się znowu zatrzymać, gdyż w tem miejscu przerwali jazdę, a odciski kopyt przekonały nas, że musiała się tu odbyć narada. Zarazem musiała ona być bardzo ożywiona, gdyż jeźdźcy nie stali na miejscu, lecz ruszali się bardzo razem z końmi. To skłoniło nas do przypuszczenia, że przyszło między nimi do sporu. Ale o co? Prawdopodobnie o dalszy kierunek jazdy na dzisiaj.
Na ten domysł naprowadził nas fakt, że ślady dzieliły się w miejscu, co nam było bardzo nie na rękę. Ani jeden trop ani drugi nie prowadził dalej w prostym kierunku, lecz jeden zbaczał w prawo, a drugi w lewo, tak, że tworzyły kąt ostry.
— Uff! — rzekł Winnetou z niechęcią. — To źle.
— Pewnie, że źle — potwierdziłem. — Czerwoni rozłączyli się tu prawdopodobnie z białymi. Ale który trop jest Indyan, a który białych?
— Zobaczymy.
Zsiadł z konia, ażeby zbadać odciski.
— Wątpię bardzo, czy to rozróżnimy — oświadczyłem, zeskakując z siodła. — Zauważyłem, że konie białych nie mają także podków, lecz idą boso. Niepodobna więc prawie odróżnić ich od indyańskich.
Słowa moje sprawdziły się niestety; odciski kopyt dały nam najmniejszych wskazówek. Byliśmy zdani na niepewne domysły, które raczej szkodzić nam mogły, aniżeli przydać się na coś.
— Jedźmy czas jakiś obydwoma tropami — rzekł Winnetou. — Może przecież coś zobaczymy. Niech mój brat weźmie ten prawy, a ja pojadę lewym.
Zrobiliśmy tak, ale jedynym rezultatem było to, że stwierdziłem ilość jeźdźców; Winnetou osiągnął ten sam niedostateczny wynik. Nie mogliśmy nawet z tego wnosić o liczbie jeźdźców, ponieważ były tam także konie juczne. Staliśmy, spoglądając na siebie.
— Uff! — rzekł Winnetou, i mimo rozczarowania przemknęło mu po twarzy coś, jakby uśmiech. — Czy mój brat widział mnie kiedy stojącego w ten sposób?
— Nie.
— Ja ciebie także nie. Uff!
— Jeszcze nigdy nie zdarzyło się nam, żebyśmy tak całkiem nic nie wiedzieli.
— Nie, jeszcze nigdy! Ale namyślmy się. Czy byłoby to możliwe, żeby ani Winnetou ani Old Shatterhand nie wpadli na myśl właściwą?
— Zaiste, wstydziłbym się. Więc pomyślmy! Najbliższy skraj pustyni leży na północy tam, gdzie jest Helmers-Home. Wódz Szikasawów, Mba, wie o tem napewno. Czy pojechałby na prawo czy na lewo, potrzebowałby o pół dnia drogi więcej, ażeby wydostać się z Llana. O tem wie także, i nie przypuszczam, żeby chciał tak okrążać. A może sądzisz inaczej?
— Nie.
— Jeśli odłączył się od białych, to pewnie po kłótni z nimi. Pojechał sam, lecz wiedział pewnie, dokąd oni pojadą. Zwiódł ich przy tem co do swego kierunku, zbaczając z właściwego, lecz powrócił nań pewnie, skoro tylko zniknął im z oczu. Jeśli więc nie pojedziemy ani jednym ani drugim tropem, lecz prosto, to natkniemy się bezwarunkowo na jego trop.
— Uff! To słuszne!
— W takim razie drugi trop będzie tym, którym mamy podążyć. Odszukamy go i będziemy pewni, że mamy przed sobą generała. Sądzę, że brat Winnetou przyzna mi słuszność.
— Jest tak, jak mówisz. Nie pojedziemy więc teraz ani jednym ani drugim tropem.
Dosiedliśmy koni i ruszyliśmy prosto przed siebie tak, że prawy i lewy trop wkrótce zniknęły nam z oczu. Zdawało mi się, że mogę być pewnym swego, lecz byłem ciekaw, czy moje przypuszczenie się sprawdzi. I rzeczywiście zobaczyłem po upływie pół godziny, że prawy trop zbliżył się do nas i zwrócił się potem na północ.
— Uff! — odezwał się Winnetou wesoło. — Więc to jest trop Szikasawów, wiodący wprost do Helmers Home.
— Musimy zatem odnaleźć tamten drugi — oświadczyłem — który będzie bezwątpienia tropem białych.
— Tak, jedźmy teraz na lewo aż do drugiego! Skoro tak uczynimy, nie będziemy mogli się pomylić i potem...
Zatrzymał się wśród zdania. Mówiąc, powiódł okiem po linii horyzontu i coś zobaczył widocznie, bo wydobył lunetę i zwrócił ją ku północy. Uczyniłem czemprędzej to samo i zobaczyłem przez szkła kilku ludzi i koni, leżących na piasku.
— Kto to być może?
— Szikasawi — odpowiedział.
— Czemu nie pojechali dalej? Z jakiego powodu tam siedzą?
— Uff! Czekają na nas.
— Bardzo być może — przyznałem. — Mba wyglądał na uczciwego człowieka. Zauważył dopiero po drodze, że generał nas okradł, i ma tyle przenikliwości, żeby domyślić się, iż będziemy go ścigać. Wobec tego rozstał się z nim. Gdyby mu tego nie nakazywała uczciwość, musiałby to uczynić ze względu na własne niebezpieczeństwo. Musiał się starać o to, żebyśmy nie uważali go za człowieka, mającego konszachty ze złodziejami i użyczającego im osłony. Tak pewnie będzie.
— Tak jest. Jedźmy tam.
Puściliśmy konie cwałem i zbliżyliśmy się wkrótce do tych ludzi tak, że mogliśmy ich rozpoznać. Tak, był to Mba, ale tylko z dwu Indyanami. Mieli ze sobą dwa konie juczne. Gdzie był czwarty Szikasaw? Poznawszy nas, wstali czerwoni, złożyli broń na piasku i podeszli ku nam. Tem dali dowód, że zbliżają się w zamiarach przyjaznych, ale ja mimo to wziąłem w rękę rewolwer. Kiedy dojechaliśmy do nich i osadziliśmy konie przed nimi, rzekł Mba:
— Niech Old Shatterhand schowa za pas swój pistolet, bo jesteśmy jego przyjaciółmi. Wiedzieliśmy, że przybędziecie i czekaliśmy na was tutaj.
— Aha, wiedzieliście o tem?
— Tak, czyż może Winnetou i Old Shatterhand są wojownikami, którzy pozwalają sobie kraść strzelby i nie odbierają ich potem?
— To słuszne. Kiedy wódz Szikasawów, Mba, dowiedział się, że nas okradziono?
— Dopiero dzisiaj rano o świcie.
— Rzeczywiście nie pierwej?
— Nie. Mówię prawdę. Czy czekałbym na was, gdybym was chciał okłamać albo sam kradł razem z nimi?
— Nie. Zaraz na pierwszy rzut oka uważałem cię za uczciwego człowieka. Opowiadaj!
— Spotkaliśmy się z temi blademi twarzami na południu Llana, a ja przyrzekłem im przeprowadzić ich przez pustynię. Wtem spotkaliśmy się z wami. Ucieszyłem się widokiem Old Shatterhanda, Winnetou i Old Surehanda, nie przeczuwając, że generał ma względem was złe zamiary. Pojechaliśmy z wami aż do Krwawego Lisa i chcieliśmy tam pozostać przez całą noc dla wypoczynku. Wtem nadszedł generał i powiedział, że musimy jechać czemprędzej, ponieważ poróżnił się z wami. Uczyniliśmy to, czego chciał, i jechaliśmy przez całą noc i cały dzień...
— A w tobie nie powstała nieufność? — wtrąciłem pytanie. — Nie zbudziło się podejrzenie?
— Zbudziło się zaraz na początku drogi, bo generał ruszył najpierw na zachód, dokąd nie mieliśmy wcale jechać. Potem za dnia zauważyłem paczkę, której przedtem nie miał i z którą obchodził się bardzo troskliwie. Uderzyło mnie także to, że się śpieszył. Kiedy wczoraj wieczorem rozłożyliśmy się obozem, postarałem się o to, żeby ta paczka wpadła mi w ręce. Wyrwał mi ją natychmiast, lecz mimo to poznałem, że była ciężka i że zawierała strzelby.
— Jak wyglądała ta paczka?
— Był to koc, w który owinięte były strzelby i związane rzemieniami. Chciałem wiedzieć, jakie to strzelby, lecz blade twarze zasnęły dopiero nad ranem tak mocno, że mogłem wziąć je niepostrzeżenie i rozwinąć. Ujrzawszy, co tam było, przestraszyłem się, bo wiedziałem, że będziecie nas ścigali.
— Czemu nie zatrzymałeś tego pakunku, ażeby nam go zwrócić?
— Bo nas było czterech czerwonych przeciwko pięciu białym i ponieważ nie bylibyście potem pochwycili złodzieja, bo byłby uciekł.
— Hm, tak, gdybyś mu uciec pozwolił.
— Miałem plan lepszy.
— Jaki?
— Kiedy dziś ujechaliśmy kawałek drogi, zatrzymałem się i powiedziałem bladym twarzom, że widziałem strzelby i że nie mogę z nimi jechać dalej, bo pewnie wkrótce nadjedziecie. Rozgniewali się i zaczęli się z nami kłócić. Gdy jednak uparłem się przy mojem postanowieniu, poprosili mnie, żebym zostawił im przynajmniej jednego wojownika, któryby ich poprowadził, bo nie znają drogi przez Llano. Uczyniłem, co chcieli, ale przedtem już powiedziałem temu wojownikowi, jak się ma zachować. On przyprowadzi wam pod rękę złodziei.
— W jaki sposób?
— Pojechałem tylko trochę dalej i zatrzymałem się, ażeby na was zaczekać, gdyż chcę was tam zaprowadzić, gdzie ich złowicie.
— Gdzie to jest?
— Tam na północy leży na skraju Llana mieszkanie białego męża...
— Które się nazywa Helmers Home — wtrąciłem.
— Uff! Old Shatterhand zna to miejsce?
— Znamy je; Helmers to nasz przyjaciel.
— To dobrze, to bardzo dobrze, gdyż mój wojownik zaprowadzi tam białych.
— Czemu nie jedzie prosto, lecz krąży?
— Żebyśmy tam przybyli przed nimi i mogli ich pochwycić bez walki.
— Ładnie! Widzę, że wódz Szikasawów, Mba, jest mądrym wojownikiem. Ale czy zważyłeś to, że możemy mieć powody do nieufności względem ciebie?
— Czy są istotnie?
— Tak. Twój wojownik może nam uprowadzić złodziei tak, że ich nie zobaczymy!
— Jeśli tak myślisz, to możemy ci wydać broń i nas samych dać w zakład.
— Nie potrzeba. Ufamy wam. Ale czy biali nie namyślą się i nie udadzą się inną drogą?
— Nie. Mój wojownik napędzi im tyle strachu przed innemi drogami, że pójdą za nim z pewnością.
— Dobrze. Czy wasze konie bardzo zmęczone?
— Wytrzymają do Helmers Home nawet szybką jazdę.
— No, to nie traćmy czasu. Jeśli się nie mylę, możemy tam być już po południu. Kiedy przybędą tam biali?
— Nakazałem przewodnikowi tak się urządzić, żeby wieczorem przybyli do Helmers Home.
— To było przezornie zrobione, ale zapytam o jedno jeszcze. Co uczyniłbyś, gdybyśmy teraz nie byli nadjechali?
— Bylibyście nadjechali z pewnością, jeśli nie teraz, to później. Pojechałbym był sam do Helmersa, opowiedziałbym mu o wszystkiem i poprosiłbym go, żeby dopomógł nam odebrać złodziejom strzelby. Po waszem przybyciu bylibyśmy wam je oddali. Czy Old Shatterhand wierzy tym słowom?
— Wierzę i pochwalam cię za to. Twoja uczciwość nie zostanie bez nagrody. To co jeszcze jest do powiedzenia, można omówić także w drodze.
Szikasawi dosiedli koni i ruszyli z nami w dalszą drogę. Ponieważ nie mogli dotrzymać nam kroku, jechaliśmy wolniej, niż przedtem; mimo to, zaledwie przeszło południe, ujrzeliśmy pierwsze oznaki, że zbliżamy się do końca Llana. Ponad wnętrzem pustyni krąży tylko ptactwo drapieżne, a teraz widać było ptaki ziarnożerne. Tu i ówdzie ukazywała się szałwia, której do życia wystarcza rosa. Potem zaczęły się z piasku wychylać koniuszki trawy, łączące się z początku w zielone plastry, a potem tworzące złączone razem trawniki. Wkońcu ukazały się krzaki, zarośla, a nawet drzewa, a kiedy ujrzeliśmy przed sobą pierwsze pole kukurudzy, wiedzieliśmy, że Llano jest już przed nami.
Helmers Home odwiedzano częściej od innych osad w samotniach dzikiego Zachodu. Kto udawał się na Llano Estaccado lub wracał stamtąd, zajeżdżał zwykle tu i odpoczywał. Toteż Helmers miał zawsze zapas rzeczy, potrzebnych westmanowi albo podróżnemu. Był to nietylko farmer, lecz zarazem kupiec i oberżysta. Piłem u niego już nieraz teksańskie piwo, uwarzone na sposób europejski.
Wązki strumyk zaprowadził nas do domu, obok którego przepływał. Dom był zbudowany z kamienia — bo kamień był tu, pomimo blizkości piaszczystej pustyni — i składał się tylko z parteru. Przed drzwiami stało w cieniu drzew kilka stołów i ławek. Za domem znajdowała się zagroda na bydło, stajnia i szopa gospodarcza. Kiedy okrążyliśmy róg domu, ujrzeliśmy przed drzwiami Murzyna. Na nasz widok stropił się na chwilę, potem podskoczył z radości i ryknął głośno przez drzwi do wnętrza domu:
— Massa Helmers wyjść, zaraz, szybko, zaraz! Massa Winnetou i massa Shatterhand przyjść!
Potem przybiegł do nas w dalekich podskokach, pochwycił mnie za rękę i za nogę i omal nie ściągnął mnie z konia.
— Tylko zwolna, zwolna, poczciwy Herkulesie! — powiedziałem. — Słyszę, że mr. Helmers jest w domu.
— Massa być i missus także — odparł. — O, tam biegną już oboje.
Tak, we drzwiach ukazała się wysoka, silna postać Helmersa, a za nim jego żona z promieniejącemi oczyma. Oboje kochali się nadzwyczajnie, a on nie nazywał jej inaczej, tylko „moja kochana Basieńko!“
Zapanowała wielka radość z powodu naszego przybycia. Uściskom dłoni nie było końca, a okrzyki brzmiały daleko poza obejście, gdyż wszyscy jego mieszkańcy przybyli, by nas powitać. To też musiałem zwrócić ich uwagę:
— Nie tak głośno, gents! Nasza obecność musi na razie pozostać w tajemnicy.
— W tajemnicy? Dlaczego? — spytał Helmers.
— Ponieważ chcemy złowić kilku opryszków, którzy nie powinni wiedzieć, że tu jesteśmy. Spodziewam się, że pomożecie nam, mr. Helmersie.
— To się rozumie. Tu, nad dzikiem Llanem, mam przedewszystkiem obowiązek trzymać taką hołotę zdala od mego domu. Kto to jest, mr. Shatterhandzie?
— Powiem wam w domu. Musimy wejść do izby, ażeby nas nie widziano. Niech Herkules zaprowadzi nasze konie do stajni i da im przedewszystkiem wody, a potem sporo paszy. Następnie musi zamknąć stajnię, bo i koni nie można pokazać.
— Zaciekawiacie mnie w wysokim stopniu, sir! Ale co to? Nie macie strzelb ze sobą?
— W tem właśnie rzecz! Ukradziono je nam, a złodzieje tu przyjdą.
— Thunder-storm! To jest...
— Proszę, nie tutaj! W domu lepiej będziemy mogli o tem pomówić.
— Tak, wejdźcie, wejdźcie! A ty, moja kochana Basieńko, zabierz się czemprędzej do kuchni i podaj wszystko, co masz; słyszysz — wszystko, żeby aż stoły trzeszczały!
Powiedziałem jeszcze jego ludziom, jak się mają zachować, i weszliśmy do izby. Mama Basia uczyniła, co mogła, żeby „stoły trzeszczały“, a podczas jedzenia i picia opowiedziałem Helmersowi o tem, co się stało. Ledwie skończyłem, zerwał się i wyszedł. Wróciwszy, powiedział nam, w jakim celu był wybiegł z z izby.
— Wysłałem zaraz moją najlepszą rękę[3], ażeby wypatrywał tych łotrów. Niechaj ich obserwuje, żeby nie przesmyknęli się bokiem.
Znał Bloody Foxa, jak ojciec syna, i ucieszył się bardzo na wieść, że złe zamiary Komanczów udało nam się tak zręcznie zniweczyć. By załatwić się szybko, skróciłem był moje sprawozdanie, jak tylko mogłem, i teraz dopiero jąłem opowiadać obszerniej. Trzej Szikasawi siedzieli oczywiście także przy tem. Usadowiliśmy się tak, że ze dworu nie było nas widać, nawet gdyby się kto był zbliżył do małego zasuwanego okienka.
Nie skończyłem jeszcze, kiedy posłyszeliśmy tętent. Przed domem zsiadło z koni sześciu jeźdźców; byli to oczekiwani. Helmers wyszedł.
— Good day, sir! — pozdrowił go generał. — Czy macie tu jakich gości, sir?
— Gości? — odpowiedział Helmers. — Skąd wzięliby się w tem pustkowiu?
— Well! Dajcie naszym koniom wody i paszy, a nam coś posilnego do jedzenia, oraz odpowiednią flaszkę wody ognistej.
— Dostaniecie wszystko, sir.. Czy zostaniecie dziś tutaj?
— Czemu o to pytacie?
— Nie bierzcie mi za złe ciekawości. Muszę to wiedzieć, gdyż, jako gospodarz, muszę się odpowiednio urządzić.
— Tak? Zjemy, wypijemy i pojedziemy w dalszą drogę.
— O tej porze? Wnet noc zapadnie!
— To nam wszystko jedno.
— Czy przybywacie z Estaccada?
— Nie dopytujcie się tyle, lecz czyńcie, co wam kazałem!
— Słuchajcie! Wyglądacie mi na bardzo wielkiego pana! Na moim własnym gruncie wolno mi chyba spytać! A rozkazujecie? Ja tego nie rozumiem.
— Ale zaraz zrozumiecie. Jestem mianowicie generałem, sir, generałem! Walczyłem pod Bull Rum, pod fortem Hatteras, pod Harpers Ferry, pod Getysburgiem i w wielu innych bitwach, a zawsze byłem zwycięzcą!
— Good lack! W takim razie muszę rzeczywiście śpieszyć się z wykonaniem waszych rozkazów. Zaraz was obsłużę, jak przystoi tak wielkim panom, jak wy.
Dwuznaczność słów tych nie zwróciła ich uwagi. Usiedli przy stole, nie przeczuwając, jakiego rodzaju „wykonanie rozkazów“ na nich czekało. Helmers wszedł znów do izby i rzekł ciszej:
— Teraz chodźcie, moi panowie! Przeprowadzę was tylnemi drzwiami. Wasze strzelby leżą zawinięte na stole, a ich broń zabierzemy im natychmiast. To trzeba zrobić od razu, ażeby nie mogli się bronić.
— To zbyteczne, mr. Helmersie — odrzekłem. — Nie poważą się za broń pochwycić.
Poszliśmy z nim przez kuchnię za dom, do rogu szczytowej ściany, gdzie stali już także jego ludzie, uzbrojeni i gotowi do skoku. Potem wrócił do nich przez dom. Słyszeliśmy wyraźnie, o czem mówiono, gdyż stół, przy którym siedzieli, stał niedaleko za węgłem.
— Nic nie przynosicie? — spytał generał. — Gdzież jest brandy? A kto zajął się końmi?
— Cierpliwości, moi panowie. Postarano się już o wszystko!
— Ale wy, jak się zdaje, nic nie robicie!
— To zbyteczne; mam na to ludzi.
— Ale my nie możemy czekać! — wtrącił Old Wabble. — Jesteśmy przyzwyczajeni do szybkiej obsługi.
— Niema obawy, sir! Obsłuży się was szybko; szybciej, aniżeli sądzicie. Czy wolno wiedzieć, dokąd stąd pojedziecie?
— Czy was to co obchodzi?
— Właściwie nie.
— Więc nie pytajcie! Jeżeli kogo coś nie obchodzi, to, naturalnie, nie powinno go obchodzić; th’ is clear!
— Nie pytam z ciekawości, ale, żeby was przestrzedz.
— Przed kim? — spytał generał.
— Przed kilku białymi opryszkami, którzy włóczą się tu w pobliżu.
— Opryszkami? Co to za draby?
— Draby, którzy zawzięli się głównie na cudze strzelby.
— Jak...? Co...?
— Tak, strzelbokrady.
— To... to byłoby osobliwe!
— Ale tak jest. Dopiero przed dwoma dniami dokonali takiej kradzieży.
— Przed dwoma dniami? Gdzie?
— Na Llanie. Ukradli tam trzy najsłynniejsze strzelby, jakie tylko są.
Wydobyłem oba rewolwery, gdyż nadeszła chwila stanowcza. Winnetou odwiódł też kurki u swoich. Nie widzieliśmy hultajów, ale musiało im się zrobić nieswojo, bo generał zapytał głosem przytłumionym:
— Jakież to strzelby?
— Srebrzysta rusznica Winnetou, oraz niedźwiedziówka i sztuciec Old Shatterhanda.
— Do wszystkich dyabłów! To prawda?
— Wielka prawda.
— Skąd o tem wiecie?
— Od okradzionych.
— A więc... od... od Winnetou?
— Yes!
— I od... od... Old... Shatterhanda...?
— Yes!
— W takim razie... musieliście... musieliście... chyba... mówić z tymi ludźmi.
Jednym krokiem z poza rogu i w trzech dalszych skokach stanęliśmy przed nimi. W tej samej chwili znaleźli się obok nas także ludzie Helmersa.
— Oczywiście, że mr. Helmers mówił z nami — powiedziałem. — Nie ruszajcie się z miejsca! Wszystka broń zwrócona do was; wypalimy za najlżejszem waszem poruszeniem! Przestrach tych ludzi był nieopisany. Wpatrzyli się w nas, jak w widma, i nie mieli odwagi się poruszyć.
— Herkulesie, powiedziałem ci, żebyś przyniósł sznury albo rzemienie. Czy masz je? — zapytałem Murzyna.
— Rzemienie być, cała masa — odpowiedział. — Mieć je tu w rękach.
— Zwiąż tych opryszków!
— Co? Związać? — zawołał Douglas. — Wiązać generała, który w licznych bitwach...
— Milczcie! — przerwałem mu. — Jesteście pierwszym, którego się zwiąże, a jeśli się zechcecie opierać, zastrzelę was na miejscu! Dajcie natychmiast ręce!
Nie śmiał się już dłużej opierać; skrępowano go, a resztę po nim. Zwróciłem się do Old Wabble’a.
— Wybraliście sobie ładne towarzystwo! Właściwie nie powinienem mówić do was ani słowa, lecz, przezwyciężę się tym razem i zapytam was: Czy braliście udział w tej kradzieży?
— Nie — odpowiedział, zwróciwszy na mnie parę oczu, w których iskrzył się gniew i nienawiść do mnie.
— Czy nie byliście w domku, kiedy zabierano stamtąd strzelby?
— Nie.
— Czy to prawa? — spytałem generała.
— Nie odpowiem wam ani słowa! — oświadczył — Kto ośmiela się tu przesłuchiwać generała?
— Well, w takim razie skończyliśmy z wami, ale tylko na razie. Nie będziemy was wcale przesłuchiwali, gdyż wasza wina jest dowiedziona. Pozostaje nam tylko karę dla was wyznaczyć.
— Karę? Odważycie się na mnie porwać? Zemściłbym się krwawo, tak krwawo...
Nie słuchałem dalszych słów jego, gdyż skinąłem na Winnetou, Helmersa i wodza Szikasawów, by poszli ze mną. Udaliśmy się za dom, by się naradzić co do ukarania. Zgodziliśmy się rychło i powróciliśmy do jeńców, których tymczasem pilnowali ludzie Helmersa i Szikasawi. Ani Winnetou ani ja nie chcieliśmy mieć nic wspólnego z wykonaniem wyroku i przekazaliśmy to na właściciela osady, który zapowiedział im nasze postanowienie w następujących słowach:
— Zostaliście schwytani na moim gruncie, więc ja powiem wam, co postanowiliśmy o was. Zostaniecie tu wszyscy do jutra rana, a potem przetransportuje się was przez moją granicę. Kto się tu znów pokaże, zginie od kuli. Szlachetny gentleman, podający się za generała, to złodziej. Wedle ustaw dzikiego Zachodu karze się śmiercią za taką kradzież, my jednak byliśmy na tyle łaskawi, że zmieniamy tę karę na pięćdziesiąt batów. Zdaje się bowiem, że...
— Batów! — ryknął Douglas. — Będę...
— Nic nie będziesz, łotrze! — huknął Helmers tak, że drab zamilkł. — Właśnie dlatego, że udajesz oficera, dostaniesz baty! Ponieważ zaś oprócz was znajdują się tu sami gentlemani i żaden z nich nie objąłby tego urzędu, to wyliczy ci tych pięćdziesiąt batów Old Wabble.
— Tego... tego... nie zrobię! — wybuchnął były „król cowboyów“.
— Zrobisz, stary boyu, bo myśmy tak postanowili. Jeśli będziesz się wzbraniał bić na moją komendę, albo nie będziesz bił z całej siły, to najpierw sam dostaniesz pięćdziesiąt batów, a potem kulą w łeb. Pamiętaj o tem, że ja nie żartuję.
— On, on ma mnie bić? — zawołał Douglas. — Przecież on był sam przytem, bo ja domku nie znałem; on mnie wprowadził!
Choć było mi żal Old Wabble’a, wierzyłem, że generał mówił prawdę. A więc to była wdzięczność za współczucie, sympatyę i pobłażliwość, jaką darzyłem, tego starca. Ze złości i nizkiej chciwości został złodziejem. Mimoto postanowił Helmers:
— To nas już nic nie obchodzi. Mogłeś to przedtem powiedzieć. Ale nie chciałeś się dać przesłuchać; a teraz już za późno. Należy mi jeszcze dodać, że z resztą nie mamy nic do czynienia. Nic im się zatem, nie stanie; zatrzymamy ich tylko do jutra rana. Za dnia będziemy mogli się przekonać, czy się rzeczywiście oddalą. Przysługę, jaką wam wyświadczyli Szikasawi, opłacimy z tego, co przy was znajdziemy. Teraz przywiążcie czcigodnego generała tu pod ten postoak[4], rozwiążcie Old Wabble’owi ręce, żeby mógł bić i wytnijcie tam z leszczyny kilka dobrych hasel-switches[5], silnych i giętkich. Generał dostanie ordery, ale nieumieścimy mu ich na piersiach!
Odszedłem z Winnetou, by nie być świadkiem, wykonania wyroku. Nie każdemu w smak widok bicia obrazu i podobieństwa boskiego. Niestety, są jednak ludzie, którym nie pomaga nawet ten rodzaj kary, i gdybym teraz był wiedział to, o czem dowiedziałem się później, to i sto batów byłoby za mało dla tego bezbożnego i niesumiennego łajdaka. Usłyszeliśmy, że Old Wabble opierał się z początku, ale wobec grożącego mu rewolweru zaczął bić, co miał siły. Potem zamknięto wszystkich razem tak bezpiecznie, że nam umknąć nie mogli.
Kiedy nazajutrz wydobyto ich z zamknięcia, mieli Old Wabble i generał twarze pokrwawione. Mimo więzów starli się więc ze sobą. Douglasa opanowała nieopisana wściekłość z tego powodu, że starzec dał się zmusić do wyliczenia mu pięćdziesięciu batów. Gdy rozwiązaliśmy go teraz, chciał się znowu rzucić na niego, a kiedy udało nam się go wstrzymać, krzyknął doń:
— Miej się przede mną na baczności, psie jeden! Jeśli cię spotkam, zapłacisz mi życiem za te razy. Przysięgam ci to na wszystkie świętości, jakie tylko są!
Było to powiedziane bardzo poważnie. Old Wabble zrozumiał to i poprosił Helmersa, żeby go wypuścił przed generałem. Nie miał odwagi zwrócić się z tą prośbą do mnie, ani do Winnetou, bo trzymaliśmy się zdala od niego. Spełniono mu tę prośbę. Murzyn Herkules, wyprowadził go, i dopiero po upływie godziny zabrano Douglasa i jego towarzyszy i przeprawiono przez granicę. Zbyteczne mówić, w jaki sposób pożegnał się z nami. Rozpływał się formalnie w groźbach i przekleństwach, a gniew jego wzmogło do najwyższego stopnia to, że zabraliśmy im wszystkim broń i amunicyę i daliśmy ją Szikasawom, jako wynagrodzenie. Co do mnie i Winnetou, to byliśmy zadowoleni z wyniku naszej drogi. Odzyskaliśmy strzelby i to w tym samym, nienaruszonym stanie, w jakim znajdowały się przedtem.
Kiedy przed południem siedzieliśmy przed domem, opowiadając sobie o niedawnych zdarzeniach, wstał Helmers nagle, poszedł do drzewa, do którego był przywiązany wczoraj generał, podniósł tam coś z ziemi i rzekł:
— Coś tam błyszczało. To złoty pierścień, ślubny, jak się zdaje. Przypatrzcie mu się!
Pierścień poszedł z ręki do ręki. Tak, była to ślubna obrączka, a na wewnętrznej jej stronie były wyryte dwie litery i data.
— Skąd tam wziął się ten pierścień? — spytała pani Barbara. — Kto mógł go zgubić?
— Generał — odrzekł Helmers. — Rękę miał związaną, a gdy razy ból mu sprawiały, wił się tak mocno pod rzemieniami, że zsunął pierścień. Inaczej chyba nie mogło się stać.
Przyznaliśmy mu słuszność i twierdziliśmy, że powinien zatrzymać sobie ten pierścień na pamiątkę wykonania kary. On jednak włożył mi go w rękę i rzekł:
— Co mi z niego? On nie mój. Ja się stąd nie ruszę i nie zobaczę chyba generała. Wy zaś, mr. Shatterhandzie, możecie się łatwiej z nim spotkać. Schowajcie go!
Nie miałem powodu opierać się i włożyłem pierścień na palec, gdzie mu było bezpieczniej, aniżeli w kieszeni. Przedtem jednak przypatrzyłem mu się dokładnie i przeczytałem: E. B. 5. VIII. 1842. Jak ważnym miał się ten pierścień stać dla mnie i dla Old Surehanda, tego nie przeczuwałem na razie.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.


Przypisy

  1. Wilk.
  2. Szpary w zębach w języku Komanczów.
  3. Parobek, pomocnik, robotnik.
  4. Słup, dąb w bramie.
  5. Rózgi leszczynowe.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.