Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z którego niema wyjścia. Droga zawiedzie go do środka, ale już nią nie wróci.
— Uff!
— Pojedzie przeszło godzinę, zanim dojedzie do środka pola kaktusowego. Ponieważ tyki wiodą go w pułapkę, będzie sądził, że to ty je tam powbijałeś i pójdzie za niemi. Będzie sądził, że tą drogą wyjdzie znowu na wolne pole. Tymczasem droga się skończy, i wasi wojownicy nie będą mogli ani iść dalej ani na boki. Nie pozostanie im nic innego, jak zawrócić, ale skoro tylko to uczynią, zobaczą za sobą nas z trzystu Apaczami. Obsadzimy tę drogę i nie wypuścimy ich stamtąd.
— Uff!
Już po raz trzeci wybuchnął tem słowem, bo ze strachu nie mógł nic innego powiedzieć.
— Powiedz mi teraz, co uczynią wasi wojownicy? — mówiłem dalej.
— Będą się bronić.
— Jak się do tego zabiorą?
— Będą strzelali do was.
— Tak ci się zdaje?
— Tak. To wojownicy waleczni, którym ani przez myśl nie przejdzie poddać się bez oporu.
— Mówisz tak, bo znajdujesz się tutaj, w domu, a nie w tamtej pułapce. Droga, wiodąca w kaktusy, jest bardzo wązka, i tylko niewielu jeźdźców może nią jechać obok siebie. Jeśli się wasi wojownicy odwrócą i zechcą do nas strzelać, nie będą mogli stanąć do nas frontem, lecz zatrzymają się długą, wązką linią, jeden za drugim, tak, że tylko pierwsze szeregi będą mogły strzelać. A gdyby to nawet uczynili, nie dosięgłyby nas ich kule.
— Czy sądzisz, że tak licho strzelają?
— Nie. Ale, jak wiesz, mamy strzelby sięgające dalej od ich strzelb. W ten sposób możemy ich zatrzymać w takiem oddaleniu, że nie zdołaliby nas dosięgnąć.