Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Uff!
— Będą więc siedzieli w kaktusach i nic nam nie zdołają uczynić.
— A wy? Co wy uczynicie?
— My zaczekamy poprostu, dopóki się nie poddadzą. My mamy wodę, a oni jej nie mają.
— A jeśli się nie poddadzą?
— To zginą z pragnienia.
— Na to przemknął mu po twarzy lekki uśmiech i potem rzekł:
— Old Shatterhand jest człowiek mądry, ale wszystkiego przecież przewidzieć nie może.
— Tak ci się zdaje? Czy znasz drogę, którą Komancze zdołaliby nam się wymknąć?
— Tak.
— Drogę, której ja nie znam?
— Tak. Gdybyś o niej pomyślał, mówiłbyś całkiem inaczej. Howgh!
Rysy jego twarzy nabrały wyrazu ufności. Miał bezwątpienia jakiś pomysł, w jaki sposób mogliby Komancze wymknąć się nam z pułapki. Pomysł ten uważał za doskonały, jak tego dowodziło słowo „howgh“, znaczące tutaj tyle, co zapewnienie.
— Howgh? — zapytałem. — Czy jesteś taki pewny swojej sprawy?
— Tak.
— Jakąż to masz drogę na myśli? Czy Old Shatterhand uważa mnie za takiego niemądrego, że mu to powiem?
— Nie. Niema potrzeby, żebyś mi mówił, bo ja to już wiem. Jeśli sądzisz, że Old Shatterhand nie pomyślał o wszystkiem, to mylisz się bardzo. Sądzę, że powinienbyś mnie znać pod tym względem.
— A więc powiedz, co mam na myśli.
— Zaczekaj jeszcze! Gdybyś nawet wiedział o jakim sposobie ocalenia swoich wojowników, o którym nie pomyślałbym, musiałbyś siebie zapytać, czy oni też wpadną na myśl, która wydaje ci się taką doskonałą.