Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wpadną z pewnością.
— Pięknie! W takim razie weźmiemy ich nietylko z przodu, lecz także z tyłu.
— Uff!
Okrzyk te zabrzmiał, jak głos przerażenia.
— No? — spytałem, śmiejąc się. — Czy Old Shatterhand nie myślał rzeczywiście o wszystkiem?
— Ja... nie wiem tego — odpowiedział z wahaniem.
— Ale ja wiem. Znam tę drogę ocalenia, istniejącą tylko w twojej wyobraźni. Pomyślałeś skrycie: jeśli Komancze wpakują się w kaktusy, to nie muszą jeszcze tracić nadziei; mają noże ze sobą i mogą sobie utorować drogę z zasadzki. Mam słuszność, czy nie mam?
— Uff, uff! — rzekł przygnębiony.
— Tak, uważałeś teraz siebie za bardzo mądrego, ale zważ, jak długo by to trwało, zanim by wycięli taką drogę przez kaktusy. Byłaby wązka i tylko kilku mogłoby nad nią pracować. Upłynęłoby kilka dni na tem. A czy sądzisz, że patrzylibyśmy na to spokojnie?
Milczał.
— Podzieliłbym naszych ludzi i posłałbym jedną połowę na drugą stronę kaktusów, ażeby w ten sposób wziąć waszych wojowników między siebie. Ale moglibyśmy uporać się jeszcze prędzej i zniszczyć wszystkich Komanczów za kilka minut tak, że nie kosztowałoby to nas ani jednego wystrzału.
— Jak?
— Podpalilibyśmy kaktusy.
— Uff! W takim razie musieliby spalić się wszyscy nasi wojownicy!
— Zaiste!
— Old Shatterhand nie uczyni czegoś takiego.
— Nie ufaj tak w moją dobroć!
— Nie, nie uczyni.
— Być może! Chciałem ci w ten sposób powiedzieć tylko, że dla waszych wojowników niema ocalenia: już nam nie ujdą.